świątynia

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Aurangabad i okolice: part II

Budzimy się w 2016 roku, niezwykle wypoczęci. Nasz kierowca również nie zabalował, dlatego po śniadaniu wyjeżdżamy w kierunku jaskiń Ajanta (Adźanta – nijak nie podobają mi się polskie tłumaczenia miejsc w Indiach). Przed nami niecałe 100km do podnóża wzniesień, na których znajdują się pochodzące z II w.p.n.e. (!) i powstające aż do V/VII w.n.e groty. Abstrakcyjne wydaje się dotarcie do miejsca, gdzie ogromny ślad działalności zostawili ludzie, żyjący wcześniej niż początek naszego obecnego kalendarz – skoro teraz mamy rok 2017, to logicznie był kiedyś rok 1, a jaskinio-świątynie Ajanta, zaczęły powstawać pracą ludzkich rąk prawie 200 lat przed nim! Wciąż ciężko mi to sobie wyobrazić.

Dojeżdżamy na parking, skąd przesiadamy się w autobus podwożący ostatnie 4km do samych jaskiń. Bilety w cenie 250 rupii (~5.30 SGD, ~14PLN) od osoby kupujemy tuż przy wejściu i, gdy tylko przekroczymy bramę, nasze twarze zastygają w niemożliwym do opisania wyrazie zachwytu i niedowierzania jednocześnie. Klif na planie półkola z wyżłobionymi w połowie wysokości świątyniami, niewiarygodny widok.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Podobnie jak w jaskiniach Ellora, o których pisałam o tutaj, Ajanta są równie dobrze oznaczone i opatrzone tablicami informującymi o historii i funkcji danego miejsca. Skrupulatnie odwiedzamy każdą z nich, nie mogąc się nadziwić, w jak dobrym stanie zachowały się chociażby malowidła na ścianach. Lekko tajemniczy mrok w ich wnętrzach chroni nasze oczy przed palącym słońcem na zewnątrz. Przyjemnie jest też postawić bose stopy na chłodniejszych posadzkach – świątynie należą do kultu buddyjskiego, dlatego obowiązuje zakaz noszenia obuwia wewnątrz. Polecam sandały lub klapki, bo chociaż wydaje się, że łatwiej byłoby po prostu permanentnie zdjąć buty, to paląca od słońca ścieżka szybko zweryfikuje racjonalność tego pomysłu.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, malowidła na ścianie w jaskini numer 1

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, freski i zdobiona kolumna w jaskini numer 2

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, freski w jaskini numer 16

Jak przystało na ręcznie ciosane groty, rzeźb jest co niemiara. Mnóstwo detali zachowało się po dziś dzień, są nawet całe nawy, ołtarze i stupy!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, posąg Buddy w jaskini numer 1

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby w jaskini numer 6 lub 7

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, stupa w jaskini numer 9

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby pod sufitem w jaskini numer 16

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby w jaskini numer 19

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźba Buddy w jaskini numer 26

Wejścia do poszczególnych jaskinio-świątyń  zostały również starannie ozdobione. Nie wiedzieć czemu, w niektóre otwory postanowiono wstawić drzwi lub okna, chcę wierzyć że to tylko ze względu na ochronę zabytku. Mówiąc o tym ostatnim, zarówno w Ajantcie jak i Ellorze, wejść można było wszędzie i wszystko można było dotknąć. Chociaż w niektórych grotach znajdował się kustosz-ochroniarz i wszechobecne są znaki zakazujące fotografii z lampą błyskową (dla dobra malowideł) i przypominające o zdjęciu butów, to nie brakuje turystów, którzy nijak się mają do szacunku dla zabytków.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźba słonia na wejściu do jaskini numer 16

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, zdobione wejście do jaskini numer 19

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Podobnie jak dzień wcześniej, tutaj również wiele zakamarków odwiedzaliśmy w samotności. Być może 1 stycznia nie jest preferowanym dniem na wycieczki. Na całe szczęście jaskinie były otwarte, a dla mnie im mniej ludzi tym lepiej. Spędziliśmy tu długie godziny. Również tutaj nasza „odmienność” stała się powodem do rozlicznych zapytań o wspólne zdjęcia ze strony „lokalnych” turystów, którym staraliśmy się nie odmawiać – niech żyje nasze celebryckie 5 minut!

Późnym popołudniem byliśmy z powrotem w Aurangabad. Po kolacji przyszedł czas na przymiarkę mojej bluzki do sari, którą przywiózł nasz kierowca. Była tak bardzo krótka jak powinna. Wszystkie fałdy, a mam tego trochę, na wierzchu. Moja umiejętność oplatania się w sari pozostawiała wiele do życzenia, więc szanse na szczelne ukrycie się za materiałem, wydawały się minimalne. Choć w Indiach widoczne „schaby” są na porządku dziennym, to ja absolutnie nie czuję się z tym komfortowo. Cóż, zobaczymy jak będzie.. Kładziemy się spać, bo przed świtem czeka na nas samolot do Kochi, z przesiadką w Mumbaju (dawniej Bombaju) – czas na Indie południowe!

Reklamy

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Aurangabad i okolice: part I

Przelotem przed Delhi, kilka minut po dwudziestej lądujemy na dość wyludnionym lotnisku w Aurangabad – witamy w stanie Maharasztra! Po bardziej północno-zachodnich rejonach, czas na Indie centralne. Samo miasto nie jest jednak naszym celem – liczy się to co dookoła, czyli niesamowite skupiska jaskiń!

Z lotniska bierzemy taksówkę do hotelu i (zupełnie przypadkiem..) okazuje się, że należy ona do Alfa India Tours and Travels, czyli firmy organizującej wycieczki. Do wielu miejsc w Indiach nie sposób dostać się transportem publicznym, ja zaś nie przepadam za dużymi wycieczkami w grupie, więc oferta prezentowana przez taksówkarza do mnie przemawia. Samochód z kierowcą na 2 dni, który zawiezie nas tam gdzie chcemy to koszt 4000 rupii (~225PLN, ~85SGD). Dość uczciwie, zgarniamy więc ulotkę z numerami telefonów, dając sobie jeszcze trochę czasu do namysłu. Rano ceny proponowane przez hotelowe biuro podróży są zdecydowanie wyższe, dzwonimy więc do naszego pierwszego źródła i umawiamy wycieczkę na „za godzinę”. Podoba mi się, że wiele spraw da się załatwić ot tak – klient nasz pan.

Pierwszy cel to jaskinie Ellora, oddalone 30km od miasta. Nie są to naturalne żłobienia w skałach – wszystkie jaskinie są dziełem ludzkich rąk, które przemieniły je w świątynie. Najstarsze datowane są na wiek VII, sukcesywnie powstawały aż do XI wieku. Jest ich tu około 100. Setka świątyń wykuwanych w skale, centymetr po centymetrze, ludzkimi rękami (!). Dla zwiedzających udostępnione są 34 z nich, 12 buddyjskich (jaskinie 1-12), 17 hinduistycznych (jaskinie 13-29) oraz 5 dżinistycznych (jaskinie 30-34). Tak, na jednym terenie, mamy miejsca kultu trzech religii. Bilety to 250 rupii (~5.30 SGD, ~14PLN) od osoby, plus 10 rupii (55 groszy, 21 centów singapurskich) tzw „opłaty za udogodnienia”.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves)

Każda z jaskinio-świątyń, to osobna historia, bóstwo, wydarzenie, funkcja. Czapki z głów dla historyków i archeologów, którym udało się to rozszyfrować. Wszystkie groty są dobrze oznakowane i opatrzone tablicami w języku angielskim, objaśniającymi z czym mamy do czynienia.

Zaczynamy od środka – parking znajduje się nieopodal najokazalszej ze świątyń, a właściwie ich małego kompleksu – jaskini numer 16, Kailasha. Drążona od góry do dołu, przez (podobno) 10 generacji hindusów kryje w sobie bogate zdobienia, olbrzymie rzeźby i niekończące się korytarze wieńczone filarami. Wszystko z jednej skały!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Skrobiemy się po schodach do jaskini numer 15, Dasavatara Cave, do której wchodzi się przez otwór w skale (wielkości drzwi). Na piętrze spotykamy Nandi – byczka będącego pojazdem Śiwy, hinduskiego boga. Mnie zdecydowanie urzekają wszechobecne kolumny.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 15, świątyni Dasavatara

Przechodzimy do buddyjskiej części, gdzie pod 12-stką i 11-stką kryją się klasztory mnichów. Z zewnątrz ten drugi przypomina mi trochę szkołę. Zauważamy też zmianę w rzeźbach i zdobieniach w porównaniu do poprzednich miejsc.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 12

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 11, klasztor mnichów

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 11, klasztor mnichów

Prawdziwa perełka czekała na nas w świątyni 10-tej. To nie tylko ogromny posąg Buddy, ale też starannie wyrzeźbione fasada galerii na drugim piętrze i skrupulatnie przemyślane otwory, dzięki którym wpadające światło tworzy wręcz majestatyczne wrażenie w środku.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 10

W dość przewrotnej kolejności, która nie idzie po kolei, odwiedzamy świątynie dżinizmu, zaczynające się od numeru 30. Ilość detali rzeźbionych kolumn jest oszałamiająca, a pod numerem 32 odkrywamy figurę ogromnego słonia.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 32

Na koniec wracamy przez hinduistyczną część jaskinio-świątyń, gdzie zatrzymujemy się chwilę dłużej pod numerem 21, a następnie udajemy się do wcześniejszych numerów, gdzie kolejne groty są już bardziej toporne.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – pomnik przed jaskinią numer 21

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – rzeźby na ścianie jaskini numer 21

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – prawdopodobnie jaskinia numer 19

Ogrom i jednocześnie bijący od jaskinio-świątyń spokój jest nie do opisania. I chociaż wszystkie wykute są w tym samym materiale i w każdej z nich panuje swoisty półmrok, to spędzamy długie godziny wędrując od jednej drugiej bez cienia znudzenia. Niesamowitość tego miejsca jest nie do opisania słowami. Nie ma też tłumów, co pozwala nam wielu miejsc doświadczyć w ciszy, napawać się ich niezwykłością i poczuć się odrobinę jak odkrywca. Z zadumy wyrywają nas najczęściej lokalni turyści (spotkaliśmy tylko kilku „białasów”, większość odwiedzających pochodziła z Indii lub Pakistanu), dla których to my zdajemy się być większą atrakcją niż same świątynie, prosząc o wspólne zdjęcie – celebryci!!!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – prawdopodobnie jaskinia numer 4

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves)

W drodze powrotnej do Aurangabad zatrzymujemy się jeszcze przy Forcie Daulatabad. Znajdujące się na wzgórzu, pochodzące z XII wieku mury obronne, posiadały wiele skrupulatnie przemyślanych zabezpieczeń, między innymi łagodnie opadające podnóża szczytu zostały usunięte, tworząc wysoki klif.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, Chand Minar – minaret

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, makak hulman

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, wejście do fortu

Widok z góry jest niesamowity – warto było wspiąć się na ruiny (niestety, spora część nie przetrwała do dnia dzisiejszego). Na wejściu zapłaciliśmy 40 rupii (~2,25PLN, ~0.85SGD) od osoby plus 30 rupii (~1,70PLN, ~0.60SGD) za aparat.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, widok z fortu

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, prace renowacyjne w forcie

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, widok z fortu na minaret

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad,

Wracamy do hotelu, zatrzymując się jeszcze w sklepie z materiałami – już za 4 dni będziemy na weselu, a ja wciąż nie mam bluzki pod moje sari! Nie może to być jednak zwyczajny podkoszulek, a specjalnie szyty na miarę (nie da się łatwo kupić gotowych..) przykrótki top z rękawkami. Zaopatrzam się w złotawą tkaninę, którą godzinę później oddaję w ręce krawcowej – starszej kobiety, którą do hotelu sprowadził nasz kierowca. Zdjęła ze mnie miarę i obiecała, że na jutro będzie gotowe..

Zmęczeni, w końcu możemy zmyć z siebie kurz i odpocząć. Ale zaraz, zaraz.. Przecież jest Sylwester! (Jak pewnie pamiętacie, opisuję tu wszystko z dość dużym opóźnieniem). Długo debatowaliśmy czy dołączyć na imprezę organizowaną w naszym hotelu, ale zmęczenie wygrało. W pidżamach otworzyliśmy szampana o północy i 15 minut później, gdy wystrzelały już fajerwerki, zwinęliśmy się jak dwa ślimaki pod kołdrą. Sen nie zaszkodzi, wszak jutro kolejna wyprawa!

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Delhi: part II

W kwestii śniadań jestem straszną tradycjonalistką – przede wszystkim, niczym pięciolatek, płatki z mlekiem to podstawa. Ewentualnie jakaś kanapka. Od biedy jajecznica. Na szczęście sowita dawka curry o poranku przyjęła się równie dobrze. Uznaliśmy to za dobry znak.

Wcisnęliśmy się w naszą przyhotelową, niebieską linię metra i zygzakiem przez żółtą do fioletowej, dotarliśmy do stacji Kalkaji Mandir, która – jak zawsze z resztą, zdaje się znajdować o przysłowiowy rzut beretem od atrakcji. Nie, nie, nie.. To nasz ostatni dzień w Delhi, nie mamy czasu błądzić tak jak dnia poprzedniego, uśmiechamy się więc do pana z rikszy, który bardzo chętnie podwozi nas pod Lotus Temple (Świątynię Lotosu). Przez cały wyjazd wielokrotnie korzystamy z usług rikszarzy. To bardzo tani środek transportu. Cena jest oczywiście ustalana z góry, zanim wsiądziemy do środka. Na początku zawsze się targowaliśmy, wiedzieliśmy bowiem, że ceny dla turystów są podnoszone o nawet 200%. Nie znoszę być dojona tylko dlatego, że jestem obcokrajowcem, ale ciekawie jest uświadomić sobie później, że człowiek wykłócał się o 50 groszy.

Lotus Temple (wstęp darmowy) nie da się pomylić z niczym innym. To świątynia bahaistyczna – religii, która w założeniu łączy wszystkie najważniejsze religie świata. W środku budowli, nie ma żadnych artefaktów religijnych, w założeniu modlić może się tu każdy, bez znaczenia do jakiego Boga wznosi ręce. Ma być miejscem dialogu i refleksji. Mnie uderza bijący od niej spokój. Jest majestatyczna, otoczona ogromnymi połaciami zieleni, aż ciężko uwierzyć, że tuż za bramą wrócimy w chaotyczny świat klaksonów miasta. Przed wejściem zostaliśmy poddani obowiązkowej kontroli bagaży, generalnie zabrania się wnoszenia jedzenia na teren świątyni. Z lekkim smutkiem myślałam o wyrzuceniu ostatniej paczki pierników, które trzymaliśmy na czarną godzinę, ale uśmiech i zapewnienie, że nie będziemy ich jeść wystarczył, by pozostały wiernie na dnie plecaka.

Indie, Delhi, Lotus Temple – Świątynia Lotosu

Metrem kierujemy się z powrotem w stronę centrum. Stacja Jawaharlal Nehru Stadium (JLN Stadium) znajduje się najbliżej kolejnego celu naszej wizyty – Humayun’s Tomb – Grobowiec Humajuna. Nie jest to bynajmniej wizyta na cmentarzu. Wielkich władców chowano z rozmachem – podobnie było z Humayunem, członkiem dynastii Wielkich Mogołów, który w XVI wieku władał Indiami. Cały kompleks łączy w sobie, charakterystyczne dla tej dynastii, elementy hinduskie i perskie. Podjeżdżamy rikszą w okolice wejścia (tuż przy rondzie) i zaopatrujemy się w bilety, jak zawsze: dla zagranicznych turystów są droższe niż dla lokalnych (co nie zmienia faktu, że kosztują 250 Rupii – jakieś 14 PLN, 5.30 SGD).

Zaczynamy zwiedzanie od części kompleksu znajdującej się po prawej stronie od wejścia. To Grobowiec i Meczet Isa Khana (Isa Khan’s Tomb and Mosque), który powstał jeszcze przed Grobowcem Humayuna.  Sam Isa Khan Niyazi pochodził z dynastii Suri i wsławił się walką przeciwko Mogołom. Dlaczego więc grobowiec Mogoła Humayuna wybudowano tuż przy grobowcu Isa Khana skoro ich rody nie pałały do siebie miłością? Zostawiam to pytanie historykom i innym dociekliwym. Grobowiec tego drugiego wybudowany jest na planie ośmiokąta, otoczony piętrowym murem o tym samym kształcie – z radością odkrywamy fakt, że można się na niego wspiąć! Na prawo od wejścia mur przechodzi w XVI-wieczny meczet.

Indie, Delhi, wejścio-wyjście kompleksu Isa Khan’s Tomb and Mosque (Grobowiec i Meczet Isa Khana)

Indie, Delhi, Isa Khan’s Tomb (Grobowiec Isa Khana)

Indie, Delhi, Isa Khan’s Mosque (Meczet Isa Khana)

Indie, Delhi, nawa w Isa Khan’s Mosque (Meczecie Isa Khana)

Indie, Delhi, wejście na ośmiokątny mur kompleksu Isa Khan’s Tomb and Mosque (Grobowiec i Meczet Isa Khana)

Bez dalszej zwłoki udajemy się do celu naszej wizyty – imponującego Grobowca Humayuna, który na myśl przywodzi Taj Mahal. Właściwie, to jest taką trochę próbą mikrofonu przed powstaniem tego drugiego, gdzie architektura Mogołów osiągnęła swój szczyt kunsztu. Budowla poświęcona Humayunowi otoczona jest Char Bagh (Cztery Ogrody, Four Gardens), ogrodami w perskim stylu, chociaż dla mnie to bardziej geometryczno-lustrzane trawniki niż ogrody. Całości dopełniają uporządkowane kanaliki wodne, małe sadzawki i otaczający teren mur, tym razem o pospolitym kształcie prostokąta.

Indie, Delhi, wejścio-wyjście kompleksu Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Indie, Delhi, Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Indie, Delhi, Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Indie, Delhi, Humayun’s Tomb (Grobowiec Humajuna)

Kolejna dawka hałasu katuje nasze uszy, gdy przemieszczamy się rikszą pod bramę Indii (India Gate). Nazywana wcześniej All India War Memorial jest pomnikiem upamiętniającym hinduskich żołnierzy, walczących na frontach wielu krajów podczas I Wojny Światowej i III Wojny Brytyjsko-Afgańskiej.  W przeszłości samochody mogły się przez nią swobodnie poruszać, jednak z uwagi na tłumy odwiedzających, drogę zamknięto. Wejście na teren przy bramie jest darmowe.

Indie, Delhi, India Gate (Brama Indii)

Ostatnim punktem na naszej podróżniczej mapie stolicy jest parkowo wyglądające miejsce o wdzięcznej nazwie Jantar Mantar. To znajdujące się w Delhi jest jednym z pięciu w całych Indiach. 13 ciekawie wyglądających konstrukcji to nic innego jak instrumenty astronomiczne z początków XVIII wieku, wybudowane na polecenie maharadży z Jaipuru, który dostał za zadanie uaktualnienie kalendarza i tablic astronomicznych. W tym swoistym obserwatorium każdy instrument opisany jest tablicą (również w języku angielskim), która pokrótce objaśnia zasady prowadzenia obserwacji. Wejście kosztuje 100 Rupii (~2.1 SGD, ~5,60 PLN)

Indie, Delhi, Jantar Mantar – Misra Yantra

Indie, Delhi, Jantar Mantar – Samrat Yantra

Indie, Delhi, Jantar Mantar – wnętrze Rama Yantra

Uznaliśmy, że znacznie szybciej pójdzie nam sprawdzenie godziny na zegarkach okalających nasze nadgarstki. Wskazówki nieubłaganie pokazywały, że czas się zbierać. Delhi było jednym z niewielu miejsc, gdzie zaplanowaliśmy więcej „wolnego czasu”, za cel obierając zakupy. Nie była to może najbardziej szczęśliwa decyzja, bo mieliśmy przed sobą jeszcze tydzień podróży z bagażami na plecach. Oryginalnie myśleliśmy o jakimś bardzo lokalnym markecie ze wszystkim i niczym, kiedy jednak rikszarz dowiedział się, że planuję zakup sari (hinduska suknia) na wesele, jasno dał mi do zrozumienia, że nie może to być byle jaka kiecka. Kiecka to i tak za duże słowo – to przecież długi i szeroki pas materiału, którym trzeba umieć się obwiązać! Miałam nadzieję posiąść tę zdolność za pomocą filmików na youtube i może treningu z jakąś życzliwą pracownicą jednego z hoteli na naszej drodze. To ostatnie spełzło na niczym, bo w hotelach obsługę stanowili w 99% mężczyźni – zostawiam ten 1% bo w ostatnim hotelu (zorganizowanym dla nas przez pana młodego) była kobieta na recepcji.

Normalnie nie lubię być zawożona do konkretnych sklepów, ale Handicrafts Bazar (znajdujący się na 1 Doctor’s Lane, Gole Market) wyglądał na dobrze wyposażony we wszystko czego nam trzeba. Postanowiliśmy sprawdzić ceny, w końcu można zapłacić więcej, gdy jakość jest adekwatna. Nasze ponad godzinne przechadzki po piętrach, z obsługą wiernie przy boku, zaowocowały siatkami pełnymi prezentów dla rodziny i znajomych (pakowane w piękne materiałowe torebki hinduskie herbaty oraz ozdobne szale), pamiątką dla siebie (ręcznie malowany mały obrazek, artysta siedział i malował w sklepie) i najważniejsze: ubrania na wesele! Po długich dylematach pokusiłam się na pięknie wyszywane sari, a Maciek na błyszczącą koszulę z kołnierzem i rękawami wyszywanymi metalowymi błyskotkami – maharadża i księżniczka Radżastanu nadchodzą! :D

Indie, Delhi, moje sari!

Zawinęliśmy nasz mały tabor do hotelu, skąd szybko ulotniliśmy się w stronę głównego dworca kolejowego w Delhi (New Delhi Railway Station). Rozważnym było zachowanie zapasu czasowego do odjazdu pociągu – system kładek, stacja, coś a’la galeria handlowa – trochę nam zajęło odnalezienie właściwego peronu. Bilety mieliśmy już zorganizowane – przed wyjazdem żona znajomego, która ma konto w ichniejszym systemie rezerwacji online, pomogła nam kupić bilety. Przestrzeń między torami pękała w szwach, zaczynało się też ściemniać, więc sceneria nie napawała optymizmem. Z głową schowaną w kapturze wypatrywałam naszego wagonu. Tutaj jednak wszystko było dobrze oznaczone, czekaliśmy w odpowiednim miejscu. Konduktor przy wejściu do pociągu 12616/G T Express sprawdził bilety i już po chwili siadaliśmy na przypisane nam miejscówki, by pokonać niecałe 200km do kolejnego celu naszej podróży – miasta Agra.

O dwóch takich co jeździli hinduską koleją w następnym odcinku.

 

a za czym ta kolejka stoi? – Chiny, Hongkong: part II

Podczas zwiedzania uwielbiam ten moment odkrywania lokalnej historii, o której nie miało się pojęcia. Jeszcze pierwszego dnia w Hongkongu, zanim podziwialiśmy nieziemsko oświetlone drapacze chmur na wyspie Hongkong (o czym pisałam tutaj), na części kontynentalnej miasta, udaliśmy się do Kowloon Walled City Park. Spodziewałam się raczej zobaczyć park z resztkami murów obronnych miasta, jak to zwykle sugeruje nazwa City Walls. Tutaj jednak historia jest inna. U schyłku XIX wieku Chiny i Wielka Brytania podpisały konwencję, na mocy której terytorium Hongkongu zostało zwiększone o prawie cały obszar New Territories – dzielnicę nazwaną Nowe Terytoria (pamiętajmy, że Hongkong był brytyjską kolonią). Prawie, bo z umowy wyłączony był mały wycinek w jego sercu, tzw Walled City, kiedy to faktycznie miasto wciąż był otoczone murem i od lat miało znaczenie militarne. Wojenna zawierucha i przepychanki między tymi dwoma krajami sprawiły, że w latach 50-tych na tym terenie, rozmiarów odrobinę mniejszych od połowy krakowskich Błoni, powstała pozostawiona sama sobie enklawa, rządząca się własnymi prawami – z przemocą, gangami, prostytutkami, narkotykami i pozostałymi aspektami kryminalnego życia na pierwszym planie. Wyobraźcie sobie, że na obszarze 2.6 hektara (mniej więcej powierzchnia 160 na 162.5 metra) mieszkało ponad 30 ooo (!) ludzi! Między budynkami praktycznie nie było prześwitów czy dróg, ludzie przechodzili wąskimi ścieżkami lub bezpośrednio przez budynki.

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, makieta Kowloon Walled City

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, makieta Kowloon Walled City

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, przekrój przez Kowloon Walled City

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, przekrój przez Kowloon Walled City

Nie wszyscy oczywiście parali się szemranym biznesem. W ciemnych zakamarkach istniały zakłady tysięcy drobnych rzemieślników, mini fabryki, sklepy, a nawet zakłady medyczne, gdzie praktykowali przede wszystkim lekarze i dentyści bez licencji. Ludzie organizowali się w sąsiedzkie grupy pomocy i uczestniczyli w religijnych aktywnościach. Próby utrzymania kontroli i zaprowadzenia jako takiego porządku na dłuższą metę nie miały szans, dlatego w 1984 roku Chiny i Wielka Brytania zgodnie podjęły decyzję o.. zrównaniu miasta z ziemią. Rząd Hongkongu wypłacił mieszkańcom i przedsiębiorcom rekompensaty i 7 lat później do miasta wjechały buldożery. W miejscu, gdzie rok wcześniej tętniło życie przestępcze i przedsiębiorcze, ukształtowano przyjemny park, nazwany ku pamięci rejonu Kowloon Walled City Park. W jego centralnej części można zapoznać się z historią miasta. Wejście do parku i na wystawę jest darmowe. W zaaranżowanych, klimatyzowanych pokoikach można wysłuchać nagrań ludzi, opowiadających historię z perspektywy mieszkańców, zobaczyć zdjęcia, elementy życia codziennego i rys historycznych miasta – świetny pomysł i dobrze wykonana wystawa, gdzie praktycznie nie było turystów!

Weekendowe plany zwiedzania w Hongkongu życie weryfikuje bardzo szybko. Czasu zmarnowanego na czekanie w kolejkach nikt nam nie wróci, dlatego polecam zabrać ze sobą jakąś rozrywkę: książkę, muzykę czy partnera do rozmów. W sobotę rano, po odstaniu w śniadaniowym ogonku do jadłodajni a’la hongkoński bar mleczny, ustawiliśmy się w kolejny, oczekujący na wjazd kolejką na szczyt Wiktorii (Victoria peak) – najwyższy szczyt na wyspie Hong Kong. Hongkong jest generalnie bardzo górzysty (dlatego też chętnie bym tam wróciła dla samych wędrówek, chociaż jak teraz patrzę w Internetach, góry nie są aż tak wysokie jak w moim odczuciu). Podczas naszej wizyty, z zakwasami dnia poprzedniego po konkretnej ilości schodów w Ten Thousand Buddhas Monastery, wspinaczka na szczyt nie wchodziła jednak w grę. Cierpliwie odstaliśmy ponad półtorej godziny (!), aby dać się wciągnąć na górę. Trzeba dodać, że kolejka jest atrakcją samą w sobie, gdyż miejscami wznosi się (a w drodze w dół opada) pod kątem 27 stopni. Lokalny uniwerek przeprowadził nawet badania, które udowodniły, że ludzie jadący kolejką ulegają iluzji optycznej pochyłych budynków. Peak Tram jest nie tylko transportem turystycznym, ale ma swoją długą historię w służbie mieszkańcom żyjącym na zboczu góry.

Chiny, Hongkong, wjazd Peak Tram na Victoria Peak - kolejką na szczyt Wiktorii

Chiny, Hongkong, wjazd Peak Tram na Victoria Peak – kolejką na szczyt Wiktorii

Widok z góry, jak łatwo się domyślić, jest niesamowity! Musi wyglądać jeszcze lepiej po zmroku, kiedy całe miasto w dole jarzy się światłami neonów. Wspaniała panorama była czymś czego się spodziewałam, nie sądziłam jednak że na szczycie ujrzę.. galerię handlową. To się nazywa podejście do klienta. Kiedy oczy nasyciły się widokiem, postanowiliśmy zjechać na dół (jedyne 15 minut czekania w kolejce) i spędzić resztę dnia bujając się po ulicach Hongkongu.

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Nieopodal stacji kolejki warto zajrzeć do żółciutkiej katedry świętego Jana Ewangelisty (kościół anglikański), najstarszej na dalekim wschodzie. Zwróćcie uwagę na piękne witraże! Ciekawostką jest, że teren na którym stoi świątynia jest jedynym obszarem własnościowym w całym Hong Kongu. Każdy inny skrawek ziemi, w tej specjalnej części Chin, jest dzierżawiony.

Chiny, Hongkong, St John's Cathedral - Katedra św. Jana

Chiny, Hongkong, St John’s Cathedral – Katedra św. Jana

Chiny, Hongkong, wnętrze St John's Cathedral - Katedry św. Jana

Chiny, Hongkong, wnętrze St John’s Cathedral – Katedry św. Jana

Będąc w mieście, nie sposób nie zwrócić uwagi na Mid Level Escalators czyli w dosłownym tłumaczeniu schody ruchome średniego poziomu. Co to za wynalazek? W odpowiedzi na ogromne problemy zakorkowanych wąskich uliczek miasta, szczególnie pomiędzy ścisłym centrum a jego obrzeżem, rząd wyłożył pieniądze na budowę systemu ruchomych schodów i platform, na których ruch pieszy odbywa się ‚piętro wyżej’ nad poziomem chodnika/jezdni. Z tego co czytam, niewiele to pomogło, ale jest całkiem wygodne. Dzień zakończyliśmy wizytą na nocnym markecie sprzedającym mydło, powidło i podróbki.

Chiny, Hongkong, Mid-Level Escalator czyli piętrowe chodniki

Chiny, Hongkong, Mid-Level Escalator czyli piętrowe chodniki

Chiny, Hongkong, mistrzowie reklamy

Chiny, Hongkong, mistrzowie reklamy

Nie dane nam było psychicznie odpocząć od kolejek, gdyż kolejnego dnia, historia się powtórzyła. Tym razem tkwiliśmy, sama już nie wiem jak długo (godzina to minimum!), w kolejce do kolejki linowej Ngong Ping 360, aby dostać się do klasztoru Po Lin Monastery na wyspie Lantau. Oczywiście, że można się tam dostać w bardziej przyziemny sposób, ale wiązałoby się to ponownie z dłuższym marszem pod górę. Chociaż nasze nogi pewnie by to zniosły, to zwyciężyło moje zamiłowanie do widoków z góry. Na szczęście opłacało się gnić w kolejce. Zobaczcie sami, 25 minut takich widoków, góry, woda i lotnisko!

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 - powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 – powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 - powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 – powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Po Lin Monastery jest jedną z najważniejszych siedzib mnichów w Hongkongu. Najbardziej słynie jednak z ponad 30 metrowej, wykonanej z brązu figury siedzącego Buddy Tian Tan, umieszczonej na szczycie. Do samego posągu trzeba wdrapać się po schodach, ale ponownie widok na okalające góry jest wystarczającą nagrodą. Singapur, w którym mieszkam dzielnie buduje wizerunek miasta w ogrodzie, ale szczerze mówiąc hongkońskie miasto w górach bardziej mi się podoba w tej kwestii (pomijając, że przyszło im to naturalnie). Ile bym dała, żeby mieć kilkanaście minut metrem do takich widoków!

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha - Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha – Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha - Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha – Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), ogromne kadzidła

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), ogromne kadzidła

Oprócz Dużego Buddy, cały teren kompleksu świątynno-klasztornego na wyżynie Ngong Ping wart jest rzucenia okiem. Dla nas był to ostatni przystanek hongkońskiego wypadu, ostatnie spojrzenie z okien kolejki i już byliśmy rzut kamieniem od lotniska.

Hongkong w środku, czyli w mieście to taki trochę bardziej chiński Singapur, brudniejszy i mniej zielony, z jeszcze mniejszą ilością przestrzeni dla ogromnej ilości ludzi. Wiąże się to dla nich z życiem w mikroskopijnie małych mieszkaniach, do których i tak prawie się nie wraca z uwagi na wielogodzinną pracę. Pokoje hotelowe są maciupkie, więc radzę zwrócić na to uwagę jeśli ktoś potrzebuje salonów. Z każdym krokiem na zewnątrz miasta podobało mi się tam coraz bardziej, góry i przestrzeń to zdecydowanie coś co tygryski lubią najbardziej.

Chiny, Hongkong, znalezione w podziemnym przejściu :) ("Świat jest jak książka, a Ci, którzy nie podróżują czytają tylko jedną stronę")

Chiny, Hongkong, znalezione w podziemnym przejściu :) („Świat jest jak książka, a Ci, którzy nie podróżują czytają tylko jedną stronę”)

Powrót do Singapuru odbył się już na szczęście bez większych rewelacji, a ja już zaczynałam przebierać nogami na myśl kolejnej, zaplanowanej eskapady.

a za czym ta kolejka stoi? – Chiny, Hongkong: akt I

Kolejnego, długiego weekendu nie sposób było przegapić. Po bardziej „lokalnych” wizytach w Malezji i Tajlandii, przyszedł czas odbić trochę dalej. Wybór padł na Hongkong, który wydawał się sensowny do zwiedzenia w 3 dni. Po zwerbowaniu kolegi z pracy pozostało już tylko odrobić zadanie domowe i zaplanować zwiedzanie. Z pomocą przyszedł mi jak zawsze papierowy przewodnik. Zanim jednak ustaliłam co chcę zobaczyć, próbowałam rozwikłać zagadkę klasyfikacji Hong Kongu. Kraina ta funkcjonuje jako Specjalny Region Administracyjny (SRA) Chińskiej Republiki Ludowej, co oznacza mniej więcej, że wciąż należą do Chin, ale w wielu aspektach Hongkong, będący kiedyś brytyjską kolonią, funkcjonuje jak niezależne państwo, z własną flagą, walutą i systemem wizowym chociażby. To ostatnie jest bardzo przyjazne turystom, bowiem na polskim paszporcie można wjechać bez wizy (takową trzeba posiadać przy wjeździe do Chin-Chin). Tę odrębność mieszkańcy Hongkongu zawsze podkreślają i jeszcze nie spotkałam się aby któryś z nich powiedział, że pochodzi z Chin.

China, Hong Kong, lotnisko, rzeźba buddy z puszek rybnych

China, Hong Kong, lotnisko, rzeźba buddy z puszek rybnych

Wizytę zaczęliśmy dość przebojowo, a to za sprawą lotu pełnego turbulencji i szalonej burzy, przez którą siedzieliśmy w samolocie (na szczęście już na ziemi) ponad godzinę, bo niemożliwe było podłączenie rękawa. Pogoda nie napawała optymizmem, ale gdy kilkadziesiąt minut później, wyszliśmy z podziemia (czytaj: z metra) na części kontynentalnej Hongkongu, przywitało nas słońce, które towarzyszyło nam przez większość weekendu. Spieszę też z wyjaśnieniem: Hongkong jako SRA (niezbyt szczęśliwy skrót :D ) obejmuje teren kilku wysp (największe z nich to Lantau i Hong Kong) oraz część ziem na skrawku kontynentalnych Chin (składających się z regionów Kowloon i New Territories (Nowe Terytoria)), dla zainteresowanych geografią polecam tę mapkę.

Chiny, Hong Kong, informacja w metrze: kiedy usłyszysz Do-Do-Do zatrzymaj się

Chiny, Hong Kong, informacja w metrze: kiedy usłyszysz Do-Do-Do zatrzymaj się

Na „dzień dobry” wpadły mi w oko dość ciekawe elementy dnia codziennego Hongkongu, jak piętrowe tramwaje, bambusowe, wiązane rusztowania, wznoszące się na niezliczoną ilość pięter (do końca wyjazdu miałam pewne obawy pod nimi przechodzić..) czy sterylizowane klamki i przyciski w windach (pokłosie epidemii SARS szalejącej w 2002-2004 roku). Mówiąc o windach, czy czegoś Wam nie brakuje?

Chiny, Hong Kong, piętrowe tramwaje!

Chiny, Hong Kong, piętrowe tramwaje!

Chiny, Hong Kong, rusztowanie z powiązanych bambusów..

Chiny, Hong Kong, rusztowanie z powiązanych bambusów..

Chiny, Hong Kong, rusztowanie z powiązanych bambusów mogę się piąć na wiele pięter

Chiny, Hong Kong, rusztowanie z powiązanych bambusów mogę się piąć na wiele pięter

Chiny, Hong Kong, klamka regularnie sterylizowana

Chiny, Hong Kong, klamka regularnie sterylizowana

Chiny, Hong Kong, skrzynki na listy

Chiny, Hong Kong, skrzynki na listy

Chiny, Hong Kong, czy aby czegoś tu nie brakuje?

Chiny, Hong Kong, czy aby czegoś tu nie brakuje?

Tak, brak numerów pięter z cyfrą „4” nie jest dyktowany architektonicznym zamysłem hotelu. Wymowa cyfry 4 po chińsku brzmi bardzo podobnie jak „śmierć”, kombinacja z innymi cyframi dodatkowo potęguje złe znacznie. Jestem więc naocznym świadkiem tego, jak głęboko zakorzenione wierzenia wpływają na sprawy dnia codziennego.

Odkrywając tu i ówdzie intrygujące detale, dotarliśmy bez problemu do podnóża Ten Thousand Buddhas Monastery (Man Fat Tsz) – klasztoru Dziesięciu Tysięcy Buddów (który nie jest klasztorem a kompleksem świątynnym). Wbrew temu co napisane jest w internetach, udało nam się zlokalizować wejście dość sprawnie i zaczęliśmy naszą wspinaczkę. Jest się co skrobać, do buddyjskiej świątyni prowadzi 431 stopni, a każdy krok czujnie obserwowany jest przez złote posągi, każdy inny. Na górze czeka kolejna ich dawka, wraz z główną świątynią, pagodą i małym wodospadem. Wszystko to powstało z pracy i poświęcenia jednego człowieka (i oczywiście jego bezimiennych pomocników) w latach 50-tych. Zmarł on kilka lat po ukończeniu dzieła, a jego ciało, ekshumowane nieco ponad pół roku po jego śmierci, wciąż znajdowało się w doskonałym stanie. Zgodnie z jego życzeniem, został zabalsamowany, pokryty płatkami złota, a jego ciało owinięte w szaty wystawione jest na widok publiczny w świątyni.

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, tysiące posągów Buddy prowadzące na szczyt

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, tysiące posągów Buddy prowadzące na szczyt

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, statua Buddy Tysiąca Rąk

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, statua Buddy Tysiąca Rąk

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, pagoda

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, pagoda

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, widok na miasto

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, widok na miasto

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, widok na miasto

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, widok na miasto

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, mam na Ciebie ok.. oko?!

Chiny, Hong Kong, Ten Thousand Buddhas Monastery, Klasztor 10 Tysięcy Buddów, mam na Ciebie ok.. oko?!

Hongkong balansuje między tradycją a nowoczesnością, dlatego po dawce tego pierwszego, skierowaliśmy się do Victoria Harbour podziwiać świetlne przedstawienie – w roli głównej drapacze chmur na wyspie Hong Kong. Oświetlenie zmienia się w rytm muzyki w kilkunastominutowym spektaklu. Gdy już oczy przesycą się wielkim światem, warto przejść się wzdłuż brzegu, przez aleję gwiazd. Gwiazd oczywiście lokalnych, więc po za Jackie Chanem i Brucem Lee nikogo więcej nie znałam :D

Chiny, Hong Kong, statek wycieczkowy w Victoria Harbour - Porcie Wiktorii

Chiny, Hong Kong, statek wycieczkowy w Victoria Harbour – Porcie Wiktorii

Chiny, Hong Kong, Victoria Harbour - Port Wiktorii, widok na drapacze chmur na wyspie Hong Kong

Chiny, Hong Kong, Victoria Harbour – Port Wiktorii, widok na drapacze chmur na wyspie Hong Kong

Chiny, Hong Kong, Victoria Harbour - Port Wiktorii, widok na drapacze chmur na wyspie Hong Kong

Chiny, Hong Kong, Victoria Harbour – Port Wiktorii, widok na drapacze chmur na wyspie Hong Kong

Chiny, Hong Kong, Victoria Harbour - Port Wiktorii, Avenue of Stars - Aleja gwiazd

Chiny, Hong Kong, Victoria Harbour – Port Wiktorii, Avenue of Stars – Aleja gwiazd

Chiny, Hong Kong, Victoria Harbour - Port Wiktorii, Avenue of Stars - Aleja gwiazd, gwiazda Jackie Chana

Chiny, Hong Kong, Victoria Harbour – Port Wiktorii, Avenue of Stars – Aleja gwiazd, gwiazda Jackie Chana

Miasto zdaje nie kłaść się spać i to nie za sprawą głośnych klubów, ale neonów oświetlających i reklamujących wszystko co się da. W ich towarzystwie dotarliśmy do hotelu, odpocząć przed dniem w kolejkach.. O tym jednak później.

Chiny, Hong Kong, dzielnica Kowloon nocą

Chiny, Hong Kong, dzielnica Kowloon nocą

Chiny, Hong Kong, dzielnica Kowloon nocą

Chiny, Hong Kong, dzielnica Kowloon nocą

Chiny, Hong Kong, dzielnica Kowloon nocą

Chiny, Hong Kong, dzielnica Kowloon nocą

zwierzęta, jaskinie i świątynie – Malezja, Kuala Lumpur

Kuala Lumpur jest najczęściej odwiedzanym przeze mnie miejscem w Azji (oczywiście tuż po Singapurze, w którym mieszkam). Po pierwszej wizycie, o której słów kilka pisałam w tym poście, co najmniej kilka razy otarłam się o stolicę Malezji. Zwykle nie wyściubiam jednak nosa po za terminal na lotnisku, który służy mi w tranzycie do innych destynacji (nie licząc otwartego nieopodal dużego outletu z darmowym autobusem dojazdowym, polecam wszystkim łowcom okazji!). Tym razem koleżanka, w tamtym czasie urzędująca w Australii, wybierała się wraz ze znajomymi do Kuala Lumpur, więc postanowiłam dołączyć do nich na weekend, ot co by się spotkać i pogadać.  Co rzadko się zdarza – ten wyjazd był dla mnie na organizacyjnym luzie. W końcu byłam już tam wcześniej, nie wtrącałam się więc do planowanego zwiedzania, nie zabrałam nawet aparatu, uznając że w razie czego będę się posiłkować tym w telefonie.

Zanim jednak udało mi się dotrzeć, czekała mnie nie do końca przewidziana przeprawa. Jako balans między kosztami a czasem podróży, postanowiłam lecieć z zaprzyjaźnionego mi już lotniska w Johor Bahru, tuż za granicą z Singapurem. Przekroczenie granicy w piątkowy wieczór jest jednak misją prawie niemożliwą. W moim przypadku wszystko poszło nie tak, ale udało mi się ostatecznie spaść na przysłowiowe cztery łapy. Miejski autobus dowożący na przejście graniczne był niemożliwy do złapania – każdy kolejny przyjeżdżał przepełniony.. Tutaj mała rada, polecam wysiąść z metra kilka stacji wcześniej niż na Kranji, żeby złapać autobus linii 170.. W końcu udało mi się zapakować gdzieś między przednią szybę a pachę innego nieszczęśnika. Przejście graniczne po singapurskiej stronie poszło gładko (z pozwoleniem o pracę mogę korzystać z automatycznej odprawy celnej), schody zaczęły się tuż zanim. Do malezyjskiego przejścia granicznego prowadzi most, na którym zakazany jest ruch pieszy. Trzeba więc znowu złapać swój autobus, aby przejechać ten kawałek. Po bardzo długim czasie udała mi się ta sztuka, ale była już bardzo spóźniona. Za kilkanaście minut odjeżdżał po drugiej stronie mój autobus na lotnisko. Następny był zbyt późno, aby zdążyć na samolot, a złapać taksówkę w piątek wieczorem spod granicy to płonna nadzieja. Zdenerwowanie miałam wypisane na twarzy, bo zostałam zagadnięta przez współpasażerkę, czy aby wszystko w porządku. Gdy streściłam jej swój problem, obiecała, że się pomodli aby mi się udało. Nie wiem u którego boga wypraszała łaski dla mnie, ale pomogło (razem z moim wrodzonym fartem). Biegiem przez odprawę celną, na dworzec autobusowy i na całą minutę przed odjazdem dobiegłam przed drzwi autobusu. Tak jeeest! I kiedy już uspokojona doleciałam do Kuala Lumpur, mając nadzieję, że transportowych historii koniec, trafiłam na nieprzyjemnego taksówkarza, który usilnie chciał zaprosić mnie na kolację lub drinka..

Na szczęście humor poprawił mi się już z rana, gdy tylko spotkałam się z Asią i jej znajomymi. Jako pierwsze, swe kroki skierowaliśmy do Batu Caves, kompleksu jaskiń świątynnych znajdujących się na obrzeżach Kuala Lumpur. Zaczęliśmy od sztandarowej, głównej jaskini, do której prowadzi prawie 300 schodów.

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), statua Lorda Murugana

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), statua Lorda Murugana

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), makaki

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), makaki

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), świece w jaskini świątynnej (Temple Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), świece w jaskini świątynnej (Temple Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), przed statuą Lorda Murugana

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), przed statuą Lorda Murugana

Chociaż zwiedzałam ten kompleks już poprzednim razem (patrz notka z linku powyżej), dopiero teraz odkryłam w nim małą jaskinię tuż po lewej stronie od wejścia. Ramayana Cave – jaskinia Ramayana, rzeźbami w swoim wnętrzu przedstawia historię Ramy, jednego z wcieleń hinduistycznego boga Wisznu, walczącego z królem demonów Ravaną, aby uratować swoją żonę Sitę. Sama ‚Ramayana’ jest starożytnym, indyjskim poematem opowiadającym o tym wydarzeniu. Jeśli się tam wybieracie, nie przegapcie tego miejsca, rzeźby są piękne, ludzi niewiele, a chłód jaskini dodaje wszystkiemu mistyczności.

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), wejście do jaskini Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), wejście do jaskini Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave), Ravana

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave), Ravana

Po powrocie do miasta, skierowaliśmy się na Chinatown, gdzie kupić można mydło i powidło. Oprócz straganów, udało nam się zobaczyć także dwa miejsca kultu religijnego – taoistyczną świątynię Guan Di, której wnętrze pięknie oświetlały promienie słoneczne, dostające się przez okno w suficie, oraz, najstarszą w Kuala Lumpur, hinduistyczną świątynię Sri Mahamariamman (eeee.. Makarena! :D), gdzie załapaliśmy się na ślub! Tam też dowiedzieliśmy się, od nadgorliwego opiekuna świątyni, że nie wystarczy tylko zdjąć buty przed wejściem, ale nie można ich w ogóle wnieść, nawet jeśli są schowane głęboko w plecaku. Diabeł tkwił raczej nie w ewentualnej obrazie boga, którego skaner w oczach widziałby to ukryte obuwie, ale w opłacie za pozostawienie butów w bezpiecznym kantorku, której chcieliśmy uniknąć. Urywki ze ślubnej ceremonii do zobaczenia na filmie poniżej.

Malezja, Kuala Lumpur, taoistyczna świątynia Guan Di (Guan Di Temple)

Malezja, Kuala Lumpur, taoistyczna świątynia Guan Di (Guan Di Temple)

Malezja, Kuala Lumpur, taoistyczna świątynia Guan Di (Guan Di Temple)

Malezja, Kuala Lumpur, taoistyczna świątynia Guan Di (Guan Di Temple)

Malezja, Kuala Lumpur, hinduistyczna świątyni Sri Mahamariamman Temple

Malezja, Kuala Lumpur, hinduistyczna świątyni Sri Mahamariamman Temple

Malezja, Kuala Lumpur, ślub w hinduistycznej świątyni Sri Mahamariamman Temple

Malezja, Kuala Lumpur, ślub w hinduistycznej świątyni Sri Mahamariamman Temple

Popołudnie postanowiliśmy spędzić z dala od obiektów kultu religijnego, wykupiliśmy więc wycieczkę do robaczków świętojańskich! Rzeka Selangor, przynajmniej na odcinku przepływającym przez Kuala Selangor, bogata jest w siedliska tych miłych dla oka żyjątek. Zanim jednak wsiedliśmy do łódek, po około 1,5 godzinnej podróży ze stolicy, zabawną kolejko-ciuchcią, wjechaliśmy na pobliskie wzgórze Bukit Melawati. Stamtąd podziwiać można wspaniałą panoramę miasta, ale główną atrakcją są lutungi srebrzyste (langury srebrzyste, silvered leaf monkey) – przedstawiciele koczkodanowatych, małp Starego Świata.

Malezja, Kuala Selangor, Bukit Malawati, lutungi srebrzyste

Malezja, Kuala Selangor, Bukit Malawati, lutungi srebrzyste

Malezja, Kuala Selangor, Bukit Malawati, lutung srebrzysty

Malezja, Kuala Selangor, Bukit Malawati, lutung srebrzysty

Po zapadnięciu zmroku, z kapokami na grzbietach, usadowiliśmy się w leciwych łódeczkach, aby podziwiać, mrugające jak szalone, robaczki świętojańskie. Razem z dźwiękiem uderzających o wodę wioseł wprowadzałoby to w absolutnie sielski nastrój, gdyby nie tnące zawzięcie komary.. Na szczęście repelent zdał egzamin na 3 z plusem, więc nie było rzezi niewiniątek. Malezyjska natura: małpy i robaczki świętojańskie, czyli widać, że tylko kropki widać, na filmiku poniżej:

Podczas mojej pierwszej wizyty w Kuala Lumpur nie udało mi się dotrzeć do Narodowego Meczetu, co zostało nadrobione przy tej okazji. Niestety nie wpasowaliśmy się godzinowo i musielibyśmy czekać dość długo, zanim świątynia będzie dostępna dla niemuzułmańskich odwiedzających, dlatego obejrzeliśmy ją tylko z zewnątrz i ruszyliśmy w dalszą drogę do zielonego płuca miasta.

Malezja, Kuala Lumpur, Masjid Negara, Malezyjski Meczet Narodowy

Malezja, Kuala Lumpur, Masjid Negara, Malezyjski Meczet Narodowy

Malezja, Kuala Lumpur, Masjid Negara, Malezyjski Meczet Narodowy

Malezja, Kuala Lumpur, Masjid Negara, Malezyjski Meczet Narodowy

Na ogromny terenie parkowym wydzielone są różne atrakcje, jako że czas gonił mnie już do powrotu do Singapuru, udało mi się odwiedzić tylko jedną z nich – Park Ptaków (KL Bird Park). Rozmiarem dużo mniejszy od singapurskiego, wciąż wart jest odwiedzenia dla ptaszolubnych, takich jak ja.

Malezja, Kuala Lumpur, Bird Park (Park Ptaków), flamingi!

Malezja, Kuala Lumpur, Bird Park (Park Ptaków), flamingi!

Malezja, Kuala Lumpur, Bird Park (Park Ptaków), kazuar hełmiasty

Malezja, Kuala Lumpur, Bird Park (Park Ptaków), kazuar hełmiasty

Chociaż Kuala Lumpur jest interesującym miastem z wieloma atrakcjami, ze względu na różne osobiste historie (opisane tutaj i oczekujące na opisanie), niestety nie zmieści się na liście moich ulubionych miast. Nie mniej jednak, różnorodność jaką oferuje warta jest odwiedzenia!

(bez)Kac (bez)Vegas w Bangkoku – Tajlandia, Bangkok, akt II

Kontynuując poprzedni wpis z Bangkoku – jest późne popołudnie, a my właśnie wsiadamy do poniższej łódki, aby przepłynąć główną rzekę w mieście – Chao Phraya. Naszym celem jest, znajdująca się niemal naprzeciwko pałacu królewskiego, świątynia Wat Arun – Temple of Dawn, czyli świątynia świtu.

Tajlandia, Bangkok, łódka na rzece Chao Phraya

Tajlandia, Bangkok, łódka na rzece Chao Phraya

Niestety, potwierdziły się nasze obserwacje z przeciwnego brzegu – główny, ogromny prang był w remoncie, owinięty szczelnie zieloną siatką, z robotnikami krzątającymi się dookoła. Trudno się mówi, przynajmniej nie było zbyt wielu turystów. Weszłyśmy więc zobaczyć to co się dało, w końcu 50 bahtów (~5,75zł, 2$SGD) za bilet to nie majątek. Mówiąc o pieniądzach – na tajskich monetach po jednej stronie zobaczymy wizerunek króla, a po drugiej, w zależności od nominału – jedną z sześciu tajskich świątyń. Wat Arun umieszczona jest na monecie 10 bahtowej.

2 z 4 mniejszych prangów pozostały odkryte i miałyśmy szansę zobaczyć chociaż namiastkę tej ciekawej świątyni. Jej najbardziej charakterystyczne budowle zdobione są porcelaną i muszlami, używając metody inkrustacji (a że człowiek uczy się przez całe życie, to ciocia Wikipedia podpowiada, że to technika zdobienia polegająca na wykonaniu wgłębień w podłożu i wklejaniu w nie odpowiednio przyciętych płytek z różnych materiałów). Porcelana pochodzi z samiućkich Chin i była używana jako balast dla łodzi przybywających z tego kraju do Bangkoku.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, jedna z czterech prang

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, jedna z czterech prang

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Chociaż świątynia nazwą nawiązuje do poranka, to jej majestat najczęściej uwieczniany jest podczas i po zachodzie słońca, kiedy, wspaniale podświetlona, odznacza się nad brzegiem rzeki. Mam nadzieję wrócić jeszcze kiedyś do Bangkoku, żeby to zobaczyć. Póki co pozostają malownicze zdjęcia w internecie.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Dzień był tak intensywny, że kolejnego poranka budzik, z którym miałyśmy wstać i jechać na pływający market, został zignorowany i nastąpiła ekspresowa zmiana planów. Przede wszystkim postanowiłyśmy skorzystać z uroków naszego hotelu i bynajmniej nie mam tu na myśli gnicia w łóżku do późnego popołudnia.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel

Baiyoke Sky Hotel to 88(!)-piętrowy budynek z pokojami dla gości dostępnymi aż do 74 piętra! Nasz pokój w tzw. strefie Sky Zone wymagał wdrapania się (na szczęście windą ;) ) na 54-te z nich. Niesamowity widok za oknem i niezapomniane wrażenie, gdyż po raz pierwszy miałam okazję spać na takiej wysokości (pomijam oczywiście te wszystkie drzemki w samolotach). W uszach czuć było zmianę ciśnienia, a czasem miało się wrażenie, że budynek lekko drga. W czasie naszego pobytu hotel był najwyższym budynkiem w Bangkoku. W sierpniu 2016 został zdetronizowany, wciąż pozostając najwyższym hotelem w Azji Południowo-Wschodniej, a 7-mym na świecie.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, widok z okna

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, widok z okna

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, nocny widok z pokoju

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, nocny widok z pokoju

Na 84-tym piętrze znajduje się nie byle jaki, bo obrotowy taras widokowy! Tak, tak, nie trzeba nawet chodzić dookoła, by obejrzeć całą panoramę Bangkoku. Wysokości zawsze mnie fascynowały, więc spędziłyśmy przynajmniej dwie rundki na górze. Goście hotelowi mogą korzystać z tarasu za darmo, ale jest on również udostępniany innym odwiedzającym za opłatą.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, panorama z tarasu widokowego

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, panorama z tarasu widokowego

Nacieszone widokiem, poświęciłyśmy ostatnie godziny na odwiedzenie sklepów, sklepików, bazarów i straganów oraz podglądanie smaczków (nie tylko kulinarnych) tajskiej codzienności.

Tajlandia, Bangkok, sztuka współczesna napotkana na ulicy

Tajlandia, Bangkok, rzeźba napotkana na ulicy

Tajlandia, Bangkok, tuk-tuki!

Tajlandia, Bangkok, tuk-tuki!

Tajlandia, Bangkok, marzenia porzucone pod mostem..

Tajlandia, Bangkok, marzenia porzucone pod mostem..

Tajlandia, Bangkok, koszmar elektryka

Tajlandia, Bangkok, koszmar elektryka

Niedaleko świątyń można kupić zestawy upominkowe dla mnichów, koniecznie w pomarańczowym kolorze, zawierające miks środków czystości i artykułów spożywczych. Zgodnie z religijnymi zasadami, mnisi prowadzą ubogie życie, a wszystko co posiadają, włączając w to przedmioty użytku codziennego, kosmetyki czy jedzenie, musi być ofiarowane im w prezencie. Wierni obdarowują ich na przykład takimi wiaderkami, aby podziękować im za ich służbę.

Tajlandia, Bangkok, zestawy podarunkowe dla mnichów

Tajlandia, Bangkok, zestawy podarunkowe dla mnichów

Tajlandia, Bangkok, czy jedzie z nami Budda?

Tajlandia, Bangkok, czy jedzie z nami Budda?

Jak widać da się w Bangkoku spędzić czas inaczej niż imprezując, wszystko zależy czego się szuka :) Myślę, że stolica Tajlandii ma wystarczająco atrakcji, aby na spokojnie spędzić w niej nawet 3-4 dni. Później organizm (przynajmniej mój) będzie wołał, aby wydostać go z tego przesytu świątyń, straganów i miejskiego zgiełku, najlepiej gdzieś do lasu lub dżungli. Zabrać tylko ze sobą tajski masaż i jedzenie.

(bez)Kac (bez)Vegas w Bangkoku – Tajlandia, Bangkok, akt I

Chociaż nie widziałam filmu Kac Vegas w Bangkoku to nietrudno mi zgadnąć co było jego tematem przewodnim. Wykreowany na ekranie obraz imprezowej stolicy zdecydowanie można temu miastu przypisać. Nasza weekendowa wyprawa do największego miasta w Tajlandii była jednak, można by rzec, bardziej uduchowiona. Zamieszkałyśmy w hotelu odległym od dzielnicy rozpusty, a niepełne dwa dni, dreptałyśmy do zdarcia nóg między świątyniami a straganami i sklepami, zahaczając o masaż. Jednym z powodów, dla których kraj ten przyciąga masę turystów, zdecydowanie są ceny dóbr i usług. Na każdym kroku można zaopatrzyć się w torebkę prawie-jak-Prada lub dać się połamać tajskim masażem za niewielką ilości bahtów (lokalna waluta). Niektóre podróbki są fascynująco podobne do oryginału! W normalnych sklepach również ceny są bardzo atrakcyjne.

Dreamliner należący do tanich linii lotniczych Scoot wylądował (z nami na pokładzie) na międzynarodowym lotnisku Don Mueang piątkowym wieczorem. Na „dobry wieczór” okazało się, że nasz pokój w hotelu został już przejęty przez kogoś innego.. Po dłuższej dyskusji z recepcjonistą i jego przełożonym, łaskawie zgodziłyśmy się przyjąć w zamian pokój o wyższym standardzie (w cenie normalnego) ;) Szybki rekonesans okolicy ekspresowo nauczył nas dobrze patrzeć pod nogi, zwłaszcza przechodząc koło sterty śmieci – nikt nie chciałby wszak nadepnąć na szczura..

Tajlandia, Bangkok, witamy!

Tajlandia, Bangkok, witamy!

Kierowcy tajskich tuk-tuków (budek na kółkach, takich lokalnych taksówek) niezmordowanie zagadywali nas po drodze, jednak my dzielnie przemierzałyśmy poranne kilometry do pierwszej atrakcji (nie bagatela, prawie 7km!). Zanim jednak dotarłyśmy do pałacu królewskiego, mijałyśmy The Giant Swing (tajski: Sao Chingcha, w dosłownym tłumaczeniu: Ogromna huśtawka), zwaną też Red Gate, czyli czerwona brama. Znajdująca się przed świątynią Wat Suthat XVIII-wieczna konstrukcja religijna, z małymi przerwami, do 1935 roku służyła do tzw. ceremonii huśtania (Swing ceremony).

Tajlandia, Bangkok, The Giant Swing (Red Gate, czerwona brama) przed świątynią Wat Suthat

Tajlandia, Bangkok, The Giant Swing (Red Gate, czerwona brama) przed świątynią Wat Suthat

Podczas obrządku w bramie podwieszana była sporych rozmiarów deska, na której huśtali się mężczyźni, próbując jednocześnie złapać zawieszone na 15-metrowym słupie worki z monetami/złotem. Niektóre źródła podają, że śmiałkowie mieli dokonać przejęcia torby za pomocą zębów – archiwalne zdjęcie z tego wydarzenia można zobaczyć chociażby tutaj. Co złapali – to ich. Ta, jedna z królewskich ceremonii, upamiętniająca historię z hinduskich wierzeń związanych z opieką nad ziemią przez boga Shivę i bóstwo-byt, który przyjął formę węża – Nagę, została zakazana w latach 30-stych XX wieku z uwagi na wielokrotne wypadki śmiertelne wśród śmiałków. Ciekawostka, którą właśnie odkryłam: żeńska forma wężo-bytu Naga nazywa się Nagi lub Nagini – gdzie to drugie, było imieniem węża należącego do Voldemorta w serii o Harrym Potterze :) Niech żyją inspiracje.

Prostą drogą dotarłyśmy nad rzekę Chao Phraya, przy której brzegu znajduje się kompleks pałacu królewskiego – The Grand Palace, gdzie rodzina i rząd królewski urzędował od 1782 do 1925 roku, przeprowadzając się później do innych rezydencji. Pałac pozostaje do dyspozycji na wszystkie oficjalne wydarzenia. Warto przypomnieć, że królestwo Tajlandii, w październiku 2016 w wielkim smutku pożegnało swego króla, który w momencie śmierci był najdłużej panującą głową państwa na świecie (70 lat i 126 dni), kolejną monarchinią, pod względem stażu, jest królowa Elżbieta II z 65 latami władzy na koncie.

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, widok na świątynię Wat Phra Kaew znajdującą się na terenie pałacu

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, widok na świątynię Wat Phra Kaew znajdującą się na terenie pałacu

Na terenie kompleksu pałacowego znajduje się świątynia Wat Phra Kaew – Temple of the Emerald Buddha – świątynia Szmaragdowego Buddy, będąca religijno-politycznym symbolem i źródłem ochrony nad tajską społecznością. Figura rzeczonego Szmaragdowego Buddy, znajdująca się w głównym budynku kompleksu świątyni, jest w istocie wykonana z jadeitu (emerald po tajsku znaczy po prostu głęboki zielony kolor, bez wskazania rodzaju kamienia). Każdy obiekt i rzeźba na terenie świątyni pełni istotną rolę popartą religijnym wierzeniem: złote stupy (Chedi), demony strzegące bram wejściowych czy prangi reprezentujące elementy buddyzmu. Interesująca jest też obecność modelu kambodżańskiego Angkor Wat. Jak można się dowiedzieć, umieszczenie go było sposobem pokazania przez ówczesnego króla, tajskich rządów w połowie Kambodży, będącej wasalem Tajlandii.

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewskiteren świątyni Wat Phra Kaew, Golden Chedi wspierana przez demony

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Golden Chedi wspierana przez demony

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Prasat Phra Thep Bidon - królewski panteon

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Prasat Phra Thep Bidon – królewski panteon

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, przejście tylko dla mnichów

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, przejście tylko dla mnichów

Zielonego Buddy fotografować nie można, więc dla ciekawych zostawiam tu link do oficjalnego zdjęcia -> o tu. Wszystko ocieka złotem i symboliką. Już kiedyś na fali negatywnych komentarzy o zbędnym wydatku, gdy jakaś katolicka świątynia dodała złoto tu i ówdzie, naszła mnie refleksja, że Ci wszyscy kontestatorzy powinni zobaczyć to szaleństwo odbywające się w buddyzmie.

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, Phra Si Rattana Chedi na terenie świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, Phra Si Rattana Chedi na terenie świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, demon Sahatsadecha strzegący jednej z bram na terenie świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, demon Sahatsadecha strzegący jednej z bram na terenie świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Golden Chedi wspierana przez demony, w tle biało-niebieskawy prang

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Golden Chedi wspierana przez demony, w tle biało-niebieskawy prang

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Prasat Phra Thep Bidon - królewski panteon

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Prasat Phra Thep Bidon – królewski panteon

Spora część pałacu królewskiego nie jest dostępna dla zwiedzających, w tej otwartej podziwiać można bogate zdobnictwo budynków, a także galerie i muzea. Mnie osobiście bardzo przypadło do gustu Queen Sirikit Museum of Textiles (Muzeum tkanin królowej Sirikit), gdzie zobaczyć można królewskie stroje, narodowe tajskie suknie oraz lokalne wzornictwo. Jest nawet osobna sala, w której znajdują się stoliki z pieczątkami i opisami tradycyjnych wzorów – raj dla maniaka papierowego rękodzieła, takiego jak ja – chyba nie muszę dodawać, że mam kartki z odciskami wszystkich pieczątek? :) Bilety do muzeów i galerii, a także świątyni na terenie pałacu były wliczone w cenę biletu głównego do kompleksu pałacowego (500 bahtów dla nie-Tajów, niecałe 58zł, ~20SGD).

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, kompleks Phra Thinang Chakri Maha Prasat do przyjmowania królewskich gości

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, kompleks Phra Thinang Chakri Maha Prasat do przyjmowania królewskich gości

Z pałacu swoje kroki skierowałyśmy do znajdującej się po sąsiedzku świątyni Wat Pho – Temple of the Reclining Buddha – Świątynia Spoczywającego/Odpoczywającego (Leżącego) Buddy, której głównym centrum zainteresowania jest, jak nie trudno się domyślić, ogromna, złota figura leżącego Buddy.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, światynia leżącego Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, światynia leżącego Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, światynia leżącego Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, światynia leżącego Buddy

Będąc jedną z najstarszych świątyń w Bangkoku (jej początki datuje się na XVII wiek) mnie urzekła zdecydowanie czym innym.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Chedi Rai, stupy w których znajdują się prochy zmarłych z rodziny królewskiej

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Chedi Rai, stupy w których znajdują się prochy zmarłych z rodziny królewskiej

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Maha Chedi Si Rajakarn - stupy dedykowane pierwszym czterem królom z dynastii Chakri

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Maha Chedi Si Rajakarn – stupy dedykowane pierwszym czterem królom z dynastii Chakri

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Maha Chedi Si Rajakarn - stupy dedykowane pierwszym czterem królom z dynastii Chakri

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Maha Chedi Si Rajakarn – stupy dedykowane pierwszym czterem królom z dynastii Chakri

Nie ma tu aż tyle złota!! Bynajmniej nie na zewnątrz.. Są za to piękne, bogato zdobione, kolorowe stupy i malownicze bramy. Zdecydowanie jest to miejsce, którego w Bangkoku nie można pominąć, zwłaszcza przy cenie biletu 100 bahtów (~11,50zł, 4$SGD).

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, akuku!

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, akuku!

Dzień powoli chylił się ku zachodowi, ale my wpompowałyśmy resztki sił w zmęczone już nogi oraz rozgrzane tajskim upałem głowy i udałyśmy się na pobliską przystań, gdzie za 3 bahty (35 groszy! 10 centów singapurskich!) można przeprawić się leciwą łupinką z silnikiem (zwaną łódką) na drugi brzeg, tuż pod samo wejście, ostatniej już na naszej liście, świątyni Wat Arun – Świątyni Świtu (Temple of Dawn). O niej jednak, jak i pozostałych smaczkach z miasta Bangkok w następnym odcinku, stay tuned!