Miesiąc: Marzec 2017

zwierzaki i widoki – Australia, Vincentia

Po kolejne, australijskie wrażenia musiałam udać się trochę bardziej na południe, dlatego wczesnym rankiem wsiadłam do pociągu relacji Sydney – Bomaderry. Miałam nadzieję zaserwować sobie dłuższą drzemkę podczas tych niespełna 3h jazdy, ale ciężko zmrużyć oko gdy za oknem takie widoki – tory prowadzą wzdłuż wschodniego wybrzeża. Warto wspomnieć też o ciekawej funkcji siedzeń w wagonie – wystarczy pociągnąć w górę i w bok rączkę przy oparciu i można zmienić jego pozycję (siedzisko pozostaje nieruchome) – jeśli chcemy, możemy w prosty sposób zawsze siedzieć „w kierunku jazdy” albo w większej grupie siedzieć na przeciwko siebie, genialne!

Australia, Sydney – Bomaderry, widok z pociągu

Australia, Sydney – Bomaderry, fotele z ruchomym oparciem w pociągu

Na stacji już czekali na mnie moi australijscy znajomi – Delwyn i Hans, którzy zabrali mnie 30km dalej do swojego domu w Vincentii – maciupkiej miejscowości (ok 3 000 mieszkańców) przy zatoce Jervis (Jervis Bay). Mój zachwyt osiągnął punkt kulminacyjny – na pozór senna mieścina wydawała mi się idealna po miesiącach spędzonych w wielkich metropoliach. Spacery zostawiliśmy jednak na później, bo po szybkim lunchu (tradycyjne, australijskie zapiekanki z mięsem – meat pie!) wsiadaliśmy na łódkę.

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), płyniemy!

Mniej więcej od maja do początku listopada, przez zatokę migrują.. wieloryby! Lokalne firemki organizują więc 2-3h wypływy, aby obserwować te niesamowite zwierzaki. Oczywiście nie jest to cyrk i zwierzęta nie wyskakują z wody na zawołanie, więc jest w tym element gry, oczekiwania, wyostrzania wzroku byle tylko coś zauważyć. Ekspertami są oczywiście pracownicy, którzy nie tylko wiedzą gdzie patrzeć, ale też ciekawie opowiadają o faunie i florze zatoki, chociażby o rodzajach.. delfinów, których było na pęczki! Byłam maksymalnie podekscytowana widząc delfiny w ich naturalnym środowisku!

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), delfiny!!

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), delfiny!!

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), delfin

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), Dart Point – skały w zatoce

Niestety, tego dnia wieloryby były dość nieśmiałe i udało nam się zobaczyć tylko jednego, kiedy fantastycznie machnął ogonem nad taflą wody. W tym miejscu dała o sobie znać fantastyczna, australijska uprzejmość. Firma organizująca wycieczkę przeprosiła nas, że nie było więcej (jak można przepraszać, że dzika natura nie dała się kontrolować?!) i wręczyła wszystkim.. darmowe bilety na tą samą wycieczkę ważny przez następny rok! Ja niestety nie mogła już skorzystać, ale obsługa klienta na medal!

Mój dzień w Vincentii był zdecydowanie nastawiony na kontakt z naturą. Po przybiciu do brzegu przeszliśmy się piękną plażą (przypominam, była to końców australijskiej zimy, o leżeniu na plaży nie było mowy) i okolicznym lasem.

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), plaża

Australia, Jervis Bay (zatoka Jervis), plaża

Na tym jednak nie koniec, za domem moich znajomych rozpościera się bowiem ogromne pole golfowe, idealne do spacerów (oczywiście jeśli ktoś aktualnie nie gra). Australijska fauna znów wyszła mi na przeciw, natrafiliśmy na rodzinkę.. kangurów!

Australia, Vincentia, punkt widokowy na polu golfowym

Australia, Vincentia, „pałka wodna” wersja australijska, niewodna

Australia, Vincentia, kangury!!

Australia, Vincentia, kangury!!

Fascynujące, że są miejsca, gdzie bez większego wysiłku można natknąć się na dzikie zwierzęta, które zwykle ogląda się w Zoo. Czy to nie raj na ziemi?

Czas było jednak przyzwyczajać swe myśli do rzeczywistości, która czekała na mnie za kilka godzin. Długie wieczorne rozmowy, dopchnięcie ostatnich smakołyków w walizce (lamingtony, tęsknię!) i nad ranem odebrał mnie transport na lotnisko. Jeszcze tylko ostatnie przeboje (o których pisałam tutaj) i wróciłam na singapurską ziemię ze zdecydowanym niedosytem. Australio, wrócę na pewno (z działającą lustrzanką)!

Reklamy

zwierzaki i widoki – Australia, Sydney i okolice: part II

Mimo wczesnej pory buzia sama się uśmiechała na widok kosza wypełniającego się kolorowymi przyborami piknikowymi i pysznym jedzeniem. Piknik! I to nie byle gdzie, a w Blue Mountains (Niebieskich Górach), jakieś 120 kilometrów od Sydney.

Australia, Sydney, przygotowania do pikniku

Pożyczonym samochodem ruszyłyśmy więc w drogę po niesamowite widoki. Blue Mountains swoją nazwę zawdzięczają ciekawemu zjawisku. Cała okolica gęsto porośnięta jest drzewami eukaliptusa, które wydzielają specyficzny, chyba każdemu znany z zapachu/smaku, olejek. Atmosfera pełna jest drobniutkich, rozproszonych cząsteczek tegoż oleju, które w połączeniu z parą wodną i kurzem rozpraszają promienie światła o krótkiej długości fali, które są głównie w kolorze niebieskim.

Australia, Blue Mountains, niesamowite widoki

W Blue Mountains łatwo można spędzić godziny i dni, dużo jest też historii o ludziach, którzy zapuścili się w głąb i słuch po nich zaginął. Z racji braku czasu zminimalizowałyśmy górskie wędrówki, czyli poszłyśmy trochę na łatwiznę. Scenic World w Blue Mountains oferuje 3 kolejki, którymi z łatwością można dostać się do punktów widokowych. Na głównej stacji można kupić łączony bilet na wszystkie z nich.

Na pierwszy ogień poszła Scenic Skyway, która zabrała nas w pobliże punktu widokowego Echo Point. W czasie krótkiego przejazdu kolejka zatrzymuje się po środku by w spokoju nacieszyć się i zrobić zdjęcia wodospadowi Katoomba. Miejscami podłoga kolejki była przezroczysta, a w większości okien nie było szyb – widok zapierający dech w piersiach. Wraz z pasażerami do wagonika wsiada pracownik parku i ciekawie opowiada o okolicy.

Australia, Blue Mountains, Scenic Skyway

Echo Point swoją popularność zawdzięcza świetnemu widokowi na góry Trzech Sióstr (Three Sisters). Aborygeńska legenda głosi, że są to zaklęte w skały trzy siostry z plemienia Katoomba, które zakochały się w trzech braciach z plemienia Nepean. Niestety zgodnie z lokalny prawem, nie mogli wziąć ślubu, ale nieustraszeni młodzieńcy postanowili obejść je siłą. Przerodziło się to w potężną walkę między plemionami. Życie sióstr było zagrożone, dlatego czarownik zamienił je w skały, by bezpiecznie przetrwały niespokojny czas. Po bitwie miał je odczarować, niestety nie przewidział, że sam w niej zginie. Siostry zostały więc zaklęte na zawsze, bo tylko on mógł odczynić czar.

Australia, Blue Mountains, Three Sisters (Trzy Siostry)

Australia, Blue Mountains, Three Sisters (Trzy Siostry)

Wróciłyśmy kolejką na główną stację, by dać porwać się następnej – Scenic Railway będącej repliką Mountain Devil (Górski Diabeł), znajdującej się kiedyś w tym samym miejscu. Co w niej niezwykłego? Przede wszystkim to, że jest najbardziej stromym pociągiem pasażerskim na świecie. Nachylenie o skromnych 52 stopniach zdecydowanie zatrzymuje oddech. Kolejka ma nawet regulowane oparcie, aby dostosować sobie stromość wrażeń. Jazda w dół była super!!

Australia, Blue Mountains, Scenic Railway

Australia, Blue Mountains, Scenic Railway, trochę stromo..

Trasy spacerowe w okolicach kolejki dostosowane są do rodzin z dziećmi, są więc platformy, ułatwienia dla wózków, a nawet antypoślizgowe pokrycia. Zdecydowanie za dużo udogodnień jak na górską wycieczkę, więc po szybkim, 10-minutowym marszu uznałyśmy, że czas wracać. Scenic Cableway, ostatnia z kolejek, wciągnęła nas z powrotem do głównej stacji. Czas jechać na piknik!

Australia, Blue Mountains, co ja patrzę!

Wybrałyśmy odległe o jakieś 3,5km Leura Cascades Picnic Area. Zanim jednak przyszedł czas na posiłek, trzeba w końcu przejść się uczciwie po górach! Zaczynają się tam bowiem krótkie trasy na punkty widokowe Kiah, Bridal Veil i Copeland. Odległości są niewielkie, a widoki niesamowite. Polecam zdecydowanie tym, którzy mają mało czasu, ale chcieliby przejść się górską ścieżką, a nie drewnianą platformą.

Australia, Blue Mountains, przydrożne znaki

Australia, Blue Mountains, wodospady w drodze na Kiah Lookout

Australia, Blue Mountains, Bridal Veil Lookout

Australia, Blue Mountains, wodospad widziany z Kiah Lookout

Kiszki grały już marsza, a słońce planowało zakończyć wkrótce swe obowiązki na ten dzień. Piknik czas zacząć!

Australia, Blue Mountains, Leura Cascades Picnic Area, piknik!

Jeszcze tylko wizyta w pobliskim miasteczku Leura, które było tak sielankowe ze swoimi małymi sklepikami i niską zabudową, że aż trudno uwierzyć, i wracałyśmy do Sydney.

Australia, Leura

Australia, Leura

Wizyta w Australii zdecydowanie zaspokajała moje kubki smakowe. Odstawiłyśmy samochód i postanowiłyśmy spędzić wieczór w pobliskim (a jakże – dość hipsterskim!) barze. Serwowali wyśmienite steki, piwo z minibrowarów, a na scenie w kącie śpiewał i grał lokalny artysta. Błogość nie do opisania. Czas jednak na dobre zostawić duże miasto za sobą, o tym jednak w następnym odcinku.

Australia, Sydney, omnommnommnom!

zwierzaki i widoki – Australia, Sydney: part I

Po przebojach związanych z podróżą, o których pisałam tutaj, konieczne było zweryfikowanie planów. Prosto z lotniska pojechałyśmy do Asi, mieszkającej w dość hipsterskiej dzielnicy Sydney – Newtown (przechrzczonej przeze mnie na Newton). Mimo zmęczenia ja już byłam zachwycona: nie ma upałów – jest przyjemny chłód, a typowo azjatycka zabudowa zamieniła się na domki, domeczki, kamienice i małe bloki, niczym w Europie. Czasem taka odskocznia od mojej singapurskiej codzienności jest bardzo potrzebna.

Królewskie śniadanie (dzięki Asiu!), szybki prysznic, chwila na rozprostowanie nóg i trzeba było ruszać. Sydney jest ogromne i nie sposób odwiedzić wszystkich interesujących miejsc w jeden dzień. Już po tych kilku godzinach wiedziałam, że Australię koniecznie muszę odwiedzić jeszcze (nie)raz, dlatego zamiast gonić od atrakcji do atrakcji, wybrałam tylko kilka na spokojnie.

Pierwszą z nich było spełnienie mojego pragnienia – zobaczyć koale :) Oczywiście idealnie byłoby obserwować je na wolności, ale takie marzenia muszę odłożyć na później. Byłam w wielu zoo na świecie, ale żadne nie miało w swoich bramach tego sympatycznego nie-misia. Udałyśmy się więc na Darling Harbour do Wildlife Sydney Zoo, które „specjalizuje się” w typowo australijskich zwierzakach: koalach, kangurach, kazuarach, diabłach tasmańskich, nie wspominając o całej rzeszy węży i pająków. Samo zoo jest dość małe i większość jego mieszkańców ogląda się zza szyby, dlatego mi najbardziej podobało się na dachu, gdzie można przyjrzeć się koalom z bliska. Jest nawet opcja zrobienia sobie z nimi zdjęcia. Trochę nie pasuje tylko ta restauracjo-kawiarnia, rozumiem ideę jedzenia posiłku patrząc na zwierzęta, ale gwar i siorbanie zdecydowanie odejmuje uroku.

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, koala jedzący liście eukaliptusa

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, śpiący koala

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, kangur i walabia

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, papużki nierozłączki <3

Darling Harbour oferuje multum innych atrakcji, my jednak promenadą udałyśmy się na przystań Darling Harbour, aby wziąć prom po zatoce Port Jackson (zwanej Zatoką Sydney). Promy kursują tu nie jako atrakcja turystyczna, ale regularny transport publiczny. Co nie zmienia faktu, że mogą zostać wykorzystane jako to pierwsze.

Australia, Sydney, Darling Harbour

Nie do końca wiedziałam, gdzie płyniemy, ale było tak przyjemnie i orzeźwiająco, że sam fakt bycia na promie wystarczał mi za atrakcję. Chwilę później wszystko było jasne, gdy moim oczom ukazał się Sydney Harbour Bridge – słynny most, jeden z symboli Sydney.

Australia, Sydney, Sydney Harbour Bridge (most na zatoce Sydney), w tle opera Sydney (Sydney Opera House)

Prom F4, którym płynęłyśmy, po krótkich przystankach na różnych przystaniach, przybijał do Circular Quay a moim oczom, ogromnym już jak pięciozłotówki, ukazał się najsłynniejszy architektonicznie symbol Australii – budynek opery w Sydney.

Australia, Sydney, opera Sydney (Sydney Opera House)

Australia, Sydney, Circular Quay

Przez chwilę zaświtał mi nawet pomysł, aby sprawdzić czy załapiemy się na jakiś koncert, ale niestety nic z tego nie wyszło. Szkoda, bo chętnie na własne ucho poznałabym jej akustykę. Spacerkiem przez lokalny market, gdzie przystanęłyśmy na szybki obiad i drobne zakupy pamiątek, przeszłyśmy się najpierw początkiem Sydney Harbour Bridge, aby podziwiać Operę, a później w drugą stronę – do podnóża tego niesamowitego budynku, skąd roztacza się niesamowity widok na zatokę i most (zwłaszcza w promieniach zachodzącego słońca, które nam towarzyszyło). Szybka wizyta w operowym sklepiku i kierowałyśmy swe kroki do metra.

Australia, Sydney, opera Sydney (Sydney Opera House)

Australia, Sydney, Sydney Harbour Bridge (most na zatoce Sydney)

Nieopodal stacji St James Asia zabrała mnie do jednego z ukrytych barów – wejście wyglądało jak schody do piwnicy przy szemranej kamienicy. A tam półki uginały się od whisky i whiskey. Kolekcja jest imponująca, a wybór może przyprawić o ból głowy jeszcze zanim zacznie się pić – Australia jest bardzo drogim krajem, więc takie przyjemności zdrowo obciążają portfel. Jak prawdziwi dżentelmeni wypiłyśmy po szklaneczce (bez coli!) i czas było wracać do domu.

Bynajmniej jednak nie był to koniec atrakcji. Asia znów dała popis kulinarny, tym razem przyrządzając mięso z.. kangura.

Australia, Sydney, stek z kangura

Zawsze mi jakoś dziwnie, kiedy próbuję mięsa zwierzęcia, którego kojarzy mi się raczej z zoo niż wiejską zagrodą. Kangur był jednak pyszny, trochę jak słodkawy, delikatny kurczak. Jeszcze tylko porcja domowej roboty tiramisu, niekończące się rozmowy i można było kłaść się spać, bo rano trzeba wstać (i bynajmniej nie „rano to jest, tak gdzieś po pierwszej” ale zdecydowanie wcześniej) – kolejna porcja australijskiej przygody już czekała.

zwierzaki i widoki – Australia – uwertura

Zapiski z wypadu do Australii muszę zacząć nietypowo. Zastanawialiście się kiedyś jak wiele błędów można popełnić i ile zbiegów złych okoliczności może nastąpić podczas jednej, 5,5-dniowej podróży? Ja mam nadzieję, że poniższą historią osiągnęłam już moje życiowe maksimum w tej kwestii. Najbardziej jednak fascynuje mnie, że pomimo iż wszystko poszło nie tak, ta eskapada wciąż sprawiła mi ogromną frajdę i wspominam ją z radością.

Po kilku wycieczkach w okolicach Singapuru, nastał czas wypuścić się gdzieś dalej. Udało mi się nawet wykrzesać 1,5 dnia urlopu, co z ekstremalnie długim weekendem z okazji 50-tych urodzin Singapuru, dało mi pole do popisu. Już kilkanaście tygodni wcześniej palec na mapie zaczął wskazywać Koreę Południową. Niestety, w owym czasie, w kraju tym zagościł wirus MERS, a ja zdecydowanie nie ryzykuję w takich kwestiach. Obróciłam więc mapę o prawie 180 stopni i postanowiłam skorzystać z zaproszeń od moich znajomych z Australii – Asi, która urzędowała na doktoracie w Sydney i Delwyn, koleżanki z pracy w Singapurze, która wróciła do swego kraju i osiedliła się wraz z mężem w malowniczej Vincentii na wschodnim wybrzeżu. Kierunek nie jest oczywiście najtańszy, zwłaszcza gdy w grę wchodzi bardzo długi weekend. Loty z Singapuru, na kilka tygodni przed, były albo wyprzedane albo kosmicznie drogie. Jak zawsze wzięłam się na sposób i udało mi się znaleźć sensowne bilety z Kuala Lumpur do Sydney przez Skypicker. Zwykle kręcę nosem na kupowanie przez pośredników, ale cena była przekonująca. Lot z Singapuru do Kuala Lumpur i z powrotem kupiłam osobno, tracąc możliwość tranzytu (wszak loty niepołączone), ale mając w zapasie 5 godzin w drodze do i 2 godziny 10 minut w drodze powrotnej ryzyko zostanie na lodzie z powodu opóźnień uznałam za minimalne, zwłaszcza że lotnisko w Kuala Lumpur nie jest mi obce.

W imię ułatwień i polityki „wszystko zrobimy za Ciebie” Skypicker nie udostępnił mi.. oficjalnego numeru mojej rezerwacji (takiego, którym możesz sprawdzić na stronie linii lotniczych, że wszystko jest w porządku). Próbowałam trzymać w ryzach mój sceptycyzm, ale wymiana maili z obsługą klienta wcale mnie nie uspokajała. Dostałam tylko wewnętrzny numer rezerwacji i jakiś wewnętrzny bilet.. Wszystko wyglądało tak, że powątpiewałam czy faktycznie mój bilet istnieje w systemie Air Asia, którą miałam lecieć. Dodatkowo każdą zmianę (dodanie bagażu, dodanie posiłku) musiałam załatwiać przez ichniejszą obsługę klienta, zamiast kliknąć dwa razy na stronie rezerwacji – pewnie też mieli z tego dodatkowy zarobek. Po n-tej wiadomości łaskawie otrzymałam zrzuty ekranu z oficjalnej strony Air Asia, na których mogłam zobaczyć, że jestem na liście pasażerów (wciąż bez numeru rezerwacji..).

W końcu nadszedł dzień wyjazdu, skopiowałam więc na telefon te ich wewnętrzne dokumenty i z nadzieją wsiadłam do samolotu Malindo Air w stronę stolicy Malezji. Po krótkim locie, z coraz większym bananem na twarzy, przeszłam przez odprawę celną i skierowałam się do okienka nadać bagaż i odebrać mój upragniony, „prawdziwy” bilet do Australii. „Niestety, nie może pani lecieć” zabrzmiało zza lady. Słuchamżecoproszę?! Nie, nie była to kwestia pośrednika, faktycznie byłam na liście pasażerów, ale w systemie wyświetlała się informacja o braku uprawnienia do wkroczenia na teren Australii czyli.. wizy. Tak. Ja, która raczej mam się za zorganizowaną i zaplanowaną (czasem aż do przesady) nie pomyślałam o tak prozaicznej kwestii jak wiza. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że w celach turystycznych mogę takowej potrzebować. Może za bardzo myślałam o Australii przez pryzmat Europy? Zastanawianie się nic już nie dawało, fakt był jednak faktem – nie mogę lecieć. Wściekłość na samą siebie, która mnie wtedy ogarnęła jest nie do opisania – jak mogłam być tak głupia?! Wietnam, Kambodża, Chiny, Indonezja… Po 3 razy zawsze czytam gdzie, jak, co, kiedy i czy trzeba aplikować. Do części z krajów, w których byłam jest po prostu visa-on-arrival czyli bez wcześniejszych wniosków otrzymuje się pozwolenie na krótki pobyt w danym kraju po załatwieniu formalności po przylocie. Niestety tak to nie działa w Australii.

Ze szklistymi oczami na czerwonej ze złości twarzy, usiadłam w najdalszym kącie lotniska i chciałam zapaść się pod ziemię. Sytuacja nie była jednak totalnie beznadziejna – jako obywatel Polski mogę aplikować o wizę turystyczną do Australii przez internet, jeśli wszystko jest w porządku wiza może zostać zatwierdzona nawet w przeciągu godziny. To wciąż dawało nadzieję na złapanie nocnego samolotu do Sydney, wszak miałam jeszcze prawie 4h! Wypełniłam ekspresem i nie mogąc znaleźć sobie miejsca kręciłam się w kółko, nieustannie odświeżając skrzynkę mailową w telefonie i okazjonalnie dręcząc pana w obsłudze klienta Air Asia – czasem zanim osoba zainteresowana dostanie wiadomość potwierdzającą, linie lotnicze już mają informację w systemie. Kilkanaście telefonów tu i ówdzie wykonanych przez pracownika Air Asia na nic się jednak zdały – cud nie nastąpił. Nadeszła 22:40 i musieli zamknąć odprawę by wykonać lot o czasie. Beze mnie.

Absurd tego w co się wpakowałam nie ułatwiał mi podjęcia decyzji co dalej. Zasadniczo opcje były 3: miałam jeszcze pół godziny, żeby kupić bilet i wystartować lotem powrotnym do Singapuru, spędzając długi weekend na rytmicznym uderzaniu głową w ścianę w salonie, aby dobitnie odczuć konsekwencje mojego braku myślenia. Mogłam też zostać i spędzić wściekłe 5 dni w Kuala Lumpur, które zwiedzałam już dwukrotnie i nie darzę jakąś olbrzymią sympatią. Ostatnią opcją było czekać na cud, jeśli wiza zostanie zaakceptowana następnego dnia, moja wizyta w Australii wciąż ma trochę sensu. Dodam, że mój bilet, kupiony po taniości, nie miał oczywiście opcji zmiany dat wylotu, więc w grę wchodził tylko zakup nowego, kosmicznie drogiego biletu. Z racji siły wyższej (jeśli głupotę można tak określić) Air Asia zaproponowała, że uzna moje niestawienie się w samolocie jako wypadek losowy i zaoferowała, że jeśli otrzymam wizę następnego dnia i zdecyduję się lecieć, to odliczy mi wydane już pieniądze od ceny nowego biletu (dobre i to, doceniam gest!). Wystarczy, że przyjdę jutro do okienka ze starym numerem rezerwacji i wszystko będzie w systemie. Zaraz, zaraz.. Numer rezerwacji.. Cholerny Skypicker.. Pan z obsługi był nieźle zdziwiony, kiedy wyjaśniałam, że takowego nie znam. Czym prędzej zanotował mi go na skrawku papieru, życzył powodzenia i dobranoc.

Dobranoc. Właśnie.. Zdecydowanie nie chciałam wracać do domu nie dając temu wszystkiemu szansy. Może rano jakieś telefony i błagania pomogą? Podobno tych, którzy nie przeszli w szybkim czasie automatycznie przez proces, musi zweryfikować pracownik urzędu imigracyjnego Australii, może da się coś zdziałać? Skoro i tak nie miałam nic lepszego do roboty, uznałam, że spędzę jeszcze 24h w Kuala Lumpur, a jeśli jutro się nie uda, to wieczorem wracam do Singapuru. Teraz tylko trzeba było coś ze sobą zrobić podczas czekania na wizowy cud, dochodziła północ.

Aby nie dodawać kolejnych kosztów tej wyprawie, zarezerwowałam na szybko najtańszy hotel dostępny w okolicy stacji głównej w Kuala Lumpur (ostatni pokój, wszystko było zajęte!), zrobiłam kilka zrzutów ekranu z  drogą do przejścia i wsiadłam w pociąg z lotniska. Oczywiście nic nie było jak trzeba, nie wiedziałam z której strony dworca wyszłam i nawet zapytany przechodzień nie umiał mi pomóc. Złość, która zenit osiągnęła na lotnisku, wkraczała na nieznane mi dotąd obszary. Po 10 minutach krążenia (a do hotelu było niby jedyne 5 min pieszo..) znalazłam taksówkarza, który zgodził się mnie zawieźć. Hotel, jak się okazało, na Little India, nie był najgorszym w jakim przyszło mi spać, ale okolica nie zachęcała. Marzyłam tylko o prysznicu, zamknięciu się na 4 spusty i krzyku w poduszkę przez resztę nocy. Stałam w recepcji, czekając na klucze, gdy do hotelu weszła kobieta o europejskim wyglądzie. Myślę sobie, „Dobra, nie jest tak źle, przynajmniej nie jestem sama” (tak wiem, stereotypy..). Nie była jednak gościem hotelu, a szukała noclegu. Zblazowany recepcjonista wskazał na mnie palcem i powiedział, że właśnie biorę ostatni wolny pokój. Pogratulowała mi szczęścia, bo ona idzie od stacji już piąty hotel i nigdzie nie ma wolnych pokoi. Niewiele myśląc, zaoferowałam jej podzielenie się moim pokojem. I tak był dwuosobowy, a ja w tej swojej osobistej ‚tragedii’ uznałam wspaniałomyślnie, że może komuś przynajmniej poprawię humor. Podzieliłyśmy się opłatą i omijając panów w ręcznikach, udałyśmy się na górę. Niestety, nie pamiętam już jej imienia, ale szybko złapałyśmy dobry kontakt, dzieląc się historiami, które przywiodły nas do położenia w którym się znajdujemy. Nowo poznana znajoma z Holandii, wracała z obozu survivalowego, który prowadziła gdzieś w Azji i spóźniła się na przesiadkę. Następny lot dopiero za 24h więc firma kazała jej znaleźć sobie nocleg w mieście. Mimo późnej pory (1.30) uznałyśmy, że pójdziemy jeszcze coś zjeść do budek, które wciąż były otwarte przy ulicy, a jak nam się uda to może i piwo gdzieś kupimy.

Na szczęście hotelowy internet był w miarę dobry, więc po powrocie przekopywałam fora w poszukiwaniu porad. Jedna z nich sugerowała załączenie do swojej aplikacji tony różnych dokumentów, które urząd celny może poprosić do zweryfikowania aplikacji (próbuje się zatem ich ubiec i tym samym zaoszczędzić czas). Fakt, moja aplikacja musiała być dość niecodzienna: Polka, mieszkająca w Singapurze, aplikująca z Malezji, może dlatego chcą widzieć więcej? Na szczęście recepcjonista zgodził się w środku nocy zeskanować moje dokumenty, mimo że obsługa maszyny była chyba dla niego czarną magią. Czego tam nie było: paszport, pozwolenie o pracę i pobyt w Singapurze, pieczątka wjazdowa z Malezji (żeby udowodnić, że jestem tam legalnie), wyciąg z konta, by pokazać zarobki. Miałam tylko cichą nadzieję, że te wszystkie skanowania i logowania się do banku w przypadkowej sieci nie narażą moich danych. Dołączyłam wszystko w systemie i postanowiłam spróbować zmrużyć oko.

Po 2-godzinnej drzemce otworzyłam powiekę i niestety wciąż byłam w hotelu w Kuala Lumpur. Australia właśnie się budziła i czas było poinformować znajomą, żeby nie wyjeżdżała na lotnisko. Gdy tylko wybiła australijska 8.30 zaczęłyśmy razem z Asią wytrwałe dobijanie się na infolinię urzędu celnego Australii. Udało się nawet dwa razy połączyć z konsultantem, ale nie mieli dobrych wieści – nic nie da się przyspieszyć, jeśli aplikacja jest już gdzieś w systemie. Trzeba czekać i mieć nadzieję, że znajdzie się wkrótce w rękach urzędników (jeśli faktycznie nie może być zaakceptowana automatycznie). Ambasada Australii w Malezji też nie mogła nic pomóc. Beznadzieja.

Powoli kończyła się doba hotelowa. Współlokatorka postanowiła spędzić dzień na zwiedzaniu Kuala Lumpur, ja potrzebowałam być cały czas online (na wypadek gdyby wiza przyszła). Pożegnałyśmy się więc i wsiadłam w pociąg z powrotem na lotnisko – wszak oferują darmowy internet. Nie miałam z resztą nastroju na nic innego. Decyzja zapadła – jeśli się nie uda, kupuję bilet i wracam do domu.

Kolejne łzy były znów tymi z niedowierzania, ale już na szczęście połączone z tymi z radości – mniej więcej w połowie drogi pociągiem chwyciłam internet w smartfona i w skrzynce czekał upragniony email! Wiza, WIZA!!!! Ostatecznie nie wiem co pomogło, załączone dokumenty, telefony do urzędu imigracyjnego czy po prostu tak miało być.

Czas na chwilę przyspieszył jeszcze bardziej. Sprawnie ogarnęłam nowy bilet na lotnisku, tłumiąc na dnie plecaka łkanie karty kredytowej i zaczęłam ogarniać sobie czas na lotnisku, jedyne 12h. Byłam wykończona, niewyspana i na emocjonalnej huśtawce. Obdzwoniłam wszystkich, przeczytałam książkę, przysypiałam gdzieś na podłodze, godziny ciągnęły się niemiłosiernie, aż w końcu z ciągłym niedowierzaniem nadałam walizkę, przeszłam odprawę celną i odbiłam się od malezyjskiej płyty lotniska w kierunku Australii.

W samolocie spałam jak zabita, jeszcze tylko kontrola celna po australijskiej stronie, obwąchanie bagażu przez sympatycznie wyglądające psy lotniskowe (do Australii nie można wwozić wielu produktów spożywczych, jeśli się jakieś ma to należy zgłosić. Znalazłam się w specjalnej kolejce do psiego sprawdzania, bo wiozłam azjatyckie chipsy w prezencie dla Asi – oryginalnie zapakowane, przeszły bez problemu. Nie wiem tylko dlaczego celniczka zapytała mnie czy mam jabłka w walizce, ale po tylu podróżach nie dziwię się, że moja torba pachnie czymś dziwnym, co mogło wzbudzić podejrzenia psiego nosa). Asia już czekała po drugiej stronie, witając mnie sympatycznym kangurkiem.

Myślicie, że po takim początku gorzej być nie może? Owszem, może. Kilka godzin później odkryłam, że moja lustrzanka robi w połowie czarne zdjęcia. Ściągam obiektyw, patrzę do środka.. Mechanizm podnoszenie lustra nie działa.. Próby zaczepienia strony która spadła odpuściłam sobie po kilku minutach bojąc się, że uszkodzę jeszcze bardziej. Pozostał aparat w telefonie i droga naprawa po powrocie do Singapuru.. Złośliwość rzeczy martwych i przypadek? Nie. Szybko przypomniałam sobie, jak w nerwach na lotnisku upuściłam plecak na podłogę.. Wystarczyło.

Mało? W drodze powrotnej moje 2 godziny i 10 minut skurczyło się do 1 godziny 25 minut z powodu opóźnienia spowodowanego burzą. Przypominam, że nie miałam tranzytu – musiałam przejść malezyjską odprawę celną, odebrać bagaż, nadać go ponownie, sprawdzanie bagażu podręcznego, znów odprawa celna i dopiero mogłam lecieć dalej. Miałam więc 25 minut, aby znaleźć się przy okienku w hali odlotów mojego „ukochanego” lotniska (trzeba być najpóźniej na godzinę przed odlotem). Tutaj obsługa spisała się na medal, najpierw podwożąc mnie pod odprawę celną lotniskowym samochodzikiem (oczywiście byłam gdzieś hen daleko), a po streszczeniu sytuacji, pozwalając mi ominąć kolejki i uzyskać pieczątkę w okienku zarezerwowanym dla pilotów i obsługi samolotów. Jeszcze tylko odebrać bagaż, który stracił gdzieś pokrowiec (nieważne, biegnę..), schody w górę, nogi już ledwo mnie niosą, dobiegam do okienka teoretycznie 3 minuty przed końcem czasu, gdy pani z obsługi już praktycznie zamykała. Musiała nawet zadzwonić czy aby na pewno jeszcze może mnie wpuścić. Ufff.. może, udało się.. Bagaż pojechał, a ja biegnę dalej, sprawdzanie, odprawa celna, bramka i jest.. dobijam pod rękaw do samolotu w momencie rozpoczęcia boardingu. Jeszcze tylko wypluję serce, płuca i wszystko inne co mam w środku, na posadzkę i mogę wsiadać.

Pomiędzy ten podróżniczy koszmar wpisuje się fantastyczny kraj, który absolutnie zrekompensował mi zszargane nerwy. Nawet widmo dna na koncie w banku (dodatkowy bilet na dzień przed odlotem, naprawa lustrzanki, niebotycznie wysoki rachunek za telefon z uwagi na roaming) nie wpłynęło na moją ocenę. O samej Australii jednak w następnym odcinku.