I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Agra

Spośród lepiej lub gorzej wyglądających składów, które widzimy na sąsiednich torach głównej stacji kolejowej w Delhi, na peron wjeżdża nasz pociąg – 12616/G T EXPRESS, relacji Delhi <-> Chennai. Nie ma dramatu, ot przeciętny skład z lat minionych, klimat polskiego PKP. Wagon okazuje się być bezprzedziałowym sypialnym. Przypadły nam w udziale miejscówki na górnym i dolnym łóżku. Na szczęście dolne ma możliwość złożenia się do dwóch foteli, co chętnie wykorzystujemy, bo przed nami jedynie 3h jazdy. Każde miejsce ma swoją zasłonkę, więc na początku chowam się za kotarkę, by nie wzbudzać ciekawskich spojrzeń, gdy ludzie tarabanią się przez wagon. Pociągi w Indiach to chyba najlepszy środek transportu i pewnie jeden z najtańszych. My za te bilety zapłaciliśmy po 764.40 Rupii (~16SGD, 42,20 PLN) od osoby. Można taniej, miejsca w niższych klasach kosztują grosze. My uznaliśmy, że klasa 2 AC, czyli klasa 2 z klimatyzacją, to optymalny balans między kosztami, komfortem, a bezpieczeństwem i tak właśnie było! Podróż upływa spokojnie, Maciek wdaje się nawet w konwersację z siedzącym nieopodal mężczyzną. Wysiadamy na stacji Agra Cantt (Cantonment) i rikszą prosto do hotelu. Rano pobudka będzie bardzo wcześnie – Taj Mahal chcę zobaczyć o wschodzie słońca!

Indie, w pociągu z Delhi do Agry

Budzik dzwoni o zbójeckiej 5.30. Wciągamy na siebie warstwy ubrań, doustnie przyjmujemy pozostałe od wczoraj placki i popijamy herbatą instant masala – hinduska herbata z przyprawami i mlekiem, moja ulubiona! Wg mapy hostel jest rzut beretem od bramy zachodniej (Western Gate) Taj Mahal. Albo nasze umysły jeszcze się nie obudziły, albo użytkowanie mapy w Indiach jest jakąś czarną magią.. Teoretyczna „pierwsza w prawo” na rondzie zdaje się nie prowadzić do celu, a wciąż jest ciemno. Na szczęście ulicą przejeżdżają pierwsi rikszarze szukający zarobku. Nawet nie musimy mówić gdzie nas zawieźć. Kasy wciąż nieczynne, mimo że za okienkami widać już pracowników. Jest jakaś 6.30 gdy ustawiamy się w krótkim ogonku innych białasów. Kolejki, zarówno te dla turystów zagranicznych jak i lokalnych, ruszają kilka minut po 7-mej, gdy już świta. Szczuplejsi o 750 rupii za osobę (~41,30 PLN, 15.70 SGD) przenosimy się do kolejki wejściowej. Tutaj jeszcze dokładna kontrola, utrata naszego mikro-statywu (taki trójnóg na 10 centymetrowych nogach) i możemy wchodzić. Mieliśmy cichą nadzieję, że statywik przejdzie, bo robił raczej za rękojeść do GoPro niż faktyczny statyw, ale niestety trafiliśmy na restrykcyjnego ochroniarza. Niektórym udało się jakoś obejść zakaz statywów i kijków do selfie, bo widzieliśmy je w środku (może trzeba było dać w łapę?).  Przechodzimy przez Great Gate (Darwaza I Rauza)..

Indie, Agra, Great Gate (Darwaza I Rauza), brama wejściowa do ogrodów przy Taj Mahal

..i naszym oczom ukazuje się cel naszej wizyty – bielutki Taj Mahal! Brakło mi słów.. Wzruszyłam się i oczy mi się zaszkliły. Nie sposób opisać jego majestatu. Stoję jak zaczarowana. Dopiero po chwili wraca rozum do głowy, że kto to widział płakać przez piękny budynek?! Ukradkiem ocieram oko, udając że coś mi wpadło i podchodzimy bliżej. (Właśnie odkryłam, że po polsku pisze się „Tadź/Tadż Mahal” zamiast „Taj Mahal”, ale wygląda to nad wyraz głupio, wybaczcie więc że zostanę przy bardziej międzynarodowej pisowni.)

Indie, Agra, Taj Mahal – świt

Indie, Agra, Taj Mahal – świt

Indie, Agra, Taj Mahal – pierwsze promienie słońca

Wspaniały, prawda? Jego historia brzmi trochę bajkowo – jest w końcu dowodem miłości. Marmurowe ściany powstały by pełnić przede wszystkim rolę grobowca przedwcześnie zmarłej ukochanej żony XVII-wiecznego władcy Shah Jahana z dynastii Mogołów – Mumtaz Mahal. Główny budynek, otoczony czterema minaretami wygląda bardzo dostojnie – cóż za kochany mąż! Budowla, uznana za kwintesencję mogolskiej architektury, odwiedzana jest przez tłumy turystów. Nasz poranny wysiłek opłacił się jednak – ludzi było relatywnie mało, a nam udało się uchwycić pierwsze promienie słońca opadające na majestatyczną perłową biel. Zostały one również zarejestrowane okiem kamery – film z indyjskiej przygody pojawi się w ostatnim poście z wyprawy, czekajcie cierpliwie! Z bliska wzrok chłonie wzory, ornamenty, motywy, symetrię.

Indie, Agra, pod Taj Mahal

Indie, Agra, w jednym z bocznych wgłębień Taj Mahal

Indie, Agra, zdobienia na ścianach Taj Mahal

Po około 30 minutach od wejścia ilość ludzi na metr kwadratowy zaczyna drastycznie wzrastać. Nam udało się w spokoju zobaczyć to, co najważniejsze, wiec bez pośpiechu oglądamy jeszcze znajdujący się po lewej stronie od Taj Mahal meczet Kau Ban. Aby nadać okolicy perfekcyjnej symetrii, ten elegancki budynek z czerwonego piaskowca posiada swoje odbicie lustrzane na prawo od głównej budowli – Mehmaan Khan, który pełnił rolę domu gościnnego.

Indie, Agra, meczet Kau Ban na terenie kompleksu Taj Mahal

Ostatni rzut okiem na ten jeden z siedmiu nowych cudów świata i wychodzimy zachodnią bramą w kierunku fortu Agra. Początkowo maszerujemy pieszo, żeby zobaczyć okolicę. Szybko okazuje się jednak, że nie ma nic wartego uwagi, ot droga po środku niczego ciekawego. Łapiemy więc naszych ulubionych panów rikszarzy i za mikro-sumkę podjeżdżamy najpierw pod stację kolejową Agra Fort, z której za kilka godzin będziemy odjeżdżać. Rozeznani w okolicy bez zwłoki udajemy się pod bramę fortu.

Wyszło na to, że w Taj Mahal kupiliśmy bilet łączony na obie atrakcje. Dokupujemy jedynie przewodnik audio, bo wstyd się przyznać, ale zachłyśnięci Taj Mahal, nie poświęciliśmy zbyt dużo czasu by poczytać o innych atrakcjach Agry. Po za tym cena 50 Rupii (~2,75 PLN, ~1 SGD) zdecydowanie zachęca. Po chwili przepadamy bez reszty w czerwone mury. Planowana krótka wizyta zdaje się nie mieć końca, bo za każdym rogiem czeka niespodzianka. Przewodnik daje radę, a my jesteśmy o krok bliżej w historii XVII-wiecznych Indii, kiedy znajoma nam już rodzina Mogołów zamieszkuje teren Agry tuż przed przeniesieniem stolicy do Delhi.

Indie, Agra, mury Agra Fort

Indie, Agra, Agra Fort, Akbari Mahal – ruiny Pałacu Akbara

Indie, Agra, Agra Fort, jedno z bocznych wejść do Jehangiri Mahal – pałacu przeznaczonego dla kobiet z rodziny władcy

Indie, Agra, Agra Fort, zdobienia na ścianie Jehangiri Mahal

Indie, Agra, Agra Fort, akuku! Zdobienia na ścianie Jehangiri Mahal

Indie, Agra, Agra Fort, promienie światła w jednym z pomieszczeń Jehangiri Mahal

Czerwony piaskowiec przechodzi w jasny marmur, a my odkrywamy, że to sprawka wnuczka rezydenta fortu Akbara (wnuczkiem jest Shah Jahan, ten od Taj Mahal), który lubując się w marmurze, wyburzył część oryginalnych zabudowań dziadka, aby zrobić miejsce na swoje pomysły. Akbar nie był tu pierwszy, ale to pod jego dyktando powstała większość rdzawych budowli, które zastąpiły zgliszcza pozostałe po walkach poprzedników. Z balkonu wieży Mussaman Burj rozpościera się widok na Taj Mahal. Legenda głosi, że Shah Jahan wyzionął ducha właśnie tutaj, patrząc na grobowiec swojej żony. Jednak to nie działalność wnuczka była główną przyczyną zmniejszenia liczby oryginalnych budowli w forcie. To, nazywane czasem ‚Walled City’ czyli ogrodzone miasto, zachowało obecnie jedynie 30 z około 500 konstrukcji, które tu stały. Większość ucierpiała na początku XIX wieku podczas rządów brytyjskich.

Indie, Agra, Agra Fort, widok z Bangla-I-Jahanari

Indie, Agra, Agra Fort, widok z Khas Mahal na Mussaman Burj

Indie, Agra, Agra Fort, wnętrze Khas Mahal, pałacu wybudowanego dla ulubionych córek Shah Jahana

Indie, Agra, Agra Fort, zdobienia na balkonie Khas Mahal

Indie, Agra, Agra Fort, sikhijski chłopiec na tle ogrodów Anguri Bagh

Indie, Agra, Agra Fort, Diwan-I-Am, Hall of Public Audience – Sala do publicznych audiencji

Po raz kolejny oczy nie mogą napatrzeć się na misterne zdobnictwo. Brzuchy coraz głośniej dopominają się jednak o kolejną dawkę hinduskiej kuchni. Bezzwłocznie wracamy do hotelu, aby spakować się i zwolnić pokój. Na szczęście godnej strawy nie trzeba daleko szukać, jadłodajnia, na przeciwko noclegu, została przez nas sprawdzona już wczoraj wieczorem. Palak Paneer, Chicken Masala i góra placków Chapati. Indyjska kuchnia jest obłędna, cokolwiek nam nie zaserwują – znika w mgnieniu oka! Właściwie chyba nie udało mi się ani razu zrobić zdjęcia przed konsumpcją. Raczymy się jeszcze indyjskim piwem Kingfisher i pora się zbierać. Krótki spacer po bazarach nie przynosi owoców (ceny jak na Indie są trochę z kosmosu, chyba wyczuli turystyczny biznes), jednak od ulicznego sprzedawcy kupuję ręcznie robione, kamienne magnesy za przyzwoitą, utargowaną cenę. Jestem raczej pewna, że nie są ‚made in China’.

Indie, Agra, pozamiatane!

Czas na nas, tarabanimy się na dworzec. Jeszcze tylko ominąć oszustów, którzy próbują naciągnąć turystów i jesteśmy jedną nogą w Jaipurze. Przy wejściu na plac przed dworcem, gdzie rikszarze raczej nie wjeżdżają, stoją często panowie z długopisami, którzy udają kontrolerów. Wciskają jakieś bajki, że albo bilet nieważny, albo pociąg odwołany, albo jest dodatkowa opłata za weryfikację biletu i kierują do stanowiska pseudo biura podróży, by wyciągnąć z podróżniczego portfela dodatkowe pieniądze. Nawet nie wiem o co dokładnie zapytał mnie gość, który nas zaczepił. Wcześniejsza wiedza z internetów sprawiła, że wiedziałam co się święci. Odburknęłam mu coś o oszustach i ignorując szłam dalej. Coś tam jeszcze wołał, ale na szczęście nie próbował nas dalej zatrzymywać.

Stacja Agra Fort jest zdecydowanie mniejsza od tej w Delhi, szybko znajdujemy więc peron i odpoczywamy na ławce. Wkrótce nieopodal siadają dwie młode dziewczyny z Izraela. Wymieniamy się wrażeniami i spostrzeżeniami. Wydają mi się trochę naiwne, ale może tak lepiej jest podróżować – bez przygotowania, planu i konkretnego celu. Rozdzielamy się, gdy nadjeżdża pociąg, mamy bilety na różne klasy. Chociaż jedziemy w to samo miejsce, nie spotykamy ich na zatłoczonym peronie w Jaipurze. Mam nadzieję, że ich dalsza podróż przebiegła równie wspaniale jak jej początek!

Jaipurskie opowieści zostawiam na kolejny wpis!

Reklamy

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Delhi: part II

W kwestii śniadań jestem straszną tradycjonalistką – przede wszystkim, niczym pięciolatek, płatki z mlekiem to podstawa. Ewentualnie jakaś kanapka. Od biedy jajecznica. Na szczęście sowita dawka curry o poranku przyjęła się równie dobrze. Uznaliśmy to za dobry znak.

Wcisnęliśmy się w naszą przyhotelową, niebieską linię metra i zygzakiem przez żółtą do fioletowej, dotarliśmy do stacji Kalkaji Mandir, która – jak zawsze z resztą, zdaje się znajdować o przysłowiowy rzut beretem od atrakcji. Nie, nie, nie.. To nasz ostatni dzień w Delhi, nie mamy czasu błądzić tak jak dnia poprzedniego, uśmiechamy się więc do pana z rikszy, który bardzo chętnie podwozi nas pod Lotus Temple (Świątynię Lotosu). Przez cały wyjazd wielokrotnie korzystamy z usług rikszarzy. To bardzo tani środek transportu. Cena jest oczywiście ustalana z góry, zanim wsiądziemy do środka. Na początku zawsze się targowaliśmy, wiedzieliśmy bowiem, że ceny dla turystów są podnoszone o nawet 200%. Nie znoszę być dojona tylko dlatego, że jestem obcokrajowcem, ale ciekawie jest uświadomić sobie później, że człowiek wykłócał się o 50 groszy.

Lotus Temple (wstęp darmowy) nie da się pomylić z niczym innym. To świątynia bahaistyczna – religii, która w założeniu łączy wszystkie najważniejsze religie świata. W środku budowli, nie ma żadnych artefaktów religijnych, w założeniu modlić może się tu każdy, bez znaczenia do jakiego Boga wznosi ręce. Ma być miejscem dialogu i refleksji. Mnie uderza bijący od niej spokój. Jest majestatyczna, otoczona ogromnymi połaciami zieleni, aż ciężko uwierzyć, że tuż za bramą wrócimy w chaotyczny świat klaksonów miasta. Przed wejściem zostaliśmy poddani obowiązkowej kontroli bagaży, generalnie zabrania się wnoszenia jedzenia na teren świątyni. Z lekkim smutkiem myślałam o wyrzuceniu ostatniej paczki pierników, które trzymaliśmy na czarną godzinę, ale uśmiech i zapewnienie, że nie będziemy ich jeść wystarczył, by pozostały wiernie na dnie plecaka.

Indie, Delhi, Lotus Temple – Świątynia Lotosu

Metrem kierujemy się z powrotem w stronę centrum. Stacja Jawaharlal Nehru Stadium (JLN Stadium) znajduje się najbliżej kolejnego celu naszej wizyty – Humayun’s Tomb – Grobowiec Humajuna. Nie jest to bynajmniej wizyta na cmentarzu. Wielkich władców chowano z rozmachem – podobnie było z Humayunem, członkiem dynastii Wielkich Mogołów, który w XVI wieku władał Indiami. Cały kompleks łączy w sobie, charakterystyczne dla tej dynastii, elementy hinduskie i perskie. Podjeżdżamy rikszą w okolice wejścia (tuż przy rondzie) i zaopatrujemy się w bilety, jak zawsze: dla zagranicznych turystów są droższe niż dla lokalnych (co nie zmienia faktu, że kosztują 250 Rupii – jakieś 14 PLN, 5.30 SGD).

Zaczynamy zwiedzanie od części kompleksu znajdującej się po prawej stronie od wejścia. To Grobowiec i Meczet Isa Khana (Isa Khan’s Tomb and Mosque), który powstał jeszcze przed Grobowcem Humayuna.  Sam Isa Khan Niyazi pochodził z dynastii Suri i wsławił się walką przeciwko Mogołom. Dlaczego więc grobowiec Mogoła Humayuna wybudowano tuż przy grobowcu Isa Khana skoro ich rody nie pałały do siebie miłością? Zostawiam to pytanie historykom i innym dociekliwym. Grobowiec tego drugiego wybudowany jest na planie ośmiokąta, otoczony piętrowym murem o tym samym kształcie – z radością odkrywamy fakt, że można się na niego wspiąć! Na prawo od wejścia mur przechodzi w XVI-wieczny meczet.

Indie, Delhi, wejścio-wyjście kompleksu Isa Khan’s Tomb and Mosque (Grobowiec i Meczet Isa Khana)

Indie, Delhi, Isa Khan’s Tomb (Grobowiec Isa Khana)

Indie, Delhi, Isa Khan’s Mosque (Meczet Isa Khana)

Indie, Delhi, nawa w Isa Khan’s Mosque (Meczecie Isa Khana)

Indie, Delhi, wejście na ośmiokątny mur kompleksu Isa Khan’s Tomb and Mosque (Grobowiec i Meczet Isa Khana)

Bez dalszej zwłoki udajemy się do celu naszej wizyty – imponującego Grobowca Humayuna, który na myśl przywodzi Taj Mahal. Właściwie, to jest taką trochę próbą mikrofonu przed powstaniem tego drugiego, gdzie architektura Mogołów osiągnęła swój szczyt kunsztu. Budowla poświęcona Humayunowi otoczona jest Char Bagh (Cztery Ogrody, Four Gardens), ogrodami w perskim stylu, chociaż dla mnie to bardziej geometryczno-lustrzane trawniki niż ogrody. Całości dopełniają uporządkowane kanaliki wodne, małe sadzawki i otaczający teren mur, tym razem o pospolitym kształcie prostokąta.

Indie, Delhi, wejścio-wyjście kompleksu Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Indie, Delhi, Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Indie, Delhi, Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Indie, Delhi, Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Kolejna dawka hałasu katuje nasze uszy, gdy przemieszczamy się rikszą pod bramę Indii (India Gate). Nazywana wcześniej All India War Memorial jest pomnikiem upamiętniającym hinduskich żołnierzy, walczących na frontach wielu krajów podczas I Wojny Światowej i III Wojny Brytyjsko-Afgańskiej.  W przeszłości samochody mogły się przez nią swobodnie poruszać, jednak z uwagi na tłumy odwiedzających, drogę zamknięto. Wejście na teren przy bramie jest darmowe.

Indie, Delhi, India Gate (Brama Indii)

Ostatnim punktem na naszej podróżniczej mapie stolicy jest parkowo wyglądające miejsce o wdzięcznej nazwie Jantar Mantar. To znajdujące się w Delhi jest jednym z pięciu w całych Indiach. 13 ciekawie wyglądających konstrukcji to nic innego jak instrumenty astronomiczne z początków XVIII wieku, wybudowane na polecenie maharadży z Jaipuru, który dostał za zadanie uaktualnienie kalendarza i tablic astronomicznych. W tym swoistym obserwatorium każdy instrument opisany jest tablicą (również w języku angielskim), która pokrótce objaśnia zasady prowadzenia obserwacji. Wejście kosztuje 100 Rupii (~2.1 SGD, ~5,60 PLN)

Indie, Delhi, Jantar Mantar – Misra Yantra

Indie, Delhi, Jantar Mantar – Samrat Yantra

Indie, Delhi, Jantar Mantar – wnętrze Rama Yantra

Uznaliśmy, że znacznie szybciej pójdzie nam sprawdzenie godziny na zegarkach okalających nasze nadgarstki. Wskazówki nieubłaganie pokazywały, że czas się zbierać. Delhi było jednym z niewielu miejsc, gdzie zaplanowaliśmy więcej „wolnego czasu”, za cel obierając zakupy. Nie była to może najbardziej szczęśliwa decyzja, bo mieliśmy przed sobą jeszcze tydzień podróży z bagażami na plecach. Oryginalnie myśleliśmy o jakimś bardzo lokalnym markecie ze wszystkim i niczym, kiedy jednak rikszarz dowiedział się, że planuję zakup sari (hinduska suknia) na wesele, jasno dał mi do zrozumienia, że nie może to być byle jaka kiecka. Kiecka to i tak za duże słowo – to przecież długi i szeroki pas materiału, którym trzeba umieć się obwiązać! Miałam nadzieję posiąść tę zdolność za pomocą filmików na youtube i może treningu z jakąś życzliwą pracownicą jednego z hoteli na naszej drodze. To ostatnie spełzło na niczym, bo w hotelach obsługę stanowili w 99% mężczyźni – zostawiam ten 1% bo w ostatnim hotelu (zorganizowanym dla nas przez pana młodego) była kobieta na recepcji.

Normalnie nie lubię być zawożona do konkretnych sklepów, ale Handicrafts Bazar (znajdujący się na 1 Doctor’s Lane, Gole Market) wyglądał na dobrze wyposażony we wszystko czego nam trzeba. Postanowiliśmy sprawdzić ceny, w końcu można zapłacić więcej, gdy jakość jest adekwatna. Nasze ponad godzinne przechadzki po piętrach, z obsługą wiernie przy boku, zaowocowały siatkami pełnymi prezentów dla rodziny i znajomych (pakowane w piękne materiałowe torebki hinduskie herbaty oraz ozdobne szale), pamiątką dla siebie (ręcznie malowany mały obrazek, artysta siedział i malował w sklepie) i najważniejsze: ubrania na wesele! Po długich dylematach pokusiłam się na pięknie wyszywane sari, a Maciek na błyszczącą koszulę z kołnierzem i rękawami wyszywanymi metalowymi błyskotkami – maharadża i księżniczka Radżastanu nadchodzą! :D

Indie, Delhi, moje sari!

Zawinęliśmy nasz mały tabor do hotelu, skąd szybko ulotniliśmy się w stronę głównego dworca kolejowego w Delhi (New Delhi Railway Station). Rozważnym było zachowanie zapasu czasowego do odjazdu pociągu – system kładek, stacja, coś a’la galeria handlowa – trochę nam zajęło odnalezienie właściwego peronu. Bilety mieliśmy już zorganizowane – przed wyjazdem żona znajomego, która ma konto w ichniejszym systemie rezerwacji online, pomogła nam kupić bilety. Przestrzeń między torami pękała w szwach, zaczynało się też ściemniać, więc sceneria nie napawała optymizmem. Z głową schowaną w kapturze wypatrywałam naszego wagonu. Tutaj jednak wszystko było dobrze oznaczone, czekaliśmy w odpowiednim miejscu. Konduktor przy wejściu do pociągu 12616/G T Express sprawdził bilety i już po chwili siadaliśmy na przypisane nam miejscówki, by pokonać niecałe 200km do kolejnego celu naszej podróży – miasta Agra.

O dwóch takich co jeździli hinduską koleją w następnym odcinku.

 

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Delhi: part I

Wypoczęci po letnich wojażach? Chociaż trudno mi uwierzyć, to ja sezon wakacyjny (przynajmniej względem polskiego kalendarza) spędziłam w domu. Po przeprowadzkowych zawirowaniach (wciąż mieszkam w Singapurze, tylko po drugiej stronie) trochę mi zajęło ogarnięcie życia, ale wracam do pisania! Trochę trudniej jest też zebrać się, gdy czeka na człowieka prawie 10GB zdjęć i cztery razy tyle filmów z GoPro. Ciężko przywieźć mniej, gdy otwiera się przed Tobą tak niesamowity kraj jak Indie!

Na podróżniczej liście marzeń nie plasowały się jakoś szczególnie wysoko. I pewnie jeszcze długo bym tam nie pojechała, gdyby nie szczególny powód, a tym właśnie było zaproszenie na ślub i wesele mojego kolegi z pracy, a prywatnie serdecznego przyjaciela. Impreza odbywała się na południu Indii, nieopodal Kochi, ale nie byłabym sobą, gdybym pojechała tylko do punktu A. W mojej głowie (z pomocą internetu, papierowego przewodnika i opowieści hinduskich znajomych) mozolnie klarował się plan na, aż i tylko, 10-dniową wyprawę! Jak zawsze: zapakowaną atrakcjami do ostatniej minuty! Wciąż nie mogę uwierzyć, że Maciek zgodził się na to szaleństwo – co dzień lub dwa autobusem/pociągiem/samolotem przemierzaliśmy setki kilometrów do kolejnego miejsca, które sobie upatrzyłam, przecinając Indie od góry do dołu. Delhi, Agra, Jaipur, Jaisalmer, Aurangabad i Kochi, skąd już rzut beretem do Irinjalakudy, gdzie odbywało się wesele.

Indie, trasa wyprawy

Jak wiadomo, nadrabiam zaległości, mówimy więc o przełomie grudnia i stycznia 2015/2016. W moim singapurskim domu jemy wigilię w gronie znajomych, pakujemy im na wynos resztę pierogów i ryby po grecku, przymykamy oko na kilka godzin, by bladym świtem Bożego Narodzenia, gdy część z Was w Polsce wybierało się na pasterkę, wyruszyć w drogę.

Singapur, ruszamy!

Poranny lot Air India do hinduskiej stolicy – Delhi, upływa spokojnie, a my próbujemy podtrzymać świąteczną atmosferę pałaszując domowej roboty pierniki. Na miejscu cofamy zegarki o 2 i pół godziny – tak, to pół godziny utrudnia życie przy przeliczaniu. Ahoj przygodo! Międzynarodowe Lotnisko Indira Gandhi w Delhi skomunikowane jest z centrum miasta wygodnym i nowoczesnym pociągiem – Delhi Airport Express (pomarańczowa linia). W mniej niż pół godziny, za cenę 60 Rupii (3,35PLN, 1.30SGD przy obecnym kursie) docieramy do New Delhi Railway Station. Stąd wydawałoby się już tylko prosta droga do hotelu, spacerkiem przez Main Bazaar Road. Co w teorii i na Google maps wygląda na 15 minutowy spacerek, zamieniło się w prawie godzinne błądzenie wąskimi uliczkami pełnymi mydła i powidła. Po raz pierwszy i nie ostatni przekonaliśmy się, że Google maps w Indiach bywają bezużyteczne. Cóż, przynajmniej poznaliśmy okolicę.. Docieramy w końcu do hotelu, do upragnionego prysznica i łóżka, by chociaż na godzinkę wyciągnąć nogi. Zwrot ten, ma tutaj szczególne znaczenie, albowiem widok z okna jest co najmniej nietuzinkowy. Gdy po jednej stronie obserwujemy ulicznych sprzedawców warzyw, owoców i ryb, to po drugiej okna wychodzą wprost na.. cmentarz. Indian Christian Cemetery – cmentarz dla hinduski chrześcijan. Przy wyborze hotelu kierowałam się raczej bliskością do głównego dworca kolejowego jak i stacji metra, ale jak widać ciekawe przypadki się zdarzają.

Indie, Delhi, widok z hotelu na ulicę handlową..

Indie, Delhi, .. oraz widok z hotelu na cmentarz (Indian Christian Cemetery)

Nieco zregenerowani wynurzyliśmy się z hoteli w głośny i zakurzony świat. Metro ma zdecydowanie większą siłę przebicia niż jakikolwiek transport naziemny, dlatego skierowaliśmy się na pobliską stację o jakże łatwej do zapamiętania nazwie: Ramakrishna Ashram Marg (niebieska linia), skracanej na przeróżne sposoby (RK Asram Marg, R.K. Marg itp). Jedyną zaplanowaną atrakcją na to późne popołudnie był Red Fort – Czerwony Fort, który od XVII wieku, przez prawie 200 lat służył za siedzibę władców z dynastii Mogołów, którzy panowali w tym rejonie. Ma za sobą burzliwą historię, która stawia go na czele historycznie ważnych budowli obecnego Delhi. Architektonicznie urzeka bijącą czerwienią.

Z niebieskiej linii przesiedliśmy się w żółtą, aby dotrzeć na najbliższą fortowi stację – Chandni Chowk. Metro w hinduskiej stolicy zaskoczyło nas pozytywnie! Jest w miarę nowoczesne. Bilety, a właściwie plastikowe, wracane tokeny kupowaliśmy zawsze na bieżąco, po odstaniu krótszej lub dłuższej chwili w kolejce. Bagaże i ludzie są sprawdzani/skanowani przed każdorazowym wejściem na perony. Wszystko jest dobrze oznakowane. O każdej porze panuje ścisk i tłok. I chociaż jestem przyzwyczajona do takiego obrazu, chociażby z porannych podróży do pracy w Singapurze, to jednak nie do końca czułam się komfortowo. Nic złego się nie wydarzyło, jednak podróżowanie twarz przy twarzy, ramię przy ramieniu w wagonie pełnym lokalnych mężczyzn, nieskrępowanie gapiących się na Ciebie, zdecydowanie uświadamia, że kulturowo to inny świat. Dla kobiet jest osobny wagon, przeznaczony tylko dla nich. W pozostałych kobiety stanowiły maksymalnie 5% podróżnych, głównie jako towarzyszki mężów/chłopaków/braci/ojców/synów. Mając do wyboru zaciekawione spojrzenia lub rozdzielenie się z Maćkiem (z oczywistych względów nie miał wstępu do kobiecych wagonów), wybierałam to pierwsze – wystarczyło schować się w jego ramionach, które stanowiły wystarczającą barierę.

Ze stacji Chandni Chowk do Lahori Gate, wejściowej bramy Red Fortu, prowadziła, jak się wydawało, prosta, 15-minutowa droga. Moja wiara w naszą zdolność korzystania z mapy upadła po raz kolejny, gdy po prawie pół godziny wciąż nie było widać naszego celu. Same wyjścia z metra nie są już tak dobrze oznakowane, więc najpewniej wyszliśmy ze złej strony, ale błądząc niemiłosiernie w końcu ujrzeliśmy kopuły widziane wcześniej w przewodniku.

Słońce zaczynało powoli zachodzić, a fort zamykali o 18.30. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, zwłaszcza, że po bilety ustawiła się kolejka. Późnym wieczorem, po oficjalnych godzinach zwiedzania, odbywają się w środku pokazy dźwiękowo-świetlne – Sound and Light Show, mające na celu przybliżenie historii tego miejsca. Uznaliśmy, że to dobry pomysł na zmaksymalizowanie naszego czasu zwiedzania, mimo że na angielskojęzyczną wersję trzeba było czekać do 20:30, zakupiliśmy więc bilety (80 Rupii od osoby, ~1.7SGD, ~4,5PLN).

Indie, Delhi, Red Fort, Maciek w kolejce po bilety

Tak jak przewidywaliśmy, niewiele udało nam się zobaczyć w świetle dnia, bo poszczególne budowle wewnątrz fortu były już zamykane, zostawiając otwartą tylko ścieżkę w głąb, do miejsca w którym odbywał się pokaz. Niemniej jednak fort prezentuje się okazale, a wszechobecna czerwień dodaje mu majestatu.

Indie, Delhi, Red Fort, mur nieopodal Lahori Gate

Indie, Delhi, Red Fort, mur nieopodal Lahori Gate

Indie, Delhi, Red Fort, Diwan-i-Aam, miejsce publicznych audiencji

Postanowiliśmy wykorzystać czas na posiłek. W okolicy raczej nie było widać żadnych sensownych jadłodajni, dlatego ruszyliśmy za poleceniem przewodnika, który pokazywał (jak zawsze z resztą..) prostą drogę. Było już ciemnawo, a okolica raczej zatłoczona, więc zdecydowanie nie wskazane było włóczyć się gdzieś daleko. Poddaliśmy się kilkanaście minut później, gdy w tłumie ręka jednego z miejscowych powędrowała zdecydowanie za blisko mojego biustu.. Nie groził mi, nic z tych rzeczy, jedynie wpadł na pomysł by tak przelotnie, w biegu, niepostrzeżenie sobie dotknąć.. Wrrr.. Moje wcześniejsze dobre, pierwsze wrażenie o tym kraju, zmieniło się diametralnie. Na szczęście taka sytuacja, ani żadna inna jej podobna, nigdy więcej się nie wydarzyła, a im dalej od Delhi, tym zdecydowanie lepsze wrażenia pod względem społeczeństwa.

Wróciliśmy do Fortu – pokaz odbywał się na świeżym powietrzu. Usadowiliśmy się w pierwszy rzędzie, by mieć jak najlepszy widok, tylko że.. nie było na co. To nie było przedstawienie. Zgodnie z nazwą był tylko dźwięk i światło. Z głośnika płynęła opowieść, wystrzały, rżenie koni i inne odgłosy, w akompaniamencie zapalających się z różnych stron kolorowych lamp, oświetlających małe budynki i pomniki dookoła. Zawsze mam ogromny szacunek dla lokalnej sztuki, nawet jeśli jej nie rozumiem, wysiedzę do końca, bo wiem, że artyści włożyli i codziennie wkładają, mnóstwo pracy był dostarczać rozrywki przybyłym. Tutaj jednak nie wytrzymałam. Było zimno, wspomnienie ostatniej godziny skutecznie psuło humor, a pokaz był po prostu beznadziejny. Wyszliśmy po 20 minutach, łapiąc pod bramą rikszę, która bez błądzenia zawiozła nas do metra.

Indie, Delhi, Red Fort, Lahori Gate

Czas odpocząć, by w świetle kolejnego dnia, dać drugą szansę temu miastu.

O tym jednak później.

wodno-plażowy mango-raj – Filipiny, wyspa Boracay: akt II

Wiecie w jaki sposób można dobrze zacząć świętowanie własnych urodzin? Na przykład śniadaniem z dużą dozą mango, zjedzonym w kafejce nieopodal niesamowitej plaży! Moje uzależnienie od tego owocu znacznie nasiliło się na Filipinach.

Filipiny, wyspa Boracay, granola z jogurtem i mango w Lemoni Cafe and Restaurant

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach, rzeźba z piasku

Filipiny, wyspa Boracay, przechowalnia mężów ;)

Aby nie przedawkować słońca, zdolnego zamienić naszą jasną skórę w dorodnego pomidoro-buraka, udaliśmy się na północny-wschód wyspy po dawkę adrenaliny. Jak to lubił mawiać mój szkolny kolega „jest ryzyko jest zabawa”. I choć w jego przypadku miało to głównie znaczenie nie zgłaszania nieprzygotowania (tzw. brania kropki) mimo pustki w głowie na lekcjach, gdzie nauczyciel lubił weryfikować naszą wiedzę przy tablicy, to tym bardziej można tę frazę zastosować podczas zjazdu na Boracay Cable Car and Zipline. Nie była to jednak sielankowa tyrolka, gdzie w nosidełku z uprzęży zjeżdża się w pozycji siedzącej. Tutaj, w pozycji leżącej, ładowani jesteśmy na płachtę, podpinani od góry do kabla i.. heja.. Nie ma się czego złapać, a głowa idzie pierwsza, dopiero za nią reszta ciała, pod nami przepaść i nie da się nie patrzeć w dół (no chyba, że ktoś jest na tyle odważny by zamknąć oczy). Pierwsze ułamki sekund zdecydowanie powodują, że serce staje a buzia sama krzyczy, by po chwili ustąpić miejsca euforii podekscytowania. Jak ptak, jak superbohater, prujemy przez 70 metrów, rozwijając prędkość nawet do 90km/h (!) !!! Z uprzęży wysiadłam na nogach z waty, ale uśmiech mówił wszystko – zdecydowanie to to, co tygryski lubią najbardziej! Spokojny powrót wyciągiem krzesełkowym do pierwszej wieży pozwolił obejrzeć okolicę, niezbyt jest czas skupić się na niej podczas „lotu”.

Po południu czas było schłodzić emocje, a przy okazji zobaczyć jedną z bardziej rozpoznawalnych atrakcji Boracay – skałę Willy’s Rock znajdującą się nieopodal brzegu White Beach. Ta maciupka formacja wulkaniczna niektórym przypomina zamek, a swą rozpoznawalność zawdzięcza znajdującemu się na niej posągowi Marii Zawsze Dziewicy – religijne przywiązanie Filipińczyków objawia się w wielu miejscach.

Filipiny, wyspa Boracay, zachód słońca przy Willy’s Rock

Filipiny, wyspa Boracay, zachód słońca przy Willy’s Rock, White Beach

Po kolejnym przepięknym zachodzie słońca, podjęliśmy się pierwszej próby kuchni filipińskiej – kolejny spożywczy sukces! Kurczak Chicken Adobo zdecydowanie wygrał, tłuściutki Crispy Pork Belly (chrupiący boczko-bekon) też dał radę. A, że jest taki owoc, który całkowicie zdominował ten wyjazd, to nie sposób było odmówić sobie urodzinowych drinków na bazie.. rumu mango! Pycha!

Ostatniego pełnego dnia przed wyjazdem nie zwalnialiśmy tempa. Wybraliśmy się najpierw na island hopping, co w dosłownym tłumaczeniu jest skakaniem z wyspy na wyspę – atrakcja często oferowana w nadwodnych kurortach. Załadowaliśmy się na łódkę i ruszyliśmy na południowy-wschód, by wkrótce wyskoczyć na otwarte wody i nurkować z maską, podziwiając niesamowitą faunę i florę morza Sibuyan nieopodal Crocodile Island. Zdrowo nasiąknięci wgramoliliśmy się z powrotem do łódki i chwilę później spacerowaliśmy wśród dziwnych rzeźb na pobliskiej Magic Island.

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, ciekawe krzesełka

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, zatoka w jaskini

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, Słoneczny Patrol :)

Znajduje się tam również jaskinia do której wlewa się bezpośrednio woda z morza – Maciek nie odmówił sobie skoku w głębiny jaskiniowej zatoki. Na koniec tej pół-dniowej wycieczki dopłynęliśmy na północny kraniec wyspy – plażę Puka, na której gęsto było od muszli i kawałków koralowca.

Filipiny, wyspa Boracay, okolice Puka Beach

Filipiny, wyspa Boracay, łódka na Puka Beach

Mieliśmy na spokojnie obejrzeć ostatni zachód słońca na White Beach, ale nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie obejrzeli go z troszeczkę innej perspektywy. Tym sposobem chwilę po dopłynięciu na przystań tarabaniliśmy się z powrotem na łódkę, by po założeniu uprzęży spróbować.. parasailingu, czyli lotu ze spadochronem, który ciągnięty jest przez motorówkę. O tak, z takiej perspektywy magia kolorów znad horyzontu wydawała się jeszcze bardziej niesamowita.

Opisem ciężko oddać emocje i wrażenia towarzyszące wszystkim wspomnianym atrakcjom, mam więc nadzieję, że pomoże choć trochę mój pierwszy, mozolnie zmontowany filmik nakręcony za pomocą GoPro. I chociaż na początku przeklinałam obróbkę, wciąż sprawia mi frajdę oglądanie końcowego dzieła. Zapraszam poniżej:

Ostatni poranek to niesamowity wschód słońca na ‚naszej’ plaży, który również widać na filmie i pakowaliśmy się w drogę powrotną. Najpierw Langkawi, teraz Boracay, chyba przestaję utożsamiać wyspy z leżeniem plackiem na plaży i coraz bardziej zaczyna mi się podobać!

Filipiny, wyspa Boracay, wschód słońca na Bulabog Beach

Filipiny, wyspa Boracay, wschód słońca na Bulabog Beach

Tymczasem znów nastąpi ciut dłuższa przerwa w dostawie wspomnień – przede mną przeprowadzka do nowego mieszkania, trzymajcie kciuki żeby stały internet szybko zagościł pod moim przyszłym dachem.

wodno-plażowy mango-raj – Filipiny, wyspa Boracay: akt I

Wróciłam. Przepraszam za tę ciszę, nie jest to bynajmniej (kolejna) próba zaniechania tego bloga. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie próżnowałam – zbierałam materiały do kolejnych notek (czytaj: podróżowałam!). Jeden z wyjazdów zaprowadził mnie na filipińską wyspę Bohol. Zanim jednak o niej opowiem, wrócę do mojej inicjacyjnej wizyty w tym kraju – na rajskiej wyspie Boracay.

Wielokrotnie wspominałam, że daleko mi do miłośniczki plażingu. Filipiny, budzące natychmiastowe skojarzenia z piaskiem i wodą, nie plasowały się więc w czołówce miejsc do odwiedzenia. Niemniej jednak przyszedł czas zobaczyć, co kraj ten ma do zaoferowania. Postawiliśmy na Boracay – rekomendacja przyszła od pana z baru sałatkowego SumoSalad, gdzie często jadałam lunch. Jak się okazało, znajdująca się na wyspie White Beach – Biała Plaża, od wielu lat plasuje się w czołówce najpiękniejszych plaż na świecie.

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża)

Sama wyspa nie posiada lotniska, aby się tam dostać najlepiej najpierw udać się do Kalibo, miasteczka leżącego nieopodal linii brzegowej, na 6-tej pod względem wielkości, filipińskiej wyspie Panay, należącej do zachodniej części archipelagu Visayas. My pokonaliśmy tę trasę lecąc z Johor Bahru (mojego faworyzowanego pod względem cenowym malezyjskiego lotniska znajdującego się w mieście tuż za singapurską granicą) z przesiadką w Kuala Lumpur. Później już tylko godzinka autobusem na przystań (transport można ogarnąć tuż po przylocie – stoiska przewoźników są zaraz przy wyjściu), krótka przeprawa charakterystyczną łódką, która przywodzi mi na myśl pająki i jesteśmy u celu. Łódki zatrzymują się na na różnych przystaniach wyspy, warto więc zorientować się wcześniej, z której z nich najbliżej jest do naszego ośrodka (lub skąd nas odbiorą).

Przed podróżą na Filipiny niezwykle ważne jest sprawdzenie warunków pogodowych i oczekiwanej pory roku. Nikt wszak nie chce przyjechać kiedy non-stop z nieba leje się ściana wody i istnieje ryzyko stanięcia w oku cyklonu. Przyjazd w samym środku sezonu to z drugiej strony przepychanka z ogromną ilością turystów. Nam udało się wycyrklować idealnie – środek października był już słoneczny, a plaże jeszcze niezatłoczone. Dla zwolenników imprez jest to jednak trochę za wcześnie – większość miejscowych potańcówek okołoplażowych była jeszcze zamknięta.

Filipiny, wyspa Boracay, domki przy Bulabog Beach (Plaża Bulabog)

Nie wiedząc co nas czeka, strategicznie zamieszkaliśmy w ośrodku po drugiej stronie wyspy niż słynna biała plaża. W ośrodku tuż przy Bulabog beach (plaża Bulabog) wciąż mieliśmy piasek przed domkiem, może nie tak śnieżno biały, ale głównie niezaludniony i pozwalający się zrelaksować. Dotarliśmy tam późnym popołudniem i po kilku godzinach podróży starczyło nam sił jedynie na krótki spacer zapoznawczy po okolicy i kolację w znajomo brzmiącym Los Indios Bravos Gastropub, który nie serwował może zbytnio filipińskiej kuchni, ale wracaliśmy do niego jeszcze dwukrotnie na wspaniale orzeźwiające piwo marakujowe.

Wczesnym rankiem słońce zawitało w nasze okna, więc czym prędzej ruszyliśmy eksplorować okolicę. Do sławnego bielutkiego brzegu szło się spacerkiem jedyne 10 minut, po drodze mijając wiele miejsc, w których można dobrze zjeść. Jak pewnie zauważyliście rzadko kiedy jedzenie pojawia się wśród tematów na moim blogu, ale Boracay było pierwszym wakacyjnym miejscem, gdzie zdarzało mi się wracać na posiłki w to samo miejsce. Śniadaniowo uzależniliśmy się od Lemoni Cafe and Restaurant, znajdującego się na terenie D’Mall – przyplażowego skupiska sklepów, straganów i jadłodajni. To tam pochłaniałam poranną dawkę mango, jednego z moich ulubionych owoców, który króluje na Filipinach. Jedzenie było zawsze smaczne i pięknie podane!

Filipiny, wyspa Boracay, tosty z mango i bananami w Lemoni Cafe and Restaurant

Nie tylko piasek, który zdaje się być niemożliwie jasny w promieniach słońca, ale i krystalicznie czysta woda są głównymi czynnikami plebiscytowego sukcesu Boracay. Nie pozostało nam nic innego jak tylko dać nura! To była najbardziej przejrzysta woda w jakiej miałam okazję pływać!

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża)

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża), :)

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża), :)

Pławienie się i podziwianie dna morskiego tak nas wciągnęło, że nim się obejrzeliśmy słońce chyliło się ku zachodowi, a my (ku mojej radości) nawet nie zdążyliśmy dłużej poleżeć na piasku. Około 18.00 słońce chowało się już całkowicie za horyzont, a my, po spłukaniu z siebie zawartości kilku solniczek, dosłownie rzuciliśmy się na kolację.

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża), zachód słońca

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża), zachód słońca

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża), zachód słońca

Zbiegiem okoliczności w czasie naszego wyjazdu przypadały moje urodziny i chociaż nie mam w zwyczaju hucznego ich świętowania, tym razem postanowiłam poczuć, że żyję – stara, ale jara. O tym jednak wkrótce.

zwierzaki i widoki – Australia, Vincentia

Po kolejne, australijskie wrażenia musiałam udać się trochę bardziej na południe, dlatego wczesnym rankiem wsiadłam do pociągu relacji Sydney – Bomaderry. Miałam nadzieję zaserwować sobie dłuższą drzemkę podczas tych niespełna 3h jazdy, ale ciężko zmrużyć oko gdy za oknem takie widoki – tory prowadzą wzdłuż wschodniego wybrzeża. Warto wspomnieć też o ciekawej funkcji siedzeń w wagonie – wystarczy pociągnąć w górę i w bok rączkę przy oparciu i można zmienić jego pozycję (siedzisko pozostaje nieruchome) – jeśli chcemy, możemy w prosty sposób zawsze siedzieć „w kierunku jazdy” albo w większej grupie siedzieć na przeciwko siebie, genialne!

Australia, Sydney – Bomaderry, widok z pociągu

Australia, Sydney – Bomaderry, fotele z ruchomym oparciem w pociągu

Na stacji już czekali na mnie moi australijscy znajomi – Delwyn i Hans, którzy zabrali mnie 30km dalej do swojego domu w Vincentii – maciupkiej miejscowości (ok 3 000 mieszkańców) przy zatoce Jervis (Jervis Bay). Mój zachwyt osiągnął punkt kulminacyjny – na pozór senna mieścina wydawała mi się idealna po miesiącach spędzonych w wielkich metropoliach. Spacery zostawiliśmy jednak na później, bo po szybkim lunchu (tradycyjne, australijskie zapiekanki z mięsem – meat pie!) wsiadaliśmy na łódkę.

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), płyniemy!

Mniej więcej od maja do początku listopada, przez zatokę migrują.. wieloryby! Lokalne firemki organizują więc 2-3h wypływy, aby obserwować te niesamowite zwierzaki. Oczywiście nie jest to cyrk i zwierzęta nie wyskakują z wody na zawołanie, więc jest w tym element gry, oczekiwania, wyostrzania wzroku byle tylko coś zauważyć. Ekspertami są oczywiście pracownicy, którzy nie tylko wiedzą gdzie patrzeć, ale też ciekawie opowiadają o faunie i florze zatoki, chociażby o rodzajach.. delfinów, których było na pęczki! Byłam maksymalnie podekscytowana widząc delfiny w ich naturalnym środowisku!

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), delfiny!!

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), delfiny!!

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), delfin

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), Dart Point – skały w zatoce

Niestety, tego dnia wieloryby były dość nieśmiałe i udało nam się zobaczyć tylko jednego, kiedy fantastycznie machnął ogonem nad taflą wody. W tym miejscu dała o sobie znać fantastyczna, australijska uprzejmość. Firma organizująca wycieczkę przeprosiła nas, że nie było więcej (jak można przepraszać, że dzika natura nie dała się kontrolować?!) i wręczyła wszystkim.. darmowe bilety na tą samą wycieczkę ważny przez następny rok! Ja niestety nie mogła już skorzystać, ale obsługa klienta na medal!

Mój dzień w Vincentii był zdecydowanie nastawiony na kontakt z naturą. Po przybiciu do brzegu przeszliśmy się piękną plażą (przypominam, była to końców australijskiej zimy, o leżeniu na plaży nie było mowy) i okolicznym lasem.

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), plaża

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), plaża

Na tym jednak nie koniec, za domem moich znajomych rozpościera się bowiem ogromne pole golfowe, idealne do spacerów (oczywiście jeśli ktoś aktualnie nie gra). Australijska fauna znów wyszła mi na przeciw, natrafiliśmy na rodzinkę.. kangurów!

Australia, Vincentia, punkt widokowy na polu golfowym

Australia, Vincentia, „pałka wodna” wersja australijska, niewodna

Australia, Vincentia, kangury!!

Australia, Vincentia, kangury!!

Fascynujące, że są miejsca, gdzie bez większego wysiłku można natknąć się na dzikie zwierzęta, które zwykle ogląda się w Zoo. Czy to nie raj na ziemi?

Czas było jednak przyzwyczajać swe myśli do rzeczywistości, która czekała na mnie za kilka godzin. Długie wieczorne rozmowy, dopchnięcie ostatnich smakołyków w walizce (lamingtony, tęsknię!) i nad ranem odebrał mnie transport na lotnisko. Jeszcze tylko ostatnie przeboje (o których pisałam tutaj) i wróciłam na singapurską ziemię ze zdecydowanym niedosytem. Australio, wrócę na pewno (z działającą lustrzanką)!

zwierzaki i widoki – Australia, Sydney i okolice: part II

Mimo wczesnej pory buzia sama się uśmiechała na widok kosza wypełniającego się kolorowymi przyborami piknikowymi i pysznym jedzeniem. Piknik! I to nie byle gdzie, a w Blue Mountains (Niebieskich Górach), jakieś 120 kilometrów od Sydney.

Australia, Sydney, przygotowania do pikniku

Pożyczonym samochodem ruszyłyśmy więc w drogę po niesamowite widoki. Blue Mountains swoją nazwę zawdzięczają ciekawemu zjawisku. Cała okolica gęsto porośnięta jest drzewami eukaliptusa, które wydzielają specyficzny, chyba każdemu znany z zapachu/smaku, olejek. Atmosfera pełna jest drobniutkich, rozproszonych cząsteczek tegoż oleju, które w połączeniu z parą wodną i kurzem rozpraszają promienie światła o krótkiej długości fali, które są głównie w kolorze niebieskim.

Australia, Blue Mountains, niesamowite widoki

W Blue Mountains łatwo można spędzić godziny i dni, dużo jest też historii o ludziach, którzy zapuścili się w głąb i słuch po nich zaginął. Z racji braku czasu zminimalizowałyśmy górskie wędrówki, czyli poszłyśmy trochę na łatwiznę. Scenic World w Blue Mountains oferuje 3 kolejki, którymi z łatwością można dostać się do punktów widokowych. Na głównej stacji można kupić łączony bilet na wszystkie z nich.

Na pierwszy ogień poszła Scenic Skyway, która zabrała nas w pobliże punktu widokowego Echo Point. W czasie krótkiego przejazdu kolejka zatrzymuje się po środku by w spokoju nacieszyć się i zrobić zdjęcia wodospadowi Katoomba. Miejscami podłoga kolejki była przezroczysta, a w większości okien nie było szyb – widok zapierający dech w piersiach. Wraz z pasażerami do wagonika wsiada pracownik parku i ciekawie opowiada o okolicy.

Australia, Blue Mountains, Scenic Skyway

Echo Point swoją popularność zawdzięcza świetnemu widokowi na góry Trzech Sióstr (Three Sisters). Aborygeńska legenda głosi, że są to zaklęte w skały trzy siostry z plemienia Katoomba, które zakochały się w trzech braciach z plemienia Nepean. Niestety zgodnie z lokalny prawem, nie mogli wziąć ślubu, ale nieustraszeni młodzieńcy postanowili obejść je siłą. Przerodziło się to w potężną walkę między plemionami. Życie sióstr było zagrożone, dlatego czarownik zamienił je w skały, by bezpiecznie przetrwały niespokojny czas. Po bitwie miał je odczarować, niestety nie przewidział, że sam w niej zginie. Siostry zostały więc zaklęte na zawsze, bo tylko on mógł odczynić czar.

Australia, Blue Mountains, Three Sisters (Trzy Siostry)

Australia, Blue Mountains, Three Sisters (Trzy Siostry)

Wróciłyśmy kolejką na główną stację, by dać porwać się następnej – Scenic Railway będącej repliką Mountain Devil (Górski Diabeł), znajdującej się kiedyś w tym samym miejscu. Co w niej niezwykłego? Przede wszystkim to, że jest najbardziej stromym pociągiem pasażerskim na świecie. Nachylenie o skromnych 52 stopniach zdecydowanie zatrzymuje oddech. Kolejka ma nawet regulowane oparcie, aby dostosować sobie stromość wrażeń. Jazda w dół była super!!

Australia, Blue Mountains, Scenic Railway

Australia, Blue Mountains, Scenic Railway, trochę stromo..

Trasy spacerowe w okolicach kolejki dostosowane są do rodzin z dziećmi, są więc platformy, ułatwienia dla wózków, a nawet antypoślizgowe pokrycia. Zdecydowanie za dużo udogodnień jak na górską wycieczkę, więc po szybkim, 10-minutowym marszu uznałyśmy, że czas wracać. Scenic Cableway, ostatnia z kolejek, wciągnęła nas z powrotem do głównej stacji. Czas jechać na piknik!

Australia, Blue Mountains, co ja patrzę!

Wybrałyśmy odległe o jakieś 3,5km Leura Cascades Picnic Area. Zanim jednak przyszedł czas na posiłek, trzeba w końcu przejść się uczciwie po górach! Zaczynają się tam bowiem krótkie trasy na punkty widokowe Kiah, Bridal Veil i Copeland. Odległości są niewielkie, a widoki niesamowite. Polecam zdecydowanie tym, którzy mają mało czasu, ale chcieliby przejść się górską ścieżką, a nie drewnianą platformą.

Australia, Blue Mountains, przydrożne znaki

Australia, Blue Mountains, wodospady w drodze na Kiah Lookout

Australia, Blue Mountains, Bridal Veil Lookout

Australia, Blue Mountains, wodospad widziany z Kiah Lookout

Kiszki grały już marsza, a słońce planowało zakończyć wkrótce swe obowiązki na ten dzień. Piknik czas zacząć!

Australia, Blue Mountains, Leura Cascades Picnic Area, piknik!

Jeszcze tylko wizyta w pobliskim miasteczku Leura, które było tak sielankowe ze swoimi małymi sklepikami i niską zabudową, że aż trudno uwierzyć, i wracałyśmy do Sydney.

Australia, Leura

Australia, Leura

Wizyta w Australii zdecydowanie zaspokajała moje kubki smakowe. Odstawiłyśmy samochód i postanowiłyśmy spędzić wieczór w pobliskim (a jakże – dość hipsterskim!) barze. Serwowali wyśmienite steki, piwo z minibrowarów, a na scenie w kącie śpiewał i grał lokalny artysta. Błogość nie do opisania. Czas jednak na dobre zostawić duże miasto za sobą, o tym jednak w następnym odcinku.

Australia, Sydney, omnommnommnom!

zwierzaki i widoki – Australia, Sydney: part I

Po przebojach związanych z podróżą, o których pisałam tutaj, konieczne było zweryfikowanie planów. Prosto z lotniska pojechałyśmy do Asi, mieszkającej w dość hipsterskiej dzielnicy Sydney – Newtown (przechrzczonej przeze mnie na Newton). Mimo zmęczenia ja już byłam zachwycona: nie ma upałów – jest przyjemny chłód, a typowo azjatycka zabudowa zamieniła się na domki, domeczki, kamienice i małe bloki, niczym w Europie. Czasem taka odskocznia od mojej singapurskiej codzienności jest bardzo potrzebna.

Królewskie śniadanie (dzięki Asiu!), szybki prysznic, chwila na rozprostowanie nóg i trzeba było ruszać. Sydney jest ogromne i nie sposób odwiedzić wszystkich interesujących miejsc w jeden dzień. Już po tych kilku godzinach wiedziałam, że Australię koniecznie muszę odwiedzić jeszcze (nie)raz, dlatego zamiast gonić od atrakcji do atrakcji, wybrałam tylko kilka na spokojnie.

Pierwszą z nich było spełnienie mojego pragnienia – zobaczyć koale :) Oczywiście idealnie byłoby obserwować je na wolności, ale takie marzenia muszę odłożyć na później. Byłam w wielu zoo na świecie, ale żadne nie miało w swoich bramach tego sympatycznego nie-misia. Udałyśmy się więc na Darling Harbour do Wildlife Sydney Zoo, które „specjalizuje się” w typowo australijskich zwierzakach: koalach, kangurach, kazuarach, diabłach tasmańskich, nie wspominając o całej rzeszy węży i pająków. Samo zoo jest dość małe i większość jego mieszkańców ogląda się zza szyby, dlatego mi najbardziej podobało się na dachu, gdzie można przyjrzeć się koalom z bliska. Jest nawet opcja zrobienia sobie z nimi zdjęcia. Trochę nie pasuje tylko ta restauracjo-kawiarnia, rozumiem ideę jedzenia posiłku patrząc na zwierzęta, ale gwar i siorbanie zdecydowanie odejmuje uroku.

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, koala jedzący liście eukaliptusa

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, śpiący koala

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, kangur i walabia

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, papużki nierozłączki <3

Darling Harbour oferuje multum innych atrakcji, my jednak promenadą udałyśmy się na przystań Darling Harbour, aby wziąć prom po zatoce Port Jackson (zwanej Zatoką Sydney). Promy kursują tu nie jako atrakcja turystyczna, ale regularny transport publiczny. Co nie zmienia faktu, że mogą zostać wykorzystane jako to pierwsze.

Australia, Sydney, Darling Harbour

Nie do końca wiedziałam, gdzie płyniemy, ale było tak przyjemnie i orzeźwiająco, że sam fakt bycia na promie wystarczał mi za atrakcję. Chwilę później wszystko było jasne, gdy moim oczom ukazał się Sydney Harbour Bridge – słynny most, jeden z symboli Sydney.

Australia, Sydney, Sydney Harbour Bridge (most na zatoce Sydney), w tle opera Sydney (Sydney Opera House)

Prom F4, którym płynęłyśmy, po krótkich przystankach na różnych przystaniach, przybijał do Circular Quay a moim oczom, ogromnym już jak pięciozłotówki, ukazał się najsłynniejszy architektonicznie symbol Australii – budynek opery w Sydney.

Australia, Sydney, opera Sydney (Sydney Opera House)

Australia, Sydney, Circular Quay

Przez chwilę zaświtał mi nawet pomysł, aby sprawdzić czy załapiemy się na jakiś koncert, ale niestety nic z tego nie wyszło. Szkoda, bo chętnie na własne ucho poznałabym jej akustykę. Spacerkiem przez lokalny market, gdzie przystanęłyśmy na szybki obiad i drobne zakupy pamiątek, przeszłyśmy się najpierw początkiem Sydney Harbour Bridge, aby podziwiać Operę, a później w drugą stronę – do podnóża tego niesamowitego budynku, skąd roztacza się niesamowity widok na zatokę i most (zwłaszcza w promieniach zachodzącego słońca, które nam towarzyszyło). Szybka wizyta w operowym sklepiku i kierowałyśmy swe kroki do metra.

Australia, Sydney, opera Sydney (Sydney Opera House)

Australia, Sydney, Sydney Harbour Bridge (most na zatoce Sydney)

Nieopodal stacji St James Asia zabrała mnie do jednego z ukrytych barów – wejście wyglądało jak schody do piwnicy przy szemranej kamienicy. A tam półki uginały się od whisky i whiskey. Kolekcja jest imponująca, a wybór może przyprawić o ból głowy jeszcze zanim zacznie się pić – Australia jest bardzo drogim krajem, więc takie przyjemności zdrowo obciążają portfel. Jak prawdziwi dżentelmeni wypiłyśmy po szklaneczce (bez coli!) i czas było wracać do domu.

Bynajmniej jednak nie był to koniec atrakcji. Asia znów dała popis kulinarny, tym razem przyrządzając mięso z.. kangura.

Australia, Sydney, stek z kangura

Zawsze mi jakoś dziwnie, kiedy próbuję mięsa zwierzęcia, którego kojarzy mi się raczej z zoo niż wiejską zagrodą. Kangur był jednak pyszny, trochę jak słodkawy, delikatny kurczak. Jeszcze tylko porcja domowej roboty tiramisu, niekończące się rozmowy i można było kłaść się spać, bo rano trzeba wstać (i bynajmniej nie „rano to jest, tak gdzieś po pierwszej” ale zdecydowanie wcześniej) – kolejna porcja australijskiej przygody już czekała.

zwierzaki i widoki – Australia – uwertura

Zapiski z wypadu do Australii muszę zacząć nietypowo. Zastanawialiście się kiedyś jak wiele błędów można popełnić i ile zbiegów złych okoliczności może nastąpić podczas jednej, 5,5-dniowej podróży? Ja mam nadzieję, że poniższą historią osiągnęłam już moje życiowe maksimum w tej kwestii. Najbardziej jednak fascynuje mnie, że pomimo iż wszystko poszło nie tak, ta eskapada wciąż sprawiła mi ogromną frajdę i wspominam ją z radością.

Po kilku wycieczkach w okolicach Singapuru, nastał czas wypuścić się gdzieś dalej. Udało mi się nawet wykrzesać 1,5 dnia urlopu, co z ekstremalnie długim weekendem z okazji 50-tych urodzin Singapuru, dało mi pole do popisu. Już kilkanaście tygodni wcześniej palec na mapie zaczął wskazywać Koreę Południową. Niestety, w owym czasie, w kraju tym zagościł wirus MERS, a ja zdecydowanie nie ryzykuję w takich kwestiach. Obróciłam więc mapę o prawie 180 stopni i postanowiłam skorzystać z zaproszeń od moich znajomych z Australii – Asi, która urzędowała na doktoracie w Sydney i Delwyn, koleżanki z pracy w Singapurze, która wróciła do swego kraju i osiedliła się wraz z mężem w malowniczej Vincentii na wschodnim wybrzeżu. Kierunek nie jest oczywiście najtańszy, zwłaszcza gdy w grę wchodzi bardzo długi weekend. Loty z Singapuru, na kilka tygodni przed, były albo wyprzedane albo kosmicznie drogie. Jak zawsze wzięłam się na sposób i udało mi się znaleźć sensowne bilety z Kuala Lumpur do Sydney przez Skypicker. Zwykle kręcę nosem na kupowanie przez pośredników, ale cena była przekonująca. Lot z Singapuru do Kuala Lumpur i z powrotem kupiłam osobno, tracąc możliwość tranzytu (wszak loty niepołączone), ale mając w zapasie 5 godzin w drodze do i 2 godziny 10 minut w drodze powrotnej ryzyko zostanie na lodzie z powodu opóźnień uznałam za minimalne, zwłaszcza że lotnisko w Kuala Lumpur nie jest mi obce.

W imię ułatwień i polityki „wszystko zrobimy za Ciebie” Skypicker nie udostępnił mi.. oficjalnego numeru mojej rezerwacji (takiego, którym możesz sprawdzić na stronie linii lotniczych, że wszystko jest w porządku). Próbowałam trzymać w ryzach mój sceptycyzm, ale wymiana maili z obsługą klienta wcale mnie nie uspokajała. Dostałam tylko wewnętrzny numer rezerwacji i jakiś wewnętrzny bilet.. Wszystko wyglądało tak, że powątpiewałam czy faktycznie mój bilet istnieje w systemie Air Asia, którą miałam lecieć. Dodatkowo każdą zmianę (dodanie bagażu, dodanie posiłku) musiałam załatwiać przez ichniejszą obsługę klienta, zamiast kliknąć dwa razy na stronie rezerwacji – pewnie też mieli z tego dodatkowy zarobek. Po n-tej wiadomości łaskawie otrzymałam zrzuty ekranu z oficjalnej strony Air Asia, na których mogłam zobaczyć, że jestem na liście pasażerów (wciąż bez numeru rezerwacji..).

W końcu nadszedł dzień wyjazdu, skopiowałam więc na telefon te ich wewnętrzne dokumenty i z nadzieją wsiadłam do samolotu Malindo Air w stronę stolicy Malezji. Po krótkim locie, z coraz większym bananem na twarzy, przeszłam przez odprawę celną i skierowałam się do okienka nadać bagaż i odebrać mój upragniony, „prawdziwy” bilet do Australii. „Niestety, nie może pani lecieć” zabrzmiało zza lady. Słuchamżecoproszę?! Nie, nie była to kwestia pośrednika, faktycznie byłam na liście pasażerów, ale w systemie wyświetlała się informacja o braku uprawnienia do wkroczenia na teren Australii czyli.. wizy. Tak. Ja, która raczej mam się za zorganizowaną i zaplanowaną (czasem aż do przesady) nie pomyślałam o tak prozaicznej kwestii jak wiza. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że w celach turystycznych mogę takowej potrzebować. Może za bardzo myślałam o Australii przez pryzmat Europy? Zastanawianie się nic już nie dawało, fakt był jednak faktem – nie mogę lecieć. Wściekłość na samą siebie, która mnie wtedy ogarnęła jest nie do opisania – jak mogłam być tak głupia?! Wietnam, Kambodża, Chiny, Indonezja… Po 3 razy zawsze czytam gdzie, jak, co, kiedy i czy trzeba aplikować. Do części z krajów, w których byłam jest po prostu visa-on-arrival czyli bez wcześniejszych wniosków otrzymuje się pozwolenie na krótki pobyt w danym kraju po załatwieniu formalności po przylocie. Niestety tak to nie działa w Australii.

Ze szklistymi oczami na czerwonej ze złości twarzy, usiadłam w najdalszym kącie lotniska i chciałam zapaść się pod ziemię. Sytuacja nie była jednak totalnie beznadziejna – jako obywatel Polski mogę aplikować o wizę turystyczną do Australii przez internet, jeśli wszystko jest w porządku wiza może zostać zatwierdzona nawet w przeciągu godziny. To wciąż dawało nadzieję na złapanie nocnego samolotu do Sydney, wszak miałam jeszcze prawie 4h! Wypełniłam ekspresem i nie mogąc znaleźć sobie miejsca kręciłam się w kółko, nieustannie odświeżając skrzynkę mailową w telefonie i okazjonalnie dręcząc pana w obsłudze klienta Air Asia – czasem zanim osoba zainteresowana dostanie wiadomość potwierdzającą, linie lotnicze już mają informację w systemie. Kilkanaście telefonów tu i ówdzie wykonanych przez pracownika Air Asia na nic się jednak zdały – cud nie nastąpił. Nadeszła 22:40 i musieli zamknąć odprawę by wykonać lot o czasie. Beze mnie.

Absurd tego w co się wpakowałam nie ułatwiał mi podjęcia decyzji co dalej. Zasadniczo opcje były 3: miałam jeszcze pół godziny, żeby kupić bilet i wystartować lotem powrotnym do Singapuru, spędzając długi weekend na rytmicznym uderzaniu głową w ścianę w salonie, aby dobitnie odczuć konsekwencje mojego braku myślenia. Mogłam też zostać i spędzić wściekłe 5 dni w Kuala Lumpur, które zwiedzałam już dwukrotnie i nie darzę jakąś olbrzymią sympatią. Ostatnią opcją było czekać na cud, jeśli wiza zostanie zaakceptowana następnego dnia, moja wizyta w Australii wciąż ma trochę sensu. Dodam, że mój bilet, kupiony po taniości, nie miał oczywiście opcji zmiany dat wylotu, więc w grę wchodził tylko zakup nowego, kosmicznie drogiego biletu. Z racji siły wyższej (jeśli głupotę można tak określić) Air Asia zaproponowała, że uzna moje niestawienie się w samolocie jako wypadek losowy i zaoferowała, że jeśli otrzymam wizę następnego dnia i zdecyduję się lecieć, to odliczy mi wydane już pieniądze od ceny nowego biletu (dobre i to, doceniam gest!). Wystarczy, że przyjdę jutro do okienka ze starym numerem rezerwacji i wszystko będzie w systemie. Zaraz, zaraz.. Numer rezerwacji.. Cholerny Skypicker.. Pan z obsługi był nieźle zdziwiony, kiedy wyjaśniałam, że takowego nie znam. Czym prędzej zanotował mi go na skrawku papieru, życzył powodzenia i dobranoc.

Dobranoc. Właśnie.. Zdecydowanie nie chciałam wracać do domu nie dając temu wszystkiemu szansy. Może rano jakieś telefony i błagania pomogą? Podobno tych, którzy nie przeszli w szybkim czasie automatycznie przez proces, musi zweryfikować pracownik urzędu imigracyjnego Australii, może da się coś zdziałać? Skoro i tak nie miałam nic lepszego do roboty, uznałam, że spędzę jeszcze 24h w Kuala Lumpur, a jeśli jutro się nie uda, to wieczorem wracam do Singapuru. Teraz tylko trzeba było coś ze sobą zrobić podczas czekania na wizowy cud, dochodziła północ.

Aby nie dodawać kolejnych kosztów tej wyprawie, zarezerwowałam na szybko najtańszy hotel dostępny w okolicy stacji głównej w Kuala Lumpur (ostatni pokój, wszystko było zajęte!), zrobiłam kilka zrzutów ekranu z  drogą do przejścia i wsiadłam w pociąg z lotniska. Oczywiście nic nie było jak trzeba, nie wiedziałam z której strony dworca wyszłam i nawet zapytany przechodzień nie umiał mi pomóc. Złość, która zenit osiągnęła na lotnisku, wkraczała na nieznane mi dotąd obszary. Po 10 minutach krążenia (a do hotelu było niby jedyne 5 min pieszo..) znalazłam taksówkarza, który zgodził się mnie zawieźć. Hotel, jak się okazało, na Little India, nie był najgorszym w jakim przyszło mi spać, ale okolica nie zachęcała. Marzyłam tylko o prysznicu, zamknięciu się na 4 spusty i krzyku w poduszkę przez resztę nocy. Stałam w recepcji, czekając na klucze, gdy do hotelu weszła kobieta o europejskim wyglądzie. Myślę sobie, „Dobra, nie jest tak źle, przynajmniej nie jestem sama” (tak wiem, stereotypy..). Nie była jednak gościem hotelu, a szukała noclegu. Zblazowany recepcjonista wskazał na mnie palcem i powiedział, że właśnie biorę ostatni wolny pokój. Pogratulowała mi szczęścia, bo ona idzie od stacji już piąty hotel i nigdzie nie ma wolnych pokoi. Niewiele myśląc, zaoferowałam jej podzielenie się moim pokojem. I tak był dwuosobowy, a ja w tej swojej osobistej ‚tragedii’ uznałam wspaniałomyślnie, że może komuś przynajmniej poprawię humor. Podzieliłyśmy się opłatą i omijając panów w ręcznikach, udałyśmy się na górę. Niestety, nie pamiętam już jej imienia, ale szybko złapałyśmy dobry kontakt, dzieląc się historiami, które przywiodły nas do położenia w którym się znajdujemy. Nowo poznana znajoma z Holandii, wracała z obozu survivalowego, który prowadziła gdzieś w Azji i spóźniła się na przesiadkę. Następny lot dopiero za 24h więc firma kazała jej znaleźć sobie nocleg w mieście. Mimo późnej pory (1.30) uznałyśmy, że pójdziemy jeszcze coś zjeść do budek, które wciąż były otwarte przy ulicy, a jak nam się uda to może i piwo gdzieś kupimy.

Na szczęście hotelowy internet był w miarę dobry, więc po powrocie przekopywałam fora w poszukiwaniu porad. Jedna z nich sugerowała załączenie do swojej aplikacji tony różnych dokumentów, które urząd celny może poprosić do zweryfikowania aplikacji (próbuje się zatem ich ubiec i tym samym zaoszczędzić czas). Fakt, moja aplikacja musiała być dość niecodzienna: Polka, mieszkająca w Singapurze, aplikująca z Malezji, może dlatego chcą widzieć więcej? Na szczęście recepcjonista zgodził się w środku nocy zeskanować moje dokumenty, mimo że obsługa maszyny była chyba dla niego czarną magią. Czego tam nie było: paszport, pozwolenie o pracę i pobyt w Singapurze, pieczątka wjazdowa z Malezji (żeby udowodnić, że jestem tam legalnie), wyciąg z konta, by pokazać zarobki. Miałam tylko cichą nadzieję, że te wszystkie skanowania i logowania się do banku w przypadkowej sieci nie narażą moich danych. Dołączyłam wszystko w systemie i postanowiłam spróbować zmrużyć oko.

Po 2-godzinnej drzemce otworzyłam powiekę i niestety wciąż byłam w hotelu w Kuala Lumpur. Australia właśnie się budziła i czas było poinformować znajomą, żeby nie wyjeżdżała na lotnisko. Gdy tylko wybiła australijska 8.30 zaczęłyśmy razem z Asią wytrwałe dobijanie się na infolinię urzędu celnego Australii. Udało się nawet dwa razy połączyć z konsultantem, ale nie mieli dobrych wieści – nic nie da się przyspieszyć, jeśli aplikacja jest już gdzieś w systemie. Trzeba czekać i mieć nadzieję, że znajdzie się wkrótce w rękach urzędników (jeśli faktycznie nie może być zaakceptowana automatycznie). Ambasada Australii w Malezji też nie mogła nic pomóc. Beznadzieja.

Powoli kończyła się doba hotelowa. Współlokatorka postanowiła spędzić dzień na zwiedzaniu Kuala Lumpur, ja potrzebowałam być cały czas online (na wypadek gdyby wiza przyszła). Pożegnałyśmy się więc i wsiadłam w pociąg z powrotem na lotnisko – wszak oferują darmowy internet. Nie miałam z resztą nastroju na nic innego. Decyzja zapadła – jeśli się nie uda, kupuję bilet i wracam do domu.

Kolejne łzy były znów tymi z niedowierzania, ale już na szczęście połączone z tymi z radości – mniej więcej w połowie drogi pociągiem chwyciłam internet w smartfona i w skrzynce czekał upragniony email! Wiza, WIZA!!!! Ostatecznie nie wiem co pomogło, załączone dokumenty, telefony do urzędu imigracyjnego czy po prostu tak miało być.

Czas na chwilę przyspieszył jeszcze bardziej. Sprawnie ogarnęłam nowy bilet na lotnisku, tłumiąc na dnie plecaka łkanie karty kredytowej i zaczęłam ogarniać sobie czas na lotnisku, jedyne 12h. Byłam wykończona, niewyspana i na emocjonalnej huśtawce. Obdzwoniłam wszystkich, przeczytałam książkę, przysypiałam gdzieś na podłodze, godziny ciągnęły się niemiłosiernie, aż w końcu z ciągłym niedowierzaniem nadałam walizkę, przeszłam odprawę celną i odbiłam się od malezyjskiej płyty lotniska w kierunku Australii.

W samolocie spałam jak zabita, jeszcze tylko kontrola celna po australijskiej stronie, obwąchanie bagażu przez sympatycznie wyglądające psy lotniskowe (do Australii nie można wwozić wielu produktów spożywczych, jeśli się jakieś ma to należy zgłosić. Znalazłam się w specjalnej kolejce do psiego sprawdzania, bo wiozłam azjatyckie chipsy w prezencie dla Asi – oryginalnie zapakowane, przeszły bez problemu. Nie wiem tylko dlaczego celniczka zapytała mnie czy mam jabłka w walizce, ale po tylu podróżach nie dziwię się, że moja torba pachnie czymś dziwnym, co mogło wzbudzić podejrzenia psiego nosa). Asia już czekała po drugiej stronie, witając mnie sympatycznym kangurkiem.

Myślicie, że po takim początku gorzej być nie może? Owszem, może. Kilka godzin później odkryłam, że moja lustrzanka robi w połowie czarne zdjęcia. Ściągam obiektyw, patrzę do środka.. Mechanizm podnoszenie lustra nie działa.. Próby zaczepienia strony która spadła odpuściłam sobie po kilku minutach bojąc się, że uszkodzę jeszcze bardziej. Pozostał aparat w telefonie i droga naprawa po powrocie do Singapuru.. Złośliwość rzeczy martwych i przypadek? Nie. Szybko przypomniałam sobie, jak w nerwach na lotnisku upuściłam plecak na podłogę.. Wystarczyło.

Mało? W drodze powrotnej moje 2 godziny i 10 minut skurczyło się do 1 godziny 25 minut z powodu opóźnienia spowodowanego burzą. Przypominam, że nie miałam tranzytu – musiałam przejść malezyjską odprawę celną, odebrać bagaż, nadać go ponownie, sprawdzanie bagażu podręcznego, znów odprawa celna i dopiero mogłam lecieć dalej. Miałam więc 25 minut, aby znaleźć się przy okienku w hali odlotów mojego „ukochanego” lotniska (trzeba być najpóźniej na godzinę przed odlotem). Tutaj obsługa spisała się na medal, najpierw podwożąc mnie pod odprawę celną lotniskowym samochodzikiem (oczywiście byłam gdzieś hen daleko), a po streszczeniu sytuacji, pozwalając mi ominąć kolejki i uzyskać pieczątkę w okienku zarezerwowanym dla pilotów i obsługi samolotów. Jeszcze tylko odebrać bagaż, który stracił gdzieś pokrowiec (nieważne, biegnę..), schody w górę, nogi już ledwo mnie niosą, dobiegam do okienka teoretycznie 3 minuty przed końcem czasu, gdy pani z obsługi już praktycznie zamykała. Musiała nawet zadzwonić czy aby na pewno jeszcze może mnie wpuścić. Ufff.. może, udało się.. Bagaż pojechał, a ja biegnę dalej, sprawdzanie, odprawa celna, bramka i jest.. dobijam pod rękaw do samolotu w momencie rozpoczęcia boardingu. Jeszcze tylko wypluję serce, płuca i wszystko inne co mam w środku, na posadzkę i mogę wsiadać.

Pomiędzy ten podróżniczy koszmar wpisuje się fantastyczny kraj, który absolutnie zrekompensował mi zszargane nerwy. Nawet widmo dna na koncie w banku (dodatkowy bilet na dzień przed odlotem, naprawa lustrzanki, niebotycznie wysoki rachunek za telefon z uwagi na roaming) nie wpłynęło na moją ocenę. O samej Australii jednak w następnym odcinku.

a za czym ta kolejka stoi? – Chiny, Hongkong: part II

Podczas zwiedzania uwielbiam ten moment odkrywania lokalnej historii, o której nie miało się pojęcia. Jeszcze pierwszego dnia w Hongkongu, zanim podziwialiśmy nieziemsko oświetlone drapacze chmur na wyspie Hongkong (o czym pisałam tutaj), na części kontynentalnej miasta, udaliśmy się do Kowloon Walled City Park. Spodziewałam się raczej zobaczyć park z resztkami murów obronnych miasta, jak to zwykle sugeruje nazwa City Walls. Tutaj jednak historia jest inna. U schyłku XIX wieku Chiny i Wielka Brytania podpisały konwencję, na mocy której terytorium Hongkongu zostało zwiększone o prawie cały obszar New Territories – dzielnicę nazwaną Nowe Terytoria (pamiętajmy, że Hongkong był brytyjską kolonią). Prawie, bo z umowy wyłączony był mały wycinek w jego sercu, tzw Walled City, kiedy to faktycznie miasto wciąż był otoczone murem i od lat miało znaczenie militarne. Wojenna zawierucha i przepychanki między tymi dwoma krajami sprawiły, że w latach 50-tych na tym terenie, rozmiarów odrobinę mniejszych od połowy krakowskich Błoni, powstała pozostawiona sama sobie enklawa, rządząca się własnymi prawami – z przemocą, gangami, prostytutkami, narkotykami i pozostałymi aspektami kryminalnego życia na pierwszym planie. Wyobraźcie sobie, że na obszarze 2.6 hektara (mniej więcej powierzchnia 160 na 162.5 metra) mieszkało ponad 30 ooo (!) ludzi! Między budynkami praktycznie nie było prześwitów czy dróg, ludzie przechodzili wąskimi ścieżkami lub bezpośrednio przez budynki.

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, makieta Kowloon Walled City

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, makieta Kowloon Walled City

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, przekrój przez Kowloon Walled City

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, przekrój przez Kowloon Walled City

Nie wszyscy oczywiście parali się szemranym biznesem. W ciemnych zakamarkach istniały zakłady tysięcy drobnych rzemieślników, mini fabryki, sklepy, a nawet zakłady medyczne, gdzie praktykowali przede wszystkim lekarze i dentyści bez licencji. Ludzie organizowali się w sąsiedzkie grupy pomocy i uczestniczyli w religijnych aktywnościach. Próby utrzymania kontroli i zaprowadzenia jako takiego porządku na dłuższą metę nie miały szans, dlatego w 1984 roku Chiny i Wielka Brytania zgodnie podjęły decyzję o.. zrównaniu miasta z ziemią. Rząd Hongkongu wypłacił mieszkańcom i przedsiębiorcom rekompensaty i 7 lat później do miasta wjechały buldożery. W miejscu, gdzie rok wcześniej tętniło życie przestępcze i przedsiębiorcze, ukształtowano przyjemny park, nazwany ku pamięci rejonu Kowloon Walled City Park. W jego centralnej części można zapoznać się z historią miasta. Wejście do parku i na wystawę jest darmowe. W zaaranżowanych, klimatyzowanych pokoikach można wysłuchać nagrań ludzi, opowiadających historię z perspektywy mieszkańców, zobaczyć zdjęcia, elementy życia codziennego i rys historycznych miasta – świetny pomysł i dobrze wykonana wystawa, gdzie praktycznie nie było turystów!

Weekendowe plany zwiedzania w Hongkongu życie weryfikuje bardzo szybko. Czasu zmarnowanego na czekanie w kolejkach nikt nam nie wróci, dlatego polecam zabrać ze sobą jakąś rozrywkę: książkę, muzykę czy partnera do rozmów. W sobotę rano, po odstaniu w śniadaniowym ogonku do jadłodajni a’la hongkoński bar mleczny, ustawiliśmy się w kolejny, oczekujący na wjazd kolejką na szczyt Wiktorii (Victoria peak) – najwyższy szczyt na wyspie Hong Kong. Hongkong jest generalnie bardzo górzysty (dlatego też chętnie bym tam wróciła dla samych wędrówek, chociaż jak teraz patrzę w Internetach, góry nie są aż tak wysokie jak w moim odczuciu). Podczas naszej wizyty, z zakwasami dnia poprzedniego po konkretnej ilości schodów w Ten Thousand Buddhas Monastery, wspinaczka na szczyt nie wchodziła jednak w grę. Cierpliwie odstaliśmy ponad półtorej godziny (!), aby dać się wciągnąć na górę. Trzeba dodać, że kolejka jest atrakcją samą w sobie, gdyż miejscami wznosi się (a w drodze w dół opada) pod kątem 27 stopni. Lokalny uniwerek przeprowadził nawet badania, które udowodniły, że ludzie jadący kolejką ulegają iluzji optycznej pochyłych budynków. Peak Tram jest nie tylko transportem turystycznym, ale ma swoją długą historię w służbie mieszkańcom żyjącym na zboczu góry.

Chiny, Hongkong, wjazd Peak Tram na Victoria Peak - kolejką na szczyt Wiktorii

Chiny, Hongkong, wjazd Peak Tram na Victoria Peak – kolejką na szczyt Wiktorii

Widok z góry, jak łatwo się domyślić, jest niesamowity! Musi wyglądać jeszcze lepiej po zmroku, kiedy całe miasto w dole jarzy się światłami neonów. Wspaniała panorama była czymś czego się spodziewałam, nie sądziłam jednak że na szczycie ujrzę.. galerię handlową. To się nazywa podejście do klienta. Kiedy oczy nasyciły się widokiem, postanowiliśmy zjechać na dół (jedyne 15 minut czekania w kolejce) i spędzić resztę dnia bujając się po ulicach Hongkongu.

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Nieopodal stacji kolejki warto zajrzeć do żółciutkiej katedry świętego Jana Ewangelisty (kościół anglikański), najstarszej na dalekim wschodzie. Zwróćcie uwagę na piękne witraże! Ciekawostką jest, że teren na którym stoi świątynia jest jedynym obszarem własnościowym w całym Hong Kongu. Każdy inny skrawek ziemi, w tej specjalnej części Chin, jest dzierżawiony.

Chiny, Hongkong, St John's Cathedral - Katedra św. Jana

Chiny, Hongkong, St John’s Cathedral – Katedra św. Jana

Chiny, Hongkong, wnętrze St John's Cathedral - Katedry św. Jana

Chiny, Hongkong, wnętrze St John’s Cathedral – Katedry św. Jana

Będąc w mieście, nie sposób nie zwrócić uwagi na Mid Level Escalators czyli w dosłownym tłumaczeniu schody ruchome średniego poziomu. Co to za wynalazek? W odpowiedzi na ogromne problemy zakorkowanych wąskich uliczek miasta, szczególnie pomiędzy ścisłym centrum a jego obrzeżem, rząd wyłożył pieniądze na budowę systemu ruchomych schodów i platform, na których ruch pieszy odbywa się ‚piętro wyżej’ nad poziomem chodnika/jezdni. Z tego co czytam, niewiele to pomogło, ale jest całkiem wygodne. Dzień zakończyliśmy wizytą na nocnym markecie sprzedającym mydło, powidło i podróbki.

Chiny, Hongkong, Mid-Level Escalator czyli piętrowe chodniki

Chiny, Hongkong, Mid-Level Escalator czyli piętrowe chodniki

Chiny, Hongkong, mistrzowie reklamy

Chiny, Hongkong, mistrzowie reklamy

Nie dane nam było psychicznie odpocząć od kolejek, gdyż kolejnego dnia, historia się powtórzyła. Tym razem tkwiliśmy, sama już nie wiem jak długo (godzina to minimum!), w kolejce do kolejki linowej Ngong Ping 360, aby dostać się do klasztoru Po Lin Monastery na wyspie Lantau. Oczywiście, że można się tam dostać w bardziej przyziemny sposób, ale wiązałoby się to ponownie z dłuższym marszem pod górę. Chociaż nasze nogi pewnie by to zniosły, to zwyciężyło moje zamiłowanie do widoków z góry. Na szczęście opłacało się gnić w kolejce. Zobaczcie sami, 25 minut takich widoków, góry, woda i lotnisko!

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 - powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 – powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 - powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 – powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Po Lin Monastery jest jedną z najważniejszych siedzib mnichów w Hongkongu. Najbardziej słynie jednak z ponad 30 metrowej, wykonanej z brązu figury siedzącego Buddy Tian Tan, umieszczonej na szczycie. Do samego posągu trzeba wdrapać się po schodach, ale ponownie widok na okalające góry jest wystarczającą nagrodą. Singapur, w którym mieszkam dzielnie buduje wizerunek miasta w ogrodzie, ale szczerze mówiąc hongkońskie miasto w górach bardziej mi się podoba w tej kwestii (pomijając, że przyszło im to naturalnie). Ile bym dała, żeby mieć kilkanaście minut metrem do takich widoków!

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha - Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha – Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha - Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha – Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), ogromne kadzidła

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), ogromne kadzidła

Oprócz Dużego Buddy, cały teren kompleksu świątynno-klasztornego na wyżynie Ngong Ping wart jest rzucenia okiem. Dla nas był to ostatni przystanek hongkońskiego wypadu, ostatnie spojrzenie z okien kolejki i już byliśmy rzut kamieniem od lotniska.

Hongkong w środku, czyli w mieście to taki trochę bardziej chiński Singapur, brudniejszy i mniej zielony, z jeszcze mniejszą ilością przestrzeni dla ogromnej ilości ludzi. Wiąże się to dla nich z życiem w mikroskopijnie małych mieszkaniach, do których i tak prawie się nie wraca z uwagi na wielogodzinną pracę. Pokoje hotelowe są maciupkie, więc radzę zwrócić na to uwagę jeśli ktoś potrzebuje salonów. Z każdym krokiem na zewnątrz miasta podobało mi się tam coraz bardziej, góry i przestrzeń to zdecydowanie coś co tygryski lubią najbardziej.

Chiny, Hongkong, znalezione w podziemnym przejściu :) ("Świat jest jak książka, a Ci, którzy nie podróżują czytają tylko jedną stronę")

Chiny, Hongkong, znalezione w podziemnym przejściu :) („Świat jest jak książka, a Ci, którzy nie podróżują czytają tylko jedną stronę”)

Powrót do Singapuru odbył się już na szczęście bez większych rewelacji, a ja już zaczynałam przebierać nogami na myśl kolejnej, zaplanowanej eskapady.