zwiedzanie

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Kochi

Tuż przed południem lądujemy w Kochi (Koczin) – ostatnim mieście na naszej trasie po Indiach. Już jutro będziemy gośćmi weselnymi mojego kolegi z pracy Cecila. Zanim to nastąpi mamy mniej niż pół dnia by zobaczyć miasto. Jesteśmy na południowo-zachodnim krańcu kraju, w stanie Kerala. Szkoda, że nasz czas nie chciał się samoistnie wydłużyć – cała okolica jest godna uwagi.

Nasz hotel znajduje się praktycznie na przeciwko lotniska. Reszta gości „z zagranicy” (moi znajomi z pracy z Singapuru i Niemiec), jest już na miejscu. Spotkamy się z nimi wieczorem. Czas na szybki prysznic i jedziemy zwiedzać. Główne atrakcje Kochi znajdują się na przybrzeżnej wyspie, jakieś 37km od lotniska. Z trudem przebijamy się przez korki, utykając na dobre w kolejce na prom, który jednocześnie może zabrać tylko kilka samochodów. Porzucamy więc naszego kierowcę i sami przeprawiamy się z Vypin na drugą stronę do Fort Kochi Terminal za całe 3 rupie od osoby (16 groszy, 6 centów singapurskich).

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Chinese Fishing Nets – Chińskie sieci rybackie

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Chinese Fishing Nets – Chińskie sieci rybackie

Jednym z charakterystycznych symboli miasta są tradycyjne Chinese Fishing Nets czyli tak zwane Chińskie Sieci Rybackie, które znajdują się nieopodal przystani promu. To drewniane konstrukcje zakończone siatką, którą zanurza się na kilka minut, a później podnosi z nadzieją na złapanie wodnych stworzeń. Przy jednej z nich (oczywiście za „drobną opłatą”) załapaliśmy się do pracy.

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), pracując przy Chinese Fishing Nets – Chińskich sieciach rybackich

Nasz połów nie był bynajmniej spektakularny.

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), nasza zdobycz

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), własnoręcznie złowiona na Chinese Fishing Nets – Chińskich sieciach rybackich

Zachód słońca zbliżał się nieubłaganie, a wraz z nim zamyka się większość atrakcji w Indiach. Postanowiliśmy na spokojnie przespacerować się bazarowymi uliczkami wzdłuż brzegu.

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Chinese Fishing Nets – Chińskie sieci rybackie

Dzień kończymy kulturalnie – pokazem sławnej na całe Indie, a wywodzącej się z właśnie z Kerali, sztuki Kathakali w Kerala Kathakali Centre. Siadamy na krzesłach klimatycznej, drewnianej sali teatralnej. Nim rozpocznie się część właściwa przedstawienia, widzowie mogą obserwować proces nakładania makijażu przez artystów. Spójrzcie na te kolory, nic dziwnego, że trwa to prawie godzinę!

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz makijażu artystów przed występem Kathakali

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz makijażu artystów przed występem Kathakali

Kathakali to dramat teatralny należący także do klasycznych tańców hinduskich, w którym główną rolę odgrywają gesty i mimika, między innymi niesamowite ruch gałek ocznych! Po sesji makijażu widzowie wprowadzani są w świat znaków i interpretacji właściwych dla tego rodzaju sztuki, by następnie posłuchać historii (w lokalnym języku, więc można raczej tylko popatrzeć..) o dawnych dziejach, połączonych z religijnymi wydarzeniami. Akcja rozwija się powoli, ale długość przedstawienia dostosowana jest tak by nie zanudzić turystów. W dawnych czasach trwały one od zmierzchu do świtu!

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz Kathakali

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz Kathakali

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz Kathakali

Warte uwagi! My tymczasem wracamy odpocząć, jutro impreza!

Reklamy

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Aurangabad i okolice: part II

Budzimy się w 2016 roku, niezwykle wypoczęci. Nasz kierowca również nie zabalował, dlatego po śniadaniu wyjeżdżamy w kierunku jaskiń Ajanta (Adźanta – nijak nie podobają mi się polskie tłumaczenia miejsc w Indiach). Przed nami niecałe 100km do podnóża wzniesień, na których znajdują się pochodzące z II w.p.n.e. (!) i powstające aż do V/VII w.n.e groty. Abstrakcyjne wydaje się dotarcie do miejsca, gdzie ogromny ślad działalności zostawili ludzie, żyjący wcześniej niż początek naszego obecnego kalendarz – skoro teraz mamy rok 2017, to logicznie był kiedyś rok 1, a jaskinio-świątynie Ajanta, zaczęły powstawać pracą ludzkich rąk prawie 200 lat przed nim! Wciąż ciężko mi to sobie wyobrazić.

Dojeżdżamy na parking, skąd przesiadamy się w autobus podwożący ostatnie 4km do samych jaskiń. Bilety w cenie 250 rupii (~5.30 SGD, ~14PLN) od osoby kupujemy tuż przy wejściu i, gdy tylko przekroczymy bramę, nasze twarze zastygają w niemożliwym do opisania wyrazie zachwytu i niedowierzania jednocześnie. Klif na planie półkola z wyżłobionymi w połowie wysokości świątyniami, niewiarygodny widok.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Podobnie jak w jaskiniach Ellora, o których pisałam o tutaj, Ajanta są równie dobrze oznaczone i opatrzone tablicami informującymi o historii i funkcji danego miejsca. Skrupulatnie odwiedzamy każdą z nich, nie mogąc się nadziwić, w jak dobrym stanie zachowały się chociażby malowidła na ścianach. Lekko tajemniczy mrok w ich wnętrzach chroni nasze oczy przed palącym słońcem na zewnątrz. Przyjemnie jest też postawić bose stopy na chłodniejszych posadzkach – świątynie należą do kultu buddyjskiego, dlatego obowiązuje zakaz noszenia obuwia wewnątrz. Polecam sandały lub klapki, bo chociaż wydaje się, że łatwiej byłoby po prostu permanentnie zdjąć buty, to paląca od słońca ścieżka szybko zweryfikuje racjonalność tego pomysłu.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, malowidła na ścianie w jaskini numer 1

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, freski i zdobiona kolumna w jaskini numer 2

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, freski w jaskini numer 16

Jak przystało na ręcznie ciosane groty, rzeźb jest co niemiara. Mnóstwo detali zachowało się po dziś dzień, są nawet całe nawy, ołtarze i stupy!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, posąg Buddy w jaskini numer 1

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby w jaskini numer 6 lub 7

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, stupa w jaskini numer 9

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby pod sufitem w jaskini numer 16

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby w jaskini numer 19

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźba Buddy w jaskini numer 26

Wejścia do poszczególnych jaskinio-świątyń  zostały również starannie ozdobione. Nie wiedzieć czemu, w niektóre otwory postanowiono wstawić drzwi lub okna, chcę wierzyć że to tylko ze względu na ochronę zabytku. Mówiąc o tym ostatnim, zarówno w Ajantcie jak i Ellorze, wejść można było wszędzie i wszystko można było dotknąć. Chociaż w niektórych grotach znajdował się kustosz-ochroniarz i wszechobecne są znaki zakazujące fotografii z lampą błyskową (dla dobra malowideł) i przypominające o zdjęciu butów, to nie brakuje turystów, którzy nijak się mają do szacunku dla zabytków.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźba słonia na wejściu do jaskini numer 16

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, zdobione wejście do jaskini numer 19

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Podobnie jak dzień wcześniej, tutaj również wiele zakamarków odwiedzaliśmy w samotności. Być może 1 stycznia nie jest preferowanym dniem na wycieczki. Na całe szczęście jaskinie były otwarte, a dla mnie im mniej ludzi tym lepiej. Spędziliśmy tu długie godziny. Również tutaj nasza „odmienność” stała się powodem do rozlicznych zapytań o wspólne zdjęcia ze strony „lokalnych” turystów, którym staraliśmy się nie odmawiać – niech żyje nasze celebryckie 5 minut!

Późnym popołudniem byliśmy z powrotem w Aurangabad. Po kolacji przyszedł czas na przymiarkę mojej bluzki do sari, którą przywiózł nasz kierowca. Była tak bardzo krótka jak powinna. Wszystkie fałdy, a mam tego trochę, na wierzchu. Moja umiejętność oplatania się w sari pozostawiała wiele do życzenia, więc szanse na szczelne ukrycie się za materiałem, wydawały się minimalne. Choć w Indiach widoczne „schaby” są na porządku dziennym, to ja absolutnie nie czuję się z tym komfortowo. Cóż, zobaczymy jak będzie.. Kładziemy się spać, bo przed świtem czeka na nas samolot do Kochi, z przesiadką w Mumbaju (dawniej Bombaju) – czas na Indie południowe!

(bez)Kac (bez)Vegas w Bangkoku – Tajlandia, Bangkok, akt II

Kontynuując poprzedni wpis z Bangkoku – jest późne popołudnie, a my właśnie wsiadamy do poniższej łódki, aby przepłynąć główną rzekę w mieście – Chao Phraya. Naszym celem jest, znajdująca się niemal naprzeciwko pałacu królewskiego, świątynia Wat Arun – Temple of Dawn, czyli świątynia świtu.

Tajlandia, Bangkok, łódka na rzece Chao Phraya

Tajlandia, Bangkok, łódka na rzece Chao Phraya

Niestety, potwierdziły się nasze obserwacje z przeciwnego brzegu – główny, ogromny prang był w remoncie, owinięty szczelnie zieloną siatką, z robotnikami krzątającymi się dookoła. Trudno się mówi, przynajmniej nie było zbyt wielu turystów. Weszłyśmy więc zobaczyć to co się dało, w końcu 50 bahtów (~5,75zł, 2$SGD) za bilet to nie majątek. Mówiąc o pieniądzach – na tajskich monetach po jednej stronie zobaczymy wizerunek króla, a po drugiej, w zależności od nominału – jedną z sześciu tajskich świątyń. Wat Arun umieszczona jest na monecie 10 bahtowej.

2 z 4 mniejszych prangów pozostały odkryte i miałyśmy szansę zobaczyć chociaż namiastkę tej ciekawej świątyni. Jej najbardziej charakterystyczne budowle zdobione są porcelaną i muszlami, używając metody inkrustacji (a że człowiek uczy się przez całe życie, to ciocia Wikipedia podpowiada, że to technika zdobienia polegająca na wykonaniu wgłębień w podłożu i wklejaniu w nie odpowiednio przyciętych płytek z różnych materiałów). Porcelana pochodzi z samiućkich Chin i była używana jako balast dla łodzi przybywających z tego kraju do Bangkoku.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, jedna z czterech prang

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, jedna z czterech prang

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Chociaż świątynia nazwą nawiązuje do poranka, to jej majestat najczęściej uwieczniany jest podczas i po zachodzie słońca, kiedy, wspaniale podświetlona, odznacza się nad brzegiem rzeki. Mam nadzieję wrócić jeszcze kiedyś do Bangkoku, żeby to zobaczyć. Póki co pozostają malownicze zdjęcia w internecie.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Dzień był tak intensywny, że kolejnego poranka budzik, z którym miałyśmy wstać i jechać na pływający market, został zignorowany i nastąpiła ekspresowa zmiana planów. Przede wszystkim postanowiłyśmy skorzystać z uroków naszego hotelu i bynajmniej nie mam tu na myśli gnicia w łóżku do późnego popołudnia.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel

Baiyoke Sky Hotel to 88(!)-piętrowy budynek z pokojami dla gości dostępnymi aż do 74 piętra! Nasz pokój w tzw. strefie Sky Zone wymagał wdrapania się (na szczęście windą ;) ) na 54-te z nich. Niesamowity widok za oknem i niezapomniane wrażenie, gdyż po raz pierwszy miałam okazję spać na takiej wysokości (pomijam oczywiście te wszystkie drzemki w samolotach). W uszach czuć było zmianę ciśnienia, a czasem miało się wrażenie, że budynek lekko drga. W czasie naszego pobytu hotel był najwyższym budynkiem w Bangkoku. W sierpniu 2016 został zdetronizowany, wciąż pozostając najwyższym hotelem w Azji Południowo-Wschodniej, a 7-mym na świecie.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, widok z okna

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, widok z okna

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, nocny widok z pokoju

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, nocny widok z pokoju

Na 84-tym piętrze znajduje się nie byle jaki, bo obrotowy taras widokowy! Tak, tak, nie trzeba nawet chodzić dookoła, by obejrzeć całą panoramę Bangkoku. Wysokości zawsze mnie fascynowały, więc spędziłyśmy przynajmniej dwie rundki na górze. Goście hotelowi mogą korzystać z tarasu za darmo, ale jest on również udostępniany innym odwiedzającym za opłatą.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, panorama z tarasu widokowego

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, panorama z tarasu widokowego

Nacieszone widokiem, poświęciłyśmy ostatnie godziny na odwiedzenie sklepów, sklepików, bazarów i straganów oraz podglądanie smaczków (nie tylko kulinarnych) tajskiej codzienności.

Tajlandia, Bangkok, sztuka współczesna napotkana na ulicy

Tajlandia, Bangkok, rzeźba napotkana na ulicy

Tajlandia, Bangkok, tuk-tuki!

Tajlandia, Bangkok, tuk-tuki!

Tajlandia, Bangkok, marzenia porzucone pod mostem..

Tajlandia, Bangkok, marzenia porzucone pod mostem..

Tajlandia, Bangkok, koszmar elektryka

Tajlandia, Bangkok, koszmar elektryka

Niedaleko świątyń można kupić zestawy upominkowe dla mnichów, koniecznie w pomarańczowym kolorze, zawierające miks środków czystości i artykułów spożywczych. Zgodnie z religijnymi zasadami, mnisi prowadzą ubogie życie, a wszystko co posiadają, włączając w to przedmioty użytku codziennego, kosmetyki czy jedzenie, musi być ofiarowane im w prezencie. Wierni obdarowują ich na przykład takimi wiaderkami, aby podziękować im za ich służbę.

Tajlandia, Bangkok, zestawy podarunkowe dla mnichów

Tajlandia, Bangkok, zestawy podarunkowe dla mnichów

Tajlandia, Bangkok, czy jedzie z nami Budda?

Tajlandia, Bangkok, czy jedzie z nami Budda?

Jak widać da się w Bangkoku spędzić czas inaczej niż imprezując, wszystko zależy czego się szuka :) Myślę, że stolica Tajlandii ma wystarczająco atrakcji, aby na spokojnie spędzić w niej nawet 3-4 dni. Później organizm (przynajmniej mój) będzie wołał, aby wydostać go z tego przesytu świątyń, straganów i miejskiego zgiełku, najlepiej gdzieś do lasu lub dżungli. Zabrać tylko ze sobą tajski masaż i jedzenie.

(bez)Kac (bez)Vegas w Bangkoku – Tajlandia, Bangkok, akt I

Chociaż nie widziałam filmu Kac Vegas w Bangkoku to nietrudno mi zgadnąć co było jego tematem przewodnim. Wykreowany na ekranie obraz imprezowej stolicy zdecydowanie można temu miastu przypisać. Nasza weekendowa wyprawa do największego miasta w Tajlandii była jednak, można by rzec, bardziej uduchowiona. Zamieszkałyśmy w hotelu odległym od dzielnicy rozpusty, a niepełne dwa dni, dreptałyśmy do zdarcia nóg między świątyniami a straganami i sklepami, zahaczając o masaż. Jednym z powodów, dla których kraj ten przyciąga masę turystów, zdecydowanie są ceny dóbr i usług. Na każdym kroku można zaopatrzyć się w torebkę prawie-jak-Prada lub dać się połamać tajskim masażem za niewielką ilości bahtów (lokalna waluta). Niektóre podróbki są fascynująco podobne do oryginału! W normalnych sklepach również ceny są bardzo atrakcyjne.

Dreamliner należący do tanich linii lotniczych Scoot wylądował (z nami na pokładzie) na międzynarodowym lotnisku Don Mueang piątkowym wieczorem. Na „dobry wieczór” okazało się, że nasz pokój w hotelu został już przejęty przez kogoś innego.. Po dłuższej dyskusji z recepcjonistą i jego przełożonym, łaskawie zgodziłyśmy się przyjąć w zamian pokój o wyższym standardzie (w cenie normalnego) ;) Szybki rekonesans okolicy ekspresowo nauczył nas dobrze patrzeć pod nogi, zwłaszcza przechodząc koło sterty śmieci – nikt nie chciałby wszak nadepnąć na szczura..

Tajlandia, Bangkok, witamy!

Tajlandia, Bangkok, witamy!

Kierowcy tajskich tuk-tuków (budek na kółkach, takich lokalnych taksówek) niezmordowanie zagadywali nas po drodze, jednak my dzielnie przemierzałyśmy poranne kilometry do pierwszej atrakcji (nie bagatela, prawie 7km!). Zanim jednak dotarłyśmy do pałacu królewskiego, mijałyśmy The Giant Swing (tajski: Sao Chingcha, w dosłownym tłumaczeniu: Ogromna huśtawka), zwaną też Red Gate, czyli czerwona brama. Znajdująca się przed świątynią Wat Suthat XVIII-wieczna konstrukcja religijna, z małymi przerwami, do 1935 roku służyła do tzw. ceremonii huśtania (Swing ceremony).

Tajlandia, Bangkok, The Giant Swing (Red Gate, czerwona brama) przed świątynią Wat Suthat

Tajlandia, Bangkok, The Giant Swing (Red Gate, czerwona brama) przed świątynią Wat Suthat

Podczas obrządku w bramie podwieszana była sporych rozmiarów deska, na której huśtali się mężczyźni, próbując jednocześnie złapać zawieszone na 15-metrowym słupie worki z monetami/złotem. Niektóre źródła podają, że śmiałkowie mieli dokonać przejęcia torby za pomocą zębów – archiwalne zdjęcie z tego wydarzenia można zobaczyć chociażby tutaj. Co złapali – to ich. Ta, jedna z królewskich ceremonii, upamiętniająca historię z hinduskich wierzeń związanych z opieką nad ziemią przez boga Shivę i bóstwo-byt, który przyjął formę węża – Nagę, została zakazana w latach 30-stych XX wieku z uwagi na wielokrotne wypadki śmiertelne wśród śmiałków. Ciekawostka, którą właśnie odkryłam: żeńska forma wężo-bytu Naga nazywa się Nagi lub Nagini – gdzie to drugie, było imieniem węża należącego do Voldemorta w serii o Harrym Potterze :) Niech żyją inspiracje.

Prostą drogą dotarłyśmy nad rzekę Chao Phraya, przy której brzegu znajduje się kompleks pałacu królewskiego – The Grand Palace, gdzie rodzina i rząd królewski urzędował od 1782 do 1925 roku, przeprowadzając się później do innych rezydencji. Pałac pozostaje do dyspozycji na wszystkie oficjalne wydarzenia. Warto przypomnieć, że królestwo Tajlandii, w październiku 2016 w wielkim smutku pożegnało swego króla, który w momencie śmierci był najdłużej panującą głową państwa na świecie (70 lat i 126 dni), kolejną monarchinią, pod względem stażu, jest królowa Elżbieta II z 65 latami władzy na koncie.

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, widok na świątynię Wat Phra Kaew znajdującą się na terenie pałacu

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, widok na świątynię Wat Phra Kaew znajdującą się na terenie pałacu

Na terenie kompleksu pałacowego znajduje się świątynia Wat Phra Kaew – Temple of the Emerald Buddha – świątynia Szmaragdowego Buddy, będąca religijno-politycznym symbolem i źródłem ochrony nad tajską społecznością. Figura rzeczonego Szmaragdowego Buddy, znajdująca się w głównym budynku kompleksu świątyni, jest w istocie wykonana z jadeitu (emerald po tajsku znaczy po prostu głęboki zielony kolor, bez wskazania rodzaju kamienia). Każdy obiekt i rzeźba na terenie świątyni pełni istotną rolę popartą religijnym wierzeniem: złote stupy (Chedi), demony strzegące bram wejściowych czy prangi reprezentujące elementy buddyzmu. Interesująca jest też obecność modelu kambodżańskiego Angkor Wat. Jak można się dowiedzieć, umieszczenie go było sposobem pokazania przez ówczesnego króla, tajskich rządów w połowie Kambodży, będącej wasalem Tajlandii.

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewskiteren świątyni Wat Phra Kaew, Golden Chedi wspierana przez demony

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Golden Chedi wspierana przez demony

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Prasat Phra Thep Bidon - królewski panteon

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Prasat Phra Thep Bidon – królewski panteon

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, przejście tylko dla mnichów

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, przejście tylko dla mnichów

Zielonego Buddy fotografować nie można, więc dla ciekawych zostawiam tu link do oficjalnego zdjęcia -> o tu. Wszystko ocieka złotem i symboliką. Już kiedyś na fali negatywnych komentarzy o zbędnym wydatku, gdy jakaś katolicka świątynia dodała złoto tu i ówdzie, naszła mnie refleksja, że Ci wszyscy kontestatorzy powinni zobaczyć to szaleństwo odbywające się w buddyzmie.

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, Phra Si Rattana Chedi na terenie świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, Phra Si Rattana Chedi na terenie świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, demon Sahatsadecha strzegący jednej z bram na terenie świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, demon Sahatsadecha strzegący jednej z bram na terenie świątyni Wat Phra Kaew

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Golden Chedi wspierana przez demony, w tle biało-niebieskawy prang

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Golden Chedi wspierana przez demony, w tle biało-niebieskawy prang

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Prasat Phra Thep Bidon - królewski panteon

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, teren świątyni Wat Phra Kaew, Prasat Phra Thep Bidon – królewski panteon

Spora część pałacu królewskiego nie jest dostępna dla zwiedzających, w tej otwartej podziwiać można bogate zdobnictwo budynków, a także galerie i muzea. Mnie osobiście bardzo przypadło do gustu Queen Sirikit Museum of Textiles (Muzeum tkanin królowej Sirikit), gdzie zobaczyć można królewskie stroje, narodowe tajskie suknie oraz lokalne wzornictwo. Jest nawet osobna sala, w której znajdują się stoliki z pieczątkami i opisami tradycyjnych wzorów – raj dla maniaka papierowego rękodzieła, takiego jak ja – chyba nie muszę dodawać, że mam kartki z odciskami wszystkich pieczątek? :) Bilety do muzeów i galerii, a także świątyni na terenie pałacu były wliczone w cenę biletu głównego do kompleksu pałacowego (500 bahtów dla nie-Tajów, niecałe 58zł, ~20SGD).

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace - Pałac królewski, kompleks Phra Thinang Chakri Maha Prasat do przyjmowania królewskich gości

Tajlandia, Bangkok, Grand Palace – Pałac królewski, kompleks Phra Thinang Chakri Maha Prasat do przyjmowania królewskich gości

Z pałacu swoje kroki skierowałyśmy do znajdującej się po sąsiedzku świątyni Wat Pho – Temple of the Reclining Buddha – Świątynia Spoczywającego/Odpoczywającego (Leżącego) Buddy, której głównym centrum zainteresowania jest, jak nie trudno się domyślić, ogromna, złota figura leżącego Buddy.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, światynia leżącego Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, światynia leżącego Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, światynia leżącego Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, światynia leżącego Buddy

Będąc jedną z najstarszych świątyń w Bangkoku (jej początki datuje się na XVII wiek) mnie urzekła zdecydowanie czym innym.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Chedi Rai, stupy w których znajdują się prochy zmarłych z rodziny królewskiej

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Chedi Rai, stupy w których znajdują się prochy zmarłych z rodziny królewskiej

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Maha Chedi Si Rajakarn - stupy dedykowane pierwszym czterem królom z dynastii Chakri

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Maha Chedi Si Rajakarn – stupy dedykowane pierwszym czterem królom z dynastii Chakri

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Maha Chedi Si Rajakarn - stupy dedykowane pierwszym czterem królom z dynastii Chakri

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, Phra Maha Chedi Si Rajakarn – stupy dedykowane pierwszym czterem królom z dynastii Chakri

Nie ma tu aż tyle złota!! Bynajmniej nie na zewnątrz.. Są za to piękne, bogato zdobione, kolorowe stupy i malownicze bramy. Zdecydowanie jest to miejsce, którego w Bangkoku nie można pominąć, zwłaszcza przy cenie biletu 100 bahtów (~11,50zł, 4$SGD).

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, akuku!

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Pho, akuku!

Dzień powoli chylił się ku zachodowi, ale my wpompowałyśmy resztki sił w zmęczone już nogi oraz rozgrzane tajskim upałem głowy i udałyśmy się na pobliską przystań, gdzie za 3 bahty (35 groszy! 10 centów singapurskich!) można przeprawić się leciwą łupinką z silnikiem (zwaną łódką) na drugi brzeg, tuż pod samo wejście, ostatniej już na naszej liście, świątyni Wat Arun – Świątyni Świtu (Temple of Dawn). O niej jednak, jak i pozostałych smaczkach z miasta Bangkok w następnym odcinku, stay tuned!

ogród w mieście czy miasto w ogrodzie? Singapur, Botanic Garden, National Orchid Garden

Po kilku latach w Singapurze, coraz mniej pozostało mi ciekawych miejsc, w których nie byłam. Wciąż są też takie, którym poświęciłam zdecydowanie za mało czasu, mimo że warte są uwagi. Jednym z nich jest singapurski ogród botaniczny (Singapore Botanic Garden).

W wielu miastach, które miałam okazję odwiedzić, zieleń ogranicza się (i to w porywach) do kilku drzewek i krzaków wzdłuż ulicy oraz wciśniętego gdzieś (często na uboczu) małego parku, z kilkoma roślinkami na krzyż. Singapur jednak bardzo się stara, aby uchodzić za miasto w ogrodzie (city in a garden). Nawet w dzielnicy drapaczy chmur stara się wcisnąć drzewka i małe skwery, a w samym sercu miasta-państwa, tuż obok głównej dzielnicy zakupowo-handlowej, znajduje się ogromny (82 hektary!),  znajdujący się na liście UNESCO, park-ogród tropikalny- Botanic Garden właśnie.

Singapurski Ogród Botaniczny to miejsce, gdzie spędzić można długie godziny, przechodząc od jednego tematycznego zakątka do drugiego, zahaczając o muszlę koncertową (gdzie koncerty odbywają się średnio co weekend) przed którą można urządzić sobie piknik czy podziwiając żółwie taplające się w jeziorze. Lokalną dumą jest jednak, znajdujący się w jego centralnej części, Narodowy Ogród Orchidei – National Orchid Garden. Kwiat ten, będący roślinnym symbolem Singapuru, uprawiany jest tu w niezliczonej ilości odmian i krzyżówek. Hybrydy orchidei, które tworzone są „na miejscu” często otrzymują nazwę upamiętniającą jakiegoś VIPa (polityka, dygnitarza albo celebrytę), który wizytuje kraj w danym czasie. I chociaż zawsze mam wrażenie, że w Singapurze wszelką żywność i rośliny się sprowadza, to jednak okazuje się, że ponad 10 milionów orchidei jest eksportowane rocznie.

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Wejście do ogrody botanicznego jest za darmo, ale za wizytę w ogrodzie orchidei trzeba zapłacić. Może dlatego, gdy tylko przekroczyliśmy bramę, uderzył nas spokój, którego próżno szukać na głównych alejkach (w weekendy Botanic Garden to bardzo popularne miejsce). Roślinność podzielona jest na strefy (m.in. strefa VIP Orchid Garden, gdzie znajdują się wspomniane hybrydy o nazwach upamiętniających znanych ludzi).

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Wszędzie dominują oczywiście storczyki, ale mi bardzo spodobał się coolhouse, w którym symulowane są tropikalne warunki wysokogórskie. Tutaj oprócz orchidei, można podziwiać również inne gatunki (niestety botanik ze mnie kiepski, więc nie powiem Wam jaki dokładnie rodzaj znajduje się na zdjęciach), które cieszą oczy.

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Diabeł tkwi w szczegółach i Singapur dobrze o tym wie. National Orchid Garden jest szczególnie popularny jako miejsce na ślubne sesje fotograficzne, m.in. w tak urokliwym jego zakątku jak poniższe kwiatowe łuki.

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Chyba nabrałam sporej ochoty, żeby znów się tam wybrać i ciężko będzie znaleźć wymówkę, bo pod samą bramę wejściową Botanic Garden dojeżdża metro, a przez tę stację przejeżdżam codziennie w drodze z i do pracy.

herbatka u Tadka – Malezja, Cameron Highlands: akt II

Już poprzedniego wieczoru dogadaliśmy się z naszym taksówkarzem, że przed świtem dnia następnego zawiezie nas swoim wehikułem na wschód słońca na górę Brinchang (Gunung Brinchang). Najwyższy szczyt Cameron Highlands do którego prowadzi droga dojazdowa (a drugi w kolejności, jeśli chodzi o wysokość nad poziomem morza) ma wysokość nieco ponad 2000 m.n.p.m. I choć trochę się obawialiśmy i żal nam było pojazdu, to szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nie ma się co martwić, bo nie dość, że samochód igła, to jeszcze bardzo doświadczony kierowca. Co jest więc takiego specjalnego w tym pojeździe? Otóż, Ginu (?) – imię naszego kierowcy wymawiało się ‚Dżinu’, nie mam pojęcia jaka jest poprawna pisownia – prowadzi najbardziej stylowego i zadbanego Mercedesa jakim jeździłam do tej pory. Nie jest to jednak najnowszy mercedes klasy S czy A, ale.. Mercedes 190D, model rocznik 1960! Zadbany, dopieszczony w środku, oryginalne części, a dźwięk silnika? Poezja! Z chęcią słuchaliśmy też łamanej angielszczyzny ochrypniętego głosu Ginu, który opowiadał nam historię tego samochodu, którego właścicielem jest ponad 50 lat, a zakupił go krótko po swojej emigracji z Indii. Jeśli kiedyś będziecie w okolicy potrzebowali transportu, wypatrujcie tego charakterystycznego samochodu – wrażenia niezapomniane. Sypnijcie też Ginu dobry napiwek, oby zawsze miał wystarczająco pieniędzy, by dbać o ten wspaniały wehikuł.

Malezja, Cameron Highlands, taksówka - Mercedes 190D, rocznik 1960'

Malezja, Cameron Highlands, taksówka – Mercedes 190D, rocznik 1960′

Malezja, Cameron Highlands, taksówkarz Ginu za kierownicą Mercedesa 190D z rocznika 1960'

Malezja, Cameron Highlands, taksówkarz Ginu za kierownicą Mercedesa 190D z rocznika 1960′

Magia wschodów słońca, nie pozwala oddać ich wspaniałości słowami. Na logikę: wstajesz niewyspany w środku nocy, tłuczesz się (zwykle posiliwszy się tylko batonem zbożowym czy innym ciastkiem) ileś kilometrów, stoisz na zimnym wietrze z palcem przymarzniętym do spustu aparatu i.. zachwycasz się, że słońce znów wstaje. Wstawało, pięknie wstawało, a my gapiliśmy się w przestrzeń nie mogąc oderwać wzroku.

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Zanim wróciliśmy na śniadanie, przespacerowaliśmy się także przez Mossy Forest (tłumacząc dosłownie: omszały las). Rośnie on tylko w najwyższych partiach gór w klimacie tropikalnym lub subtropikalnym. Nazywany jest również Cloud Forest or Fog Forest (pochmurny las lub mglisty las). Wszystko za sprawą wysokości, gdzie niższa partia chmur otula okolicę, nadając jej wilgotny, spowity we mgle, charakter. Środowisko wręcz idealne do wzrostu niezliczonych gatunków roślin, w tym mchów, paproci i porostów, a także najróżniejszych owadów, ptaków, gadów i płazów. Drewniane platformy prowadzą tylko jakieś 15o metrów w głąb, my jednak przeszliśmy kawałek dalej, gdzie gęstwina i plątanina korzeni wymuszała na nas szczególną ostrożność w blasku wciąż wschodzącego słońca.

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Pod hotelem z rozrzewnieniem pożegnaliśmy naszego taksówkarza. Zasileni odpowiednią ilością smażonych nudli (azjatycki makaron) i tostów wyruszyliśmy na zaplanowaną wędrówkę po górskiej dżungli. Tym razem obraliśmy odwrotnych kierunek. Do tej pory zwiedzaliśmy miejsca w okolicy miasteczka Brinchang, przyszedł czas na Tanah Rata. Trasa numer #9 miała zaprowadzić nas do wodospadu Robinson (Robinson Falls). Owszem, zaprowadziła, chociaż mimo mapy i kilku zrzutów ekranu na telefonie, długo kluczyliśmy by znaleźć początek trasy. Sam wodospad też nie zachwycił jakoś szczególnie, raczej brudna woda pływająca żwawym nurtem po kilku większych kamieniach. Przy wodospadzie rozpoczyna się trasa #8, która planowo miała zaprowadzić nas na górę Berembun (Gunung Berembun), skąd trasą #3 mieliśmy zejść do rozwidlenia i dalej trasą #6, wyjść z lasu przy budynku Urzędu Leśnego, praktycznie na tyłach naszego hotelu. Przynajmniej w teorii. Trasy są wyznaczone i niby oznakowane, ale w dużej mierze idzie się na czuja. Nie ma ich jednak aż tyle, żeby się zgubić, jeśli wciąż jest się na ścieżce. Na szczycie (chyba) nie byliśmy, zeszliśmy (chyba) trasą #5, gdzieś przy polu namiotowym. Błogosławiłam treki na moich nogach, gdyż miejscami ścieżka zmieniała się w błotniste mokradła i trzeba było skakać tuląc się do drzew lub balansować na leżących konarach, by wyjść z tego suchą stopą. Dla niektórych wyprawa skończyła się praniem butów w rzece, by bez obciachu móc pojawić się w miasteczku.

Malezja, Cameron Highlands, na szlaku (nie wiadomo którym)

Malezja, Cameron Highlands, na szlaku (nie wiadomo którym)

Malezja, Cameron Highlands, wyjście z dżungli

Malezja, Cameron Highlands, wyjście z dżungli

Znaleźliśmy jeszcze siły w nogach, by podreptać na nocny market do Brinchang. Nie wysilaliśmy się jednak zbyt długo, bo na horyzoncie pojawiła się nasza ulubiona taksówka! Ginu również nas rozpoznał i kolejne minuty upłynęły na radosnych pogawędkach.

Okolica reklamuje się jako producent zdrowego i ekologicznego jedzenia, dlatego na nocnym markecie stoiska uginają się od truskawek (omnom mnom, tyle ich zjadłam) i miodów, wszelakich kwiatów i warzyw. Wszędzie wzrok atakują gadżety z symbolem lub w kształcie truskawki, która zdaje się być łatwiejsza w marketingu niż słynne pola herbaty. Gdy siatki rwały się z rąk, a my już wiedzieliśmy, że więcej truskawek moczonych w płynnej czekoladzie nie zmieści się w brzuchach, zawróciliśmy do hotelu się pakować.

Jako, że był to wyjazd tylko na długi weekend, bagaż stanowiły jedynie plecaki. Zakupione suweniry, wymogły na nas zaopatrzenie się w dodatkową torbę, którą mogłyśmy nadać do luku (nasz lot z Ipoh do Johor Bahru, miasta granicznego z Singapurem, miał bagaż nadawany w cenie). Znacie te charakterystyczne, duże, foliowe torby na zamek, zwykle w biało-czerwono-niebieską bladą kratę, tak chętnie używane do pakowania towaru przez sprzedawców na bazarach? Taka była nasza najtańsza opcja.. Zamiast charakterystycznej przeplatanki, wyróżniała się czarnym tłem w białe kropki, z nadrukowanymi truskawkami. Skoro świt, z naszą pieszczotliwie ochrzczoną, torbą wstydu, udałyśmy się taksówką (niestety nie tą ulubioną), na lotnisko do Ipoh, skąd samolotem do JB, i dwoma autobusami (do i przez granicę) do domu.

Tak, uwielbiam wypady na łono natury, a herbatę kocham jeszcze bardziej!

herbatka u Tadka – Malezja, Cameron Highlands: akt I

Chiński Nowy Rok to najważniejsze święto dla wielu mieszkańców Azji. Mnie również cieszy że świętują, gdyż z tej okazji przypadają 2 dni ustawowo wolne od pracy, co w połączeniu z weekendem daje dobrą perspektywę na krótki wypad po za granicę kraju. Jest tylko jeden problem – nie jestem jedyną, która to zauważyła. W tym okresie ceny biletów szybują wyżej niż same samoloty lub też zostają w całości wykupione na długie tygodnie wcześniej. Na szczęście sytuacja nie jest aż tak krytyczna w transporcie lądowym, którym łatwo można dostać się do pobliskiej Malezji. Idąc tym tropem postawiłyśmy na okolicę słynnych pól herbacianych Cameron Highlands.

Autobus z Singapuru do Ipoh szczęśliwie dowiózł nas do dworca, z którego odchodzą również autobusy do Cameron Highlands. Przed nami było już tylko przydługie czekanie na spóźniony odjazd i niekończące się minuty w korku. Późnym popołudniem, zza brudnych szyb przywitały nas góry, górki i pagórki. Wystarczyło czasu na szybki rekonesans najbliższego miasteczka, zanim powoli zaczął zapadać mrok. Cała okolica wzgórz Cameron Highlands jest podzielona na obszary i miasteczka, które dość płynnie przechodzą w siebie. Zatrzymaliśmy się gdzieś pomiędzy Tanah Rata a Brinchang, aby mieć blisko do obu z nich.

Od rana zaplanowaliśmy same atrakcje, zaczynając od tej położonej najdalej. Oprócz pól herbacianych, o których za chwilę, Cameron Highlands posiada wiele farm, które szczycą się swoimi wyrobami lub żyjątkami. Dominują farmy truskawek i kwiatów, w tym lawendy, przeplatane farmami warzywnymi, pasiekami i motylarniami.
Większość z powyższych każdy z nas widział już w swoim życiu, jedynie lawenda wydawała się na swój sposób wyjątkowa. Udało nam się zlokalizować lawendziarnię kilka kilometrów od naszego hotelu i po długich negocjacjach z taksówkarzem, byliśmy na miejscu. Jako że był to sezon świąteczny, do miasteczek zawitało sporo turystów, a wraz z nimi ogromne korki na wąskich, górskich drogach. Kierowca usilnie próbował wyrzucić nas w kilku innych miejscach, żeby tylko nie jechać dalej i nie przebijać się przez zatłoczoną ulicę. Gdy przejechaliśmy najgorszy zator, diabeł wstąpił w niego ponownie i szalał niczym rajdowiec. Z duszą na ramieniu dojechaliśmy do Cameron Lavender i zdecydowanie podziękowaliśmy temu naburmuszonemu gościowi za jego usługi.

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender, osobliwe doniczki

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender, osobliwe doniczki

Na farmie lawendy najwięcej było.. Truskawek i gerberów. Co prawda, odkąd mieszkam w Singapurze to nie miałam okazji zobaczyć krzaczków obsypanych tymi owocami, a moje ulubione kwiaty widuję bardzo rzadko, ale nie po to tam przyjechaliśmy. Sytuację uratowały pyszne, choć bardzo słodkie lody lawendowe i mały skwerek z tymi roślinkami.

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender - gerbery

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender – gerbery

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender - truskawki

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender – truskawki

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender - lawenda

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender – lawenda

Spławienie narwanego taksówkarza miało jeden zasadniczy minus – byliśmy jakieś 5,5 km od podnóża góry z polami herbacianymi, niecałe 9 kilometrów od ‚centrum herbacianego’. Złapanie nowej taryfy nie wchodziło w grę, byliśmy przy głównej drodze gdzieś między wsią a wsią. Pozostał marsz poboczem w upalnym słońcu. Postanowiliśmy jednak próbować szczęścia i zobaczyć czy podróż autostopem  możliwa jest w Malezji. Po jakiejś pół godzinie poznaliśmy odpowiedź, kiedy nasza czwórka radośnie ładowała się na pakę pick-upa, kierowanego przez dwóch wesołych gości. Co prawda ruch odbywał się mozolnie, bo chwilę później dołączyliśmy do ogonka zakorkowanych pojazdów, ale śmiechu było co nie miara. Nie wiem w sumie kto miał większy ubaw – my, którzy dawno nie mieliśmy okazji jechać na stopa, czy lokalni ludzie, widząc czwórkę białasów na pace.

Podziękowaliśmy za podwózkę do podnóża góry i dalej kontynuowaliśmy pieszo. Do centrum herbacianego (Sungei Palace Tea Centre) prowadzi dobrze utwardzona droga, więc nie było mowy o typowej, leśnej wędrówce w górach, ale kto by się tym przejmował, gdy dookoła takie widoki!

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Centrum herbaciane to kilka budynków, na które składa się herbaciarnia, sklepik z lokalną herbatą, mini-muzeum z historią herbaciarstwa okolicy oraz małą, pokazową linią produkcyjną. Zmęczeni chętnie usiedliśmy na kanapie w chłodnym pokoju z ekranem, gdzie wyświetlano krótki program o firmie Boh, do której od 1929 roku należą plantacje w Cameron Highlands.

Etapy powstawania herbaty można podejrzeć wraz z przewodnikiem, ale my nie uświadczyliśmy żadnego (nikt też nie zatrzymał nas przed wejściem do budynku), więc uznaliśmy, że zwiedzanie na własna rękę jest również dozwolone. Firma Boh Teh (teh to po malajsku herbata), zajmuje się głównie wytwarzaniem czarnej odmiany. Jak można zauważyć na powyższych zdjęciach, herbata hodowlana rośnie w sięgające do pasa krzaczki. Dzika herbata potrafi osiągnąć nawet 20 m wysokości. Młody krzew potrzebuje ok 2 lata, aby jego liście nadawały się do zebrania. Nie wszystkie jednak – zrywa się tylko te rosnące od góry. Zwiędnięte listki poddaje się skręcaniu i łamaniu, aby uwolnić znajdujące się w nich soki. Kolejnym etapem jest fermentacja, a właściwie utlenianie. Liście zmieniają kolor z zielonego na miedziany, a także zyskują smak i aromat, który będzie towarzyszył napojowi. Ten ściśle kontrolowany proces trwa do 2 godzin. Po tym czasie następuje intensywne, 20 minutowe  suszenie powietrzem o temperaturze 100°C, aby zatrzymać proces fermentacji. Zawarte w liściach soki krystalizują się, a herbata przybiera znany nam z paczek czarny kolor i kruchą strukturę (wilgotność takiego produktu jest niższa niż 3%). Ostatnim etapem są wibracyjne sita, które oddzielają włókna i łodygi od liści, a także sortują herbatę w zależności od rozmiaru cząstek. Te największe trafiają do herbat sypanych, malutkie zaś, do torebek ekspresowych. Firma używa tych samych maszyn nieprzerwanie od 1935 roku.

Malezja, Cameron Highlands, zbieranie herbaty z pola na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, zbieranie herbaty z pola na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, zbieranie herbaty z pola na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, zbieranie herbaty z pola na zboczu góry Gunung Brinchang

Po nakarmieniu się wiedzą pozostało już tylko jedno – spróbować tego magicznego eliksiru! Chociaż kuszące było napicie się gorącego napoju, by w pełni rozkoszować się smakiem i aromatem, to po długiej wędrówce pod górę w upale, jedyne co mogłam przyjąć to herbata mrożona, za to w podwójnej ilości! Pyszny, chłodny smak Orchard Splash – mrożonej herbaty z mango, podbił moje serce. A na deser obowiązkowo, reklamowany w całym Cameron Highlands sernik z truskawkami! Nie smakuje może jak babciny, ale patrząc przez pryzmat azjatyckich standardów, ten w malezyjskich górach jest całkiem przyzwoity.

Po krótkim odpoczynku czas na inny ważny punkt naszej wizyty – sklep z lokalną herbatą. Ci, którzy mieli okazje mnie poznać wiedzą, że herbata ma zawsze szczególne miejsce w moim domu. Nie lubię kawy (tak, są tacy ludzie), dlatego z radością wybierałam kolejne pudełeczka i puszki, nie tylko dla siebie – rodzina i kilku znajomych w Polsce miało również okazję wypróbować tego malezyjskiego specjału (dodam tylko, że pisząc tę notkę niemal 2 lata po wizycie, wciąż popijam herbatkę z tych wzgórz). Objuczeni dodatkowymi kilogramami, rozpoczęliśmy wędrówkę w dół w promieniach schodzącego coraz niżej słońca.

Późny obiad w knajpce i szybka decyzja – idziemy jeszcze zobaczyć ogród motyli (Butterfly Garden) nieopodal! Oprócz kolorowych owadów, hodowane były różnego rodzaju inne gady, płazy i robaki – większość z nich lepiej spotkać tylko w takim mini-zoo, a nie na swojej drodze.

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden - żuczek

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden – żuczek

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden - motyl

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden – motyl

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden - kokony

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden – kokony

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden - motyl

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden – motyl

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden - kameleon

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden – kameleon

Spacerkiem do Brinchang na kolację (tradycyjny, opalany węglem steamboat – rodzaj dania, gdzie na środku stołu stawiana jest misa z wiecznie wrzącą zupą, a biesiadujący mają do wyboru najróżniejsze rodzaje surowych warzyw, mięs, ryb i owoców morza, które trzeba sobie samemu w tej zupie ugotować i wyłowić) i wypadało wracać do hotelu na regeneracyjnego drinka i sen. Nie zawsze jednak łatwo kupić alkohol w muzułmańskiej Malezji, ale z pomocą przyszedł nam najlepszy taksówkarz na świecie, którego pojazd podbił nasze serca. O nim i o dalszym eksplorowaniu malowniczej okolicy Cameron Highlands, następnym razem.

na plaży białas się smaży – Malezja, wyspa Langkawi

Po bożonarodzeniowej wyprawie do Wietnamu, nie zabawiliśmy w domu na długo. Kiedy w Polsce na dobre rozgrzały parkiety sylwestrowych imprez, a szampan z niecierpliwością czekał by wystrzelić korkiem, my budziliśmy się bladym świtem 2015 roku, po omacku zgarnialiśmy bagaże i znów byliśmy w drodze. Tym razem na Langawi, wyspę po zachodniej stronie Malezji. Na szczęście przystanek autobusu, którym można przejechać granicę między Singapurem a Malezją, mam tuż pod blokiem. Później już tylko odprawa celna, autobus na lotnisko, samolot, drugi samolot, bus i byliśmy o krok od plażoleżenia. Taka ‚posklejana’ podróż to trochę zmarnowanego czasu, ale zdecydowanie ulga dla portfela (często dużo taniej jest polecić z Johor Bahru, malezyjskiego miasta tuż za granicą z Singapurem, niż z samego Singapuru). Tuż po kolejnej racie snu podczas krótkiego lotu z Johor Bahru do Subang, przebłysk jasności umysłu przypomniał nam, że nie ogarnęliśmy transportu z lotniska do hotelu. Niby zawsze można wziąć taksówkę, ale nie znając lokalnych cen, łatwo dać się oszukać. Oparami internetu przesłaliśmy maila do hotelu z prośbą o odbiór z lotniska za godzinę i wsiedliśmy do samolotu bez większych nadziei, że ktoś po nas przyjedzie. Ku naszemu zdziwieniu, kiedy w zachwycie zwiedzaliśmy lotniskowe stoisko monopolowe (wspomniałam już, że Langkawi jest wyspą w całości wolnocłową? Bajecznie niskie ceny alkoholi i innych dóbr wszelakich…), pojawił się Pan z hotelu, który uratował nasze portfele i wątroby.

Wieczór poświęciliśmy na zwiedzanie okolicy naszą wypożyczoną w hotelu, czarno-zieloną strzałą. Po Langkawi najłatwiej poruszać się właśnie skuterem. Taksówki i samochody z wypożyczalni stoją w korkach na wąskich uliczkach, a taki motorek zawsze się jakoś prześlizgnie, choćby chodnikiem. Warunki wypożyczenia, podobne jak w Wietnamie: zapłać, tu masz kask i kluczyki, szerokiej drogi! Ubezpieczenia? Dokumenty? Prawo jazdy? A po co zaprzątać sobie głowę!

Nowy dzień zaczęliśmy na plaży Pantai Cenang (tak, moje odkrycie z Bali znalazło swoją kontynuację – plaże mają nazwy!). Ja – przodownik leżenia plackiem na piasku [tak, to sarkazm], o niebo lepiej czułam się pływając w ciepłej, czyściutkiej wodzie. Relaks maksymalny. Zaczynała mi nawet kiełkować w głowie myśl, że wakacje z plażą i wodą na tapecie nie są aż takie złe. Nie są, pod warunkiem, że a) więcej wody niż plaży (w sensie czasowym, nie objętościowym) i b) filtr, którego używasz jest wodoodporny. Tak, ewolucja z białasa w Indianina w mniej niż 2h.. Czego słońce nie spiekło kiedy leżeliśmy na plaży, to idealnie poparzyło, kiedy wraz z kolejną falą, nie pozostał nawet cień kremu z filtrem na skórze. Dobrze, że głód wygnał nas do zacienionej przydrożnej knajpki, bo dojrzałe pomidory wyglądałyby przy nas blado. Klasyka wakacji nad wodą: spalenizna dnia pierwszego, a później, przykryty od czubka głowy po krańce stóp, duch wśród piasku przez resztę dni. Wieczorna rundka do miasta wzbogaciła nas o żel chłodzący, krem chłodzący, aloes, balsam chłodząco-nawilżający, jogurt (który okazał się słodkawym, gęstym mlekiem – nie nadawał się ani do jedzenia ani do kojenia skóry) i nadzieję na przyszłość: super-wodoodporny filtr 100.. Podobno powyżej filtru 50 to już tylko marketing, ale gdy piekły stopy, a ubrania bolały, bez wyrzutów sumienia uwierzyliśmy reklamie.
Miejsce na ważna życiową lekcję: nie wystarczy tylko posmarować się kremem z filtrem. Jeśli wchodzi się do wody, warto sprawdzić czy krem jest wodoodporny.

Malezja, wyspa Langkawi, plaża Pantai Cenang

Malezja, wyspa Langkawi, plaża Pantai Cenang

Malezja, wyspa Langkawi, na plaży Pantai Cenang

Malezja, wyspa Langkawi, na plaży Pantai Cenang

Malezja, wyspa Langkawi, zachód słońca

Malezja, wyspa Langkawi, zachód słońca

Następnego dnia rano, czerwień płachty na byka odbijająca się w lustrze, dała nam jasno do zrozumienia, że kolejna dawka plażowego słońca nie wchodzi w rachubę. Naszym wehikułem udaliśmy się więc w bardziej zalesioną, zachodnią część wyspy, skorzystać z innej atrakcji – Langkawi SkyCab – uznanej za najbardziej stromą kolejkę linową na świecie. Widoki na szczęście kompensują małe zawały serca przy każdym większym podmuchu wiatru. Tuż obok górnej stacji kolejki, znajduje się niesamowity most, łączący dwie góry. Niestety, mimo kolejnych doniesień o zakończeniu prac, zamknięty od 2012 most, wciąż był niedostępny (jak mówi Internet, miesiąc później otworzono fragment tej atrakcji).

Malezja, wyspa Langkawi, SkyCab

Malezja, wyspa Langkawi, SkyCab

Malezja, wyspa Langkawi, SkyCab: jeśli wagonik się zatrzyma, pozostań spokojny i ciesz się widokiem

Malezja, wyspa Langkawi, SkyCab: jeśli wagonik się zatrzyma, pozostań spokojny i ciesz się widokiem

Malezja, wyspa Langkawi, SkyCab, widok z Gunung Mat Cincang

Malezja, wyspa Langkawi, SkyCab, widok z Gunung Mat Cincang

Malezja, wyspa Langkawi, widok z Gunung Mat Cincang

Malezja, wyspa Langkawi, widok z Gunung Mat Cincang

Malezja, wyspa Langkawi, Sky Bridge

Malezja, wyspa Langkawi, Sky Bridge

Popołudniem, gdy ostre słońce odpuściło, uzbrojeni w pancerz z filtru, koszulki i chusty na szyję, postawiliśmy swe kroki na plaży, rządni przygody. Wybór padł na skutery wodne! Warto było oszczędzić na biletach, żeby móc więcej poświęcić na tę atrakcję! Zdecydowanie lepiej radzę sobie z takim pojazdem (popływem?) niż z quadem (wciąż pamiętam moją kąpiel w rzece w Tajlandii z tym ustrojstwem..).

Malezja, wyspa Langkawi, na skuterach wodnych

Malezja, wyspa Langkawi, na skuterach wodnych

Niestety, wszystko co dobre, musi się skończyć. Nie inaczej było z naszym długim weekendem. Krótki, poranny trening jazdy na skuterze (tym razem takim z kołami) i pakowaliśmy się do samolotu.

Malezja, wyspa Langkawi, niedzielny kierowca

Malezja, wyspa Langkawi, niedzielny kierowca

Malezja, wyspa Langkawi, okolice lotniska

Malezja, wyspa Langkawi, okolice lotniska

Na koniec – miła niespodzianka, hotel nie skasował nas ani za transport lotniskowy (był płatny) ani za przetrzymanie skutera (też był płatny) – lubimy takie prezenty, zwłaszcza gdy z wakacji wracamy z pustym portfelem.

sajgonki na bis! – Wietnam, akt IV: Halong Bay

Kiedy używa się słowa wakacje, to zwykle na myśl przychodzi odpoczynek. Nie ważne czy w domu czy na wyjeździe, relaks jest bardziej niż wskazany. Stety-niestety mi osobiście rzadko kiedy się to udaje. Zwykle moje wyjazdy są zapakowane do ostatniej sekundy (bo co jeśli już nigdy tu nie wrócę?) i nie ma/szkoda czasu na robienie czegoś spokojnie.

Oryginalnie ostatni, pełny dzień przed powrotem do Singapuru mieliśmy spędzić w Hanoi. Ale jak tu siedzieć w mieście, skoro jedyne 150 kilometrów dalej znajduje się absolutnie niesamowite Halong Bay?!

Nasz nocny pociąg zawitał do Hanoi przed 5.00. Idealnie by dojść do hotelu (mieliśmy rezerwację w Hanoi na cały czas pobytu w Wietnamie, żeby nie musieć tachać ze sobą walizki w góry), wziąć prysznic, półgodzinną drzemkę, zjeść śniadanie i zostać odebranym przez busa wiozącego na przystań. Polecam rezerwowanie takiej wycieczki na miejscu w Hanoi, będzie dużo taniej. My zdecydowaliśmy się jechać wieczór wcześniej, będąc jeszcze w Lao Cai, więc nie mieliśmy wyboru i zarezerwowaliśmy online, znacznie przepłacając..

Po drodze znalazło się jeszcze trochę czasu żeby odespać, bo dopiero 3,5 godziny później byliśmy w Ha Long. Wsiedliśmy na statek, który opływał, podpływał, przepływał, obok i pomiędzy skałami wynurzającymi się z głębin. Halong Bay to ogromny obszar zatoki, na którym roi się od skał, wysp i wysepek, tworzących przepiękny, bajkowy widok. Poszczęściło nam się także z pogodą, po kilku mglistych dniach w końcu ujrzeliśmy słońce.

Wietnam, Halong Bay, rejs statkiem wśród skał, skałek, wysepek

Wietnam, Halong Bay, rejs statkiem wśród skał, skałek, wysepek

Wietnam, Halong Bay, rejs statkiem wśród skał, skałek, wysepek

Wietnam, Halong Bay, rejs statkiem wśród skał, skałek, wysepek

Wietnam, Halong Bay, rejs statkiem wśród skał, skałek, wysepek

Wietnam, Halong Bay, rejs statkiem wśród skał, skałek, wysepek

Z wieloma skałami wiążą się legendy lub też historie interpretujące kształt skał. Jednym z najważniejszych symboli Halong Bay są Całujące Się Skały (Kissing Rocks), reprezentujące namiętną miłość. Wg lokalnej interpretacji, przypominają one dwa kurczaki (a dokładniej kogut i kura). Niektóre opowieści wskazują jednak, że zamiast całować się, walczą. Mi przypominają raczej psa (jakiegoś bernardyna) i kota w koronie (coś w stylu grumpy cat) zaklętych w śmiertelnym pojedynku patrzenia sobie w oczy.

Wietnam, Halong Bay, rejs statkiem wśród skał, skałek, wysepek

Wietnam, Halong Bay, Całujące Się Skały w kształcie kurczaków (Kissing Chicken Rocks)

Na całym obszarze znajduje się kilka wiosek rybackich, a w jednej z nich, za dodatkową opłatą, można przesiąść się w łupinkę i dać się przewiosłować przez szczeliny w skałach.

Wietnam, Halong Bay, tratwo-łupinką wokół skał

Wietnam, Halong Bay, tratwo-łupinką wokół skał

Wietnam, Halong Bay, tratwo-łupinką wokół skał

Wietnam, Halong Bay, tratwo-łupinką wokół skał

Halong Bay to nie tylko skały i wysepki, ale także jaskinie. Odwiedziliśmy jedną z nich (Thien Cung Cave) i wrażenia pozostaną niezapomniane, niestety nie za sprawą stalagmitów i stalaktytów, ale kolorowych światełek, absolutnie psujących nastrój i klimat tego miejsca.

Wietnam, Halong Bay, jaskinia Niebiański Pałac (Heavenly Palace Cave - Động Thiên Cung)

Wietnam, Halong Bay, jaskinia Niebiański Pałac (Heavenly Palace Cave – Động Thiên Cung)

Wietnam, Halong Bay, jaskinia Niebiański Pałac (Heavenly Palace Cave - Động Thiên Cung)

Wietnam, Halong Bay, jaskinia Niebiański Pałac (Heavenly Palace Cave – Động Thiên Cung)

Wietnam, Halong Bay, jaskinia Niebiański Pałac (Heavenly Palace Cave - Động Thiên Cung)

Wietnam, Halong Bay, jaskinia Niebiański Pałac (Heavenly Palace Cave – Động Thiên Cung)

Pod wieczór wróciliśmy do Hanoi na ostatnie zakupy i wietnamskie jedzenie, a rano taksówkarz zabrał nas na otworzony 2 dni wcześniej nowy terminal lotniska, skąd bez przygód, wróciliśmy do Singapuru.

Wietnam na TAK!

sajgonki na bis! – Wietnam, akt III: Bac Ha

W każdą niedzielę w Bac Ha, na północny wschód od Sa Pa, odbywa się wielkie targowisko. Przedstawiciele najróżniejszych ludów zamieszkujących na co dzień małe osady wysoko w górach, spotykają się w jednym miejscu, aby uzupełnić zapasy i sprzedać swoje dobra. Chociaż między straganami widać wdzierającą się już produkcję made in China, to wiele z nich zachowało swą autentyczność i daje obraz jak wygląda codzienność lokalnych ludzi. Są więc wnyki i miski zrobione ze starych opon, mikrostragany z warzywami z małego ogródka i rozbebeszony świniak, z którego wycinane są na bieżąco kawałki wedle zainteresowania klienteli.

Wietnam, Bac Ha, market - transport zakupionego świniaka

Wietnam, Bac Ha, market – transport zakupionego świniaka

Wietnam, Bac Ha, market - wnyki

Wietnam, Bac Ha, market – wnyki

Wietnam, Bac Ha, market - stoisko mięsne

Wietnam, Bac Ha, market – stoisko mięsne

Wietnam, Bac Ha, market - miski z opon

Wietnam, Bac Ha, market – miski z opon

Wietnam, Bac Ha, market - zakurzysz?

Wietnam, Bac Ha, market – zakurzysz?

Ale wszystko to nie ma znaczenia tak, jak kolorowe stroje lokalnych kobiet. Kark się skręca od patrzenia z podziwu. Aż się skusiłam i nabyłam droga kupna piękną, ręcznie szytą spódnicę w stylu mniejszości Flower Hmong (czy muszę dodawać, że zapłaciłam za nią mniej niż warta jest byle szmatka w odzieżowej sieciówce?).

Wietnam, Bac Ha, kobiety z mniejszości Flower Hmong

Wietnam, Bac Ha, kobiety z mniejszości Flower Hmong

Wietnam, Bac Ha, kobieta z mniejszości Hmong

Wietnam, Bac Ha, kobieta z mniejszości Hmong

Wietnam, Bac Ha, kobiety z mniejszości Hmong

Wietnam, Bac Ha, kobiety z mniejszości Hmong

Wietnam, Bac Ha, rodzina mniejszości Hmong

Wietnam, Bac Ha, rodzina mniejszości Hmong

Wietnam, Bac Ha, wśród kobiet z mniejszości Hmong

Wietnam, Bac Ha, wśród kobiet z mniejszości Hmong

Wietnam, Bac Ha, kobiety z mniejszości Hmong

Wietnam, Bac Ha, kobiety z mniejszości Hmong

Jak się okazało, nasz przejazd zawierał w sobie również wizytę w pobliskiej osadzie. W popękanych murach domów czas się zatrzymał (chociaż w jednej chatce był nawet telewizor). Mieliśmy okazję wysłuchać historii jednego z mieszkańców, który z dumą prezentował nam dyplom ukończenia szkoły przez jego syna (pierwsza i jedyna osoba z wioski póki co..). W pomieszczeniu obok kilka kobiet krzątało się w wioskowej garkuchni, a nieopodal inne brały się za pranie – dzień jak co dzień.

Wietnam, okolice Bac Ha, kobiety z mniejszości Hmong w kuchni

Wietnam, okolice Bac Ha, kobiety z mniejszości Hmong w kuchni

Wietnam, okolice Bac Ha, kobieta z mniejszości Hmong pierze ubrania

Wietnam, okolice Bac Ha, kobieta z mniejszości Hmong pierze ubrania

Wietnam, okolice Bac Ha, plecaki-kosze

Wietnam, okolice Bac Ha, plecaki-kosze

Wietnam, okolice Bac Ha, widok z wioski

Wietnam, okolice Bac Ha, widok z wioski

Rzut okiem na granicę Wietnamsko-Chińską nieopodal i wysiadaliśmy w Lao Cai, aby po wzmocnieniu się solidną porcją sajgonek, kurczakiem z ryżem i wietnamską bagietką z warzywami i wołowiną, złapać nocny pociąg powrotny do Hanoi. Wspaniały nastrój trochę się jednak rozmył, gdy złapany w restauracji internet poinformował nas o zaginięciu samolotu z Surabayi (Indonezja) do Singapuru.. Tego samego, którym rok i miesiąc wcześniej wracałam z wulkanów..