I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Kochi

Tuż przed południem lądujemy w Kochi (Koczin) – ostatnim mieście na naszej trasie po Indiach. Już jutro będziemy gośćmi weselnymi mojego kolegi z pracy Cecila. Zanim to nastąpi mamy mniej niż pół dnia by zobaczyć miasto. Jesteśmy na południowo-zachodnim krańcu kraju, w stanie Kerala. Szkoda, że nasz czas nie chciał się samoistnie wydłużyć – cała okolica jest godna uwagi.

Nasz hotel znajduje się praktycznie na przeciwko lotniska. Reszta gości „z zagranicy” (moi znajomi z pracy z Singapuru i Niemiec), jest już na miejscu. Spotkamy się z nimi wieczorem. Czas na szybki prysznic i jedziemy zwiedzać. Główne atrakcje Kochi znajdują się na przybrzeżnej wyspie, jakieś 37km od lotniska. Z trudem przebijamy się przez korki, utykając na dobre w kolejce na prom, który jednocześnie może zabrać tylko kilka samochodów. Porzucamy więc naszego kierowcę i sami przeprawiamy się z Vypin na drugą stronę do Fort Kochi Terminal za całe 3 rupie od osoby (16 groszy, 6 centów singapurskich).

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Chinese Fishing Nets – Chińskie sieci rybackie

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Chinese Fishing Nets – Chińskie sieci rybackie

Jednym z charakterystycznych symboli miasta są tradycyjne Chinese Fishing Nets czyli tak zwane Chińskie Sieci Rybackie, które znajdują się nieopodal przystani promu. To drewniane konstrukcje zakończone siatką, którą zanurza się na kilka minut, a później podnosi z nadzieją na złapanie wodnych stworzeń. Przy jednej z nich (oczywiście za „drobną opłatą”) załapaliśmy się do pracy.

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), pracując przy Chinese Fishing Nets – Chińskich sieciach rybackich

Nasz połów nie był bynajmniej spektakularny.

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), nasza zdobycz

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), własnoręcznie złowiona na Chinese Fishing Nets – Chińskich sieciach rybackich

Zachód słońca zbliżał się nieubłaganie, a wraz z nim zamyka się większość atrakcji w Indiach. Postanowiliśmy na spokojnie przespacerować się bazarowymi uliczkami wzdłuż brzegu.

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Chinese Fishing Nets – Chińskie sieci rybackie

Dzień kończymy kulturalnie – pokazem sławnej na całe Indie, a wywodzącej się z właśnie z Kerali, sztuki Kathakali w Kerala Kathakali Centre. Siadamy na krzesłach klimatycznej, drewnianej sali teatralnej. Nim rozpocznie się część właściwa przedstawienia, widzowie mogą obserwować proces nakładania makijażu przez artystów. Spójrzcie na te kolory, nic dziwnego, że trwa to prawie godzinę!

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz makijażu artystów przed występem Kathakali

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz makijażu artystów przed występem Kathakali

Kathakali to dramat teatralny należący także do klasycznych tańców hinduskich, w którym główną rolę odgrywają gesty i mimika, między innymi niesamowite ruch gałek ocznych! Po sesji makijażu widzowie wprowadzani są w świat znaków i interpretacji właściwych dla tego rodzaju sztuki, by następnie posłuchać historii (w lokalnym języku, więc można raczej tylko popatrzeć..) o dawnych dziejach, połączonych z religijnymi wydarzeniami. Akcja rozwija się powoli, ale długość przedstawienia dostosowana jest tak by nie zanudzić turystów. W dawnych czasach trwały one od zmierzchu do świtu!

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz Kathakali

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz Kathakali

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz Kathakali

Warte uwagi! My tymczasem wracamy odpocząć, jutro impreza!

Reklamy

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Aurangabad i okolice: part II

Budzimy się w 2016 roku, niezwykle wypoczęci. Nasz kierowca również nie zabalował, dlatego po śniadaniu wyjeżdżamy w kierunku jaskiń Ajanta (Adźanta – nijak nie podobają mi się polskie tłumaczenia miejsc w Indiach). Przed nami niecałe 100km do podnóża wzniesień, na których znajdują się pochodzące z II w.p.n.e. (!) i powstające aż do V/VII w.n.e groty. Abstrakcyjne wydaje się dotarcie do miejsca, gdzie ogromny ślad działalności zostawili ludzie, żyjący wcześniej niż początek naszego obecnego kalendarz – skoro teraz mamy rok 2017, to logicznie był kiedyś rok 1, a jaskinio-świątynie Ajanta, zaczęły powstawać pracą ludzkich rąk prawie 200 lat przed nim! Wciąż ciężko mi to sobie wyobrazić.

Dojeżdżamy na parking, skąd przesiadamy się w autobus podwożący ostatnie 4km do samych jaskiń. Bilety w cenie 250 rupii (~5.30 SGD, ~14PLN) od osoby kupujemy tuż przy wejściu i, gdy tylko przekroczymy bramę, nasze twarze zastygają w niemożliwym do opisania wyrazie zachwytu i niedowierzania jednocześnie. Klif na planie półkola z wyżłobionymi w połowie wysokości świątyniami, niewiarygodny widok.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Podobnie jak w jaskiniach Ellora, o których pisałam o tutaj, Ajanta są równie dobrze oznaczone i opatrzone tablicami informującymi o historii i funkcji danego miejsca. Skrupulatnie odwiedzamy każdą z nich, nie mogąc się nadziwić, w jak dobrym stanie zachowały się chociażby malowidła na ścianach. Lekko tajemniczy mrok w ich wnętrzach chroni nasze oczy przed palącym słońcem na zewnątrz. Przyjemnie jest też postawić bose stopy na chłodniejszych posadzkach – świątynie należą do kultu buddyjskiego, dlatego obowiązuje zakaz noszenia obuwia wewnątrz. Polecam sandały lub klapki, bo chociaż wydaje się, że łatwiej byłoby po prostu permanentnie zdjąć buty, to paląca od słońca ścieżka szybko zweryfikuje racjonalność tego pomysłu.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, malowidła na ścianie w jaskini numer 1

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, freski i zdobiona kolumna w jaskini numer 2

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, freski w jaskini numer 16

Jak przystało na ręcznie ciosane groty, rzeźb jest co niemiara. Mnóstwo detali zachowało się po dziś dzień, są nawet całe nawy, ołtarze i stupy!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, posąg Buddy w jaskini numer 1

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby w jaskini numer 6 lub 7

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, stupa w jaskini numer 9

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby pod sufitem w jaskini numer 16

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby w jaskini numer 19

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźba Buddy w jaskini numer 26

Wejścia do poszczególnych jaskinio-świątyń  zostały również starannie ozdobione. Nie wiedzieć czemu, w niektóre otwory postanowiono wstawić drzwi lub okna, chcę wierzyć że to tylko ze względu na ochronę zabytku. Mówiąc o tym ostatnim, zarówno w Ajantcie jak i Ellorze, wejść można było wszędzie i wszystko można było dotknąć. Chociaż w niektórych grotach znajdował się kustosz-ochroniarz i wszechobecne są znaki zakazujące fotografii z lampą błyskową (dla dobra malowideł) i przypominające o zdjęciu butów, to nie brakuje turystów, którzy nijak się mają do szacunku dla zabytków.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźba słonia na wejściu do jaskini numer 16

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, zdobione wejście do jaskini numer 19

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Podobnie jak dzień wcześniej, tutaj również wiele zakamarków odwiedzaliśmy w samotności. Być może 1 stycznia nie jest preferowanym dniem na wycieczki. Na całe szczęście jaskinie były otwarte, a dla mnie im mniej ludzi tym lepiej. Spędziliśmy tu długie godziny. Również tutaj nasza „odmienność” stała się powodem do rozlicznych zapytań o wspólne zdjęcia ze strony „lokalnych” turystów, którym staraliśmy się nie odmawiać – niech żyje nasze celebryckie 5 minut!

Późnym popołudniem byliśmy z powrotem w Aurangabad. Po kolacji przyszedł czas na przymiarkę mojej bluzki do sari, którą przywiózł nasz kierowca. Była tak bardzo krótka jak powinna. Wszystkie fałdy, a mam tego trochę, na wierzchu. Moja umiejętność oplatania się w sari pozostawiała wiele do życzenia, więc szanse na szczelne ukrycie się za materiałem, wydawały się minimalne. Choć w Indiach widoczne „schaby” są na porządku dziennym, to ja absolutnie nie czuję się z tym komfortowo. Cóż, zobaczymy jak będzie.. Kładziemy się spać, bo przed świtem czeka na nas samolot do Kochi, z przesiadką w Mumbaju (dawniej Bombaju) – czas na Indie południowe!

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Aurangabad i okolice: part I

Przelotem przed Delhi, kilka minut po dwudziestej lądujemy na dość wyludnionym lotnisku w Aurangabad – witamy w stanie Maharasztra! Po bardziej północno-zachodnich rejonach, czas na Indie centralne. Samo miasto nie jest jednak naszym celem – liczy się to co dookoła, czyli niesamowite skupiska jaskiń!

Z lotniska bierzemy taksówkę do hotelu i (zupełnie przypadkiem..) okazuje się, że należy ona do Alfa India Tours and Travels, czyli firmy organizującej wycieczki. Do wielu miejsc w Indiach nie sposób dostać się transportem publicznym, ja zaś nie przepadam za dużymi wycieczkami w grupie, więc oferta prezentowana przez taksówkarza do mnie przemawia. Samochód z kierowcą na 2 dni, który zawiezie nas tam gdzie chcemy to koszt 4000 rupii (~225PLN, ~85SGD). Dość uczciwie, zgarniamy więc ulotkę z numerami telefonów, dając sobie jeszcze trochę czasu do namysłu. Rano ceny proponowane przez hotelowe biuro podróży są zdecydowanie wyższe, dzwonimy więc do naszego pierwszego źródła i umawiamy wycieczkę na „za godzinę”. Podoba mi się, że wiele spraw da się załatwić ot tak – klient nasz pan.

Pierwszy cel to jaskinie Ellora, oddalone 30km od miasta. Nie są to naturalne żłobienia w skałach – wszystkie jaskinie są dziełem ludzkich rąk, które przemieniły je w świątynie. Najstarsze datowane są na wiek VII, sukcesywnie powstawały aż do XI wieku. Jest ich tu około 100. Setka świątyń wykuwanych w skale, centymetr po centymetrze, ludzkimi rękami (!). Dla zwiedzających udostępnione są 34 z nich, 12 buddyjskich (jaskinie 1-12), 17 hinduistycznych (jaskinie 13-29) oraz 5 dżinistycznych (jaskinie 30-34). Tak, na jednym terenie, mamy miejsca kultu trzech religii. Bilety to 250 rupii (~5.30 SGD, ~14PLN) od osoby, plus 10 rupii (55 groszy, 21 centów singapurskich) tzw „opłaty za udogodnienia”.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves)

Każda z jaskinio-świątyń, to osobna historia, bóstwo, wydarzenie, funkcja. Czapki z głów dla historyków i archeologów, którym udało się to rozszyfrować. Wszystkie groty są dobrze oznakowane i opatrzone tablicami w języku angielskim, objaśniającymi z czym mamy do czynienia.

Zaczynamy od środka – parking znajduje się nieopodal najokazalszej ze świątyń, a właściwie ich małego kompleksu – jaskini numer 16, Kailasha. Drążona od góry do dołu, przez (podobno) 10 generacji hindusów kryje w sobie bogate zdobienia, olbrzymie rzeźby i niekończące się korytarze wieńczone filarami. Wszystko z jednej skały!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Skrobiemy się po schodach do jaskini numer 15, Dasavatara Cave, do której wchodzi się przez otwór w skale (wielkości drzwi). Na piętrze spotykamy Nandi – byczka będącego pojazdem Śiwy, hinduskiego boga. Mnie zdecydowanie urzekają wszechobecne kolumny.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 15, świątyni Dasavatara

Przechodzimy do buddyjskiej części, gdzie pod 12-stką i 11-stką kryją się klasztory mnichów. Z zewnątrz ten drugi przypomina mi trochę szkołę. Zauważamy też zmianę w rzeźbach i zdobieniach w porównaniu do poprzednich miejsc.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 12

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 11, klasztor mnichów

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 11, klasztor mnichów

Prawdziwa perełka czekała na nas w świątyni 10-tej. To nie tylko ogromny posąg Buddy, ale też starannie wyrzeźbione fasada galerii na drugim piętrze i skrupulatnie przemyślane otwory, dzięki którym wpadające światło tworzy wręcz majestatyczne wrażenie w środku.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 10

W dość przewrotnej kolejności, która nie idzie po kolei, odwiedzamy świątynie dżinizmu, zaczynające się od numeru 30. Ilość detali rzeźbionych kolumn jest oszałamiająca, a pod numerem 32 odkrywamy figurę ogromnego słonia.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 32

Na koniec wracamy przez hinduistyczną część jaskinio-świątyń, gdzie zatrzymujemy się chwilę dłużej pod numerem 21, a następnie udajemy się do wcześniejszych numerów, gdzie kolejne groty są już bardziej toporne.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – pomnik przed jaskinią numer 21

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – rzeźby na ścianie jaskini numer 21

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – prawdopodobnie jaskinia numer 19

Ogrom i jednocześnie bijący od jaskinio-świątyń spokój jest nie do opisania. I chociaż wszystkie wykute są w tym samym materiale i w każdej z nich panuje swoisty półmrok, to spędzamy długie godziny wędrując od jednej drugiej bez cienia znudzenia. Niesamowitość tego miejsca jest nie do opisania słowami. Nie ma też tłumów, co pozwala nam wielu miejsc doświadczyć w ciszy, napawać się ich niezwykłością i poczuć się odrobinę jak odkrywca. Z zadumy wyrywają nas najczęściej lokalni turyści (spotkaliśmy tylko kilku „białasów”, większość odwiedzających pochodziła z Indii lub Pakistanu), dla których to my zdajemy się być większą atrakcją niż same świątynie, prosząc o wspólne zdjęcie – celebryci!!!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – prawdopodobnie jaskinia numer 4

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves)

W drodze powrotnej do Aurangabad zatrzymujemy się jeszcze przy Forcie Daulatabad. Znajdujące się na wzgórzu, pochodzące z XII wieku mury obronne, posiadały wiele skrupulatnie przemyślanych zabezpieczeń, między innymi łagodnie opadające podnóża szczytu zostały usunięte, tworząc wysoki klif.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, Chand Minar – minaret

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, makak hulman

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, wejście do fortu

Widok z góry jest niesamowity – warto było wspiąć się na ruiny (niestety, spora część nie przetrwała do dnia dzisiejszego). Na wejściu zapłaciliśmy 40 rupii (~2,25PLN, ~0.85SGD) od osoby plus 30 rupii (~1,70PLN, ~0.60SGD) za aparat.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, widok z fortu

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, prace renowacyjne w forcie

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, widok z fortu na minaret

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad,

Wracamy do hotelu, zatrzymując się jeszcze w sklepie z materiałami – już za 4 dni będziemy na weselu, a ja wciąż nie mam bluzki pod moje sari! Nie może to być jednak zwyczajny podkoszulek, a specjalnie szyty na miarę (nie da się łatwo kupić gotowych..) przykrótki top z rękawkami. Zaopatrzam się w złotawą tkaninę, którą godzinę później oddaję w ręce krawcowej – starszej kobiety, którą do hotelu sprowadził nasz kierowca. Zdjęła ze mnie miarę i obiecała, że na jutro będzie gotowe..

Zmęczeni, w końcu możemy zmyć z siebie kurz i odpocząć. Ale zaraz, zaraz.. Przecież jest Sylwester! (Jak pewnie pamiętacie, opisuję tu wszystko z dość dużym opóźnieniem). Długo debatowaliśmy czy dołączyć na imprezę organizowaną w naszym hotelu, ale zmęczenie wygrało. W pidżamach otworzyliśmy szampana o północy i 15 minut później, gdy wystrzelały już fajerwerki, zwinęliśmy się jak dwa ślimaki pod kołdrą. Sen nie zaszkodzi, wszak jutro kolejna wyprawa!

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Jaisalmer: part II

Właśnie skończyliśmy zwiedzać Złote Miasto, wracamy do zaprzyjaźnionej restauracji odebrać nasze bagaże i czekać na transport na pustynię. Kilka tygodni wcześniej, planując całą wyprawę, do ostatniej chwili zastanawialiśmy się, czy aby na pewno opłaca nam się odbijać na zachód Radżastanu, jednak perspektywa nocy na pustyni zwyciężyła zdrowy rozsądek. Pustynia Thar – Wielka Pustynia Indyjska to ponad 200 tys kilometrów kwadratowych ciemnożółtego piachu. Większość obozów, które udostępniane są turystom, znajduje się ok 40km od Jaisalmer, w wydmowej części pustyni, zwanej Sam Sand Dunes. Przeszukując różne oferty w internecie, zdecydowaliśmy się na obóz Spirit Desert Camp. W cenie 5000 rupii (~280PLN, ~105SGD) mamy dwuosobowy namiot z kolacją i śniadaniem dla dwóch osób, wieczorny program kulturalny i przejażdżkę wielbłądem w duecie o zachodzie słońca. Dodatkowe 1500 rupii (~85PLN, ~32SGD) dopłaciliśmy za podwózkę do obozu i wcześniejsze zwiedzanie miasta.

Oczekiwanie na białego SUV-a ciągnie się w nieskończoność. Mieliśmy nadzieję chwilę odpocząć w obozie zanim zaczną się pustynne atrakcje. W końcu wyjeżdżamy i obraz za oknem szybko się zmienia – znikają żółtawe budynki Jaisalmer i jak okiem sięgnął.. piaskownica. Zanim dojedziemy na miejsce jeszcze nie raz zachwyt zastąpią zamknięte oczy i głowa oparta o szybę – nieprzespana noc daje o sobie znać.

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, obóz Spirit Desert Camp

Na horyzoncie widać skupiska białych namiotów – jesteśmy na miejscu! Jest całkiem przestronnie i wygodnie, każdy namiot ma nawet łazienkę do połowy murowaną i kafelkowaną! W końcu możemy zmyć z siebie koszmarny, nocny autobus!

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, obóz Spirit Desert Camp

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, w namiocie obozu Spirit Desert Camp

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, łazienka w namiocie obozu Spirit Desert Camp

Nie ma jednak czasu na drzemkę, bo dostojnym krokiem podchodzi nasz.. wielbłąd. Niezdarnie ładuję się na grzbiet zwierza i próbuję nie spaść kiedy staje na nogi. Po chwili oswajam się z bujaniem i mogę spojrzeć przed siebie – widok jest niesamowity, góry piachu jak okiem sięgnął! Co i rusz są też wielbłądy i wielbłądzie wozy. Nie jedzie się w grupie, ale ludzi jest całkiem sporo – na dalsze wycieczki, gdzie można liczyć na więcej samotności z naturą, trzeba mieć więcej czasu.

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, na wielbłądzie

Siadamy na wydmie, słońce zachodzi pięknymi kolorami, znikąd przychodzi grajek i wygrywa przed nami niesamowite melodie (oczywiście za drobny datek). Nie wiemy kiedy ostatnie promienie chowają się za horyzont i czas wracać do obozu. Ostatnie metry nasz środek transportu pokonuje truchtem, a moje serce przenosi się gdzieś do gardła – chyba jazda wielbłądem nie należy do moich ulubionych atrakcji.

Zanim puste już brzuchy zostaną napełnione zdrową porcją hinduskiej kuchni, przed nami jeszcze wieczór kulturalny. Siedzimy na planie okręgu, ze sceną dookoła paleniska. Jest ciemno, nie licząc kilku reflektorów, którym zdarzyło się zgasnąć kilka razy, płonie ogień, zespół gra lokalną muzykę, są tańce i pokazy niemal akrobatyczne – sielanka! Cały region pustynny słynie ze swego orientalnego dorobku artystycznego, który jest całkiem przyjemny dla ucha i oka. Po zakończeniu głównej części, dołączamy do wykonawców i pląsamy razem z nimi i innymi obozowiczami wokół ogniska.

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, bindi (święte kropki) były częścią wieczoru kulturalnego w obozie Spirit Desert Camp

Baterie w naszych organizmach zdecydowanie się wyczerpały, już na pokazie czasem przymknęło mi się oko, więc po sytej kolacji nie ma już siły na nic więcej niż sen. Chwilę jeszcze podziwiamy czerń nieba i zamykamy płachtę namiotu. Dobrze, że wcześniej wzięliśmy prysznic – jest już dosyć chłodno, a woda w kranie lodowata! Gdy gasną światła obozu robi się cicho i ciemno, wręcz magicznie.

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, zachód słońca w obozie Spirit Desert Camp

Budzimy się przed świtem. Niestety nie doczekamy śniadania, bo jedziemy dalej – 0 6.30 wynajęty samochód zabiera nas do Jodphuru, ponad 300km dalej, skąd łapiemy samolot najpierw do Delhi a później do Aurangabad – naszego przedostatniego celu podróży.

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Jaisalmer: part I

Z uczuciem niedosytu jedziemy dalej. Zamówione wcześniej bilety na nocny autokar z Jaipuru do Jaisalmer przewoźnikiem Pooja Travels kosztowały nas 600 rupii od osoby (~33PLN, ~12.5SGD) za miejsca „Sleeper” czyli sypialne.

Rikszarz wysadza nas gdzieś pod wiaduktem. Miejsce ni hu hu nie zgadza mi się z mapą i jestem przekonana, że czekamy w złym miejscu. Dookoła stoją jednak ludzie z bagażami, a pan sprzedający bilety mówi, że mamy nigdzie nie odchodzić. Jest już dawno po zmroku i okolica nie zachęca. Grubo po czasie przyjeżdża rozklekotany autobus bez oświetlenia w środku, który zabrać ma nas do autokaru właściwego. Wsiadamy do niego tylko my, więc robi się trochę nerwowo. Chwilę później jesteśmy jednak w miejscu, gdzie mieliśmy zjawić się oryginalnie – firma przewozowa ma po prostu kilka punktów w mieście, z których odbiera pasażerów. A oto i on, nasza zmora. Z zewnątrz autokar prezentuje się po prostu zwyczajnie, nie jakiś najnowszych cud techniki, ale zdecydowanie klasę wyżej niż stare Autosany. Kupując bilety wyglądało na to, że autobus jest piętrowy, a do góry są miejsca do leżenia. Biorąc na logikę uznaliśmy, że będą to po prostu rozkładane fotele. Jak bardzo byliśmy w błędzie. Autokar był rozmiarów 1,5 pojazdu piętrowego. Po „naszej” stronie, nad dolnym rzędem foteli, znajdowały się zamykane.. pawlacze. Inaczej nie da się tego określić. Wyobraźcie sobie łóżko piętrowe, które od sufitu dzieli około 80 centymetrów, otoczone szybami ze wszystkich stron – nie dało się tam nawet swobodnie usiąść.

Indie, w drodze z Jaipuru do Jaisalmer, piętrowy autobus z pawlaczami sypialnymi, widok z naszego schowka

Takich schowków było 6, nam przypadł ten po lewej na końcu. Nie prowadziły do niego żadne schodki, więc wskrobać się trzeba było odbijając od foteli niżej i podciągnąć rękami.. Ostatecznie udało się Maćkowi jakoś mnie tam ulokować. Wrzuciliśmy bagaż pod głowę i chcąc nie chcąc, położyliśmy się na poplamioną i lepką od wszystkiego wykładzinę. Mordęga rozpoczęła się chwilę później. Zawieszenie to taki magiczny element wyposażenia pojazdu, którego zdecydowanie nie było. Znajdowaliśmy się nad kołem, jadąc po nierównych drogach Radżastanu. Przy każdym załamaniu nawierzchni nasze ciała podnosiły się na kilka centymetrów i opadały na twardą powierzchnię. Bite 12 godzin jazdy w pralce. Dodatkowo co chwila otwierało się przesuwne okno, serwując nam solidne podmuchy zimnego powietrza. Nijak nie szło go zablokować, oprócz trzymania ręką lub stopą. Czy muszę dodawać, że nie było szans na zmrużenie oka? Organizm kiepsko sobie radził, zjedzona kolacja wielokrotnie chciała zawrócić, bolały kości, mięśnie, drętwiało wszystko co może zdrętwieć. Najgorszy kryzys w podróży jaki kiedykolwiek dopadł mnie w życiu. Myślałam, że to się nigdy nie skończy.

Indie, w drodze z Jaipuru do Jaisalmer, pozdrawiamy z autobusowego schowka

Nad ranem, po środku niczego, autobus zatrzymał się na postój. Wysiedliśmy z nadzieją na rozprostowanie, ale nic to nie dało i  wciąż czuliśmy się fatalnie. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów pamiętam jak przez mgłę, zapadałam w minutowe drzemki, przerywane podrzutami. W końcu! Alleluja! Jaisalmer! Po drodze chyba zapomnieliśmy po co tu przyjechaliśmy, a przecież przed nami Złote Miasto i noc w namiocie na pustyni!

Oczywiście autokar przyjechał na inny dworzec niż ten, z którego odebrać nas miał organizator pustynnych atrakcji. Z pomocą kierowcy i ludzi dookoła udało się jednak z nim skontaktować i chwilę później byliśmy w dalszej drodze. Pierwszy punkt to restauracja (Season Restaurant), mimo głodu, wstrząśnięty niezmieszany żołądek trochę protestował.

Indie, Jaisalmer, pyszna sałatka w Season Restaurant, a jeśli się nie śpi całą noc to piwo na śniadanie jest również dozwolone

Indie, Jaisalmer, toaleta dwufunkcyjna, można i siadać i kucać

Jaisalmer to ostatnia większa osada przy pustynnej granicy z Pakistanem. Oprócz oczywistej atrakcji – nieprzebranej ilości ciemnożółtego piasku pustyni Thar (Wielka Pustynia Indyjska) warto poświęcić trochę czasu i zanurzyć się w żółto-złotawe mury miasta.

Zwiedzanie miasta mieliśmy zapewnione w ramach pakietu ze Spirit Desert Camp – pustynnego ośrodka, w którym postanowiliśmy się zatrzymać. Całe zakwaterowanie organizowaliśmy z wyprzedzeniem przez internet. Nasze bagaże zostały w restauracji, a my wsiedliśmy do rikszy (hurra, znowu nas wytrzęsie!). Tym razem nie za bardzo wiedzieliśmy, jaki jest plan, zdaliśmy się na kierowcę, który wiedział gdzie nas zawieźć.

Zaczęliśmy od wizyty nad sztucznym jeziorem Gadisar Lake. Wydrążone w XIV wieku na rozkaz pierwszego władcy Jaisalmer, było jedynym źródłem wody w okolicy. Jego brzeg otaczają misternie zdobione świątynie, kaplice i kapliczki hinduistyczne, niektóre wystają wprost z wody. Okolica jeziora to także dobre miejsce do podziwiania panoramy Złotego Miasta – jak okiem sięgnął widać tylko niskie, żółtawe budynki. Nie obchodziliśmy jednak całego jeziora dookoła, fragment nieopodal drogi w zupełności wystarczył, żeby zobaczyć piękno okolicy.

Indie, Jaisalmer, Gadisar Lake

Indie, Jaisalmer, świątynie i kapliczki na brzegu Gadisar Lake

Indie, Jaisalmer, stragany obok Gadisar Lake, święte krowy i widok na Fort Jaisalmer

Następnie udajemy się do Mandir Palace, płacąc na wejściu 150 rupii (8,30PLN, 3,1SGD) za 2 osoby, mimo że na bilecie widnieje kwota 300 rupii od osoby. Miejsce okazuje się być wybudowanym w XIX wieku domem ówczesnego Maharadży Jaisalmer. Obecnie jego potomkowie prowadzą w pałacu.. hotel! Gdybym tylko wiedziała wcześniej, że mogę spędzić noc w pałacu! Na szczęście jest on udostępniony również dla zwiedzających z zewnątrz. Rzeźbiarstwo i snycerstwo nabiera tu nowego znaczenia. Misterne ornamenty ciężko opisać słowami, długie godziny ciężkiej pracy widać tu absolutnie na każdej powierzchni. Znajdująca się w pałacu wieża Badal Vilas to najwyższy obecnie punkt w mieście (nie licząc fortu znajdującego się na wzgórzu).

Indie, Jaisalmer, wejście do Mandir Palace

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace, po drugiej stronie lustra, zdjęcie robione oczami

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace, wieża Badal Vilas

Mandir to nie jedyne miejsce by podziwiać wspaniałe dzieło artystów-rzemieślników. Kierujemy się bowiem do Patwa-ki-Haveli (Patwon Ki Haveliyan). Haveli to swego rodzaju ciąg hinduskich kamienic wybudowanych wzdłuż bardzo wąskich uliczek. Miejsce, które odwiedzamy uznawane jest za jedno z okazalszych reprezentantów tego stylu budownictwa. Wieżyczki, balkoniki, arkady, portale, attyki i co tylko. Wszystko zdobione z niewiarygodną wręcz drobiazgowością. Pierwsze haveli w Jaisalmer powstały właśnie tu na początku XIX wieku, jest to właściwie kompleks 5 różnych haveli w jednym miejscu, które pewien handlarz-bogacz miał wybudować dla swoich 5 synów. Obecnie budynki pełnią różne funkcje urzędowe, jest muzeum (nie wchodziliśmy), pełno tu również kramów i kramików z mydłem i powidłem. Wejście na uliczki płatne jest 50 rupii (1SGD, 2,75PLN) od osoby.

Indie, Jaisalmer, wąskie uliczki Patwa-ki-Haveli

Indie, Jaisalmer, wąskie uliczki Patwa-ki-Haveli

Ostatnim punktem wycieczki po mieście jest Fort Jaisalmer, jedna z największych, w całości zachowanych, fortyfikacji na świecie. Wybudowany w XII wieku, oprócz swoich właściwości obronnych, pełnił też ważną funkcję przystankową na Szlaku Jedwabnym. Rawa Jaisal, w tamtym czasie władca tych terenów, na skutek okołoreligijnych wydarzeń zdecydował się dać początek miastu właśnie tutaj, nazywając je Jaisalmer od swojego imienia.

Indie, Jaisalmer, Fort Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer

Wejście do fortu płatne jest 500 rupii od osoby (27,5PLN, 10SGD) plus 100 rupii (2SGD, 5,5PLN) za możliwość robienia zdjęć. Na każdym kroku otacza nas żółty piaskowiec, spacerując wzdłuż murów widok rozpościera się na żółto-złote miasto. Wszystko idealnie wtapia się w piaski pustyni, do której już rzut beretem. Podobnie jak w pozostałych, w jaisalmerskim forcie można przepaść na długie godziny. Zakurzeni wszechobecnym pyłem i umęczeni po nieprzespanej nocy nie mamy zbyt dużo energii, więc zaznajamiamy się tylko pobieżnie z pomieszczeniami i świątyniami na terenie fortu, zmuszając ostatkiem sił szare komórki do próby ogarnięcia drzewa genealogicznego władców Jaisalmer i okolicy.

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer, genealogia władców miasta..

Indie, Jaisalmer, makieta Fortu Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, widok z jednego ze skrzydeł Fortu Jaisalmer

Wracamy do restauracji, skąd po obiedzie mają zabrać nas na pustynię. O dwóch takich co jeździli wielbłądem w następnej części!

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Jaipur

Czas na kolejny rozdział indyjskich opowieści!

Na stacji w Agrze wsiadamy w pociąg 12036/AF JP SHATABDI EXPRESS do Jaipuru (Jaipur Junction) – czyli ze stacją końcową w miejscowości dla nas docelowej. Pociąg ma dwie klasy, ale kiedy znajoma rezerwowała nam bilety, dostępne były tylko miejsca w klasie wyższej (klasa EC (Executive Class)). W cenie 1247.9 rupii (~26SGD, ~69PLN) od osoby, za tą 241-kilometrową podróż, jest bezprzedziałowy pociąg o całkiem współczesnym wyglądzie i z pełnym wyżywieniem. Jak pełnym? W ciągu niespełna 4h podano przystawki, ogromny obiad, przekąski, deser i zupę! Początkowo byliśmy totalnie sceptyczni do jedzenia w pociągu – w Polsce miałabym obawy (chociaż widziałam ostatnio, że Pendolino próbuje przywrócić wiarę w WARSy) a gdzie dopiero w Indiach! Burczenie w brzuchu przytłumiło jednak zdrowy rozsądek i pałaszowaliśmy, aż się uszy trzęsły! Było smacznie i na szczęście obyło się bez toaletowych ekscesów później.

Indie, stacja kolejowa w Agrze, w pociągu do Jaipuru

Indie, w pociągu relacji Agra-Jaipur, tak – to jest posiłek na jedną osobę, tak – było tego więcej, może nie wygląda apetycznie, ale było smaczne!

Późnym wieczorem byliśmy na miejscu – witamy w Radżastanie! Okolica dworca nie zachęcała do pieszych wędrówek po zmroku. Szybko zapakowaliśmy się więc do rikszy i daliśmy się przewieźć jakieś 3 minuty – nasz hotel znajdował się praktycznie na przeciwko stacji kolejowej. Kolejny dzień intensywnej podróży i ciążąca wciąż nad nami zmiana strefy czasowej sprawia, że zasypiamy momentalnie, a rano ciężko nam się wygrzebać. Śniadanie w hotelu rozpieszcza hinduskimi smakołykami. Kiedy w końcu jesteśmy gotowi do wyjścia, jest już grubo po 12.00. Niestety w Indiach wiele atrakcji zamyka się o 17.00. W planach mieliśmy tylko fort i krótki spacer po historycznym centrum miasta, więc uznałam, że czasu mamy wystarczająco.

Łapiemy rikszę do Amber (Amer) Fort (nazwa fort i pałac jest często używana zamiennie – wiele budowli to po prostu pałace w forcie) i zanurzamy się w 45-minutowe wycia silnika. Ten XVII-wieczny fort znajduje się na wysokim wzgórzu, kawałek za miastem. Historia Indii jest dla mnie wciąż bardzo zawiła, mamy jednak tu do czynienia z Radźputanami (Rajput) – hinduskimi klanami rycerskimi. Wciąż są to czasy panowania Mogołów, w których Akbar, powierzył te tereny zwierzchnictwu swojego zaufanemu wojownikowi radży Man Singh I i pierwsze kształty fortu, który możemy podziwiać obecnie, zostały powołane do życia.

Indie, Jaipur, wejście do Amber Fort

Ustalamy z rikszarzem, że przyjedzie nas odebrać i drepczemy placem wzdłuż jeziora Maotha (Maotha Lake) by dołączyć do ogonka przed kasą biletową. Patrząc na ogrom pałacu już wiemy, że prawdopodobnie przepadniemy na długie godziny.

Indie, Jaipur, Amber Fort

Bilet kosztuje 500 rupii od osoby (~28PLN, ~10.4SGD), dodatkowo 200 rupii  (~11PLN, ~4.2SGD) od osoby za tzw Composite Ticket czyli bilet uprawniający do wejścia na inne atrakcje w mieście. Nie wiadomo dlaczego dostajemy dwa bilety w cenie jednego, nie będziemy jednak narzekać!

Skrobiemy się schodkami do bramy Suraj Pol Gate, przez którą wchodzimy do pierwszej z czterech części fortu, zwanej Jaleb Chowk. Składa się ona głównie z placu, na którym odbywał się przegląd wojska, wojownicy prezentowali swoje wojenne zdobycze, a zwierzęta wykorzystywane w boju – konie i słonie – miały swoje stajnie (czy słoń mieszka w stajni?!).

Indie, Jaipur, Amber Fort, Suraj Pol Gate na placu Jaleb Chowk

Czerwony piaskowiec zaczyna przeplatać się z marmurami – jesteśmy w drugiej części fortu, która służył jako miejsce publicznych audiencji. Kiedy Maharadża przyjmował interesantów pod czerwonym dachem Diwan-I-Am, w zakamarkach marmurów (Sattais Katcheri) jego księgowi liczyli datki przyniesione przez poddanych.

Indie, Jaipur, Amber Fort, Diwan-I-Am – Hall of Public Audience

To co najwspanialsze ukrywa się w kolejnej części – prywatne pomieszczenia władcy, rodziny i świty. Marmury, mozaika, lusterka, a na środku wspaniały ogród! Chodzimy po piętrach jak zaczarowani i gubilibyśmy się nieustannie, gdyby nie ochroniarz, który postanowił się z nami zaprzyjaźnić (czytaj: zaczął nas oprowadzać licząc na datek). Normalnie nie lubię takiego narzucania się i stawiam sprawę jasno, ale ten gość minął się z powołaniem i powinien być przewodnikiem. Bez niego nie dotarlibyśmy pewnie w wiele miejsc, wliczając demonstrację systemu dostarczania wody do pałacu.

Indie, Jaipur, Amber Fort, część pałacowa

Indie, Jaipur, Amber Fort, Jas Mandir – Hall of private audience

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Jas Mandir

Indie, Jaipur, Amber Fort, niesamowity ogród w części pałacowej, w tle Jas Mandir

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Jas Mandir

Z lusterkami w pałacu Sheesh Mahal wiąże się legenda, w której jeden mały płomień odbija się od rozsianych mikro-lustereczek, tworząc złudzenie rozgwieżdżonego nieba. Zafascynowana światłem gwiazd królowa, chciała spać pod gołym niebem, nie było to jednak możliwe ze względów bezpieczeństwa, dlatego Maharadża wybudował dla niej Szklany Pałac, czym podarował jej gwiazdki z nieba prosto w zadaszonej sypialni. Romantyk!

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Sheesh Mahal – szklany pałac

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Sheesh Mahal – szklany pałac

Indie, Jaipur, Amber Fort, marmurowe korytarze części pałacowej

Indie, Jaipur, Amber Fort, mechanizm dostarczania wody do części pałacowej

Kiedy padną słowa „Wielki Mur” od razu przed oczami pojawia się obrazek chińskiej fortyfikacji. Nie byli oni jedyni, którzy wpadli na pomysł, że wysokie ogrodzenie poprawia bezpieczeństwo. Drugi pod względem wielkości na świecie jest Wielki Mur w Indiach, którego fragmenty obserwować można z Amber Fortu. Chętnie byśmy się nim przespacerowali, ale pozostała nam ostatnia część fortu do zwiedzenia, a zegar tykał niemiłosiernie.

Indie, Jaipur, Amber Fort, widok na Wielki Mur Indii

Indie, Jaipur, Amber Fort, widok na Wielki Mur Indii i jezioro Maotha

Marmury zniknęły, zrobiło się trochę zaniedbanie. Na tyłach fortu (miejsce zwane Zenana) mieszkały matki, żony, córki, konkubiny i inne kobiety z otoczenia władcy. Na placu znajduje się Baradari – zadaszona konstrukcja z dobrym przepływem świeżego powietrza oraz nieźle brzmiącą akustyką, w której za dnia szukało się schronienia przed gorącem, a wieczorem odbywały się tańce i śpiewy. Obstawiam, że hulanki i swawole również.

Indie, Jaipur, Amber Fort, Baradari

Indie, Jaipur, Amber Fort, na górze części Zenana – przeznaczonej dla kobiet

Usatysfakcjonowani oprowadzaniem  pożegnaliśmy naszego ochroniarza zwitkiem rupii i już na własną rękę zaczęliśmy wracać, po drodze przystając oczywiście w zagłębiu pamiątek. Wzbogaciłam się o ciąg bransoletek, które dopełnią mój strój na wesele. Po dłuższej debacie na temat obciążenia na dalszą podróż, postanowiliśmy jednak kupić ogromną (i ciężką..) książkę kucharską – przekrój całej kuchni hinduskiej – było warto!

Na koniec jeszcze ręcznie robione pieczęci, używane do barwienia strojów, którym nie mogłam się oprzeć, rzut okiem na teatrzyk kukiełkowy i wypatrujemy naszą rikszę. Na szczęście to kierowca wypatrzył nas.

Indie, Jaipur, Amber Fort, teatrzyk kukiełkowy

Jest po 16.00, spędziliśmy w forcie ponad 2,5h. Nasz bilet na inne atrakcje nie ma już najmniejszego sensu. Nie spodziewaliśmy się, że fort będzie tak ogromny i ciekawy.

Wyskakujemy z rikszy w historycznym centrum miasta – pink city, różowe miasto. Nazwa nieprzypadkowa – wszystkie budynki prezentują się w tym cukierkowym kolorze. Wszystko przez to, że wieki temu jeden Maharadża chciał udowodnić wizytującemu księciu jakim to pięknym miastem zarządza, nakazał więc wymalować wszystko na różowo. Zdaje się, że nie zrobiłam ani jednego zdjęcia.. Bynajmniej nie przez moją niechęć do tej barwy. Byliśmy w pośpiechu, szybkim krokiem przemierzając bazarowe ulice starego miasta do ostatniej atrakcji – Hawa Mahal. Ten znajdujący się w centrum pałac, został ukończony w ostatnim roku XVIII wieku. Ciekawa fasada, inspirowana koroną boga Kriszny, umożliwiała kobietom z rodziny królewskiej obserwowanie parad ulicznych i codziennego życia, pozostając niezauważonymi. Nie było już możliwości wejścia do środka obiektu – za późno. Stanęliśmy na ulicy na przeciwko, usiłując objąć te 5 wspaniałych pięter w obiektywie, kiedy pojawił się mężczyzna zapraszając nas po schodach na górę, by zrobić lepsze zdjęcie. Początkowo sceptyczni podążyliśmy jednak za nim. Istotnie, z tarasu cały obiekt mieścił się idealnie. Oczywiście nic za darmo, więc zaproszenie łączyło się z odwiedzeniem znajdującego się na piętrze sklepu z biżuterią. Grzecznie rzuciliśmy okiem i wyszliśmy (bez żadnych zakupów).

Indie, Jaipur, Pink City (Old Town), Hawa Mahal

Jeszcze szybka decyzja odnośnie skórzanych klapek na wesele (uff.. na szczęście pod sari nie trzeba mieć szpilek!), kolejne pieczątki do kolekcji i wraz z zachodzącym słońcem wracamy do hotelu z uczuciem niedosytu. Jaipur to pierwsze miejsce w Indiach, do którego mam nadzieję jeszcze wrócić!

Czas na nas, tym razem dalekobieżny autobus nocny ma zawieźć nas do Jaisalmer – skąd już rzut beretem do granicy z Pakistanem. O najgorszej w życiu podróży autokarem w następnym odcinku.

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Agra

Spośród lepiej lub gorzej wyglądających składów, które widzimy na sąsiednich torach głównej stacji kolejowej w Delhi, na peron wjeżdża nasz pociąg – 12616/G T EXPRESS, relacji Delhi <-> Chennai. Nie ma dramatu, ot przeciętny skład z lat minionych, klimat polskiego PKP. Wagon okazuje się być bezprzedziałowym sypialnym. Przypadły nam w udziale miejscówki na górnym i dolnym łóżku. Na szczęście dolne ma możliwość złożenia się do dwóch foteli, co chętnie wykorzystujemy, bo przed nami jedynie 3h jazdy. Każde miejsce ma swoją zasłonkę, więc na początku chowam się za kotarkę, by nie wzbudzać ciekawskich spojrzeń, gdy ludzie tarabanią się przez wagon. Pociągi w Indiach to chyba najlepszy środek transportu i pewnie jeden z najtańszych. My za te bilety zapłaciliśmy po 764.40 Rupii (~16SGD, 42,20 PLN) od osoby. Można taniej, miejsca w niższych klasach kosztują grosze. My uznaliśmy, że klasa 2 AC, czyli klasa 2 z klimatyzacją, to optymalny balans między kosztami, komfortem, a bezpieczeństwem i tak właśnie było! Podróż upływa spokojnie, Maciek wdaje się nawet w konwersację z siedzącym nieopodal mężczyzną. Wysiadamy na stacji Agra Cantt (Cantonment) i rikszą prosto do hotelu. Rano pobudka będzie bardzo wcześnie – Taj Mahal chcę zobaczyć o wschodzie słońca!

Indie, w pociągu z Delhi do Agry

Budzik dzwoni o zbójeckiej 5.30. Wciągamy na siebie warstwy ubrań, doustnie przyjmujemy pozostałe od wczoraj placki i popijamy herbatą instant masala – hinduska herbata z przyprawami i mlekiem, moja ulubiona! Wg mapy hostel jest rzut beretem od bramy zachodniej (Western Gate) Taj Mahal. Albo nasze umysły jeszcze się nie obudziły, albo użytkowanie mapy w Indiach jest jakąś czarną magią.. Teoretyczna „pierwsza w prawo” na rondzie zdaje się nie prowadzić do celu, a wciąż jest ciemno. Na szczęście ulicą przejeżdżają pierwsi rikszarze szukający zarobku. Nawet nie musimy mówić gdzie nas zawieźć. Kasy wciąż nieczynne, mimo że za okienkami widać już pracowników. Jest jakaś 6.30 gdy ustawiamy się w krótkim ogonku innych białasów. Kolejki, zarówno te dla turystów zagranicznych jak i lokalnych, ruszają kilka minut po 7-mej, gdy już świta. Szczuplejsi o 750 rupii za osobę (~41,30 PLN, 15.70 SGD) przenosimy się do kolejki wejściowej. Tutaj jeszcze dokładna kontrola, utrata naszego mikro-statywu (taki trójnóg na 10 centymetrowych nogach) i możemy wchodzić. Mieliśmy cichą nadzieję, że statywik przejdzie, bo robił raczej za rękojeść do GoPro niż faktyczny statyw, ale niestety trafiliśmy na restrykcyjnego ochroniarza. Niektórym udało się jakoś obejść zakaz statywów i kijków do selfie, bo widzieliśmy je w środku (może trzeba było dać w łapę?).  Przechodzimy przez Great Gate (Darwaza I Rauza)..

Indie, Agra, Great Gate (Darwaza I Rauza), brama wejściowa do ogrodów przy Taj Mahal

..i naszym oczom ukazuje się cel naszej wizyty – bielutki Taj Mahal! Brakło mi słów.. Wzruszyłam się i oczy mi się zaszkliły. Nie sposób opisać jego majestatu. Stoję jak zaczarowana. Dopiero po chwili wraca rozum do głowy, że kto to widział płakać przez piękny budynek?! Ukradkiem ocieram oko, udając że coś mi wpadło i podchodzimy bliżej. (Właśnie odkryłam, że po polsku pisze się „Tadź/Tadż Mahal” zamiast „Taj Mahal”, ale wygląda to nad wyraz głupio, wybaczcie więc że zostanę przy bardziej międzynarodowej pisowni.)

Indie, Agra, Taj Mahal – świt

Indie, Agra, Taj Mahal – świt

Indie, Agra, Taj Mahal – pierwsze promienie słońca

Wspaniały, prawda? Jego historia brzmi trochę bajkowo – jest w końcu dowodem miłości. Marmurowe ściany powstały by pełnić przede wszystkim rolę grobowca przedwcześnie zmarłej ukochanej żony XVII-wiecznego władcy Shah Jahana z dynastii Mogołów – Mumtaz Mahal. Główny budynek, otoczony czterema minaretami wygląda bardzo dostojnie – cóż za kochany mąż! Budowla, uznana za kwintesencję mogolskiej architektury, odwiedzana jest przez tłumy turystów. Nasz poranny wysiłek opłacił się jednak – ludzi było relatywnie mało, a nam udało się uchwycić pierwsze promienie słońca opadające na majestatyczną perłową biel. Zostały one również zarejestrowane okiem kamery – film z indyjskiej przygody pojawi się w ostatnim poście z wyprawy, czekajcie cierpliwie! Z bliska wzrok chłonie wzory, ornamenty, motywy, symetrię.

Indie, Agra, pod Taj Mahal

Indie, Agra, w jednym z bocznych wgłębień Taj Mahal

Indie, Agra, zdobienia na ścianach Taj Mahal

Po około 30 minutach od wejścia ilość ludzi na metr kwadratowy zaczyna drastycznie wzrastać. Nam udało się w spokoju zobaczyć to, co najważniejsze, wiec bez pośpiechu oglądamy jeszcze znajdujący się po lewej stronie od Taj Mahal meczet Kau Ban. Aby nadać okolicy perfekcyjnej symetrii, ten elegancki budynek z czerwonego piaskowca posiada swoje odbicie lustrzane na prawo od głównej budowli – Mehmaan Khan, który pełnił rolę domu gościnnego.

Indie, Agra, meczet Kau Ban na terenie kompleksu Taj Mahal

Ostatni rzut okiem na ten jeden z siedmiu nowych cudów świata i wychodzimy zachodnią bramą w kierunku fortu Agra. Początkowo maszerujemy pieszo, żeby zobaczyć okolicę. Szybko okazuje się jednak, że nie ma nic wartego uwagi, ot droga po środku niczego ciekawego. Łapiemy więc naszych ulubionych panów rikszarzy i za mikro-sumkę podjeżdżamy najpierw pod stację kolejową Agra Fort, z której za kilka godzin będziemy odjeżdżać. Rozeznani w okolicy bez zwłoki udajemy się pod bramę fortu.

Wyszło na to, że w Taj Mahal kupiliśmy bilet łączony na obie atrakcje. Dokupujemy jedynie przewodnik audio, bo wstyd się przyznać, ale zachłyśnięci Taj Mahal, nie poświęciliśmy zbyt dużo czasu by poczytać o innych atrakcjach Agry. Po za tym cena 50 Rupii (~2,75 PLN, ~1 SGD) zdecydowanie zachęca. Po chwili przepadamy bez reszty w czerwone mury. Planowana krótka wizyta zdaje się nie mieć końca, bo za każdym rogiem czeka niespodzianka. Przewodnik daje radę, a my jesteśmy o krok bliżej w historii XVII-wiecznych Indii, kiedy znajoma nam już rodzina Mogołów zamieszkuje teren Agry tuż przed przeniesieniem stolicy do Delhi.

Indie, Agra, mury Agra Fort

Indie, Agra, Agra Fort, Akbari Mahal – ruiny Pałacu Akbara

Indie, Agra, Agra Fort, jedno z bocznych wejść do Jehangiri Mahal – pałacu przeznaczonego dla kobiet z rodziny władcy

Indie, Agra, Agra Fort, zdobienia na ścianie Jehangiri Mahal

Indie, Agra, Agra Fort, akuku! Zdobienia na ścianie Jehangiri Mahal

Indie, Agra, Agra Fort, promienie światła w jednym z pomieszczeń Jehangiri Mahal

Czerwony piaskowiec przechodzi w jasny marmur, a my odkrywamy, że to sprawka wnuczka rezydenta fortu Akbara (wnuczkiem jest Shah Jahan, ten od Taj Mahal), który lubując się w marmurze, wyburzył część oryginalnych zabudowań dziadka, aby zrobić miejsce na swoje pomysły. Akbar nie był tu pierwszy, ale to pod jego dyktando powstała większość rdzawych budowli, które zastąpiły zgliszcza pozostałe po walkach poprzedników. Z balkonu wieży Mussaman Burj rozpościera się widok na Taj Mahal. Legenda głosi, że Shah Jahan wyzionął ducha właśnie tutaj, patrząc na grobowiec swojej żony. Jednak to nie działalność wnuczka była główną przyczyną zmniejszenia liczby oryginalnych budowli w forcie. To, nazywane czasem ‚Walled City’ czyli ogrodzone miasto, zachowało obecnie jedynie 30 z około 500 konstrukcji, które tu stały. Większość ucierpiała na początku XIX wieku podczas rządów brytyjskich.

Indie, Agra, Agra Fort, widok z Bangla-I-Jahanari

Indie, Agra, Agra Fort, widok z Khas Mahal na Mussaman Burj

Indie, Agra, Agra Fort, wnętrze Khas Mahal, pałacu wybudowanego dla ulubionych córek Shah Jahana

Indie, Agra, Agra Fort, zdobienia na balkonie Khas Mahal

Indie, Agra, Agra Fort, sikhijski chłopiec na tle ogrodów Anguri Bagh

Indie, Agra, Agra Fort, Diwan-I-Am, Hall of Public Audience – Sala do publicznych audiencji

Po raz kolejny oczy nie mogą napatrzeć się na misterne zdobnictwo. Brzuchy coraz głośniej dopominają się jednak o kolejną dawkę hinduskiej kuchni. Bezzwłocznie wracamy do hotelu, aby spakować się i zwolnić pokój. Na szczęście godnej strawy nie trzeba daleko szukać, jadłodajnia, na przeciwko noclegu, została przez nas sprawdzona już wczoraj wieczorem. Palak Paneer, Chicken Masala i góra placków Chapati. Indyjska kuchnia jest obłędna, cokolwiek nam nie zaserwują – znika w mgnieniu oka! Właściwie chyba nie udało mi się ani razu zrobić zdjęcia przed konsumpcją. Raczymy się jeszcze indyjskim piwem Kingfisher i pora się zbierać. Krótki spacer po bazarach nie przynosi owoców (ceny jak na Indie są trochę z kosmosu, chyba wyczuli turystyczny biznes), jednak od ulicznego sprzedawcy kupuję ręcznie robione, kamienne magnesy za przyzwoitą, utargowaną cenę. Jestem raczej pewna, że nie są ‚made in China’.

Indie, Agra, pozamiatane!

Czas na nas, tarabanimy się na dworzec. Jeszcze tylko ominąć oszustów, którzy próbują naciągnąć turystów i jesteśmy jedną nogą w Jaipurze. Przy wejściu na plac przed dworcem, gdzie rikszarze raczej nie wjeżdżają, stoją często panowie z długopisami, którzy udają kontrolerów. Wciskają jakieś bajki, że albo bilet nieważny, albo pociąg odwołany, albo jest dodatkowa opłata za weryfikację biletu i kierują do stanowiska pseudo biura podróży, by wyciągnąć z podróżniczego portfela dodatkowe pieniądze. Nawet nie wiem o co dokładnie zapytał mnie gość, który nas zaczepił. Wcześniejsza wiedza z internetów sprawiła, że wiedziałam co się święci. Odburknęłam mu coś o oszustach i ignorując szłam dalej. Coś tam jeszcze wołał, ale na szczęście nie próbował nas dalej zatrzymywać.

Stacja Agra Fort jest zdecydowanie mniejsza od tej w Delhi, szybko znajdujemy więc peron i odpoczywamy na ławce. Wkrótce nieopodal siadają dwie młode dziewczyny z Izraela. Wymieniamy się wrażeniami i spostrzeżeniami. Wydają mi się trochę naiwne, ale może tak lepiej jest podróżować – bez przygotowania, planu i konkretnego celu. Rozdzielamy się, gdy nadjeżdża pociąg, mamy bilety na różne klasy. Chociaż jedziemy w to samo miejsce, nie spotykamy ich na zatłoczonym peronie w Jaipurze. Mam nadzieję, że ich dalsza podróż przebiegła równie wspaniale jak jej początek!

Jaipurskie opowieści zostawiam na kolejny wpis!

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Delhi: part II

W kwestii śniadań jestem straszną tradycjonalistką – przede wszystkim, niczym pięciolatek, płatki z mlekiem to podstawa. Ewentualnie jakaś kanapka. Od biedy jajecznica. Na szczęście sowita dawka curry o poranku przyjęła się równie dobrze. Uznaliśmy to za dobry znak.

Wcisnęliśmy się w naszą przyhotelową, niebieską linię metra i zygzakiem przez żółtą do fioletowej, dotarliśmy do stacji Kalkaji Mandir, która – jak zawsze z resztą, zdaje się znajdować o przysłowiowy rzut beretem od atrakcji. Nie, nie, nie.. To nasz ostatni dzień w Delhi, nie mamy czasu błądzić tak jak dnia poprzedniego, uśmiechamy się więc do pana z rikszy, który bardzo chętnie podwozi nas pod Lotus Temple (Świątynię Lotosu). Przez cały wyjazd wielokrotnie korzystamy z usług rikszarzy. To bardzo tani środek transportu. Cena jest oczywiście ustalana z góry, zanim wsiądziemy do środka. Na początku zawsze się targowaliśmy, wiedzieliśmy bowiem, że ceny dla turystów są podnoszone o nawet 200%. Nie znoszę być dojona tylko dlatego, że jestem obcokrajowcem, ale ciekawie jest uświadomić sobie później, że człowiek wykłócał się o 50 groszy.

Lotus Temple (wstęp darmowy) nie da się pomylić z niczym innym. To świątynia bahaistyczna – religii, która w założeniu łączy wszystkie najważniejsze religie świata. W środku budowli, nie ma żadnych artefaktów religijnych, w założeniu modlić może się tu każdy, bez znaczenia do jakiego Boga wznosi ręce. Ma być miejscem dialogu i refleksji. Mnie uderza bijący od niej spokój. Jest majestatyczna, otoczona ogromnymi połaciami zieleni, aż ciężko uwierzyć, że tuż za bramą wrócimy w chaotyczny świat klaksonów miasta. Przed wejściem zostaliśmy poddani obowiązkowej kontroli bagaży, generalnie zabrania się wnoszenia jedzenia na teren świątyni. Z lekkim smutkiem myślałam o wyrzuceniu ostatniej paczki pierników, które trzymaliśmy na czarną godzinę, ale uśmiech i zapewnienie, że nie będziemy ich jeść wystarczył, by pozostały wiernie na dnie plecaka.

Indie, Delhi, Lotus Temple – Świątynia Lotosu

Metrem kierujemy się z powrotem w stronę centrum. Stacja Jawaharlal Nehru Stadium (JLN Stadium) znajduje się najbliżej kolejnego celu naszej wizyty – Humayun’s Tomb – Grobowiec Humajuna. Nie jest to bynajmniej wizyta na cmentarzu. Wielkich władców chowano z rozmachem – podobnie było z Humayunem, członkiem dynastii Wielkich Mogołów, który w XVI wieku władał Indiami. Cały kompleks łączy w sobie, charakterystyczne dla tej dynastii, elementy hinduskie i perskie. Podjeżdżamy rikszą w okolice wejścia (tuż przy rondzie) i zaopatrujemy się w bilety, jak zawsze: dla zagranicznych turystów są droższe niż dla lokalnych (co nie zmienia faktu, że kosztują 250 Rupii – jakieś 14 PLN, 5.30 SGD).

Zaczynamy zwiedzanie od części kompleksu znajdującej się po prawej stronie od wejścia. To Grobowiec i Meczet Isa Khana (Isa Khan’s Tomb and Mosque), który powstał jeszcze przed Grobowcem Humayuna.  Sam Isa Khan Niyazi pochodził z dynastii Suri i wsławił się walką przeciwko Mogołom. Dlaczego więc grobowiec Mogoła Humayuna wybudowano tuż przy grobowcu Isa Khana skoro ich rody nie pałały do siebie miłością? Zostawiam to pytanie historykom i innym dociekliwym. Grobowiec tego drugiego wybudowany jest na planie ośmiokąta, otoczony piętrowym murem o tym samym kształcie – z radością odkrywamy fakt, że można się na niego wspiąć! Na prawo od wejścia mur przechodzi w XVI-wieczny meczet.

Indie, Delhi, wejścio-wyjście kompleksu Isa Khan’s Tomb and Mosque (Grobowiec i Meczet Isa Khana)

Indie, Delhi, Isa Khan’s Tomb (Grobowiec Isa Khana)

Indie, Delhi, Isa Khan’s Mosque (Meczet Isa Khana)

Indie, Delhi, nawa w Isa Khan’s Mosque (Meczecie Isa Khana)

Indie, Delhi, wejście na ośmiokątny mur kompleksu Isa Khan’s Tomb and Mosque (Grobowiec i Meczet Isa Khana)

Bez dalszej zwłoki udajemy się do celu naszej wizyty – imponującego Grobowca Humayuna, który na myśl przywodzi Taj Mahal. Właściwie, to jest taką trochę próbą mikrofonu przed powstaniem tego drugiego, gdzie architektura Mogołów osiągnęła swój szczyt kunsztu. Budowla poświęcona Humayunowi otoczona jest Char Bagh (Cztery Ogrody, Four Gardens), ogrodami w perskim stylu, chociaż dla mnie to bardziej geometryczno-lustrzane trawniki niż ogrody. Całości dopełniają uporządkowane kanaliki wodne, małe sadzawki i otaczający teren mur, tym razem o pospolitym kształcie prostokąta.

Indie, Delhi, wejścio-wyjście kompleksu Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Indie, Delhi, Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Indie, Delhi, Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Indie, Delhi, Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Kolejna dawka hałasu katuje nasze uszy, gdy przemieszczamy się rikszą pod bramę Indii (India Gate). Nazywana wcześniej All India War Memorial jest pomnikiem upamiętniającym hinduskich żołnierzy, walczących na frontach wielu krajów podczas I Wojny Światowej i III Wojny Brytyjsko-Afgańskiej.  W przeszłości samochody mogły się przez nią swobodnie poruszać, jednak z uwagi na tłumy odwiedzających, drogę zamknięto. Wejście na teren przy bramie jest darmowe.

Indie, Delhi, India Gate (Brama Indii)

Ostatnim punktem na naszej podróżniczej mapie stolicy jest parkowo wyglądające miejsce o wdzięcznej nazwie Jantar Mantar. To znajdujące się w Delhi jest jednym z pięciu w całych Indiach. 13 ciekawie wyglądających konstrukcji to nic innego jak instrumenty astronomiczne z początków XVIII wieku, wybudowane na polecenie maharadży z Jaipuru, który dostał za zadanie uaktualnienie kalendarza i tablic astronomicznych. W tym swoistym obserwatorium każdy instrument opisany jest tablicą (również w języku angielskim), która pokrótce objaśnia zasady prowadzenia obserwacji. Wejście kosztuje 100 Rupii (~2.1 SGD, ~5,60 PLN)

Indie, Delhi, Jantar Mantar – Misra Yantra

Indie, Delhi, Jantar Mantar – Samrat Yantra

Indie, Delhi, Jantar Mantar – wnętrze Rama Yantra

Uznaliśmy, że znacznie szybciej pójdzie nam sprawdzenie godziny na zegarkach okalających nasze nadgarstki. Wskazówki nieubłaganie pokazywały, że czas się zbierać. Delhi było jednym z niewielu miejsc, gdzie zaplanowaliśmy więcej „wolnego czasu”, za cel obierając zakupy. Nie była to może najbardziej szczęśliwa decyzja, bo mieliśmy przed sobą jeszcze tydzień podróży z bagażami na plecach. Oryginalnie myśleliśmy o jakimś bardzo lokalnym markecie ze wszystkim i niczym, kiedy jednak rikszarz dowiedział się, że planuję zakup sari (hinduska suknia) na wesele, jasno dał mi do zrozumienia, że nie może to być byle jaka kiecka. Kiecka to i tak za duże słowo – to przecież długi i szeroki pas materiału, którym trzeba umieć się obwiązać! Miałam nadzieję posiąść tę zdolność za pomocą filmików na youtube i może treningu z jakąś życzliwą pracownicą jednego z hoteli na naszej drodze. To ostatnie spełzło na niczym, bo w hotelach obsługę stanowili w 99% mężczyźni – zostawiam ten 1% bo w ostatnim hotelu (zorganizowanym dla nas przez pana młodego) była kobieta na recepcji.

Normalnie nie lubię być zawożona do konkretnych sklepów, ale Handicrafts Bazar (znajdujący się na 1 Doctor’s Lane, Gole Market) wyglądał na dobrze wyposażony we wszystko czego nam trzeba. Postanowiliśmy sprawdzić ceny, w końcu można zapłacić więcej, gdy jakość jest adekwatna. Nasze ponad godzinne przechadzki po piętrach, z obsługą wiernie przy boku, zaowocowały siatkami pełnymi prezentów dla rodziny i znajomych (pakowane w piękne materiałowe torebki hinduskie herbaty oraz ozdobne szale), pamiątką dla siebie (ręcznie malowany mały obrazek, artysta siedział i malował w sklepie) i najważniejsze: ubrania na wesele! Po długich dylematach pokusiłam się na pięknie wyszywane sari, a Maciek na błyszczącą koszulę z kołnierzem i rękawami wyszywanymi metalowymi błyskotkami – maharadża i księżniczka Radżastanu nadchodzą! :D

Indie, Delhi, moje sari!

Zawinęliśmy nasz mały tabor do hotelu, skąd szybko ulotniliśmy się w stronę głównego dworca kolejowego w Delhi (New Delhi Railway Station). Rozważnym było zachowanie zapasu czasowego do odjazdu pociągu – system kładek, stacja, coś a’la galeria handlowa – trochę nam zajęło odnalezienie właściwego peronu. Bilety mieliśmy już zorganizowane – przed wyjazdem żona znajomego, która ma konto w ichniejszym systemie rezerwacji online, pomogła nam kupić bilety. Przestrzeń między torami pękała w szwach, zaczynało się też ściemniać, więc sceneria nie napawała optymizmem. Z głową schowaną w kapturze wypatrywałam naszego wagonu. Tutaj jednak wszystko było dobrze oznaczone, czekaliśmy w odpowiednim miejscu. Konduktor przy wejściu do pociągu 12616/G T Express sprawdził bilety i już po chwili siadaliśmy na przypisane nam miejscówki, by pokonać niecałe 200km do kolejnego celu naszej podróży – miasta Agra.

O dwóch takich co jeździli hinduską koleją w następnym odcinku.

 

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Delhi: part I

Wypoczęci po letnich wojażach? Chociaż trudno mi uwierzyć, to ja sezon wakacyjny (przynajmniej względem polskiego kalendarza) spędziłam w domu. Po przeprowadzkowych zawirowaniach (wciąż mieszkam w Singapurze, tylko po drugiej stronie) trochę mi zajęło ogarnięcie życia, ale wracam do pisania! Trochę trudniej jest też zebrać się, gdy czeka na człowieka prawie 10GB zdjęć i cztery razy tyle filmów z GoPro. Ciężko przywieźć mniej, gdy otwiera się przed Tobą tak niesamowity kraj jak Indie!

Na podróżniczej liście marzeń nie plasowały się jakoś szczególnie wysoko. I pewnie jeszcze długo bym tam nie pojechała, gdyby nie szczególny powód, a tym właśnie było zaproszenie na ślub i wesele mojego kolegi z pracy, a prywatnie serdecznego przyjaciela. Impreza odbywała się na południu Indii, nieopodal Kochi, ale nie byłabym sobą, gdybym pojechała tylko do punktu A. W mojej głowie (z pomocą internetu, papierowego przewodnika i opowieści hinduskich znajomych) mozolnie klarował się plan na, aż i tylko, 10-dniową wyprawę! Jak zawsze: zapakowaną atrakcjami do ostatniej minuty! Wciąż nie mogę uwierzyć, że Maciek zgodził się na to szaleństwo – co dzień lub dwa autobusem/pociągiem/samolotem przemierzaliśmy setki kilometrów do kolejnego miejsca, które sobie upatrzyłam, przecinając Indie od góry do dołu. Delhi, Agra, Jaipur, Jaisalmer, Aurangabad i Kochi, skąd już rzut beretem do Irinjalakudy, gdzie odbywało się wesele.

Indie, trasa wyprawy

Jak wiadomo, nadrabiam zaległości, mówimy więc o przełomie grudnia i stycznia 2015/2016. W moim singapurskim domu jemy wigilię w gronie znajomych, pakujemy im na wynos resztę pierogów i ryby po grecku, przymykamy oko na kilka godzin, by bladym świtem Bożego Narodzenia, gdy część z Was w Polsce wybierało się na pasterkę, wyruszyć w drogę.

Singapur, ruszamy!

Poranny lot Air India do hinduskiej stolicy – Delhi, upływa spokojnie, a my próbujemy podtrzymać świąteczną atmosferę pałaszując domowej roboty pierniki. Na miejscu cofamy zegarki o 2 i pół godziny – tak, to pół godziny utrudnia życie przy przeliczaniu. Ahoj przygodo! Międzynarodowe Lotnisko Indira Gandhi w Delhi skomunikowane jest z centrum miasta wygodnym i nowoczesnym pociągiem – Delhi Airport Express (pomarańczowa linia). W mniej niż pół godziny, za cenę 60 Rupii (3,35PLN, 1.30SGD przy obecnym kursie) docieramy do New Delhi Railway Station. Stąd wydawałoby się już tylko prosta droga do hotelu, spacerkiem przez Main Bazaar Road. Co w teorii i na Google maps wygląda na 15 minutowy spacerek, zamieniło się w prawie godzinne błądzenie wąskimi uliczkami pełnymi mydła i powidła. Po raz pierwszy i nie ostatni przekonaliśmy się, że Google maps w Indiach bywają bezużyteczne. Cóż, przynajmniej poznaliśmy okolicę.. Docieramy w końcu do hotelu, do upragnionego prysznica i łóżka, by chociaż na godzinkę wyciągnąć nogi. Zwrot ten, ma tutaj szczególne znaczenie, albowiem widok z okna jest co najmniej nietuzinkowy. Gdy po jednej stronie obserwujemy ulicznych sprzedawców warzyw, owoców i ryb, to po drugiej okna wychodzą wprost na.. cmentarz. Indian Christian Cemetery – cmentarz dla hinduski chrześcijan. Przy wyborze hotelu kierowałam się raczej bliskością do głównego dworca kolejowego jak i stacji metra, ale jak widać ciekawe przypadki się zdarzają.

Indie, Delhi, widok z hotelu na ulicę handlową..

Indie, Delhi, .. oraz widok z hotelu na cmentarz (Indian Christian Cemetery)

Nieco zregenerowani wynurzyliśmy się z hoteli w głośny i zakurzony świat. Metro ma zdecydowanie większą siłę przebicia niż jakikolwiek transport naziemny, dlatego skierowaliśmy się na pobliską stację o jakże łatwej do zapamiętania nazwie: Ramakrishna Ashram Marg (niebieska linia), skracanej na przeróżne sposoby (RK Asram Marg, R.K. Marg itp). Jedyną zaplanowaną atrakcją na to późne popołudnie był Red Fort – Czerwony Fort, który od XVII wieku, przez prawie 200 lat służył za siedzibę władców z dynastii Mogołów, którzy panowali w tym rejonie. Ma za sobą burzliwą historię, która stawia go na czele historycznie ważnych budowli obecnego Delhi. Architektonicznie urzeka bijącą czerwienią.

Z niebieskiej linii przesiedliśmy się w żółtą, aby dotrzeć na najbliższą fortowi stację – Chandni Chowk. Metro w hinduskiej stolicy zaskoczyło nas pozytywnie! Jest w miarę nowoczesne. Bilety, a właściwie plastikowe, wracane tokeny kupowaliśmy zawsze na bieżąco, po odstaniu krótszej lub dłuższej chwili w kolejce. Bagaże i ludzie są sprawdzani/skanowani przed każdorazowym wejściem na perony. Wszystko jest dobrze oznakowane. O każdej porze panuje ścisk i tłok. I chociaż jestem przyzwyczajona do takiego obrazu, chociażby z porannych podróży do pracy w Singapurze, to jednak nie do końca czułam się komfortowo. Nic złego się nie wydarzyło, jednak podróżowanie twarz przy twarzy, ramię przy ramieniu w wagonie pełnym lokalnych mężczyzn, nieskrępowanie gapiących się na Ciebie, zdecydowanie uświadamia, że kulturowo to inny świat. Dla kobiet jest osobny wagon, przeznaczony tylko dla nich. W pozostałych kobiety stanowiły maksymalnie 5% podróżnych, głównie jako towarzyszki mężów/chłopaków/braci/ojców/synów. Mając do wyboru zaciekawione spojrzenia lub rozdzielenie się z Maćkiem (z oczywistych względów nie miał wstępu do kobiecych wagonów), wybierałam to pierwsze – wystarczyło schować się w jego ramionach, które stanowiły wystarczającą barierę.

Ze stacji Chandni Chowk do Lahori Gate, wejściowej bramy Red Fortu, prowadziła, jak się wydawało, prosta, 15-minutowa droga. Moja wiara w naszą zdolność korzystania z mapy upadła po raz kolejny, gdy po prawie pół godziny wciąż nie było widać naszego celu. Same wyjścia z metra nie są już tak dobrze oznakowane, więc najpewniej wyszliśmy ze złej strony, ale błądząc niemiłosiernie w końcu ujrzeliśmy kopuły widziane wcześniej w przewodniku.

Słońce zaczynało powoli zachodzić, a fort zamykali o 18.30. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, zwłaszcza, że po bilety ustawiła się kolejka. Późnym wieczorem, po oficjalnych godzinach zwiedzania, odbywają się w środku pokazy dźwiękowo-świetlne – Sound and Light Show, mające na celu przybliżenie historii tego miejsca. Uznaliśmy, że to dobry pomysł na zmaksymalizowanie naszego czasu zwiedzania, mimo że na angielskojęzyczną wersję trzeba było czekać do 20:30, zakupiliśmy więc bilety (80 Rupii od osoby, ~1.7SGD, ~4,5PLN).

Indie, Delhi, Red Fort, Maciek w kolejce po bilety

Tak jak przewidywaliśmy, niewiele udało nam się zobaczyć w świetle dnia, bo poszczególne budowle wewnątrz fortu były już zamykane, zostawiając otwartą tylko ścieżkę w głąb, do miejsca w którym odbywał się pokaz. Niemniej jednak fort prezentuje się okazale, a wszechobecna czerwień dodaje mu majestatu.

Indie, Delhi, Red Fort, mur nieopodal Lahori Gate

Indie, Delhi, Red Fort, mur nieopodal Lahori Gate

Indie, Delhi, Red Fort, Diwan-i-Aam, miejsce publicznych audiencji

Postanowiliśmy wykorzystać czas na posiłek. W okolicy raczej nie było widać żadnych sensownych jadłodajni, dlatego ruszyliśmy za poleceniem przewodnika, który pokazywał (jak zawsze z resztą..) prostą drogę. Było już ciemnawo, a okolica raczej zatłoczona, więc zdecydowanie nie wskazane było włóczyć się gdzieś daleko. Poddaliśmy się kilkanaście minut później, gdy w tłumie ręka jednego z miejscowych powędrowała zdecydowanie za blisko mojego biustu.. Nie groził mi, nic z tych rzeczy, jedynie wpadł na pomysł by tak przelotnie, w biegu, niepostrzeżenie sobie dotknąć.. Wrrr.. Moje wcześniejsze dobre, pierwsze wrażenie o tym kraju, zmieniło się diametralnie. Na szczęście taka sytuacja, ani żadna inna jej podobna, nigdy więcej się nie wydarzyła, a im dalej od Delhi, tym zdecydowanie lepsze wrażenia pod względem społeczeństwa.

Wróciliśmy do Fortu – pokaz odbywał się na świeżym powietrzu. Usadowiliśmy się w pierwszy rzędzie, by mieć jak najlepszy widok, tylko że.. nie było na co. To nie było przedstawienie. Zgodnie z nazwą był tylko dźwięk i światło. Z głośnika płynęła opowieść, wystrzały, rżenie koni i inne odgłosy, w akompaniamencie zapalających się z różnych stron kolorowych lamp, oświetlających małe budynki i pomniki dookoła. Zawsze mam ogromny szacunek dla lokalnej sztuki, nawet jeśli jej nie rozumiem, wysiedzę do końca, bo wiem, że artyści włożyli i codziennie wkładają, mnóstwo pracy był dostarczać rozrywki przybyłym. Tutaj jednak nie wytrzymałam. Było zimno, wspomnienie ostatniej godziny skutecznie psuło humor, a pokaz był po prostu beznadziejny. Wyszliśmy po 20 minutach, łapiąc pod bramą rikszę, która bez błądzenia zawiozła nas do metra.

Indie, Delhi, Red Fort, Lahori Gate

Czas odpocząć, by w świetle kolejnego dnia, dać drugą szansę temu miastu.

O tym jednak później.

wodno-plażowy mango-raj – Filipiny, wyspa Boracay: akt II

Wiecie w jaki sposób można dobrze zacząć świętowanie własnych urodzin? Na przykład śniadaniem z dużą dozą mango, zjedzonym w kafejce nieopodal niesamowitej plaży! Moje uzależnienie od tego owocu znacznie nasiliło się na Filipinach.

Filipiny, wyspa Boracay, granola z jogurtem i mango w Lemoni Cafe and Restaurant

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach, rzeźba z piasku

Filipiny, wyspa Boracay, przechowalnia mężów ;)

Aby nie przedawkować słońca, zdolnego zamienić naszą jasną skórę w dorodnego pomidoro-buraka, udaliśmy się na północny-wschód wyspy po dawkę adrenaliny. Jak to lubił mawiać mój szkolny kolega „jest ryzyko jest zabawa”. I choć w jego przypadku miało to głównie znaczenie nie zgłaszania nieprzygotowania (tzw. brania kropki) mimo pustki w głowie na lekcjach, gdzie nauczyciel lubił weryfikować naszą wiedzę przy tablicy, to tym bardziej można tę frazę zastosować podczas zjazdu na Boracay Cable Car and Zipline. Nie była to jednak sielankowa tyrolka, gdzie w nosidełku z uprzęży zjeżdża się w pozycji siedzącej. Tutaj, w pozycji leżącej, ładowani jesteśmy na płachtę, podpinani od góry do kabla i.. heja.. Nie ma się czego złapać, a głowa idzie pierwsza, dopiero za nią reszta ciała, pod nami przepaść i nie da się nie patrzeć w dół (no chyba, że ktoś jest na tyle odważny by zamknąć oczy). Pierwsze ułamki sekund zdecydowanie powodują, że serce staje a buzia sama krzyczy, by po chwili ustąpić miejsca euforii podekscytowania. Jak ptak, jak superbohater, prujemy przez 70 metrów, rozwijając prędkość nawet do 90km/h (!) !!! Z uprzęży wysiadłam na nogach z waty, ale uśmiech mówił wszystko – zdecydowanie to to, co tygryski lubią najbardziej! Spokojny powrót wyciągiem krzesełkowym do pierwszej wieży pozwolił obejrzeć okolicę, niezbyt jest czas skupić się na niej podczas „lotu”.

Po południu czas było schłodzić emocje, a przy okazji zobaczyć jedną z bardziej rozpoznawalnych atrakcji Boracay – skałę Willy’s Rock znajdującą się nieopodal brzegu White Beach. Ta maciupka formacja wulkaniczna niektórym przypomina zamek, a swą rozpoznawalność zawdzięcza znajdującemu się na niej posągowi Marii Zawsze Dziewicy – religijne przywiązanie Filipińczyków objawia się w wielu miejscach.

Filipiny, wyspa Boracay, zachód słońca przy Willy’s Rock

Filipiny, wyspa Boracay, zachód słońca przy Willy’s Rock, White Beach

Po kolejnym przepięknym zachodzie słońca, podjęliśmy się pierwszej próby kuchni filipińskiej – kolejny spożywczy sukces! Kurczak Chicken Adobo zdecydowanie wygrał, tłuściutki Crispy Pork Belly (chrupiący boczko-bekon) też dał radę. A, że jest taki owoc, który całkowicie zdominował ten wyjazd, to nie sposób było odmówić sobie urodzinowych drinków na bazie.. rumu mango! Pycha!

Ostatniego pełnego dnia przed wyjazdem nie zwalnialiśmy tempa. Wybraliśmy się najpierw na island hopping, co w dosłownym tłumaczeniu jest skakaniem z wyspy na wyspę – atrakcja często oferowana w nadwodnych kurortach. Załadowaliśmy się na łódkę i ruszyliśmy na południowy-wschód, by wkrótce wyskoczyć na otwarte wody i nurkować z maską, podziwiając niesamowitą faunę i florę morza Sibuyan nieopodal Crocodile Island. Zdrowo nasiąknięci wgramoliliśmy się z powrotem do łódki i chwilę później spacerowaliśmy wśród dziwnych rzeźb na pobliskiej Magic Island.

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, ciekawe krzesełka

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, zatoka w jaskini

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, Słoneczny Patrol :)

Znajduje się tam również jaskinia do której wlewa się bezpośrednio woda z morza – Maciek nie odmówił sobie skoku w głębiny jaskiniowej zatoki. Na koniec tej pół-dniowej wycieczki dopłynęliśmy na północny kraniec wyspy – plażę Puka, na której gęsto było od muszli i kawałków koralowca.

Filipiny, wyspa Boracay, okolice Puka Beach

Filipiny, wyspa Boracay, łódka na Puka Beach

Mieliśmy na spokojnie obejrzeć ostatni zachód słońca na White Beach, ale nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie obejrzeli go z troszeczkę innej perspektywy. Tym sposobem chwilę po dopłynięciu na przystań tarabaniliśmy się z powrotem na łódkę, by po założeniu uprzęży spróbować.. parasailingu, czyli lotu ze spadochronem, który ciągnięty jest przez motorówkę. O tak, z takiej perspektywy magia kolorów znad horyzontu wydawała się jeszcze bardziej niesamowita.

Opisem ciężko oddać emocje i wrażenia towarzyszące wszystkim wspomnianym atrakcjom, mam więc nadzieję, że pomoże choć trochę mój pierwszy, mozolnie zmontowany filmik nakręcony za pomocą GoPro. I chociaż na początku przeklinałam obróbkę, wciąż sprawia mi frajdę oglądanie końcowego dzieła. Zapraszam poniżej:

Ostatni poranek to niesamowity wschód słońca na ‚naszej’ plaży, który również widać na filmie i pakowaliśmy się w drogę powrotną. Najpierw Langkawi, teraz Boracay, chyba przestaję utożsamiać wyspy z leżeniem plackiem na plaży i coraz bardziej zaczyna mi się podobać!

Filipiny, wyspa Boracay, wschód słońca na Bulabog Beach

Filipiny, wyspa Boracay, wschód słońca na Bulabog Beach

Tymczasem znów nastąpi ciut dłuższa przerwa w dostawie wspomnień – przede mną przeprowadzka do nowego mieszkania, trzymajcie kciuki żeby stały internet szybko zagościł pod moim przyszłym dachem.