zapuszczanie żurawia – Singapur, Crane Dance i Marina Bay Sands Hotel

Tuż przed powrotem Maćka do kraju i zwiedzeniu większości sztandarowych miejsc w Singapurze, skierowaliśmy się ponownie na Sentosę, tym razem by podziwiać Crane Dance. Taniec Żurawi, darmowe show odbywające się od czwartku do poniedziałku o 21.00, przedstawia, krótką (10 min) historię dwóch mechanicznych ptaków, które flirtują ze sobą, zakochują się i przemieniają w „prawdziwe”. Całe przedstawienie to gra świateł, wody, muzyki, stali i odpowiednich sterowników. Taką sztukę współczesną to ja lubię :) Fragmenty możecie zobaczyć poniżej.

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Kilka dni wcześniej, dzięki dobrym znajomościom, udało nam się za darmo dostać na samą górę Marina Bay Sands Hotel, hotelu z łodzią na dachu. Szczyt oprócz restauracji i parku widokowego wypełnia basen z widokiem na cały Singapur, ‚jedyne’ 191 metrów powyżej poziomu ulicy. Chyba w ogóle jesteśmy fanami wysokości i widoków :)
Singapur, Marina Bay Sands Hotel i Helix Bridge (most DNA)

Singapur, Marina Bay Sands Hotel i Helix Bridge (most DNA)

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Przez chwilę można poczuć się jak bogacz (normalnie dostęp do basenu mają tylko goście hotelowi, najtańszy pokój kosztuje w promocji ok. 900 zł za noc..). Sam SkyPark – taras widokowy, można zwiedzić nie będąc gościem hotelowym, podobno można kupić wejściówki albo wjechać do restauracji i kupić sobie jednego drinka (podobno wychodzi porównywalnie z biletem, no i przy okazji mamy drinka), ale my zakombinowaliśmy w inny sposób ;)
Wszystko co dobre szybko się jednak kończy, Maćkowy bilet powrotny wskazywał wieczorny lot w ostatnią niedzielę marca. Tak się złożyło, że była to Wielkanoc. Po oszukanym Bożym Narodzeniu udało mi się więc mieć w miarę normalne święta. Na stole było też dużo darów z Polski, które wcześniej wypełniły ponad połowę jego walizki – kabanosy, biała kiełbasa, ser, nawet czekoladowe króliczki z karmelowym nadzieniem (uwielbiam je! :D ).
Wcześniej jednak wybraliśmy się do kościoła. W całym Singapurze jest podobno kilka katolickich, pojechaliśmy do jednego w okolicach Noveny, wskazanego przez kolegę z pracy. Na miejscu mieliśmy się z resztą spotkać, ale my jak zawsze spóźnieni, docieramy pod kościół po rozpoczęciu mszy. Żar się leje z nieba, kościół pełen, na zewnątrz kościoła dodatkowe krzesełka, a pomiędzy nimi kościelne służby porządkowe pilnują, aby nikt już nie próbował wchodzić, bo nie ma miejsc. Na zewnątrz są jednak ekrany, można śledzić co dzieje się na ołtarzu. Podchodzimy bliżej i stwierdzamy, że najwyżej postoimy chwilę i pójdziemy, na słońcu w takiej temperaturze nie da się wytrzymać dłużej w jednym miejscu. Nie zdążyliśmy jeszcze znaleźć odpowiedniego miejsca stojącego, a już widzę, że ktoś do mnie macha, że mam podejść. Nie jest to Grzesiek, więc zastanawiam się o co chodzi, przedzieramy się przez tłum (ej, serio, pełno ludzi, coś co w Polsce już się rzadko obserwuje), a tu okazuje się, że mamy wejść, bo są dla nas dwa miejsca siedzące. Hmm.. Ale jak to? Pełno ludzi stoi tam od dawna, a dla nas nagle się znalazły? Wytłumaczenie pojawiło się w mojej głowie chwilę później. Większość wyznawców tam obecnych to przede wszystkim kobiety, pochodzące z Filipin. Nie obrażając nikogo, większość z nich w Singapurze zatrudniona jest jako kasjerki, sprzątaczki czy pomoc domowa (tak, wielu ludzi ma tutaj pokojówki w domach, specjalnie dla nich, wiele mieszkań ma mały pokoik przy kuchni, zwykle bez okien..). Wyszło więc na to, że my, jako biali ludzie, jesteśmy bardziej uprzywilejowani żeby usiąść. Równość wobec Boga? Chyba nie..
Kwiecień rozpoczął ostatnie 6 tygodni intensywnej pracy po pracy, walki z czasem, snem, wiedzą i zdolnościami pisarskimi. 6 tygodni, podczas, których każdy dzień wyglądał praktycznie tak samo. Ale też 6 tygodni do długo wyczekiwanej wizyty w Polsce.
Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s