Miesiąc: Grudzień 2012

sens w bezsensie – Malezja, Melacca

Rzadko zdarza mi się jeździć na wycieczki, w których nie maczałam nawet organizacyjnego palca. W tej części świata, póki co, nie jestem jeszcze za bardzo obeznana, więc planowanie transportowo-zakwaterowaniowe zostawiam innym, co najwyżej udzielam się w kwestii „co robić jak już będziemy na miejscu”. Nasz wypad do Malezji nie miał jednak szans na wielkie zwiedzanie/rekreację, bo cały plan czasowy był zły, ale od początku.
Krótki, weekendowy wypad za granicę Singapuru, był kolejnym grudniowym pomysłem. W grę wchodziła najbliższa Malezja lub Indonezja. Po kilku zwrotach akcji stanęło ma Melace (Melaka/Malaka/Malakka/Malacca/Melacca –> co kraj to pisownia) w Malezji. Z polskim paszportem wiza nie jest tam potrzebna, co nie zmienia faktu, że wraz z odprawą celną przybyło mi pieczątek w paszporcie. Z Singapuru autobusem można się tam dostać w jakieś 4-5h. Plan: wyjechać wcześnie rano w sobotę, wrócić późno w niedzielę. Ktoś-tam coś-tam musi załatwić, więc wyjeżdżamy koło 10.00. Z północnej stacji MRT zwanej Kranji bierzemy autobus CW1, który przewozi nas przez granicę do najbliższego miasteczka po drugiej stronie, Johor Bahru. Po drodze jednak z autobusu 2 razy trzeba wysiąść. Najpierw, by opuścić Singapur – szybkie sprawdzenie dokumentów i po drugiej stronie budynku autobus już czeka, by jechać dalej. Następnie krótka trasa mostem przez wodę między krajami (zakorkowany niemożliwie..) i kolejna odprawa celna, tym razem wjazd do Malezji (kolejki olbrzymie..). Docelowo autobus zabiera nas w końcu na swojsko wyglądający dworzec autobusowy. Pierwszy kontrast? Zniknęły wymuskane wieżowce Singapuru, pojawiły się małe chaty i budynki nieotynkowane od lat. W Johor Bahru mnóstwo przewoźników oferuje transport wgłąb Malezji. Znajdujemy ofertę do Melaki, niestety następny autobus dopiero za 1,5h.. Uszczuplamy jednak portfele o lokalne ringgity (waluta Malezji) i w oczekiwaniu na autokar zatrzymujemy się na lunch. Pamiętając wszystkie ostrzeżenia higieniczne, że Malezja już tak czysta nie jest, zamiast soku z lodem skusiłam się na świeżego kokosa, a jedzenie zjadłam plastikowymi sztućcami. Niby na żółtaczkę pokarmową zaszczepiona jestem, ale na sraczkę już takiego remedium nie ma, więc dmucham na zimne.
Malezja, w drodze do Melacci, świeży kokos

Malezja, w drodze do Melacci, świeży kokos

Pierwsze wieści o Malezji zostaje też wtedy potwierdzone – jest tanio. Jeśliby przeliczyć na złotówki to może bez szału, ale na pewno taniej niż w Singapurze. Całkiem wygodny autokar zabiera nas na miejsce i już o 17.30 (!) jesteśmy w Melace.. Zanim taksówką do hostelu (koniecznie ceny trzeba dogadać wcześniej i się targować!) i chwila w hostelu klasy minus 3 gwiazdki – robi się 19.00 kiedy wyruszamy do miasta.. Pierwsze co – jedzenie. Ktoś tam upiera się, by pójść do miejsca polecanego przez innych znajomych, lądujemy więc w kolejce przed restauracją, co już wcale mnie w tej części świata nie dziwi. Moja nienawiść do czekania jest jak zwykle ogromna, więc zniecierpliwiona, niczym klasyczny 5-latek, postanowiłam pójść kupić pieczone ziemniako-chipsy na patyku, zauważone u jakiegoś przechodnia.

Malezja, Melacca, Tornado Chips

Malezja, Melacca, Tornado Chips

Hostel zaoferował wcześniej, że zarezerwują dla nas transport do Singapuru na następny dzień (tutaj jest to bardzo powszechne, nie liczą sobie za to więcej). Jako, że nie zaplanowaliśmy nic konkretnego przystanęliśmy na to. Miało być po południu, na wieczór w domu. Niestety, gdy my zajęci byliśmy tropieniem budki z ziemniaczkami, do koleżanki która to organizowała, zadzwonił koleś z hotelu, że jednak takiego bezpośredniego autobusu w niedzielę nie ma (co mnie nie zdziwiło, bo wcześniej sprawdzaliśmy w internecie i założyliśmy że wrócimy też z przesiadką w Johor Bahru) i że bilety może nam przełożyć na 8.00 (rano!). Nie wiem w sumie czemu, ale się zgodziła.. Chwilę później, gdy wróciliśmy i zdecydowanie nie podobała nam się ta decyzja, próbowaliśmy jeszcze wszystko odkręcić, ale było już za późno – możemy nie jechać, ale kasa przepada..
Wymusiliśmy więc opuszczenie kolejki do restauracji i rozpoczęcie zwiedzania, co z miejsca wydawało się bez sensu, bo było już całkiem ciemno.
Jedną z atrakcji Melaki jest nocny market, w który zamienia się długa, centralna ulica. Mnóstwo straganów, mydło i powidło. Można spróbować lokalnych słodkości, przysmaków i wydać pieniądze na inne bzdury.
Malezja, Melacca, Night Market - nocny market

Malezja, Melacca, Night Market – nocny market

Malezja, Melacca, Night Market, lodówka z napojami

Malezja, Melacca, Night Market, lodówka z napojami

Malezja, Melacca, Night Market - nocny market, stragany ze słodyczami

Malezja, Melacca, Night Market – nocny market, stragany ze słodyczami

Malezja, Melacca, Night Market - nocny market, kokosowa galaretka

Malezja, Melacca, Night Market – nocny market, kokosowa galaretka

Malezja, Melacca, Night Market - nocny market, świąteczne kartki

Malezja, Melacca, Night Market – nocny market, świąteczne kartki

Za jakieś grosze zaopatrzyłam się we wspomnienia z dzieciństwa, kto to pamięta?
Malezja, Melacca, Night Market - nocny market, kółka!

Malezja, Melacca, Night Market – nocny market, kółka!

Idąc dalej w stronę miasteczka można podziwiać, zapomnianą po przedniej celebracji Chińskiego Nowego Roku, ozdobę w kształcie wężo-smoka.

Malezja, Melacca, wężo-smok

Malezja, Melacca, wężo-smok

Dla leniwych są też rowerowe riksze, które błyskają, migają, świecą i grają jakieś karkołomne, lokalne disco-polo.
Malezja, Melacca, rowerowe riksze

Malezja, Melacca, rowerowe riksze

Melaka jest miastem portowym, historycznie docierały tu statki z Europy, co miało wpływ na lokalną architekturę. Nam udało się dotrzeć tylko do jednego z kościołów (protestancki z XVIII wieku, w europejskim stylu).

Malezja, Melacca, Christ Church Melaka - kościół protestancki

Malezja, Melacca, Christ Church Melaka – kościół protestancki

Malezja, Melacca, wieża przed kościołem protestanckim (Christ Church Melaka)

Malezja, Melacca, wieża przed kościołem protestanckim (Christ Church Melaka)

Malezja, Melacca, kanały

Malezja, Melacca, kanały

Miasto oferuje jednak dużo więcej, z tego co widziałam w przewodniku to są i fajne ruiny i przede wszystkim, na każdym kroku widoczna, zazębiająca się kultura europejsko-azjatycka. Melaka ląduje więc na liście miast do ponownego odwiedzenia i spróbowania, bo kulinarnie zdecydowaliśmy się tylko na jakąś szybką restaurację serwującą dania jak w Singapurze..
Nie narzekam jednak, wiem teraz mniej-więcej jak się tam dostać, jak się poruszać po Malezji i jak to funkcjonuje. Wiedza przydatna na potem.
Malezja, Melacca, Night Market - nocny market, po godzinach..

Malezja, Melacca, Night Market – nocny market, po godzinach..

Reklamy

turystyka i rekreacja – Singapur, wyspa Pulau Ubin

Ostatnio, podczas jednej z dyskusji ze znajomymi, wszedł na tapetę temat dwóch kółek. Został on bardzo szybko podchwycony i na początku grudnia postanowiliśmy poczuć wiatr we włosach. W Singapurze można oczywiście jeździć ulicami (chodnikami chyba też) czy po parku, ale dla większej przyjemności można wybrać się na północno-wschodnią, należącą do Singapuru, wyspę Pulau Ubin.
Aby dostać się na wyspę, trzeba najpierw udać się na kraniec Singapuru, a dokładnie na Changi Point (Ferry Terminal), który znajduje się w Changi Village. Z tego co pamiętam, trzeba mieć przy sobie paszport czy tam pozwolenie o pracę – jakiś dokument poświadczający kim się jest i że ma się prawo przebywać w Singapurze – jest to potrzebne, aby wrócić, bo sprawdzają czy nie jesteś nielegalnym imigrantem ;) Bierzemy więc z przystani łajbę, która akurat podpłynęła i starając się nie zauważać, że wygląda jakby miała się rozpaść na środku wody, wsiadamy. Za jakieś pół godziny i 2 czy tam 5 dolarów jesteśmy na wyspie.
Singapur, w drodze na wyspę Pulau Ubin, łajbą, które na pewno przeszła wszystkie kontrole..

Singapur, w drodze na wyspę Pulau Ubin, łajbą, które na pewno przeszła wszystkie kontrole..

Wysepka jest mało zamieszkana – głównie tereny zielone, ścieżki spacerowo-rowerowe i infrastruktura turystyczna. Tuż przy przystani znajduje się wypożyczalnia rowerów, w której też za jakieś 2 czy 5 dolarów wypożycza się rower bez ograniczeń czasowych i co mnie zdziwiło, bez żadnych dokumentów. W Polsce, jeśli bierzesz jakiś sprzęt z wypożyczalni to nie dość, że zwykle chcą w zamian twoje papiery, to jeszcze najlepiej jakbyś w zastaw oddał samochód, dom i matkę. Faktem jest, że z Pulau Ubin (Pulau znaczy wyspa) można by ze skradzionym sprzętem uciekać tylko wpław, ale i tak zaufanie społeczne wydaje się być spore. Po przetestowaniu rowerów ruszyliśmy leśnymi ścieżkami. Ja – klasyczny mądry Polak po szkodzie, szybko zorientowałam się, że:
  • po pierwsze – to las, a las = komary..
  • po drugie – nawet jak jest pochmurno to słońce opala..
W ten sposób dorobiłam się sporej ilości czerwonych plam od ukąszeń (kocham Cię alergio..), które całkiem zręcznie ukrywały się pod buraczano-pomidorowym kolorem świeżej opalenizny. I tak jak kiedyś, gdy latem nosiło się glany, co skutkowało łydkami opalonymi tylko do połowy (permanentne skarpetki), z powodu zabandażowanego nadgarstka (nic wielkiego, uparta baba uznała, że ogromne dwuosobowe łóżko da się przesunąć samemu..) moja ręka przypominała truskawki w bitej śmietanie..
Singapur, wyspa Pulau Ubin, rowery!

Singapur, wyspa Pulau Ubin, rowery!

W 30 stopniowym upale i z totalnym brakiem kondycji, najmniejsza górka powodowała, że zalewaliśmy się hektolitrami potu, ale było warto. Widoki były tak kontrastujące do tego, co na co dzień widzi się w Singapurze, że wszystkie zmysły z wdzięcznością odpoczywały. Przerwę zrobiliśmy sobie nad jeziorem w środku wyspy, które trochę przypominało mi krakowski Zakrzówek.
Singapur, wyspa Pulau Ubin, jezioro na wyspie

Singapur, wyspa Pulau Ubin, jezioro na wyspie

A także na pseudoplaży, która dużo lepiej wygląda na zdjęciach.
Singapur, wyspa Pulau Ubin, plaża

Singapur, wyspa Pulau Ubin, plaża

 Mieliśmy też okazję zobaczyć, jak niszczycielska potrafi być natura.
Singapur, wyspa Pulau Ubin, dom roztrzaskany przez drzewo podczas wichury

Singapur, wyspa Pulau Ubin, dom roztrzaskany przez drzewo podczas wichury

Pierwsze wyrwanie się „za miasto” było przedsmakiem grudniowych wycieczek, o których w następnych odcinkach. Z radością stwierdzam też, że pora deszczowa w Singapurze, chociaż nie była jakaś drastyczna, ale jednak padało przynajmniej co drugi dzień, powoli odpuszcza.