Miesiąc: Czerwiec 2014

nie tylko Szkoci noszą spódniczki – Birma, akt II: Bagan

Wyspane, wykąpana i najedzone – można było zwiedzać dalej. Powiedziałyśmy „nie” wszelakim środkom transportu. Rower by pasował, ale włączył nam się zmysł zdobywcy, więc z dwoma kółkami ciężko byłoby przedzierać się przez krzaki w niektórych miejscach. Bagan to zupełnie inna historia niż Mandalay. Okolica podzielona jest właściwie na  New Bagan, Old Bagan i Nyanung-U (polecam zerknąć sobie na mapę). Podczas, gdy pierwsza i trzecia z nich to okolice mieszkalne – Old Bagan, rozpościerający się między nimi, to pustynio-łąko-podobny teren z ponad 2200 (!) XI-XIII-wiecznych świątyń. Świątyń, pagód, stup, które wyrastają wszędzie dookoła. Spacerując, obchodząc, próbując wejść na górę albo od boku, człowiek czuje się jak odkrywca nieznanej dotąd cywilizacji. Atmosfery dodaje fakt, że ilość ludzi w pobliżu najczęściej równa jest zero (czasem ktoś się przewinie w oddali). Jest się samemu, w środku niczego, co z drugiej strony 1000 lat temu było stolicą państwa i pokazem jego ekonomicznej siły – ilość świątyń sięgała wtedy rzędu 10 000. Podobnie jak w kambodżańskim Angorze, także w Bagan, absolutnie nie ma żadnych obostrzeń co do sposobu zwiedzania. Nie ma tabliczek, ochrony i grupowych wycieczek, czasem tylko wejścia na dach chroni krata z kłódką. Można eksplorować na własną rękę i nawet tak jak my, przedzierać się przez krzaki czy skakać przez doły, byle tylko zobaczyć co jest dalej. Oczywiście można też zwiedzać w bardziej cywilizowany sposób ;) Większe świątynie podłączone są do drogi, ale to już nie ten urok – iść wytyczonymi szlakami. Opis absolutnie nie oddaje tego, co człowiek czuje w takim miejscu. Z jednej strony ciężko zebrać myśli i ogarnąć to, co wydarzyło się setki lat temu, z drugiej strony pojawia się ogromny spokój i trochę podróż w głąb siebie.
Z Nyaung-U w którym był nasz hotel spacerowałyśmy w stronę New Bagan, posługując się średnio odkserowaną mapą dostaną w hotelu. Miałyśmy przynajmniej punkty odniesienia, chociaż tak naprawdę mapa przydała się najbardziej w drodze powrotnej, gdzie czas odgrywał istotną rolę. Przesyt świątyniami z dnia poprzedniego nie miał już znaczenia, tu wszystko było inne, dzikie i fascynujące. Okropny upał i wszechobecny kurz też nie był w stanie nas zatrzymać (niech żyje 100 Plus – izotonik, którego morze wypiłyśmy tego dnia). Co tu dużo mówić, Angkor z Kambodży ma silną konkurencję, która póki co zachęca dodatkowo brakiem turystów. Oczywiście klimat obu miejsc jest zupełnie inny, warto to odkryć samemu. Właściwie nie ma już co pisać, zdjęcia mogą jedynie spróbować oddać namiastkę tego, jak tam jest.
Birma (Mjanma), Bagan, motorynki na wynajem - kusiły, ale wybrałyśmy dreptanie

Birma (Mjanma), Bagan, motorynki na wynajem – kusiły, ale wybrałyśmy dreptanie

Birma (Mjanma), Bagan, Shwe Zigon Zedi Pagoda

Birma (Mjanma), Bagan, Shwe Zigon Zedi Pagoda

Birma (Mjanma), Bagan, Shwe Zigon Zedi Pagoda

Birma (Mjanma), Bagan, Shwe Zigon Zedi Pagoda

Birma (Mjanma), Bagan, Shwe Zigon Zedi Pagoda

Birma (Mjanma), Bagan, Shwe Zigon Zedi Pagoda

Birma (Mjanma), Bagan, korytarz ze straganami prowadzący do Shwe Zigon Zedi Pagoda

Birma (Mjanma), Bagan, korytarz ze straganami prowadzący do Shwe Zigon Zedi Pagoda

Birma (Mjanma), Bagan, świątynie nieopodal Shwe Zigon Zedi Pagoda

Birma (Mjanma), Bagan, świątynie nieopodal Shwe Zigon Zedi Pagoda

Birma (Mjanma), Bagan, na górze jednej ze świątyń

Birma (Mjanma), Bagan, na górze jednej ze świątyń

Birma (Mjanma), Bagan, widok na okolicę

Birma (Mjanma), Bagan, widok na okolicę

Birma (Mjanma), Bagan, kaktusy!

Birma (Mjanma), Bagan, kaktusy!

Birma (Mjanma), Bagan, Htilominlo temple

Birma (Mjanma), Bagan, Htilominlo temple

Birma (Mjanma), Bagan, 100 Plus - i jedziesz dalej!

Birma (Mjanma), Bagan, 100 Plus – i jedziesz dalej!

Birma (Mjanma), Bagan, kompleks Khay Min Gha Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, kompleks Khay Min Gha Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, kompleks Khay Min Gha Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, kompleks Khay Min Gha Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, kompleks Khay Min Gha Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, kompleks Khay Min Gha Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, kompleks Khay Min Gha Phaya - niech żyją selfiki!

Birma (Mjanma), Bagan, kompleks Khay Min Gha Phaya – niech żyją selfiki!

Birma (Mjanma), Bagan, świątynia z rzeźbami słoni

Birma (Mjanma), Bagan, świątynia z rzeźbami słoni

Birma (Mjanma), Bagan, Ananda Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, Ananda Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, świątynie

Birma (Mjanma), Bagan, świątynie

Birma (Mjanma), Bagan, Figura Buddy w świątyni Ananda Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, Figura Buddy w świątyni Ananda Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, korytarze świątyni Ananda Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, korytarze świątyni Ananda Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, odcisk stóp Buddy w świątyni Ananda Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, odcisk stóp Buddy w świątyni Ananda Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, Thatbyinnyu Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, Thatbyinnyu Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, mnisi pod Thatbyinnyu Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, mnisi pod Thatbyinnyu Phaya

Birma (Mjanma), Bagan, świątynie

Birma (Mjanma), Bagan, świątynie

Birma (Mjanma), Bagan, świątynie

Birma (Mjanma), Bagan, świątynie

Birma (Mjanma), Bagan, :)

Birma (Mjanma), Bagan, :)

Birma (Mjanma), Bagan, swojsko :)

Birma (Mjanma), Bagan, swojsko :)

Birma (Mjanma), Bagan, krzaczory mi nie straszne!

Birma (Mjanma), Bagan, krzaczory mi nie straszne!

Birma (Mjanma), Bagan, nie, to nie jest opalenizna.. ;)

Birma (Mjanma), Bagan, nie, to nie jest opalenizna.. ;)

Na całe szczęście, w hotelu, w którym zostawiłyśmy bagaż na przechowanie, pozwolili nam się opłukać z tego całego kurzu, inaczej w takim stanie jechałybyśmy do samego Singapuru. Kolejna nocka znów spędzona w autobusie (równie wygodnym jak poprzednio) – kierunek: Yangon, była stolica kraju, nieopodal której znajduje się lotnisko. Spod hotelu załadowali nas na pakę pick-upa i pełne nadziei, że wiozą nas na właściwy dworzec autobusowy, żegnałyśmy się z niesamowitym Bagan, gdzie noc otulała już wszystkie świątynie.

Reklamy

nie tylko Szkoci noszą spódniczki – Birma, akt I: okolice Mandalay

Promocje z natury się lubi. Więc kiedy Grzesiek, kumpel z pracy, wraz żoną, wytropili tanie bilety lotnicze do Myanmaru (Birma) na długi weekend, nie pozostało nam nic innego jak do nich dołączyć. Jako, że Sue pochodzi z Birmy, dawało nam to cień szansy komunikacyjnej z lokalną społecznością, co okazało się niezmiernie pomocne już na samym początku podróży. Później oni zostali u rodziny, a my pojechałyśmy w głąb kraju. Birma (czy też Myanmar, w spolszczonej wersji: Mjanma, która wygląda mi trochę dziwnie) to przede wszystkim kraj o ogromnych problemach ekonomicznych i politycznych, jednen z najbiedniejszych na świecie. Nieustannie boryka się z brakiem płynności w dostawie prądu, słabą infrastrukturą czy opieką medyczną. Wiele rejonów jest zamkniętych dla turystów, do innych trzeba mieć specjalną wizę (oprócz ogólnej wizy wjazdowej do kraju). Zapomnij o roamingu, internet czasem jest, czasem nie ma. Z drugiej strony niezwykle przyjazny i inspirujący kraj, w którym ilość mnichów i świątyń poświęconych Buddzie, dawno przekroczyła zdrowy rozsądek. I tak jak w tytule – mężczyźni noszą tu spódnice – longyi, które wiązane są w inny sposób niż ich kobiecy odpowiednik.
Planowanie naszych 3 dni pobytu odbywało się w locie. Dosłownie. Jakoś nie było czasu wcześniej rozplanować, ani nawet kupić przewodnika, hotele też nie zarezerwowane, bo nie wiedziałyśmy jak będziemy się przemieszczać. Totalny spontan, zwykle niepolecany w krajach, w których szansa na dogadanie się czy znalezienie czegoś przypadkiem, jest raczej niska. Pierwszy punkt: znaleźć dworzec autobusowy i spróbować zorganizować nocną przeprawę z Yangon (do którego przyleciałyśmy) do Mandalay albo Bagan.
Birma przywitała nas.. brakiem prądu. W drodze z samolotu do odprawy celnej światła zgasły i tylko niewielkie lampki, wspomagane zapewne generatorem, umożliwiły nam poruszać się dalej. Dobrze się zaczęło, pomyślałyśmy. Zapowiadały się 3 dni survivalu.
Birma (Mjanma), Yangoon, welcome to Myanmar - egipskie ciemności na dobry wieczór!

Birma (Mjanma), Yangoon, welcome to Myanmar – egipskie ciemności na dobry wieczór!

Odprawa przeszła gładko, wizy załatwiałyśmy już dużo wcześniej, wymieniłyśmy też amerykańskie dolary na kiaty, chociaż obie waluty są w obiegu, jako że ta lokalna jest bardzo niestabilna. Tak w ogóle to mała porada podróżnicza: do krajów takich jak Birma czy Kambodża zaleca się przywozić USD o niskim nominale i perfekcyjnym stanie. Brudne czy pogniecione banknoty nie zostaną zaakceptowane.
Nasze pierwsze wybawienie czekało tuż za bramkami. Wujek Sue zadzwonił do przewoźnika i zarezerwował nam 2 ostatnie bilety na nocny autobus do Mandalay, (martwiąc się, że będziemy siedziały na tylnych siedzeniach, gdzie fotele się nie rozkładają, jakby miało to znaczenie), a nawet wsiadł z nami do taksówki i zahaczając o lokalną jadłodajnię, zawiózł nas na „dworzec” (?). Nie, dworcem tego nazwać nie można, ale jedno było pewne – gdybyśmy dotarły tam same to kiepsko bym nas widziała. Wszystko dogadane, wszamałyśmy na szybko naszą kolację ze styropianowych pudełek i do autobusu. Pełen luksus! Oby PKSy w Polsce tak wyglądały! Rozkładane fotele, kocyk, poduszka, woda. Pominę już lampki choinkowe obok kierowcy i telewizor, z którego przez kilka godzin leciały buddyjskie modły (zatyczki  do uszu uratowały sen).
Mandalay o poranku (5.00?) na dzień dobry zaserwowało: zapuszczony plac manewrowy dla autobusów (z ogromną ilością kałuż, kurzu i błota) z taksówkarzami, którzy jeszcze podczas parkowania autobusu oblepili szczelnie jego przednią szybę i drzwi wyjściowe, byle tylko zgarnąć klienta. Cel: ogarnąć dalszą podróż, to gdzie jesteśmy i co właściwie będziemy tu robić. Podążając za wskazówkami wujka Sue odnalazłyśmy Elite Express i na migi próbujemy się dogadać. Tu przychodzi wybawienie numer dwa: Aung Aung, który okazuje się płynnie posługiwać angielskim, a przy okazji być organizatorem wycieczek (mam kontakt do gościa, gdyby ktoś był zainteresowany!). Elite nie posiadało wieczornych autobusów do Bagan (naszego następnego celu), ale ten pan nie tylko pomógł nam odnaleźć odpowiedniego przewoźnika, ale także zadzwonił do swojego znajomego w Bagan, by ten zarezerwował nam bilety powrotne do stolicy (które potrzebowałyśmy na nocny autobus po jednodniowym pobycie w Bagan) i rozwiązał nam problem co począć w Mandalay – zadzwonił po znajomego taksówkarza (?), który za absolutnie przystępną cenę obwoził nas cały dzień po lokalnych atrakcjach i dodatkowo posługiwał się podstawowym angielskim. Birma bardzo mocno opiera się na znajomościach, ale nikt nie próbuje Ci niczego wcisnąć i ludzie wciąż będą Ci pomagać, nawet jeśli czegoś odmówisz. Oczywiście, że w takich sytuacjach „pomocy” wypada dać napiwek, który jest bardzo chętnie przyjmowany, ale nie oszukujmy się, stawki jakie zwykle daje się w Birmie za często nieocenioną pomoc, nie należą do wygórowanych. I chociaż objazdowe wycieczki to nie jest moja ulubiona forma zwiedzania, to w przypadku Mandalay sprawdziła się bez dwóch zdań.
Birma (Mjanma), Mandalay, dworzec autobusowy

Birma (Mjanma), Mandalay, dworzec autobusowy

Zupełnie spokojne o nasze przetrwanie wsiadłyśmy do klimatyzowanego samochodu (uff.. upał i plecaki zaczynały już doskwierać) i zaczął się nasz rajd po świątyniach. Tak, Birma to kraj niezliczonej ilości świątyń. Mój po-japoński przesyt dzielnie to znosił, ale jedno jest pewne – następna podróż – żadnych świątyń! Ale, ale, kiedy tylko kierowca ruszył na drogę nastąpiła lekka konsternacja – czy aby wszystko jest w porządku? Zagadka na filmie poniżej (polecam nie szukać odpowiedzi w internetach, ale samemu się zastanowić co jest nie tak :) )

Zaczęłyśmy w Mingun, położonym niedaleko Mandalay. Turystów brak – pierwszy plus. Tuż u podnóża świątyni Mingun Pahtodawgyi obskoczyła nas grupka dzieciaków, proponując, a to kwiatki, a to wachlarze, a to inne cuda dla Buddy. W końcu większość odpuściła, widząc nasz brak zainteresowania, jednak dwóch chłopców o niezłym angielskim zostało jako nasi „przewodnicy”. Szybkie porozumienie – nie spławiamy ich, mądrze mówią, a my nic nie wiemy, odpali im się coś na końcu i gitara. Większość tych dzieciaków deklaruje, że zbiera na szkołę. Fakt, że niektóre z nich całkiem nieźle sobie radziły po angielsku, pozwalał mi wierzyć, że rzeczywiście do tej szkoły chodzą.
Mingun Pahtodawgyi to wielki.. klocek, powstały rękami więźniów i niewolników jakieś 200 lat temu. Celowo niedokończona stupa (jej ukończenie miało jakoby oznaczać upadek państwa albo śmierć króla), do której właściwie nie da się wejść (brama prowadzi tylko do figurki Buddy, a do około ściany). Wrażenie robią jej pęknięte, na skutek trzęsienia ziemi, masywne ściany.
Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Pahtodawgyi

Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Pahtodawgyi

Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Pahtodawgyi, krokodylek odprowadzający wodę

Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Pahtodawgyi, krokodylek odprowadzający wodę

Birma (Mjanma), Mingun, widok na Mingun Pahtodawgyi z Hsinbyume Pagoda

Birma (Mjanma), Mingun, widok na Mingun Pahtodawgyi z Hsinbyume Pagoda

Dalej zaprowadzono nas do Hsinbyume Pagoda drogą pomiędzy lokalnymi chatkami i domostwami. Zaintrygowane żółtymi śladami na twarzach chłopaków, dowiedziałyśmy się o Thanaka – żółtawym kosmetyku o bardzo intensywnym i przyjemnym zapachu, który używany jest do rytualnego makijażu. U progu chatki, w której chłopcy mieszkali, Kasia oddała się w ręce lokalnego wizażysty, proces przygotowania i nakładania specyfiku na filmiku poniżej.
Birma (Mjanma), Mingun, lokalne gospodarstwa

Birma (Mjanma), Mingun, lokalne gospodarstwa

Birma (Mjanma), Mingun, Kasia podczas nakładania Thanaki na progu lokalnej chatki

Birma (Mjanma), Mingun, Kasia podczas nakładania Thanaki na progu lokalnej chatki

Hsinbyume Pagoda wymalowana na biało, zgodnie z opisem mitologicznej góry buddyjskiej Mount Meru.
Birma (Mjanma), Mingun, Hsinbyume Pagoda

Birma (Mjanma), Mingun, Hsinbyume Pagoda

Birma (Mjanma), Mingun, Hsinbyume Pagoda

Birma (Mjanma), Mingun, Hsinbyume Pagoda

Nieopodal znajduje się słynny Mingun Bell – pod względem wielkości, drugi na świecie dzwon. I zapewne znaczniej mniej chroniony niż ten pierwszy. Turystom pozwala się na przykład zadzwonić (patrz filmik poniżej), a nawet zachęca się ich do wejścia do środka dzwonu i podpisania się na jego wewnętrznej ścianie.

Birma (Mjanma), Mingun, budynek, w którym znajduje się Mingun Bell

Birma (Mjanma), Mingun, budynek, w którym znajduje się Mingun Bell

Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Bell - selfie w dzwonie!

Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Bell – selfie w dzwonie!

Drogą w stronę rzeki obejrzałyśmy jeszcze jedną mniejszą świątynię, a także, kompletnie zniszczone przez trzęsienie ziemi, pomniki lwów. Irrawadda (Ayeyarwada) na swoim brzegu skrywała jeszcze dwie lokalne ciekawostki. Pierwszą były.. bydło-taksówki. Jeśli ktoś z lokalnej ludności chce się dostać do miasta, to może wynająć taki właśnie transport. Nieopodal moje oko wypatrzyło także kobiety, które prały w rzece ubrania.

Birma (Mjanma), Mingun, bydło-taksówka

Birma (Mjanma), Mingun, bydło-taksówka

Birma (Mjanma), Mingun, pranie w rzece

Birma (Mjanma), Mingun, pranie w rzece

Birma (Mjanma), Mingun, co w trawie piszczy?

Birma (Mjanma), Mingun, co w trawie piszczy?

Birma (Mjanma), Mingun, lokalne sklepy

Birma (Mjanma), Mingun, lokalne sklepy

Następny punkt naszej wycieczki to Sagaing, a właściwie słynne Sagaing Hill – wzgórze, z potężną ilością świątyń, które wg legendy birmańskiej, odwiedził sam Budda (wzgórze, nie świątynie). Pierwszą, którą my odwiedziłyśmy była International Buddhist Academy, a chwilę później skierowaliśmy się do U Min Thonze (świątynia 30 grot) oferującą, oprócz niezliczonej ilości figur Buddy, tarasy z widokiem na okolicę.
Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze

Birma (Mjanma), Sagaing Hill

Birma (Mjanma), Sagaing Hill

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze, zasady dotyczące ubioru w świątyni

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze, zasady dotyczące ubioru w świątyni

Wciąż pozostając w Sagaing udałyśmy się jeszcze do najstarszej świątyni na wzgórzu – Soon U Ponya Shin, do której prowadzi niezliczona ilość schodów (zapewne z racji położenia na samym szczycie Sagaing Hill). Wnętrze mieniło się lusterkową mozaiką, a widok z tarasów był niesamowity. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, pośród zieleni i niskiej zabudowy mieszkalnej, wystają złote szczyty świątyń, pagód i stup.
Birma (Mjanma), Sagaing, Budda w Soon U Ponya Shin

Birma (Mjanma), Sagaing, Budda w Soon U Ponya Shin

Birma (Mjanma), Sagaing, Soon U Ponya Shin

Birma (Mjanma), Sagaing, Soon U Ponya Shin

Birma (Mjanma), Sagaing, Budda w Soon U Ponya Shin, różowe wafelki do lodów!

Birma (Mjanma), Sagaing, Budda w Soon U Ponya Shin, różowe wafelki do lodów!

Po wyczekiwanym lunchu i dość pochmurnym przedpołudniu przyszedł na czas na (nie, nie, nie na kolejną świątynię ;) ) spokojny spacer po U Bein Bridge w promieniach przygrzewającego słońca. Wybudowany w 1850 roku most o długości 1.2 km, jest znany jest jako najstarsza i najdłuższa tego typu konstrukcja z drewna tekowego na świecie. Nie byłam przekonana co do jego stabilności, ale spisuje się dzielnie, mimo swojego wieku. Sam most przechodzi przez jezioro Taungthaman, niedaleko Amarapury (miasta wydzielonego tuż obok Mandalay).
Birma, Amarapura, U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, lokalne czółenka przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, lokalne czółenka przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, przekąski przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, przekąski przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, kuchnia bardziej polowa przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, kuchnia bardziej polowa przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, okolice U-Bein Bridge - może drinka pod parasolem?

Birma, Amarapura, okolice U-Bein Bridge – może drinka pod parasolem?

Birma, Amarapura, U-Bein Bridge, lokalny souvenir – torebki i biżuteria zrobione z pestek arbuza

Birma, Amarapura, U-Bein Bridge, lokalny souvenir – torebki i biżuteria zrobione z pestek arbuza

Na deser, świątynia Kyaw Aung San w Amarapurze, z ogromnym posągiem leżącego Buddy, a także świątynią z mnóstwem kolumn, przy których siedziały kolejne posążki Buddy. Budda wszędzie, tunele z Buddą, aż można się zakręcić.

Birma, Amarapura, Kyaw Aung San, budda na każdym rogu

Birma, Amarapura, Kyaw Aung San, budda na każdym rogu

Nasz dzień w Mandalay i okolicy dobiegał końca, zostałyśmy odwiezione na dworzec autobusowy i czekałyśmy już na nasz autokar, a właściwie busa do Bagan. Trochę przeraził mnie fakt, że mój plecak będzie podróżował na dachu, przykryty plandeką, ale wyszedł z tego bez szwanku, mimo upiornej ulewy po drodze. W Bagan kolega pana Aung Aung już na nas czekał (właściwie to kierowca busa wiedział, żeby wysadzić nas pod jego hostelem). Nie zamierzałyśmy tam jednak spać, bo miałyśmy upatrzony hotel (z dostępem do internetu!). Pan uprzejmie przyjął naszą rezygnację i mimo, że na nas nie zarobi (nie licząc napiwku) to wciąż pomagał nam z biletami na transport do stolicy na następny dzień, a nawet odstawił nas pod wybrany przez nas hotel. Birmańczycy mogą dawać lekcje serdeczności.

Birma, Mandalay, poczekalnia autobusowa

Birma, Mandalay, poczekalnia autobusowa

Z radością przywitałyśmy prysznic, internet i jedyną przez cały wyjazd, noc spędzoną w łóżku. Po pierwszym dniu nie udało nam się znaleźć tego pierwiastka Birmy, który sprawia, że ludzie tak ją chwalą i chcą do niej wracać jeszcze i jeszcze. Wiele obrazów przywodziło nam na myśl wcześniej odwiedzoną Kambodżę. Bagan zmieniło nasze podejście, ale o tym już później.

JP na 100% – Japonia, akt IV: Japonia i Japończycy

Tak jak wspomniałam w poprzedniej notce, Japonia jako całość kultury, kuchni, wynalazków i ludzi, zasługuje na osobną notkę. Japończycy są znani z dwóch rzeczy: niezwykłej kultury bycia z jednej strony i skrajnych dziwactw z drugiej. Oba obrazy udało nam się zaobserwować.
Zacząć i skończyć trzeba od ukłonów. Wydawałoby się, że takie rytuały w dzisiejszych czasach odchodzą do lamusa. Nie w Japonii. Absolutne rekordy biją kasjerki w supermarketach, które ukłonią Ci się gdy:
– dołączysz do kolejki
– dojdziesz do taśmy
– zaczniesz wykładać produkty na taśmę
– nadejdzie Twoja kolej do kasowania
– zaczniesz ogarniać siatki, żeby wygodniej się pakowało
– mówi Ci cenę (chociaż i tak nie rozumiesz)
– kładziesz pieniądze na tackę (w Japonii nie podaje się pieniędzy kasjerowi do rąk)
– odbierasz resztę i paragon
– i na do widzenia jeszcze ze 2 razy dla pewności
Największe zaskoczenie związane z ukłonami spotkało nas w Kyoto, jako że częściej mieliśmy okazję podróżować autobusami. Normą jest, że kierowca autobusu (wysiada się tylko przodem), żegna Cię gdy wysiadasz. Jedna z naszych podróży zaliczyła postój na zmianę kierowcy. Pan wysiadł, odwrócił się przodem do pasażerów, pokłonił się nisko, powiedział ze 2 zdania pożegnania, po czym wysiadł. Chwilę później nowy kierowca wsiadł, odłożył swoje rzeczy za kierownicę i znów, szeroki ukłon i zapewne równie serdecznie werbalne powitanie. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce? Mnie się to bardzo podobało, sprawia, że ludzie mają do siebie niesamowity szacunek. Co do samych kierowców to prowadzą w rękawiczkach i mają zestaw z mikrofonem na głowie, który umożliwia im na bieżąco komentować trasę dla podróżnych (zapewne coś w stylu „Przepraszam, że tak wolno, ale na Asakusa korki jak zawsze..”). Wypucowane taksówki i kierowcy w garniturach również sprawiają niesamowite wrażenie. Chociaż nigdy nimi nie jeździliśmy, to udało nam się zaobserwować śnieżnobiałe wnętrza i drzwi otwierane automatycznie, gdy pasażer chce wsiąść/wysiąść. Denerwowało Was kiedyś, że pierwszy stopień do wejścia do autokaru jest czasem dość wysoko i trzeba się skrobać? (No dobra, takie doświadczenie mają najczęściej osoby mojego wzrostu i niżej :D ) W Japonii kierowca wyciąga specjalny schodek-podest żeby było łatwiej.
Japonia, Kyoto, mężczyzna w tradycyjnym stroju

Japonia, Kyoto, mężczyzna w tradycyjnym stroju

Japonia, Kyoto, mężczyzna kłania się w stronę odjeżdżającego samochodu swoich gości

Japonia, Kyoto, mężczyzna kłania się w stronę odjeżdżającego samochodu swoich gości

Zwykli Japończycy, stale gdzieś pędzą, metro o poranku szczelnie wypełnia się bielą i czernią koszul i garniturów. Nikt w tym chaosie na siebie nie wpada, wszystko jest na czas, pod linijkę, dokładnie, na miejsce i zorganizowane. Lubują się też w reklamach, które zagracają każdą możliwą przestrzeń publiczną (łącznie z poręczą schodów ruchomych)

Japonia, Tokio, reklamy w metrze

Japonia, Tokio, reklamy w metrze

Japonia, Tokio, reklamy na poręczach ruchomych schodów

Japonia, Tokio, reklamy na poręczach ruchomych schodów

Przede wszystkim w Tokio do głosu dochodzą młodzi ze swoimi kolorowymi włosami, makijażami, soczewkami powiększającymi źrenicę, naklejkami na powieki (aby się załamywały), sztucznymi rzęsami i barwnymi strojami. Buszują często w ogromnych księgarniach z komiksami, w których ja dostawałam zawrotów głowy ;)

Japonia, księgarnia z komiksami

Japonia, księgarnia z komiksami

Japonia, więcej komiksów

Japonia, więcej komiksów

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, japońskie uczennice

Japonia, japońskie uczennice

Automaty z produktami to chyba kolejna wielka miłość. Większość sprzedaje napoje, ale nam udało się trafić na maszyny oferujące lody na patyku, części do kolejki czy banany.

Japonia, dostawmy jeszcze jeden - tak dla pewności!

Japonia, dostawmy jeszcze jeden – tak dla pewności!

Japonia, napój Boss'a

Japonia, napój Boss’a

Japonia, automat z bananami!

Japonia, automat z bananami!

Japonia, automat z elementami kolejki

Japonia, automat z elementami kolejki

Jeśli już o automatach mowa to świetnie sprawdzają się w restauracjach szybkiej obsługi. Przed wejściem wywieszone jest menu i stoi automat. Wybiera się przycisk odpowiadający zamówionemu daniu, wrzuca pieniądze i odbiera bilecik, który przekazywany jest kelnerce tuż po wejściu do jadłodajni. Nie ma problemu z wydawaniem reszty czy nieporozumieniami przy zamówieniach. Pierwszy raz, gdy skorzystaliśmy z takiego miejsca, nie wiedzieliśmy o automatach, ale pani kelnerka cierpliwe obsłużyła nas w tradycyjny sposób. Później już byliśmy mądrzejsi. Samo jedzenie – wyśmienite. Kuchnia japońska bardzo mi odpowiada. Zanim jednak napełnialiśmy brzuchy sushi, skosztowaliśmy ramenów (japońska zupa z makaronem) i gyozy (japońskich pierożków) – omniom mniom mniom.
Japonia, automaty przed restauracją

Japonia, automaty przed restauracją

Japonia, Maćkowy zestaw o nazwie nieznanej

Japonia, Maćkowy zestaw o nazwie nieznanej

Japonia, gyoza

Japonia, gyoza

Japonia, ramen!

Japonia, ramen!

Japonia, wciągaj zupę pałeczkami! :)

Japonia, wciągaj zupę pałeczkami! :)

Japonia, a na deser: chipsy w czekoladzie i..

Japonia, a na deser: chipsy w czekoladzie i..

Japonia, .. ciacho z kremem z zielonej herbaty!

Japonia, .. ciacho z kremem z zielonej herbaty!

Sushi z taśmy zostało naszym faworytem. Polecam szczególnie to przy stacji kolejowej w Kyoto. Tam każdy talerzyk na taśmie miał taką samą cenę. Siada się przy stoliku będącym okręgiem, po jego wewnętrznej stronie jeździ taśma z sushi, a zupełnie w środku panowie na oczach klientów przygotowują wszystkie smakołyki. Są też specjalne kraniki z ciepłą wodą na stole, aby przygotować sobie matcha – japońską herbatę. Dodatkowo buteleczki z sosami i pudełko z imbirem. Wasabi dodane jest już do samego sushi i wcale nie potrzeba go więcej. W Narze, niedaleko jednego z marketów byliśmy na podobno najdłuższej taśmie sushi na świecie. Tutaj różne kolory talerzyków miały różne ceny. A gdy już ilość zjedzonych maki i nigiri przekroczy zdrowy rozsądek, przyjdzie kelner, policzy talerzyki i wystawi rachunek, oczywiście dużo niższy niż można by oczekiwać za taki posiłek w innych częściach świata.
Japonia, sushi - omnom mnom!

Japonia, sushi – omnom mnom!

Japonia, sushi maki czekają na pocięcie

Japonia, sushi maki czekają na pocięcie

Japonia, sushi na taśmie

Japonia, sushi na taśmie

Japonia, matcha

Japonia, matcha

Japonia, podobno najdłuższa taśma sushi na świecie

Japonia, podobno najdłuższa taśma sushi na świecie

Zostając przy jedzeniu nie sposób pominąć najróżniejszych smaków, które można znaleźć w japońskich marketach. Znane i nieznane marki oferujące zestawienia, o których się nie śniło. KitKaty z wasabi? Proszę bardzo. Lody dyniowe albo herbaciane? Nie ma sprawy. A do tego najdziwniejsze owoce morza, które wolałam jednak podziwiać zza lodówkowej szyby.
Japonia, m&m'sy malinowe

Japonia, m&m’sy malinowe

Japonia, KitKaty o smaku herbaty z prażonym ryżem

Japonia, KitKaty o smaku herbaty z prażonym ryżem

Japonia, małe rybki, dodawane często jako posypka do zup

Japonia, małe rybki, dodawane często jako posypka do zup

Japonia, makaron Hello Kitty

Japonia, makaron Hello Kitty

Japonia, sake, setka od razu w literatce

Japonia, sake, setka od razu w literatce

Japonia, herbata o smaku złotego kiwi

Japonia, herbata o smaku złotego kiwi

Japonia, chipsy o smaku ramenu (zupy)

Japonia, chipsy o smaku ramenu (zupy)

Japonia, lody: dyniowe, różane, zielona herbata, kwiat wiśni

Japonia, lody: dyniowe, różane, zielona herbata, kwiat wiśni

Japonia, Fanta gruszkowa

Japonia, Fanta gruszkowa

Japonia, napój o smaku soli z liczi

Japonia, napój o smaku soli z liczi

Japonia, macki ośmiornicy

Japonia, macki ośmiornicy

Japonia, raj KitKatowy: kwiat wiśni, wasabi, sernik, czerwona fasolka, truskawka, pudding i co tylko

Japonia, raj KitKatowy: kwiat wiśni, wasabi, sernik, czerwona fasolka, truskawka, pudding i co tylko

Japonia, zielona herbata z muscatem - mój faworyt!

Japonia, zielona herbata z muscatem – mój faworyt!

Japonia, mocne piwo owocowe, które okazało się drinkiem w puszce ;)

Japonia, mocne piwo owocowe, które okazało się drinkiem w puszce ;)

Japonia to również kraj niesamowitych toalet z milionem funkcji, które są na porządku dziennym do tego stopnia, że nawet publiczne toalety (notabene – zawsze darmowe) mają jakieś bajery. I chociaż już w pierwszym hotelu w Tokio wydawało mi się, że toaleta z funkcją mycia z przodu i z tyłu to jest high-tech to szybko zostałam wyprowadzona z błędu. Najbardziej rozwinięta posiadała nawet funkcję odtwarzania dźwięku spuszczanej wody (bez fizycznego jej spuszczania) o 3 (!) stopniach głośności. Zastanawiało mnie po co właściwie, ale odpowiedź czekała w jednej z toalet wyposażonej w instrukcje po angielsku. Otóż dźwięk spuszczonej wody ma maskować wszystkie inne wydawane przez człowieka dźwięki podczas posiedzenia. Czy muszę dodawać, że przetestowałam wszystkie funkcje? :D moją ulubioną pozostaje podgrzewana deska!

Japonia, magiczny tron z podgrzewaną deską

Japonia, magiczny tron z podgrzewaną deską

Japonia, panel sterowania tronem

Japonia, panel sterowania tronem

Japonia, krótka instrukcja jak obsłużyć toaletę, poziom: Japonia

Japonia, krótka instrukcja jak obsłużyć toaletę, poziom: Japonia

Jako, że Japończyków dużo, a przestrzeni mało to kompaktowość jest w cenie. Na przykład kompaktowe wanny, w których absolutnie nie da się wygodnie poleżeć, ale można obejrzeć telewizję (!).
Japonia, :D

Japonia, :D

Patenty są wszędzie, a pomysłowości nie można im odmówić. Niekiedy bez obrazkowej instrukcji ani rusz.

Japonia, cewka do usuwania włosów z twarzy

Japonia, cewka do usuwania włosów z twarzy

Japonia, stempelki do parówek

Japonia, stempelki do parówek

Japonia, gustowne opakowanie sznurka do mięsa

Japonia, gustowne opakowanie sznurka do mięsa

Tak naprawdę nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby odkryć coś niezwykłego i niecodziennego. Coś, co pozwala zachwycić się Japonią i rozpalić marzenia o powrocie tam któregoś pięknego dnia.
Japonia, salon dla dzieci, w ofercie między innymi trwała i makijaż

Japonia, salon dla dzieci, w ofercie między innymi trwała i makijaż

Japonia, lody o smaku zielonej herbaty, kwiatu wiśni i.. sake!

Japonia, lody o smaku zielonej herbaty, kwiatu wiśni i.. sake!

Japonia, przydrożny przysmak - schłodzone ogórki na patyku

Japonia, przydrożny przysmak – schłodzone ogórki na patyku

Japonia, a może wachlarz z "idolem"?

Japonia, a może wachlarz z „idolem”?

Japonia, kostiumy bohaterów!

Japonia, kostiumy bohaterów!

Japonia, do mnie mówisz?!

Japonia, do mnie mówisz?!

Japonia, książeczka: origami z papieru toaletowego (muszę dodawać, że ją kupiłam? :D)

Japonia, książeczka: origami z papieru toaletowego (muszę dodawać, że ją kupiłam? :D)

Japonia, McDonalds otwarty do 25-tej!

Japonia, McDonalds otwarty do 25-tej!

Można by pisać i pisać, ale już wystarczy, resztę zostawiam do samodzielnego odkrycia. Powiem tylko, że na milion procent warto spłukać się finansowo, byle tylko tam pojechać. Ja na nowo zaczynam odkładać pieniądze do przysłowiowej skarpety, aby kiedyś być tam znów.
Póki co, niedługo po powrocie z Japonii do Singapuru, wykorzystałyśmy z Kasią długi weekend na wypad w stronę północno-zachodnią, o tym jednak kiedy indziej.

JP na 100% – Japonia, akt III: Nara

Nara, położona od Kyoto w odległości ok 40km, była najmniejszym japońskim miastem, jakie odwiedziliśmy. I absolutnie szczerze przyznaję – im mniejsze miasto, tym bardziej urokliwe. Podjechaliśmy pociągiem w pół godzinki (tu już nie ma shinkansenów, a zwykła kolej) i spacerkiem ze stacji, wzdłuż ulicy pełnej sklepów i sklepików, udaliśmy się na wschód do Nara Park. Właściwie park to nie jest dobre określenie, bo teren jest ogromny i, co charakterystyczne, usiany świątyniami. Cały teren zdominowany jest przez hasające dookoła.. jelenie. Wg legendy, gdy zbudowano jedną ze świątyń bóg przybył do niej na białym jeleniu. Od tego czasu zwierzęta te są respektowane i chronione w okolicy. Przechadzając się po ogromnych terenach zielonych udało nam się uchwycić jeszcze kilka drzewek kwitnących wiśni.
Japonia, Nara, Nara Park - tak atakują jelenie :)

Japonia, Nara, Nara Park – tak atakują jelenie :)

Japonia, Nara, Nara Park - jelonek

Japonia, Nara, Nara Park – jelonek

Japonia, Nara, Nara Park - kumple!

Japonia, Nara, Nara Park – kumple!

Japonia, Nara, Nara Park, kwitnące wiśnie

Japonia, Nara, Nara Park, kwitnące wiśnie

Japonia, Nara, Nara Park, więcej kwitnących wiśni

Japonia, Nara, Nara Park, więcej kwitnących wiśni

Japonia, Nara, Nara Park :)

Japonia, Nara, Nara Park :)

Japonia, Nara, Nara Park, kwitnące wiśnie

Japonia, Nara, Nara Park, kwitnące wiśnie

Zaczęliśmy od kompleksu buddyjskich świątyń Todai-ji. Główny budynek – Daibutsu-den hall skrywa w sobie ogromny posąg buddy, który jest jednym z największych posągów z brązu na świecie (przewodnik podaje, że ma 15m wysokości i zużyto ponad 437 ton brązu do jej wykonania). Sam budynek dzierży tytuł największego drewnianego budynku na świecie. Nad wejściem można zauważyć zamknięte okiennice. Od święta okno jest otwierane, a budda wygląda sobie na zewnątrz, bo na tym samym poziomie znajduje się jego głowa. Jedna z kolumn po prawej stronie od buddy jest wydrążona u podstawy na długość równą jednemu z nozdrzy (!) buddy. Wg lokalnych wierzeń, ktokolwiek jest w stanie przecisnąć się przez dziurę – dozna oświecenia. My nie próbowaliśmy, zdaje się, że europejskie rozmiary bioder nie mają szans ;)

Japonia, Nara, kompleks Todai-ji, strażnik Nio, wyrzeźbiony w XIII wieku

Japonia, Nara, kompleks Todai-ji, strażnik Nio, wyrzeźbiony w XIII wieku

Japonia, Nara, kompleks Todai-ji, Daibutsu-den Hall

Japonia, Nara, kompleks Todai-ji, Daibutsu-den Hall

Japonia, Nara, kompleks Todai-ji, siema!

Japonia, Nara, kompleks Todai-ji, siema!

Japonia, Nara, kompleks Todai-ji, Daibutsu, czyli wielki budda

Japonia, Nara, kompleks Todai-ji, Daibutsu, czyli wielki budda

Japonia, Nara, kompleks Todai-ji, posąg Pindola (:D), podobno ma uzdrawiającą moc

Japonia, Nara, kompleks Todai-ji, posąg Pindola (:D), podobno ma uzdrawiającą moc

Spacerkiem dalej kierowaliśmy się na południe, mijając Nigatsu-do Hall i wzgórze Wakakusayama, na które Maciek pokusił się wspiąć. Ja wykorzystałam moment na zakupy ;)
Japonia, Nara, Nigatsu-do Hall

Japonia, Nara, Nigatsu-do Hall

Japonia, Nara, widok ze wzgórza Wakakusayama

Japonia, Nara, widok ze wzgórza Wakakusayama

Japonia, Nara, widok ze wzgórza Wakakusayama na Todai-ji

Japonia, Nara, widok ze wzgórza Wakakusayama na Todai-ji

Naszym ostatnim celem, do obejrzenia już tylko z zewnątrz, bo zdecydowanie zaczynaliśmy czuć przesyt świątyniami, była Kasuga Taisha. Pierwotnie powstała w VIII wieku i aż do wieku XIX była przebudowywana co 20 (!) lat, zgodnie z szintoistyczną tradycją. Do samej świątyni prowadzą setki charakterystycznych, japońskich latarni.
Japonia, Nara, Kasuga Taisha

Japonia, Nara, Kasuga Taisha

Japonia, Nara, latarnie prowadzące do Kasuga Taisha

Japonia, Nara, latarnie prowadzące do Kasuga Taisha

Japonia, Nara, tabliczki w pobliżu Kasuga Taisha

Japonia, Nara, tabliczki w pobliżu Kasuga Taisha

Japonia, Nara, japońskie riksze

Japonia, Nara, japońskie riksze

Nara to ostatnie miejsce, które zostało mi do opisania z japońskich miast przez nas odwiedzonych. Nie koniec jednak japońskich wrażeń. Nie brakowało czegoś w poprzednich notkach? Nie było prawie nic o Japończykach, japońskiej kuchni, wynalazkach, patentach i cudach z supermarketów. Wszystko to zasługuje na osobną notkę, która wkrótce, a na deser filmik z Kyoto i Nary! :)

JP na 100% – Japonia, akt II: Kyoto

Pobudka wczesnym rankiem nie należała do najłatwiejszych, a tu jeszcze trzeba było się spakować i mieć oczy szeroko otwarte, aby nie zamotać się w metrze i dotrzeć na pociąg na czas. Nie można było liczyć, że pociąg będzie miał opóźnienie, gdyż japońskie shinkanseny odnotowują maksymalne opóźnienie rzędu 36 sekund (!). Strasznie byliśmy ciekawi podróży tym super szybkim pociągiem na poduszce magnetycznej. Chociaż spory kawałek przespaliśmy, to jednak 476 km w 2 godz 18 minut robi wrażenie (to praktycznie jak z Poznania do Rzeszowa w linii prostej). Nozomi, którym jechaliśmy, odjeżdża z Tokyo do Kyoto (i jeszcze dalej) średnio co 9-10 minut (!) i jest najszybszym z shinkansenów na tej trasie (nie zatrzymuje się prawie wcale na stacjach pośrednich). Po drodze rozwija prędkość do 300 km/h. Sam pociąg, obok futurystycznego wyglądu to cud-miód-malina. W środku lepiej niż w niejednym samolocie, ogromna przestrzeń na nogi, fotele rozkładane do pół-leżenia, czysto i zorganizowanie. Wagony oznakowane po kolei (zawsze mnie to dziwiło w Polsce, że pociągi z rezerwacją miejsc mają absolutnie bezsensowny rozkład numerowania wagonów), podjeżdżają na peronie pod wyznaczone wejścia. W środku jest restauracja, jeździ wózek z kawo-herbatą, są palarnie. Oczywiście, że nie jest to najtańsza opcja podróżowania, ale zdecydowanie najszybsza.
Japonia, przedział pociągu Shinkansen

Japonia, przedział pociągu Shinkansen

Japonia, bilety na pociąg :)

Japonia, bilety na pociąg :)

Japonia, Kyoto, tablica przyjazdów Nozomi (ten żółty!), średnio co 10 minut

Japonia, Kyoto, tablica przyjazdów Nozomi (ten żółty!), średnio co 10 minut

Kyoto, dawna stolica Japonii otoczona górami, przywitało nas deszczowym nastrojem, który utrzymywał się jeszcze do dnia następnego. Rozejrzeliśmy się porządnie po okolicy naszego hotelu, przyszedł też czas na zakupy, ustaliliśmy plan akcji na następne dni i daliśmy za wygraną zmęczeniu. Na głównej stacji kolejowej jest galeria handlowa, w której można znaleźć bardzo ciekawą fontannę – do zobaczenia na filmiku w następnym poście.
Mimo strug wody lejących się z nieba, następny dzień zaczęliśmy zwiedzając tradycyjną Japonię. Na początek wybraliśmy się na południe. Fushimi Inari-taisha to kompleks świątyń, znajdujących się na górze Inari, poświęconych bogom ryżu i sake. Na szczyt wiodą niezliczone ilości torii – japońskich bram wprowadzających do szintoistycznych świątyń, wyznaczając symboliczną granicę między sacrum i profanum. Na Inari czerwone torii tworzą niesamowite tunele, w których z przyjemnością można się gubić. Do samej świątyni nie podeszliśmy, ale wystarczyło kilka odcinków we wszechobecnej czerwieni, by zafascynować się Japonią jeszcze bardziej i wybaczyć jej ten padający deszcz.
Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, więcej torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, więcej torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, ja i podwójny tunel z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, ja i podwójny tunel z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Maciek w tunelu z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Maciek w tunelu z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, M: parz, przerobili grille na świeczniki! :)

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, M: parz, przerobili grille na świeczniki! :)

Aby dać sobie trochę wytchnienia od deszczu podjechaliśmy na Nishiki Market, gdzie absolutnie wszystkie japońskie dziwactwa kulinarne można nabyć albo chociaż zobaczyć (tak jak w naszym przypadku).
Japonia, Kyoto, Nishiki Market, warzywa w panierce/posypce z czegokolwiek

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, warzywa w panierce/posypce z czegokolwiek

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, chrzan wasabi

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, chrzan wasabi

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, ośmiorniczki z małym jajkiem w środku, chyba nie chcę wiedzieć więcej

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, ośmiorniczki z małym jajkiem w środku, chyba nie chcę wiedzieć więcej

Trzymając się wschodniej ściany Kyoto udaliśmy się w stronę Kiyomizu-dera, a zła aura zdawała się powoli odpuszczać. Niesamowita buddyjska świątynia, której pierwowzór powstał w tym miejscu już w 8. wieku, dumnie wystająca spośród japońskiego lasu na zboczu góry Otowa, tętniła życiem i turystami. Po za samą świątynią, której dach pokryty jest drewnem drzewa cyprysowego, i punktem widokowym warto udać się trochę dalej, aby odkryć małą, czerwoną pagodę czy japoński cmentarz. Przy samej świątyni, za pomocą specjalnych nabieraków, można napić się wody przelewającej się wodospadem Otowa-no-taki, co ma zapewnić zdrowie i długowieczność. Dookoła bardzo często można dostrzec kobiety i mężczyzn ubranych w tradycyjne kimona.
Japonia, Kyoto, Kiyomizu-dera

Japonia, Kyoto, Kiyomizu-dera

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, pagoda

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, pagoda

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, kobieta w tradycyjnym kimonie obok pagody

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, kobieta w tradycyjnym kimonie obok pagody

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, cmentarz

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, cmentarz

Niestety, ulewa wróciła, więc i my (zahaczając oczywiście o jedzenie i zakupy), potulnie udaliśmy się w stronę hotelu, bo chlupało już w butach.
Środę poświęciliśmy na wypad do pobliskiej Nary, która została mi polecona przez jednego z profesorów. Wspaniałe miasto, o którym w następnej notce.
Ostatni dzień w Kyoto spędziliśmy bardzo intensywnie. Zaczęliśmy od zamku, właściwie kompleksu zamkowego, ale raczej mało zamkowego. W sumie to miałam nadzieję na coś więcej, widząc zdjęcia japońskich twierdz w internetach. Ale Nijo-jo pozwolił nam odkryć trochę historii o szogunach i japońskich pomysłach. Zbudowany w 1603 roku zamek miał specjalne skonstruowane podłogi, które intencjonalnie skrzypiały, gdy tylko ktoś się na nich pojawił. Miało to zaalarmować w nocy ochronę, na wypadek pojawienia się intruza. Podobnie jak i w innych miejscach, zamek otoczony jest niesamowicie wypielęgnowaną zielenią.
Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, fosa

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, fosa

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, brama prowadząca do Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, brama prowadząca do Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, patent na skrzypiącą podłogę

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, patent na skrzypiącą podłogę

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, ogród zamkowy

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, ogród zamkowy

1 maja rozpoczynał się sezon artystyczny w Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, w którym można podziwiać Kamogawa Odori, taniec znad rzeki Kamo (przepływającej przez Kyoto) – tradycyjny dwuczęściowy występ, w którym najpierw jest się widzem przedstawienia, później grupowego tańca gejsz i maiko (kandydatek na gejsze). Jako, że od dziecka jestem związana i z teatrem i z muzyką to takie wizyty są dla mnie jednym z punktów kulminacyjnych każdej podróży. Niestety przedstawienie odbywało się po japońsku, bez dostępnego tłumaczenia, więc pozostało nam słuchać bez zrozumienia i obserwować wspaniałe stroje, mimikę, gestykulację, co właściwie z zupełności wystarcza, nawet bez wiedzy o co chodzi w całej historii. W teatrze obowiązywał zakaz filmowania, cyknęłam tylko kilka fotek z ukrycia.
Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, orkiestra

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, orkiestra

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona pierwsza przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona pierwsza przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona druga przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona druga przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, taniec gejsz

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, taniec gejsz

Dalej skierowaliśmy się na zachodnią stronę Kyoto – do dzielnicy Arashiyama. Chociaż dzielnica to chyba nie jest najszczęśliwsze określenie, bo nie ma nic wspólnego z miejskim gwarem. Podnóże gór skrywa w sobie wiele świątyń i cudów natury. Naszym celem był Bamboo Grove – czyli bambusowy gaj. Najpierw jednak udaliśmy się do świątyni Tenryu-ji, będącej jedną z głównych szkół Zen, otoczonej wspaniałym ogrodem Zen.
Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, jedno z pomieszczeń

Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, jedno z pomieszczeń

Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, ogród Zen

Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, ogród Zen

Japonia, Kyoto, Arashiyama

Japonia, Kyoto, Arashiyama

Północna brama prowadzi wprost w bambusy las, a dokładnie w odcinek (zatłoczony turystami), w którym tych drzewek najgęściej. Chciałabym się tam znaleźć, kiedy nie ma zbyt wielu ludzi i można sobie w ciszy przejść, bo miejsce jest magiczne.
Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Słońce powoli chowało się za horyzont, ale my nie chcieliśmy jeszcze kończyć. Odstawiliśmy zakupione pamiątki do hotelu i uderzyliśmy na Gion, jedną z dzielnic gejsz. Zamiast jednak wypatrywań pań w kimonach z misternymi fryzurami i makijażami, postanowiliśmy zaznać trochę współczesnej, japońskiej kultury rozrywkowej – centra gier i rozrywki. 7 pięter automatów, automacików, symulatorów, mini kasyn i co tylko można sobie wyobrazić. Błyskająco-błyszcząco-głośno. Pamiętacie takie maszyny, które po wrzuceniu pieniążka steruje się joystickiem, a po upływie czasu łapka się obniża i próbuje chwycić maskotkę, którą nam wyrzuci jeśli dobrze wycyrklowaliśmy położenie? W Japonii w takich automatach można łowić dosłownie wszystko, od zdalnie sterowanych samochodów po.. lody w pudełkach. My jednak wybraliśmy 3 piętro i gry muzyczne, najpierw szaleliśmy na symulatorze perkusji a później  na specjalnych podestach, które zmuszały nas do dziwacznych tańców, aby tylko poprawnie nadepnąć strzałki, próbka poniżej, poziom: niższy amator. 2 godziny zleciały nam jak z bicza strzelił i pochłonięci zabawą prawie spóźniliśmy się na ostatni autobus pod nasz hotel. Następnego dnia wróciliśmy do Tokio, gdzie niewiele już było czasu na zwiedzanie, bo w założeniu nasz samolot powrotny odlatywał po południu. Nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie próbowali upchnąć zbyt wielu rzeczy w tym samym czasie. Na koniec podróży do Japonii dostaliśmy lekcję, że nie tędy droga, ale wybrnęliśmy i w nocy wylądowaliśmy w Singapurze. To jednak nie koniec japońskich opowieści, reszta następnym razem.

JP na 100% – Japonia, akt I: Tokio

Urlop w końcu nadszedł, choć z perspektywy czasu wydaje się, jakby go nie było. Jakby go nie było, ponieważ przydałby się następny, aby odpocząć po urlopie. Ten kwietniowo-majowy był jednak, dostarczając niezapomnianych wrażeń.
Zacznę od tego, że nigdy specjalnie nie fascynowała mnie Japonia. Najbardziej rozpowszechnione elementy japońskiej kultury współczesnej – manga i wszelakie komiksy – to raczej nie mój świat. Jedno co zawsze chciałam mieć, w związku z Japonią, to ich kolorowe farby do włosów, bo są lepsze niż te, które można kupić w Europie.
(Nie)wystarczył tydzień, aby absolutnie wpaść po uszy. Japonia zaczarowała i już od pierwszych dni trafiła na nieistniejącą listę miejsc „do odwiedzenia ponownie”, bo nim wyjechaliśmy już wiedziałam, że będzie mi mało.
Zaczęliśmy i skończyliśmy w Tokio, ale zanim na dobre stanęliśmy na japońskiej ziemi nasz samolot zaliczył (planowane) międzylądowanie na Tajwanie. Przeszliśmy się terminalem odkrywając prywatną bramkę należącą do Hello Kitty Airlines.
Tajwan, lotnisko podczas międzylądowania w drodze do Japonii, szaleństwo Hello Kitty

Tajwan, lotnisko podczas międzylądowania w drodze do Japonii, szaleństwo Hello Kitty

Tajwan, lotnisko podczas międzylądowania w drodze do Japonii, toaleta dla najmłodszych (najniższych?)

Tajwan, lotnisko podczas międzylądowania w drodze do Japonii, toaleta dla najmłodszych (najniższych?)

Udało nam się przespać obie części lotu, co było wskazane, zważywszy na fakt, że lecieliśmy całkiem długą trasę tanimi liniami, a więc brak wygód i uczciwej przestrzeni na nogi. Japońskie lotnisko Narita, jak i wszystkie szlaki komunikacyjne na jakie trafiliśmy, są świetnie oznakowane. Bez problemu udało nam się kupić bilety na dojazd do miasta (lotnisko jest całkiem spory kawałek od Tokio), 2-dniowe bilety obowiązujące na liniach metra i Toei oraz bilety na Shinkansena do Kyoto. Przewodniki zalecają zakup Japan Rail Pass przed przyjazdem do Japonii, żeby nie męczyć się z kupowaniem biletów na miejscu. Nam jednak taniej i szybciej pod względem przemieszczania się (JR Pass nie obowiązuje na najszybsze ekspresy ani na linie nienależące do JR) wyszło kupując bilety na miejscu. Absolutnie nie ma się czego obawiać, poszło sprawnie, nawet jeśli kasjerzy nie znali angielskiego. Dużą uwagę trzeba przykładać na jakie linie kupuje się bilety. Bilet na metro w Japonii nie obowiązuje na wszystkie pociągi jadące pod ziemią. Trzeba mieć oczy otwarte i sprawdzać kto jest operatorem linii, w którą chcemy wsiąść, bo komunikacja w Japonii wygląda tak (i to wciąż tylko wycinek..). Za sprawą rewelacyjnego oznakowania i intuicyjnych automatów na bilety nigdy nam się nie zdarzyło, żebyśmy kupili zły bilet, albo próbowali wsiąść do złego pociągu. Jak wspomniałam, my kupiliśmy 2-dniowe bilety na Metro i Toei, wystarczyło na dojazd do 90% miejsc, które odwiedziliśmy.
Japonia, Tokio, metro - zdecydowanie po godzinach szczytu

Japonia, Tokio, metro – zdecydowanie po godzinach szczytu

Japonia, Tokio, metro - postępowanie w przypadku gdy ktoś rzuci się na tory

Japonia, Tokio, metro – postępowanie w przypadku gdy ktoś rzuci się na tory

Zatrzymaliśmy się w hotelu w pobliżu stacji Mitsukoshimae. Chociaż nie mieliśmy jeszcze planu zwiedzania podczas rezerwowania hotelu, to jego położenie było całkiem dobrym wyborem, do wielu miejsc mogliśmy dojechać bezpośrednio. W ramach oszczędności zarezerwowaliśmy mały pokój dwuosobowy. Znaczenie ma tu słowo „mały” czytaj: łóżko będzie węższe niż standardowe dwuosobowe (w naszym hotelu znaczyło to 120cm szerokości). Pokoik raczej klaustrofobiczny, ale przyjemny i czysty.
Nasz pobyt w stolicy zaplanowaliśmy na niecałe 2 dni. Oczywiście, że jest to za mało, aby zwiedzić porządnie, ale mnie bardziej ciągnęła tradycyjna Japonia, niż nowoczesna stolica z niezliczoną ilością ludzi. Po krótkiej drzemce na rozprostowanie nóg ruszyliśmy do parku Ueno-koen z nadzieją złapania ostatnich kwitnących wiśni. Najlepszy czas na uchwycenie symbolu Japonii przypadał na kilka tygodni przed naszym przyjazdem. Udało nam się jednak znaleźć kilka drzewek. W ogóle kraj przywitał nas pełną wiosną, a ja co chwilę zachwycałam się kwiatkami, klombami i innymi kolorowymi przybytkami roślinnymi. Zdecydowanie nie mam tego w Singapurze (tu nawet kwiatki w doniczkach mają ciężkie życie..). Spacerkiem dookoła odwiedziliśmy jeszcze Benten-do – świątynie na wysepce i kierowaliśmy się dalej w stronę Senso-ji.
Japonia, Tokio, park Ueno-koen, kwitnąca wiśnia - jedna z ostatnich w tym sezonie!

Japonia, Tokio, park Ueno-koen, kwitnąca wiśnia – jedna z ostatnich w tym sezonie!

Japonia, Tokio, świątynia Benten-do

Japonia, Tokio, świątynia Benten-do

Japonia, Tokio, park Ueno-koen, klon japoński, fantastyczne, czerwone liście

Japonia, Tokio, park Ueno-koen, klon japoński, fantastyczne, czerwone liście

Senso-ji to jedna z najpopularniejszych tokijskich świątyń, w której kult wyznacza obraz Kannona – buddyjskiego boga miłosierdzia. Do samej świątyni prowadzi Hozomon (Treasure-House Gate) czerwona brama z ogromnym lampionem, a jeszcze wcześniej – rzędy straganów. Jako że przyszliśmy po zmroku, wszystko było już zamknięte (łącznie z główną świątynią), ale absolutnie nie stanowiło to dla nas problemu (świątynie w ilości niezliczonej udało nam się odwiedzić później). Zwiedziliśmy cały kompleks (co dziwne i świetne zarazem, turyści kłębili się pod główną świątynią, ale niewielu ich było pod pozostałymi, równie ciekawymi budowlami w kompleksie). Na koniec uchwyciliśmy jeszcze 5-piętrową pagodę w japońskim stylu i kierowaliśmy się w stronę hotelu, nie odmawiając sobie japońskich smakołyków po drodze.
Japonia, Tokio, okolice świątyni Senso-ji, figurka gejszy na dachu straganu

Japonia, Tokio, okolice świątyni Senso-ji, figurka gejszy na dachu straganu

Japonia, Tokio, świątynia Senso-ji, Main Hall

Japonia, Tokio, świątynia Senso-ji, Main Hall

Japonia, Tokio, Hozomon

Japonia, Tokio, Hozomon

Japonia, Tokio, Senso-ji, 5-piętrowa pagoda

Japonia, Tokio, Senso-ji, 5-piętrowa pagoda

Drugi dzień w stolicy rozpoczęliśmy od odwiedzenia Mirai-kan (co można przetłumaczyć jako: „hall of the future – sala przyszłości”) – National Museum of Emerging Science and Innovation (Narodowe Muzeum Wschodzącej Nauki i Innowacji). Mamy już z Maćkiem taki zwyczaj, który wykiełkował na bazie naszego przywiązania do wydziału Fizyki, że wszędzie gdzie to możliwe odwiedzamy Centra Nauki. Japońskie może wyznaczać standardy. Kilka pięter zabawy dla dużych i małych dzieci, całkiem sporo bardziej zaawansowanej nauki, podanej w przystępny sposób. Przede wszystkim w muzeum znajduje się niesamowity globus zwisający z sufitu – pierwszy na świecie ekran w kształcie kuli złożony z organicznych paneli LED. Wyświetla zdjęcia satelitarne danego obszaru, odzwierciedlające całą dobę.

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), ogromny globus-ekran

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), ogromny globus-ekran

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), cząstki i cząsteczki

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), cząstki i cząsteczki

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), rakietowa toaleta

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), rakietowa toaleta

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), wystawa „Śmiałkowie w kosmosie” – rok po roku, zdjęcia wszystkich ludzi i żywych organizmów wysłanych w kosmos

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), wystawa „Śmiałkowie w kosmosie” – rok po roku, zdjęcia wszystkich ludzi i żywych organizmów wysłanych w kosmos

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), rozbrajam struktury DNA

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), rozbrajam struktury DNA

Zwiedzanie kontynuowaliśmy w okolicy Pałacu Cesarskiego (dokładniej jego ogrody, aby dostać się do samego pałacu trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem), przechodząc przez mały park niezliczonych fontann – Wadakura. Pałac znajdujący się samym sercu Tokio pozwala uchwycić kontrast, między dawną a nowoczesną architekturą. Mnie po raz kolejny zachwyciła roślinność, zieleń i kwitnące wszystko dookoła.
Japonia, Tokio, Wadakura, park fontann

Japonia, Tokio, Wadakura, park fontann

Japonia, Tokio, budynki Pałacu Cesarskiego, a w tle nowoczesne Tokio

Japonia, Tokio, budynki Pałacu Cesarskiego, a w tle nowoczesne Tokio

Japonia, Tokio, budynek Pałacu Cesarskiego

Japonia, Tokio, budynek Pałacu Cesarskiego

Japonia, Tokio, taras widokowy w ogrodach Pałacu Cesarskiego

Japonia, Tokio, taras widokowy w ogrodach Pałacu Cesarskiego

Pod wieczór skierowaliśmy swoje kroki na Shibuyę, jedną z nowoczesnych, handlowych dzielnic Tokio. Niezliczone galerie handlowe, neony i reklamy rzuciły się na nas już po wyjściu ze stacji. Pokusiliśmy się o wejście do jednego z tych domów handlowych i ja, w trampkach, spodenkach i t-shircie, poczułam się jak z innej planety. Każda sprzedawczyni (i większość klientek) wyglądała jak lalka świeżo wyjęta z pudełka. Z ilością makijażu dawno przekraczającą zdrowy rozsądek, sztucznymi rzęsami, tipsami, oczami (znaczy soczewki powiększające źrenicę) i absolutnie perfekcyjnie dobranymi ubranio-kostiumami wyglądały jak postacie z komiksów.
Tym co przyciągnęło nas w tamte rejony była jednak chęć zobaczenia najbardziej zatłoczonego i zapracowanego przejścia dla pieszych na świecie. Shibuya crossing przy jednej, trwającej minutę, zmianie zielonego światła pozwala przejść na drugą stronę (we wszystkich możliwych kierunkach, w tym na skos) około.. 2500 ludziom. Wygląda to mniej więcej tak:

Japonia, Tokio, Shibuya

Japonia, Tokio, Shibuya

Japonia, Tokio, sklepy w dzielnicy Shibuya

Japonia, Tokio, sklepy w dzielnicy Shibuya

Japonia, Tokio, skrzyżowanie w dzielnicy Shibuya

Japonia, Tokio, skrzyżowanie w dzielnicy Shibuya

Małe zakupy kolejnych japońskich smaków, na które aż świeciły się oczy i już mieliśmy wracać do hotelu, ale postanowiliśmy skoczyć jeszcze na drinka. W tak szalonym miejscu jak Japonia nie było mowy o przeciętnym pubie. Alcatraz E.R. – stylizowany na więzienny oddział psychiatryczny wydawał się wyborem całkiem na miejscu. Stolik w celi, drink z kroplówki albo strzykawy, gasnące światła, krzyki, metalowy pręt do dzwonienia w kratę, aby przywołać kelnera, a wszędzie czerwonawo i upiornie – bawiliśmy się przednio :)
Japonia, Tokio, korytarz w pubie korytarz w Alcatraz E.R.

Japonia, Tokio, korytarz w pubie korytarz w Alcatraz E.R.

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., menu niecodziennych drinków w równie oryginalnych naczyniach

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., menu niecodziennych drinków w równie oryginalnych naczyniach

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., drink-kroplówka

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., drink-kroplówka

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., no to chlup!

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., no to chlup!

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R. :)

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R. :)

Zdecydowanie czas do spania, zwłaszcza że rano czekała nas przejażdżka super-hiper-ekstra-szybkim shinkansenem. O tym jednak następnym razem.

spacerkiem przez sztuczny raj – Singapur, wyspa Sentosa

Sentosa, singapurska wyspa rozrywki już się pojawiała na tym blogu. Zwykle jechałam na nią w jakimś konkretnym celu, nie żeby po prostu „się przejść”. Dlatego jednego wieczoru, gdy skończyłam pracę, pojechaliśmy eksplorować darmowe zakątki wyspy. Na samym południu znajdują się plaże (obstawiam, że sztucznie usypane). Z jednej z nich można mostkiem udać się na mikro wysepkę (deklarowaną jako najbardziej wysunięty na południe ląd połączoną z kontynentem azjatyckim), gdzie wieczorem praktycznie nie było ludzi. Wszystko – roślinność, światła, budynki i sam mostek – jest zaprojektowane by wzbudzać wielkie łaaaaaał i dać namiastkę bajkowości rajskiej wyspy.
Singapur, Sentosa, Palawan Beach

Singapur, Sentosa, Palawan Beach

Singapur, Sentosa, widok z wysepki na Palawan Beach

Singapur, Sentosa, widok z wysepki na Palawan Beach

Singapur, Sentosa, Palawan Beach, wejście na most

Singapur, Sentosa, Palawan Beach, wejście na most

Spacerkiem na północ odwiedziliśmy figurę Merliona, lwa, który jest symbolem Singapuru. Kilka takich posągów znajduje się rozsianych po całym kraju, ale wierzcie mi, po ponad półtorej roku od przeprowadzki – widziałam ją pierwszy raz :)
Singapur, Sentosa, Merlion

Singapur, Sentosa, Merlion

Singapur, Sentosa, ostrzegali!

Singapur, Sentosa, ostrzegali!

Singapur, Sentosa, biegi przez fontannę ;)

Singapur, Sentosa, biegi przez fontannę ;)

 Na koniec, w północnej części wyspy, postanowiliśmy poczekać na show z fontannami. Już kiedyś opisywałam tu inne darmowe show odbywające się na Sentosie – Crane Dance. Notabene jeszcze kilka tygodni wstecz Crane Dance zaliczył awarię i chyba wciąż nie wznowili pokazów.
Lake of Dreams to spora fontanna znajdująca się w centralnej części deptaku. Jak to zwykle przy okazji takich show bywa: woda, muzyka, światła i ogień, robią wrażenie. W przypadku Lake of Dreams frajda trwa zdecydowanie za krótko, może 3-4 minuty są ciekawe, ale reszta wydaje się być uboga i niedopracowana. Potwierdzam zdecydowanie to co można przeczytać w Internetach – można zerknąć, jeśli akurat jest się w okolicy o 21.30, ale absolutnie nie ma po co specjalnie się wybierać. Poniżej ta najciekawsza część.
Singapur, Sentosa, Lake of Dreams

Singapur, Sentosa, Lake of Dreams

Po kilku dniach wzmożonej eksploracji kraju, przyszedł czas na upragniony urlop. Tygodniowe wakacje, z dala od Singapuru, ze wspaniałym towarzyszem, były zdecydowanie tym, czego potrzeba, aby odpocząć od pracy i, bądź co bądź uciążliwej, duchoty i gorąca, wzmagającej się z każdym kolejnym dniem nadchodzącej pory suchej. O tym jednak następnym razem.