atrakcje

zwierzaki i widoki – Australia, Vincentia

Po kolejne, australijskie wrażenia musiałam udać się trochę bardziej na południe, dlatego wczesnym rankiem wsiadłam do pociągu relacji Sydney – Bomaderry. Miałam nadzieję zaserwować sobie dłuższą drzemkę podczas tych niespełna 3h jazdy, ale ciężko zmrużyć oko gdy za oknem takie widoki – tory prowadzą wzdłuż wschodniego wybrzeża. Warto wspomnieć też o ciekawej funkcji siedzeń w wagonie – wystarczy pociągnąć w górę i w bok rączkę przy oparciu i można zmienić jego pozycję (siedzisko pozostaje nieruchome) – jeśli chcemy, możemy w prosty sposób zawsze siedzieć „w kierunku jazdy” albo w większej grupie siedzieć na przeciwko siebie, genialne!

Australia, Sydney – Bomaderry, widok z pociągu

Australia, Sydney – Bomaderry, fotele z ruchomym oparciem w pociągu

Na stacji już czekali na mnie moi australijscy znajomi – Delwyn i Hans, którzy zabrali mnie 30km dalej do swojego domu w Vincentii – maciupkiej miejscowości (ok 3 000 mieszkańców) przy zatoce Jervis (Jervis Bay). Mój zachwyt osiągnął punkt kulminacyjny – na pozór senna mieścina wydawała mi się idealna po miesiącach spędzonych w wielkich metropoliach. Spacery zostawiliśmy jednak na później, bo po szybkim lunchu (tradycyjne, australijskie zapiekanki z mięsem – meat pie!) wsiadaliśmy na łódkę.

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), płyniemy!

Mniej więcej od maja do początku listopada, przez zatokę migrują.. wieloryby! Lokalne firemki organizują więc 2-3h wypływy, aby obserwować te niesamowite zwierzaki. Oczywiście nie jest to cyrk i zwierzęta nie wyskakują z wody na zawołanie, więc jest w tym element gry, oczekiwania, wyostrzania wzroku byle tylko coś zauważyć. Ekspertami są oczywiście pracownicy, którzy nie tylko wiedzą gdzie patrzeć, ale też ciekawie opowiadają o faunie i florze zatoki, chociażby o rodzajach.. delfinów, których było na pęczki! Byłam maksymalnie podekscytowana widząc delfiny w ich naturalnym środowisku!

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), delfiny!!

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), delfiny!!

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), delfin

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), Dart Point – skały w zatoce

Niestety, tego dnia wieloryby były dość nieśmiałe i udało nam się zobaczyć tylko jednego, kiedy fantastycznie machnął ogonem nad taflą wody. W tym miejscu dała o sobie znać fantastyczna, australijska uprzejmość. Firma organizująca wycieczkę przeprosiła nas, że nie było więcej (jak można przepraszać, że dzika natura nie dała się kontrolować?!) i wręczyła wszystkim.. darmowe bilety na tą samą wycieczkę ważny przez następny rok! Ja niestety nie mogła już skorzystać, ale obsługa klienta na medal!

Mój dzień w Vincentii był zdecydowanie nastawiony na kontakt z naturą. Po przybiciu do brzegu przeszliśmy się piękną plażą (przypominam, była to końców australijskiej zimy, o leżeniu na plaży nie było mowy) i okolicznym lasem.

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), plaża

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), plaża

Na tym jednak nie koniec, za domem moich znajomych rozpościera się bowiem ogromne pole golfowe, idealne do spacerów (oczywiście jeśli ktoś aktualnie nie gra). Australijska fauna znów wyszła mi na przeciw, natrafiliśmy na rodzinkę.. kangurów!

Australia, Vincentia, punkt widokowy na polu golfowym

Australia, Vincentia, „pałka wodna” wersja australijska, niewodna

Australia, Vincentia, kangury!!

Australia, Vincentia, kangury!!

Fascynujące, że są miejsca, gdzie bez większego wysiłku można natknąć się na dzikie zwierzęta, które zwykle ogląda się w Zoo. Czy to nie raj na ziemi?

Czas było jednak przyzwyczajać swe myśli do rzeczywistości, która czekała na mnie za kilka godzin. Długie wieczorne rozmowy, dopchnięcie ostatnich smakołyków w walizce (lamingtony, tęsknię!) i nad ranem odebrał mnie transport na lotnisko. Jeszcze tylko ostatnie przeboje (o których pisałam tutaj) i wróciłam na singapurską ziemię ze zdecydowanym niedosytem. Australio, wrócę na pewno (z działającą lustrzanką)!

zwierzaki i widoki – Australia, Sydney: part I

Po przebojach związanych z podróżą, o których pisałam tutaj, konieczne było zweryfikowanie planów. Prosto z lotniska pojechałyśmy do Asi, mieszkającej w dość hipsterskiej dzielnicy Sydney – Newtown (przechrzczonej przeze mnie na Newton). Mimo zmęczenia ja już byłam zachwycona: nie ma upałów – jest przyjemny chłód, a typowo azjatycka zabudowa zamieniła się na domki, domeczki, kamienice i małe bloki, niczym w Europie. Czasem taka odskocznia od mojej singapurskiej codzienności jest bardzo potrzebna.

Królewskie śniadanie (dzięki Asiu!), szybki prysznic, chwila na rozprostowanie nóg i trzeba było ruszać. Sydney jest ogromne i nie sposób odwiedzić wszystkich interesujących miejsc w jeden dzień. Już po tych kilku godzinach wiedziałam, że Australię koniecznie muszę odwiedzić jeszcze (nie)raz, dlatego zamiast gonić od atrakcji do atrakcji, wybrałam tylko kilka na spokojnie.

Pierwszą z nich było spełnienie mojego pragnienia – zobaczyć koale :) Oczywiście idealnie byłoby obserwować je na wolności, ale takie marzenia muszę odłożyć na później. Byłam w wielu zoo na świecie, ale żadne nie miało w swoich bramach tego sympatycznego nie-misia. Udałyśmy się więc na Darling Harbour do Wildlife Sydney Zoo, które „specjalizuje się” w typowo australijskich zwierzakach: koalach, kangurach, kazuarach, diabłach tasmańskich, nie wspominając o całej rzeszy węży i pająków. Samo zoo jest dość małe i większość jego mieszkańców ogląda się zza szyby, dlatego mi najbardziej podobało się na dachu, gdzie można przyjrzeć się koalom z bliska. Jest nawet opcja zrobienia sobie z nimi zdjęcia. Trochę nie pasuje tylko ta restauracjo-kawiarnia, rozumiem ideę jedzenia posiłku patrząc na zwierzęta, ale gwar i siorbanie zdecydowanie odejmuje uroku.

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, koala jedzący liście eukaliptusa

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, śpiący koala

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, kangur i walabia

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, papużki nierozłączki <3

Darling Harbour oferuje multum innych atrakcji, my jednak promenadą udałyśmy się na przystań Darling Harbour, aby wziąć prom po zatoce Port Jackson (zwanej Zatoką Sydney). Promy kursują tu nie jako atrakcja turystyczna, ale regularny transport publiczny. Co nie zmienia faktu, że mogą zostać wykorzystane jako to pierwsze.

Australia, Sydney, Darling Harbour

Nie do końca wiedziałam, gdzie płyniemy, ale było tak przyjemnie i orzeźwiająco, że sam fakt bycia na promie wystarczał mi za atrakcję. Chwilę później wszystko było jasne, gdy moim oczom ukazał się Sydney Harbour Bridge – słynny most, jeden z symboli Sydney.

Australia, Sydney, Sydney Harbour Bridge (most na zatoce Sydney), w tle opera Sydney (Sydney Opera House)

Prom F4, którym płynęłyśmy, po krótkich przystankach na różnych przystaniach, przybijał do Circular Quay a moim oczom, ogromnym już jak pięciozłotówki, ukazał się najsłynniejszy architektonicznie symbol Australii – budynek opery w Sydney.

Australia, Sydney, opera Sydney (Sydney Opera House)

Australia, Sydney, Circular Quay

Przez chwilę zaświtał mi nawet pomysł, aby sprawdzić czy załapiemy się na jakiś koncert, ale niestety nic z tego nie wyszło. Szkoda, bo chętnie na własne ucho poznałabym jej akustykę. Spacerkiem przez lokalny market, gdzie przystanęłyśmy na szybki obiad i drobne zakupy pamiątek, przeszłyśmy się najpierw początkiem Sydney Harbour Bridge, aby podziwiać Operę, a później w drugą stronę – do podnóża tego niesamowitego budynku, skąd roztacza się niesamowity widok na zatokę i most (zwłaszcza w promieniach zachodzącego słońca, które nam towarzyszyło). Szybka wizyta w operowym sklepiku i kierowałyśmy swe kroki do metra.

Australia, Sydney, opera Sydney (Sydney Opera House)

Australia, Sydney, Sydney Harbour Bridge (most na zatoce Sydney)

Nieopodal stacji St James Asia zabrała mnie do jednego z ukrytych barów – wejście wyglądało jak schody do piwnicy przy szemranej kamienicy. A tam półki uginały się od whisky i whiskey. Kolekcja jest imponująca, a wybór może przyprawić o ból głowy jeszcze zanim zacznie się pić – Australia jest bardzo drogim krajem, więc takie przyjemności zdrowo obciążają portfel. Jak prawdziwi dżentelmeni wypiłyśmy po szklaneczce (bez coli!) i czas było wracać do domu.

Bynajmniej jednak nie był to koniec atrakcji. Asia znów dała popis kulinarny, tym razem przyrządzając mięso z.. kangura.

Australia, Sydney, stek z kangura

Zawsze mi jakoś dziwnie, kiedy próbuję mięsa zwierzęcia, którego kojarzy mi się raczej z zoo niż wiejską zagrodą. Kangur był jednak pyszny, trochę jak słodkawy, delikatny kurczak. Jeszcze tylko porcja domowej roboty tiramisu, niekończące się rozmowy i można było kłaść się spać, bo rano trzeba wstać (i bynajmniej nie „rano to jest, tak gdzieś po pierwszej” ale zdecydowanie wcześniej) – kolejna porcja australijskiej przygody już czekała.