Miesiąc: Czerwiec 2013

w zgodzie z naturą? – Singapur, fauna, flora i klimat

Ostatnie kilka miesięcy mój kontakt z naturą był bardzo ograniczony. Świat zewnętrzny oglądałam w sumie w drodze do pracy, z pracy i po zakupy. Natura jednak o mnie nie zapomniała. Powiem więcej, zjawiła się bliżej niż u progu. Pamiętacie Edka? Małego gekona, który mieszkał w moim pokoju, gdy się wprowadziłam? Od tego czasu Edek urósł, zmienił kolor na bardziej ciemny i przyprowadził kumpli: Gienka  – w podobnym wieku do Edka (wnioskuję po podobny rozmiarze i kolorze), a także malutkiego różowego gekonka (póki co bezimienny). O ile Edek i Gienek mieszkają w pokoju (Edek lubi buszować za komputerem, Gienek woli okolice kosza na śmieci i stojaka na buty) to mały geko woli łazienkę. Kilka razy zafundował mi stan przedzawałowy, gdy szurnął po ścianie jak przymykałam drzwi od łazienki. W zeszłą sobotę przeszedł jednak samego siebie.
Wybrałam się spacerkiem po zakupy na pobliskie a’la targowisko Ghim Moh market. W drodze powrotnej zaczęłam odczuwać poważną potrzebę udania się tam, gdzie nawet król piechotą chadza, dlatego rzuciłam siatki na środku pokoju i pędem do łazienki. Kto się domyśla co było dalej?
Podnoszę klapę od tronu (była zamknięta [sic!]), ulga jest blisko, już mam się odwracać i usadzić swą szanowną jednak kątem oka zaobserwowałam w otchłani muszli coś ciemnego. Gwałtowny w tył zwrot (czyli przodem do tronu), patrzę.. i oczom nie wierzę..
Singapur, siema!

Singapur, siema!

Na początku było widać tylko ogonek, zanim jednak zdjęcie powstało wspólna łazienka na górze uratowała mój pęcherz. Później mogłam fotografować do woli (geko był całkiem cierpliwy). Może to się wydać zabawne, ale po sesji zdjęciowej trzeba było jakoś odzyskać panowanie nad tronem. Nie chciałam być okrutna (mogłam przecież po prostu spuścić wodę), ale gonienie gekona po muszli berłem toaletowym wcale nie jest takie łatwe.. Historia zakończyła się szczęśliwie po około 25 minutach, udało mi się podsadzić go szczotą do brzegu, a stamtąd szybko czmychnął z łazienki przez cały pokój, pod drzwiami, prosto na korytarz i tyle go widziałam. Od tego czasu każda moja wizyta w świątyni dumania wiąże się z dokładną obserwacją wnętrza muszli.

Niestety od zeszłego piątku w Singapurze robi się coraz gorzej, a to za sprawą zanieczyszczenia powietrza. Podobno co roku o tej porze płoną lasy tropikalne na pobliskiej Sumatrze (podobno nieprzypadkowo, ponieważ większość osób i media podają, że lasy są celowo wypalane, aby uzyskać dodatkową przestrzeń, co jest oczywiście procederem nielegalnym, ale prawo indonezyjskie, któremu podlega wyspa, nie za bardzo działa w tej kwestii). Kierunek wiatru powoduje, że wszystkie zanieczyszczenia przylatują do Singapuru. Najgorzej jest w południowo-zachodniej części wyspy (akurat tutaj mieszkam i pracuję..). Jest siwo. Cały dzień wygląda jakby się zmierzchało. Słońce próbuje się przebić, ale nie ma szans. Większość ludzi nosi maseczki na twarzach. Kilka wdechów tego powietrza powoduje, że w gardle zaczyna drapać, robi się sucho, a w płucach czuje się ciężar. Agencje rządowe odradzają uprawianie sportów na dworze, osoby z problemami układu oddychania i chorobami serca, dzieci i dorośli powinni w ogóle nie wychodzić z domu. Wiele firm oferujących jedzenie na dowóz, zawiesiło tę usługę do odwołania (w Singapurze większość dostaw doręczana jest przez osoby jeżdżące na skuterach). Wieczorem ulice pustoszeją, wszystkie rozmowy kręcą się wokół PSI (Pollutant Standard Index – indeks zanieczyszczenia). PSI określany jest na podstawie stężenia w powietrzu kilku niebezpiecznych dla zdrowia substancji. Od wczoraj jego wartości biją poprzednie rekordy. W 1997 roku zarejestrowano PSI na poziomie 226. Od wczoraj wieczorem wartości (pomiary ukazują się co godzinę) wskazują wyższy poziom, pięciokrotnie przekroczyły 300 (rekord 371 padł dzisiaj w porze lunchu). Co te liczby oznaczają? Dokładnie nie wiem jak są przeliczane, wiem za to, że skala wygląda tak:
Singapur, skala zanieczyszczenia powietrza

Singapur, skala zanieczyszczenia powietrza

Singapur, dzisiejsze wartości PSI

Singapur, dzisiejsze wartości PSI

Od 2 dni prawie cały czas utrzymuje się więc na poziomie: bardzo niezdrowy – zagrażający/niebezpieczny dla zdrowia. We wszystko zaangażowany jest oczywiście rząd na wielu szczeblach, prowadzone są rozmowy z Indonezją, ale prognozy mówią, że w następnych dniach może być gorzej. Wszyscy czekają na deszcz, którego jak na złość nie było od kilku dni.. Jeśli znasz tę woodstockową kurzawę, pomnóż razy 8, dostaniesz to co dzieje się tutaj. Po za tym włosy, ubrania, właściwie całe ciało pachnie jakby człowiek stał w dymie z ogniska. Wszystko pachnie dymem z ogniska.
Singapur, słońce było bez szans

Singapur, słońce było bez szans

Singapur, mało kto odsłania twarz

Singapur, mało kto odsłania twarz

Singapur, bez maseczki ani rusz

Singapur, bez maseczki ani rusz

Singapur, widok z okna z zanieczyszczeniem powietrza..

Singapur, widok z okna z zanieczyszczeniem powietrza..

Singapur, widok z tego samego okna bez zanieczyszczenia powietrza

Singapur, widok z tego samego okna bez zanieczyszczenia powietrza

Singapur, prowizorka

Singapur, prowizorka

Strona na której na bieżąco można śledzić zanieczyszczenie powietrza:

http://www.nea.gov.sg/psi/

Reklamy

zapuszczanie żurawia – Singapur, Crane Dance i Marina Bay Sands Hotel

Tuż przed powrotem Maćka do kraju i zwiedzeniu większości sztandarowych miejsc w Singapurze, skierowaliśmy się ponownie na Sentosę, tym razem by podziwiać Crane Dance. Taniec Żurawi, darmowe show odbywające się od czwartku do poniedziałku o 21.00, przedstawia, krótką (10 min) historię dwóch mechanicznych ptaków, które flirtują ze sobą, zakochują się i przemieniają w „prawdziwe”. Całe przedstawienie to gra świateł, wody, muzyki, stali i odpowiednich sterowników. Taką sztukę współczesną to ja lubię :) Fragmenty możecie zobaczyć poniżej.

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Kilka dni wcześniej, dzięki dobrym znajomościom, udało nam się za darmo dostać na samą górę Marina Bay Sands Hotel, hotelu z łodzią na dachu. Szczyt oprócz restauracji i parku widokowego wypełnia basen z widokiem na cały Singapur, ‚jedyne’ 191 metrów powyżej poziomu ulicy. Chyba w ogóle jesteśmy fanami wysokości i widoków :)
Singapur, Marina Bay Sands Hotel i Helix Bridge (most DNA)

Singapur, Marina Bay Sands Hotel i Helix Bridge (most DNA)

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Przez chwilę można poczuć się jak bogacz (normalnie dostęp do basenu mają tylko goście hotelowi, najtańszy pokój kosztuje w promocji ok. 900 zł za noc..). Sam SkyPark – taras widokowy, można zwiedzić nie będąc gościem hotelowym, podobno można kupić wejściówki albo wjechać do restauracji i kupić sobie jednego drinka (podobno wychodzi porównywalnie z biletem, no i przy okazji mamy drinka), ale my zakombinowaliśmy w inny sposób ;)
Wszystko co dobre szybko się jednak kończy, Maćkowy bilet powrotny wskazywał wieczorny lot w ostatnią niedzielę marca. Tak się złożyło, że była to Wielkanoc. Po oszukanym Bożym Narodzeniu udało mi się więc mieć w miarę normalne święta. Na stole było też dużo darów z Polski, które wcześniej wypełniły ponad połowę jego walizki – kabanosy, biała kiełbasa, ser, nawet czekoladowe króliczki z karmelowym nadzieniem (uwielbiam je! :D ).
Wcześniej jednak wybraliśmy się do kościoła. W całym Singapurze jest podobno kilka katolickich, pojechaliśmy do jednego w okolicach Noveny, wskazanego przez kolegę z pracy. Na miejscu mieliśmy się z resztą spotkać, ale my jak zawsze spóźnieni, docieramy pod kościół po rozpoczęciu mszy. Żar się leje z nieba, kościół pełen, na zewnątrz kościoła dodatkowe krzesełka, a pomiędzy nimi kościelne służby porządkowe pilnują, aby nikt już nie próbował wchodzić, bo nie ma miejsc. Na zewnątrz są jednak ekrany, można śledzić co dzieje się na ołtarzu. Podchodzimy bliżej i stwierdzamy, że najwyżej postoimy chwilę i pójdziemy, na słońcu w takiej temperaturze nie da się wytrzymać dłużej w jednym miejscu. Nie zdążyliśmy jeszcze znaleźć odpowiedniego miejsca stojącego, a już widzę, że ktoś do mnie macha, że mam podejść. Nie jest to Grzesiek, więc zastanawiam się o co chodzi, przedzieramy się przez tłum (ej, serio, pełno ludzi, coś co w Polsce już się rzadko obserwuje), a tu okazuje się, że mamy wejść, bo są dla nas dwa miejsca siedzące. Hmm.. Ale jak to? Pełno ludzi stoi tam od dawna, a dla nas nagle się znalazły? Wytłumaczenie pojawiło się w mojej głowie chwilę później. Większość wyznawców tam obecnych to przede wszystkim kobiety, pochodzące z Filipin. Nie obrażając nikogo, większość z nich w Singapurze zatrudniona jest jako kasjerki, sprzątaczki czy pomoc domowa (tak, wielu ludzi ma tutaj pokojówki w domach, specjalnie dla nich, wiele mieszkań ma mały pokoik przy kuchni, zwykle bez okien..). Wyszło więc na to, że my, jako biali ludzie, jesteśmy bardziej uprzywilejowani żeby usiąść. Równość wobec Boga? Chyba nie..
Kwiecień rozpoczął ostatnie 6 tygodni intensywnej pracy po pracy, walki z czasem, snem, wiedzą i zdolnościami pisarskimi. 6 tygodni, podczas, których każdy dzień wyglądał praktycznie tak samo. Ale też 6 tygodni do długo wyczekiwanej wizyty w Polsce.