Miesiąc: Grudzień 2013

pomruki śpiącego smoka – Indonezja, wyspa Java, akt II

Kontynuując poprzedni wpis.
Po 4h jazdy, dotarłyśmy do naszego hostelu Cafe Lava. Bardzo przyjemne miejsce, polecam jeśli ktoś się wybiera. Jedyny minus to woda, która nie była zbyt ciepła, mimo bojlera. Do snu trzeba się było ubrać bardzo ciepło, bo ogrzewania brak, a na wysokości pewnie około 2000 m.n.p.m. temperatura nie jest zbyt wysoka.
Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, po co umieszczona jest strzałka na suficie?

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, po co umieszczona jest strzałka na suficie?

Zanim jednak oddałyśmy się w objęcia Morfeusza, zrobiłyśmy sobie krótki spacer po okolicy. Dotarłyśmy do miejsca, skąd można było podziwiać zachód słońca nad wulkanami. Chociaż najlepsze w tej kwestii miało nadejść dopiero za kilka godzin – wschód słońca. Oba widoki wprost magiczne, ale ten drugi przebił wszystko co do tej pory widziałam w kwestii wschodów słońca.

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, hop!

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, hop!

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, zachód słońca

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, zachód słońca

Pobudka o 2.45, szybki ogar, rozgrzewająca herbata i o 3.30 pakujemy się do jeepa, który wiezie nas na wzgórze widokowe. Na miejscu póki co jest tylko kilka osób, więc udaje nam się zająć strategiczne miejsca w pierwszej linii. Kilkanaście minut później zaludniło się, ale my już nie opuściłyśmy zajętych pozycji. Czekaliśmy na pojawienie się słońca pijąc kawę i herbatę robione na ognisku przez jednego z lokalnych mieszkańców. W końcu jest! Tuż przed 5.00 pierwsze promienie zaczynały przebijać się przez horyzont. Absolutnie nie da się tego opisać. Zdjęcia też tego nie oddadzą. Magia i piękno w najczystszej postaci.
Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, wschód słońca

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, wschód słońca

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, wschód słońca

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, wschód słońca

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, wschód słońca

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, wschód słońca

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, wulkan puścił bąka ;)

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, wulkan puścił bąka ;)

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, relaks!

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, relaks!

Gdy słońce wzeszło już nad horyzont, pochodziliśmy chwilę po okolicy, a później z powrotem do jeepa i jazda w dół na pustynię pyłu wulkanicznego. Tutaj przyszedł czas na atrakcję, która przewijała się w naszych rozmowach przez ostatnie kilka dni – siedzę na koniu! Otóż kawałek pustyni, który pozostał od miejsca gdzie parkują jeepy do wejścia na czynny wulkan Mt.Bromo można pokonać pieszo albo konno.
Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, metalowy rumak na pustyni pyłu wulkanicznego

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, metalowy rumak na pustyni pyłu wulkanicznego

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, siedzę na koniu!

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, siedzę na koniu!

Do krateru prowadzą schody, na których mimo wczesnej pory było całkiem tłoczno. Tutaj na dobre zaczęła się też nasza „karjera”. Już w Chinach zdarzyło mi się, że Azjatka chciała mieć ze mną zdjęcie. Tutaj jednak przeszli samych siebie. Ilość zdjęć o jakie zostałyśmy poproszone mogłaby zachwycić Dodę czy inną Mandarynę. Biały człowiek na szczęście, czyli nie ma to jak zostać pamiątką z wakacji Indonezyjczyków.
Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, jedna z wielu osób, które chciały mieć z nami zdjęcie - sława dopadnie Cię wszędzie! :D

Indonezja, wyspa Java, okolice wulkanu Bromo, jedna z wielu osób, które chciały mieć z nami zdjęcie – sława dopadnie Cię wszędzie! :D

Sam krater to już inna historia niż siarkowy Ijen. Bromo ma zdecydowanie mniejszą średnicę, niczego się tu nie wydobywa, ale gęsty dym unosi się nieustannie. Ostatnia wybuch tego wulkanu datowany jest na 2011 rok. Znów pojawiają się gryzące opary, jednak ciemny otwór, z którego wydobywa się dym, hipnotyzuje.
Indonezja, wyspa Java, wulkan Bromo, wnętrze krateru

Indonezja, wyspa Java, wulkan Bromo, wnętrze krateru

Nasza wycieczka powoli dobiegała końca. Powrót konno, dalej jeepem do hotelu, prysznic, śniadanie i już byłyśmy w drodze do Surabayi. Samo miasto nie zachęciło nas do zwiedzania, więc postawiłyśmy na przyjemności, dając też odpocząć zmęczonym nogom.

Trochę zapuszczone lokalne lotnisko, późnowieczorny lot z atrakcjami i już byłyśmy z powrotem w Singapurze. I chociaż minęły 2 tygodnie, ja wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co widziałam.
Reklamy

straszna siara – Indonezja, wyspa Java, akt I

Zdecydowanie jestem jednym z tych ludzi, których ciężko zatrzymać dłużej w jednym miejscu. I chociaż Singapur ma jeszcze trochę nie odkrytych przeze mnie miejsc i wciąż mnie zaskakuje, to nawet stąd muszę się urwać. Jakby nie patrzeć, to tylko mała wyspa, rozmiarów 1,3 razy Warszawa, skupiona głównie na biznesie i wydawaniu pieniędzy, szczelnie zabudowana drapaczami chmur i galeriami handlowymi. Aby poczuć przestrzeń postanowiłyśmy polecieć do Indonezji.
Decyzja o wycieczce zapadła momentalnie jednego wieczoru, kilka tygodni wcześniej. Wzięłam się za porządki w papierach, bo gromadzą się jak zawsze, a lokalna wilgoć zaczynała się już z nimi rozprawiać. I tym sposobem trafiłam na broszurkę, którą drapnęłam z ambasady Indonezji w Polsce, kiedy byłam tam, prawie 2 lata temu, na rozmowie o stypendium. Przerzuciłam kilka stron i moim oczom ukazał się napis „Surabaya”, a pod nim zdjęcia wulkanów. Wulkany! Jedno z „miejsc do zobaczenia przed śmiercią”, na mojej własnej, nieistniejącej liście. Chociaż z Surabayi, drugiego co do wielkości miasta Indonezji, znajdującego się na wyspie Java, do samych wulkanów jeszcze kawał drogi, to klamka już zapadła. Kasia szybko podłapała temat i chwilę później zmobilizowałyśmy siły w szukaniu biletów. A że zdarza mi się mieć szczęście, to ekspresowo namierzyłam promocyjne ceny przez jedną z internetowych wyszukiwarek, rach – ciach – loty zarezerwowane :) Resztą będziemy martwić się potem. Nasze odkładanie planowania „na później”, przeplecione podwójnym przeziębieniem, osiągnęło moment krytyczny, gdy na niecały tydzień przed nadal nie opracowałyśmy jak do wulkanów się dostać. Wieści z internetów nie pocieszały – na własną rękę bardzo czasochłonne, z milionem przesiadek na autobusy, taksówki czy inne pojazdy – ciężko do ogarnięcia na ostatnią chwilę. W perspektywie spędzenia 2 dni w wielkim mieście, postanowiłyśmy poszukać zorganizowanej wycieczki, do których pałam niezmienną od lat nienawiścią. Jak się okazało była to świetna decyzja. Nie organizują na szczęście wielkich, autokarowych grup, które podążają za przewodnikiem z chorągiewką. Małe, wygodne vany, które dzieli się tylko z towarzyszami podróży, wraz z kierowcą i przewodnikiem. W przyzwoitej cenie, włączając hotel ze śniadaniem, butelkowaną wodę pod dostatkiem, odbiór i odstawienie na miejsce wedle życzenia, opłaty wstępu (chociaż nie jestem pewna czy jakieś istniały). Jeśli ktokolwiek się tam wybiera, to serdecznie polecam Wisata Alam Indonesia z przewodnikiem Adim, który wie wszystko o wulkanach, erupcjach, Indonezji i mówi dobrym angielskim :)
Postawiłyśmy na opcję dwudniową. Nasza wycieczka o mały włos spełzłaby jednak na niczym, bo prawie spóźniłyśmy się na samolot.. Zamówiona pod biuro taksówka zwyczajnie nie przyjechała, złapanie innej w piątkowy wieczór w Singapurze graniczy z cudem. Walczyłyśmy ponad 40 minut, wisząc, na wiecznie zajętej, infolinii. Na pobliskim postoju kolejka na 15 osób nie dawała nam cienia szans. Udało się, przyjechała! Ostatecznie, biegiem przez terminal, dotarłyśmy do naszego check-inu, który pobłyskiwał napisem „closing”, a pani właśnie odchodziła ze stanowiska. Na szczęście usłyszała nasze wołanie, gdy biegłyśmy wężykiem między taśmami trzymającymi porządek kolejki. Uffff.. Sukces!
Singapur, lotnisko Changi, zamknięcie check-inu na lot do Surabayi

Singapur, lotnisko Changi, zamknięcie check-inu na lot do Surabayi

Wylądowałyśmy w Surabayi około 21.30 lokalnego czasu. Nasz przewodnik odebrał nas z lotniska i zaczęła się nasza kilkugodzinna podróż do podnóża wulkanu. Zajęła około 7h, przez miasta, miasteczka i wsie, obwodnic czy autostrad brak. Chociaż podróż przez noc zdawała się wyśmienitym rozwiązaniem, wszak oszczędzamy na hotelu i zostaje więcej czasu na przyjemności, to przez pierwsze godziny nie było szans na zmrużenie oka. Styl jazdy indonezyjskich kierowców może przyprawić o zawał serca nawet największego twardziela. Wyprzedzać można z każdej strony, nieważne czy pasów jest jeden czy trzy, skuter zawsze jest gdzieś obok i śmiga Ci przed maską, mogą też jechać pod prąd, a wyprzedzanie na trzeciego jest zbyt mainstreamowe, dlatego na piątego zazwyczaj. Bo przecież jeśli samochód przede mną zaczął wyprzedzać, to ja też mogę, skoro on się zmieści to ja tym bardziej.. W tym całym chaosie zdawało się jednak, że nasz pan kierowca wie co robi. Bałabym się wsiąść do tego auta, gdyby było prowadzone przez przeciętnego Europejczyka. Trzeba mieć inną mentalność, aby przetrwać na drodze.
Pierwszy krater o dziwo napotkaliśmy już po ok 3h. Wielka wyrwa w ziemi, zakaz wjazdu, objazdu brak. Nawigacją czy mapą się nie grzeszy, znaków jak na lekarstwo, więc błądziliśmy dobre pół godziny, uwzględniając małe uliczki i podwórka, aż w końcu, spośród ciemności, wyłonił się lokalny mieszkaniec, który wskazał objazd.
Około 4.00 rano dotarliśmy, coraz bardziej krętymi dróżkami, do podnóża wulkanu Ijen – Paltuding. Niebo przywitało nas milionem gwiazd, cała okolica wyglądała trochę jak pole namiotowe albo okolice schroniska górskiego w nocy (chociaż porozstawianych namiotów nie było). Opatuchane w kurtki, udałyśmy się do jednego ze sklepików. Przy niemożliwie słodkiej kawie i herbacie, a także przepysznych plackach ziemniaczanych z marchewką i cebulką, smażonych na głębokim tłuszczu, przeczekaliśmy niecałą godzinkę do świtu.
Indonezja, wyspa Java, podnóże wulkanu Ijen, placki ziemniaczane

Indonezja, wyspa Java, podnóże wulkanu Ijen, placki ziemniaczane

Zanim wyruszyliśmy pod górę trzeba było jeszcze zapłacić bodajże 20 000 indonezyjskich rupii (jakieś 5zł) za możliwość fotografowania na wulkanie i skorzystać z toalety.. Właśnie, toaleta.. Wrzucałam tu na blogu zdjęcie toalety w Malezji. Dół w podłodze i kawał szlaucha. Tu było podobnie, tyle że wodę spuszczało się nabierając plastikowym rondlem z małej wanienki, która stała obok.
Podejście zajęło nam niecałe półtorej godziny, noga za nogą, dosyć stromo i większość czasu oczywiście pod górkę. Ziemia naznaczona jest mnóstwem żółtych okruchów. Po drodze mijali nas pracujący w wulkanie górnicy, którzy z papierosem w ustach, szybkim krokiem, oddalali się. Gdy wyszliśmy z poziomu drzew widoki rekompensowały zmęczenie w 100%.
Indonezja, wyspa Java, widok z wulkanu Ijen

Indonezja, wyspa Java, widok z wulkanu Ijen

Indonezja, wyspa Java, wejście na wulkan Ijen

Indonezja, wyspa Java, wejście na wulkan Ijen

Indonezja, wyspa Java, widok z wulkanu Ijen

Indonezja, wyspa Java, widok z wulkanu Ijen

Górnicy pokonują trasę w górę i w dół przynajmniej 2 razy dziennie. Nie wygląda jakby w ich pracy przestrzegano jakichkolwiek przepisów BHP. Nie mają ochronnych strojów, na nogach zwykle kalosze lub japonki. Towarzyszy im charakterystyczne skrzypienie bambusowych koszy na pałąku, w których niosą wielkie kawały żółciutkiej siarki. Docieramy do punktu ważenia koszy, chwila przerwy i ostatnie pół godzinki podejścia na krawędź krateru.
Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen - punkt ważenia koszy z siarką

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen – punkt ważenia koszy z siarką

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, górnik z koszami pełnymi siarki

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, górnik z koszami pełnymi siarki

Indonezja, wyspa Java, widok z wulkanu Ijen

Indonezja, wyspa Java, widok z wulkanu Ijen

Załadowane kosze ważą średnio 80-100 kg, na własnych barkach górnicy noszą je najpierw 200m pionowo w górę z wnętrza krateru, a później 3,5km w dół do pobliskiej wioski, gdzie ładowane są na ciężarówki i zawożone do fabryki. Opłata za morderczy spacer i niebezpieczną pracę w oparach siarki? Średnio 8$ dolarów za kurs, w zależności od wagi przyniesionej siarki. Niecałe 25 złotych.. Nikt się jednak nie skarży, nikt nie narzeka, to najlepiej płatna praca w okolicy. Nie jest wcale łatwo dostać specjalne pozwolenie by tu pracować.
Wspinamy się dalej, powietrze zagęszcza się, czuć powoli gryzące opary. Zakładamy chusty na twarz, by móc swobodniej oddychać. Okolica wygląda odrobinę przerażająco, nadpalone drzewa i wszechobecny popiół to pozostałości pożaru, który trawił wulkan w porze suchej.
Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, świt nad pogorzeliskiem

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, świt nad pogorzeliskiem

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, górnicy z koszami pełnymi siarki

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, górnicy z koszami pełnymi siarki

Ostatnie kroki w górę i znajdujemy się na krawędzi. Kto myślał, że wulkany to takie spiczaste góry, ze ściętym czubkiem? Ja tak je sobie wyobrażałam.. Byłam zdumiona średnicą krateru. Całość pokrywała zastygła lawa wulkaniczna.
Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, grań/zbocze krateru,  po prawej spad na zewnątrz, po lewej do wnętrza krateru

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, grań/zbocze krateru, po prawej spad na zewnątrz, po lewej do wnętrza krateru

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, ludzie na krawędzi

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, ludzie na krawędzi

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, zejście do krateru

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, zejście do krateru

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, siedzę w kraterze!

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, siedzę w kraterze!

Zakazuje się schodzić turystom do krateru, nie tylko z uwagi na ewentualne upadki. Wiatr może zmienić kierunek w każdej chwili, a wtedy gryzący pył dostaje się do nosa i oczu. Siedząc na szczycie/grani krateru ratowałyśmy się nawilżającymi kroplami do oczu. Kiedy dotarliśmy na górę mgła spowijała jeszcze całą okolice.
W dole system rur prowadzi gazy wulkaniczne, zostają one schłodzone do postaci żółtawo-czerwonej mazi, a później zastygają na dnie krateru. Górnicy metalowymi prętami rozłupują siarkę na duże kawałki, umieszczają w koszach, związują sznurkiem i rozpoczyna się ich zabójczy spacer do wioski. Obowiązkowo z papierosem w ustach.
Mgła opadła, odsłaniając dymiące, żółte wnętrze krateru, a także lazurowe jezioro.
Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, grań/zbocze krateru :)

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, grań/zbocze krateru :)

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, dymiąca siarka w kraterze

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, dymiąca siarka w kraterze

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, jezioro kwasu siarkowego

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, jezioro kwasu siarkowego

Chętnie dałoby się nura w krystalicznie wyglądającą wodę, prawda? Nie polecam. Jezioro nie zawiera wody, ale czyściutki kwas siarkowy oraz inne niebezpieczne substancje, powstałe w procesie obróbki gazów wulkanicznych. Niestety, spływa ona do okolicznych rzek, czyniąc je bardzo szkodliwymi.
Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, górnik kończy spacer pod górę, teraz 3,5km w dół

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, górnik kończy spacer pod górę, teraz 3,5km w dół

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, krater!

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, krater! 

Niesamowitość tego miejsca trzymała nas jak zahipnotyzowane. To taki moment, w którym człowiek uświadamia sobie, że natura jest niesamowita. Kolejna zmiana kierunku wiatru przesłoniła wnętrze krateru i skierowała opary w naszą stronę – zdecydowanie czas było już się zbierać.
Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, szkodliwe opary unoszące się z krateru

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, szkodliwe opary unoszące się z krateru

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, w workach górnicy dźwigają mniejsze kawałki siarki

Indonezja, wyspa Java, wulkan Ijen, w workach górnicy dźwigają mniejsze kawałki siarki

Indonezja, wyspa Java, widok z wulkanu Ijen

Indonezja, wyspa Java, widok z wulkanu Ijen

Chwila odpoczynku na dole i żegnamy się z Kawah Ijen. Po drodze jeszcze krótka wizyta na plantacji kawy arabica – niestety jest już dawno po zbiorach – i jedziemy dalej, w okolice Mt. Bromo, czynnego wulkanu oddalonego od Kawah Ijen jakieś 4h drogi.

Ciąg dalszy nadciąga :)

naturalna mieszanka chińsko-japońska – Singapur, Chinese and Japanese Garden

Przebywanie w miejskiej dżungli i kursowanie głównie między biurem a domem sprawia, że jednak tęskni się za naturą. I chociaż przeprowadziłam się (tak, znowu..) tuż koło parku, to jakoś nie zdarzyło mi się jeszcze do niego wejść. Singapur, jak się okazuje, jest nie tylko swoistą mieszanką kulturową pod względem ludzi, ale także zieleni. Jednymi z tematycznych roślinnie parków, są Chinese and Japanese Garden – chińskie i japońskie ogrody w zachodniej części Singapuru.
Zaczęłyśmy od chińskiego, do którego wchodzi się przy stacji metra o takiej samej nazwie. A że na stacji znajduje się MrBean – lokalna sieć gastronomiczna, serwująca głównie mleko sojowe, naleśniki na mleku sojowym i lody sojowe, to właśnie te ostatnie umilały nam pierwsze minuty w parku.
Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - taaaakie dobre!

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – taaaakie dobre!

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - to co właściwie wolno?!

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – to co właściwie wolno?!

Jeśli Chiny to na pewno pagoda – tradycyjna wieża, która w buddyzmie służy często do przechowywania relikwii. Ta w chińskim ogrodzie ma 7 pięter, a wskrobać można się aż na samą górę i podziwiać panoramę.

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - 7-piętrowa pagoda

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – 7-piętrowa pagoda

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - widok z 7-mego piętra pagody

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – widok z 7-mego piętra pagody

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - widok z 7-mego piętra pagody na most do japońskiego ogrodu

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – widok z 7-mego piętra pagody na most do japońskiego ogrodu

Tuż obok stoją posągi 8 legendarnych, chińskich bohaterów. Dwie postacie były mi znane, jedna z nich w sumie mnie zaskoczyła.

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - posąg Konfucjusza

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – posąg Konfucjusza

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - posąg Mulan! Bajka nie była więc historyjką wyssaną z palca

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – posąg Mulan! Bajka nie była więc historyjką wyssaną z palca

Na tej 7-piętrowej pagody się nie kończą, mniejsze, 3-piętrowe Twin Pagodas stoją tuż nad brzegiem Jurong River.
Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - Twin Pagodas (Pagody Bliźniacze)

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – Twin Pagodas (Pagody Bliźniacze)

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - puk, puk!

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – puk, puk!

Lokalni mieszkańcy wyszli nam na powitanie gdy zmierzałyśmy do ogrodu drzewek bonsai.

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - siema!

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – siema!

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - zjem Cię!

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – zjem Cię!

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - ławeczka dla pokłóconych

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – ławeczka dla pokłóconych

Później już tylko drzewka bonsai, wśród których można sobie usiąść i odpocząć. Bonsai, to nie tylko roślinka sama w sobie. To cała sztuka miniaturyzowania drzewek, wywodząca się z Chin, kultywowana także w Japonii.
Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - drzewka bonsai

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – drzewka bonsai

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - więcej drzewek bonsai

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – więcej drzewek bonsai

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - mini-wodospad w ogrodzie bonsai

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – mini-wodospad w ogrodzie bonsai

Zanim dotarłyśmy do mostku, przeszłyśmy jeszcze przez park zodiaków i drzewek granatu. Owoców na drzewach nie widziałam, muszę sprawdzić kiedy się pojawiają i wtedy podjechać. A zodiaki to nie nasze typowe Wagi, Panny i Skorpiony. Tutaj obowiązuje chiński kalendarz, a więc Szczur, Koza czy Tygrys, zależne od roku urodzenia, a nie dnia i miesiąca.

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - urodzona w roku Węża

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – urodzona w roku Węża

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - betonowe kury też można karmić

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – betonowe kury też można karmić

Pierwsze krople deszcze próbowały nas przegonić, ale zaryzykowałyśmy jeszcze odwiedzenie japońskiego ogrodu – na całe szczęście!

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - japońskie latarenki

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – japońskie latarenki

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - japońskie latarenki

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – japońskie latarenki

Singapur, Chinese and Japanese Garden - Ogród Chiński i Japoński - domek gościnny w stylu japońskim

Singapur, Chinese and Japanese Garden – Ogród Chiński i Japoński – domek gościnny w stylu japońskim

Później już nie było się co oglądać, pomiędzy kroplami dotarłyśmy do stacji metra, a gdy tylko wagonik ruszył z peronu, tradycyjna, singapurska ściana wody przesłoniła ostatni widok na ogrody.