Miesiąc: Październik 2017

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Jaisalmer: part II

Właśnie skończyliśmy zwiedzać Złote Miasto, wracamy do zaprzyjaźnionej restauracji odebrać nasze bagaże i czekać na transport na pustynię. Kilka tygodni wcześniej, planując całą wyprawę, do ostatniej chwili zastanawialiśmy się, czy aby na pewno opłaca nam się odbijać na zachód Radżastanu, jednak perspektywa nocy na pustyni zwyciężyła zdrowy rozsądek. Pustynia Thar – Wielka Pustynia Indyjska to ponad 200 tys kilometrów kwadratowych ciemnożółtego piachu. Większość obozów, które udostępniane są turystom, znajduje się ok 40km od Jaisalmer, w wydmowej części pustyni, zwanej Sam Sand Dunes. Przeszukując różne oferty w internecie, zdecydowaliśmy się na obóz Spirit Desert Camp. W cenie 5000 rupii (~280PLN, ~105SGD) mamy dwuosobowy namiot z kolacją i śniadaniem dla dwóch osób, wieczorny program kulturalny i przejażdżkę wielbłądem w duecie o zachodzie słońca. Dodatkowe 1500 rupii (~85PLN, ~32SGD) dopłaciliśmy za podwózkę do obozu i wcześniejsze zwiedzanie miasta.

Oczekiwanie na białego SUV-a ciągnie się w nieskończoność. Mieliśmy nadzieję chwilę odpocząć w obozie zanim zaczną się pustynne atrakcje. W końcu wyjeżdżamy i obraz za oknem szybko się zmienia – znikają żółtawe budynki Jaisalmer i jak okiem sięgnął.. piaskownica. Zanim dojedziemy na miejsce jeszcze nie raz zachwyt zastąpią zamknięte oczy i głowa oparta o szybę – nieprzespana noc daje o sobie znać.

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, obóz Spirit Desert Camp

Na horyzoncie widać skupiska białych namiotów – jesteśmy na miejscu! Jest całkiem przestronnie i wygodnie, każdy namiot ma nawet łazienkę do połowy murowaną i kafelkowaną! W końcu możemy zmyć z siebie koszmarny, nocny autobus!

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, obóz Spirit Desert Camp

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, w namiocie obozu Spirit Desert Camp

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, łazienka w namiocie obozu Spirit Desert Camp

Nie ma jednak czasu na drzemkę, bo dostojnym krokiem podchodzi nasz.. wielbłąd. Niezdarnie ładuję się na grzbiet zwierza i próbuję nie spaść kiedy staje na nogi. Po chwili oswajam się z bujaniem i mogę spojrzeć przed siebie – widok jest niesamowity, góry piachu jak okiem sięgnął! Co i rusz są też wielbłądy i wielbłądzie wozy. Nie jedzie się w grupie, ale ludzi jest całkiem sporo – na dalsze wycieczki, gdzie można liczyć na więcej samotności z naturą, trzeba mieć więcej czasu.

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, na wielbłądzie

Siadamy na wydmie, słońce zachodzi pięknymi kolorami, znikąd przychodzi grajek i wygrywa przed nami niesamowite melodie (oczywiście za drobny datek). Nie wiemy kiedy ostatnie promienie chowają się za horyzont i czas wracać do obozu. Ostatnie metry nasz środek transportu pokonuje truchtem, a moje serce przenosi się gdzieś do gardła – chyba jazda wielbłądem nie należy do moich ulubionych atrakcji.

Zanim puste już brzuchy zostaną napełnione zdrową porcją hinduskiej kuchni, przed nami jeszcze wieczór kulturalny. Siedzimy na planie okręgu, ze sceną dookoła paleniska. Jest ciemno, nie licząc kilku reflektorów, którym zdarzyło się zgasnąć kilka razy, płonie ogień, zespół gra lokalną muzykę, są tańce i pokazy niemal akrobatyczne – sielanka! Cały region pustynny słynie ze swego orientalnego dorobku artystycznego, który jest całkiem przyjemny dla ucha i oka. Po zakończeniu głównej części, dołączamy do wykonawców i pląsamy razem z nimi i innymi obozowiczami wokół ogniska.

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, bindi (święte kropki) były częścią wieczoru kulturalnego w obozie Spirit Desert Camp

Baterie w naszych organizmach zdecydowanie się wyczerpały, już na pokazie czasem przymknęło mi się oko, więc po sytej kolacji nie ma już siły na nic więcej niż sen. Chwilę jeszcze podziwiamy czerń nieba i zamykamy płachtę namiotu. Dobrze, że wcześniej wzięliśmy prysznic – jest już dosyć chłodno, a woda w kranie lodowata! Gdy gasną światła obozu robi się cicho i ciemno, wręcz magicznie.

Indie, pustynia Thar, Sam Sand Dunes, zachód słońca w obozie Spirit Desert Camp

Budzimy się przed świtem. Niestety nie doczekamy śniadania, bo jedziemy dalej – 0 6.30 wynajęty samochód zabiera nas do Jodphuru, ponad 300km dalej, skąd łapiemy samolot najpierw do Delhi a później do Aurangabad – naszego przedostatniego celu podróży.

Reklamy

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Jaisalmer: part I

Z uczuciem niedosytu jedziemy dalej. Zamówione wcześniej bilety na nocny autokar z Jaipuru do Jaisalmer przewoźnikiem Pooja Travels kosztowały nas 600 rupii od osoby (~33PLN, ~12.5SGD) za miejsca „Sleeper” czyli sypialne.

Rikszarz wysadza nas gdzieś pod wiaduktem. Miejsce ni hu hu nie zgadza mi się z mapą i jestem przekonana, że czekamy w złym miejscu. Dookoła stoją jednak ludzie z bagażami, a pan sprzedający bilety mówi, że mamy nigdzie nie odchodzić. Jest już dawno po zmroku i okolica nie zachęca. Grubo po czasie przyjeżdża rozklekotany autobus bez oświetlenia w środku, który zabrać ma nas do autokaru właściwego. Wsiadamy do niego tylko my, więc robi się trochę nerwowo. Chwilę później jesteśmy jednak w miejscu, gdzie mieliśmy zjawić się oryginalnie – firma przewozowa ma po prostu kilka punktów w mieście, z których odbiera pasażerów. A oto i on, nasza zmora. Z zewnątrz autokar prezentuje się po prostu zwyczajnie, nie jakiś najnowszych cud techniki, ale zdecydowanie klasę wyżej niż stare Autosany. Kupując bilety wyglądało na to, że autobus jest piętrowy, a do góry są miejsca do leżenia. Biorąc na logikę uznaliśmy, że będą to po prostu rozkładane fotele. Jak bardzo byliśmy w błędzie. Autokar był rozmiarów 1,5 pojazdu piętrowego. Po „naszej” stronie, nad dolnym rzędem foteli, znajdowały się zamykane.. pawlacze. Inaczej nie da się tego określić. Wyobraźcie sobie łóżko piętrowe, które od sufitu dzieli około 80 centymetrów, otoczone szybami ze wszystkich stron – nie dało się tam nawet swobodnie usiąść.

Indie, w drodze z Jaipuru do Jaisalmer, piętrowy autobus z pawlaczami sypialnymi, widok z naszego schowka

Takich schowków było 6, nam przypadł ten po lewej na końcu. Nie prowadziły do niego żadne schodki, więc wskrobać się trzeba było odbijając od foteli niżej i podciągnąć rękami.. Ostatecznie udało się Maćkowi jakoś mnie tam ulokować. Wrzuciliśmy bagaż pod głowę i chcąc nie chcąc, położyliśmy się na poplamioną i lepką od wszystkiego wykładzinę. Mordęga rozpoczęła się chwilę później. Zawieszenie to taki magiczny element wyposażenia pojazdu, którego zdecydowanie nie było. Znajdowaliśmy się nad kołem, jadąc po nierównych drogach Radżastanu. Przy każdym załamaniu nawierzchni nasze ciała podnosiły się na kilka centymetrów i opadały na twardą powierzchnię. Bite 12 godzin jazdy w pralce. Dodatkowo co chwila otwierało się przesuwne okno, serwując nam solidne podmuchy zimnego powietrza. Nijak nie szło go zablokować, oprócz trzymania ręką lub stopą. Czy muszę dodawać, że nie było szans na zmrużenie oka? Organizm kiepsko sobie radził, zjedzona kolacja wielokrotnie chciała zawrócić, bolały kości, mięśnie, drętwiało wszystko co może zdrętwieć. Najgorszy kryzys w podróży jaki kiedykolwiek dopadł mnie w życiu. Myślałam, że to się nigdy nie skończy.

Indie, w drodze z Jaipuru do Jaisalmer, pozdrawiamy z autobusowego schowka

Nad ranem, po środku niczego, autobus zatrzymał się na postój. Wysiedliśmy z nadzieją na rozprostowanie, ale nic to nie dało i  wciąż czuliśmy się fatalnie. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów pamiętam jak przez mgłę, zapadałam w minutowe drzemki, przerywane podrzutami. W końcu! Alleluja! Jaisalmer! Po drodze chyba zapomnieliśmy po co tu przyjechaliśmy, a przecież przed nami Złote Miasto i noc w namiocie na pustyni!

Oczywiście autokar przyjechał na inny dworzec niż ten, z którego odebrać nas miał organizator pustynnych atrakcji. Z pomocą kierowcy i ludzi dookoła udało się jednak z nim skontaktować i chwilę później byliśmy w dalszej drodze. Pierwszy punkt to restauracja (Season Restaurant), mimo głodu, wstrząśnięty niezmieszany żołądek trochę protestował.

Indie, Jaisalmer, pyszna sałatka w Season Restaurant, a jeśli się nie śpi całą noc to piwo na śniadanie jest również dozwolone

Indie, Jaisalmer, toaleta dwufunkcyjna, można i siadać i kucać

Jaisalmer to ostatnia większa osada przy pustynnej granicy z Pakistanem. Oprócz oczywistej atrakcji – nieprzebranej ilości ciemnożółtego piasku pustyni Thar (Wielka Pustynia Indyjska) warto poświęcić trochę czasu i zanurzyć się w żółto-złotawe mury miasta.

Zwiedzanie miasta mieliśmy zapewnione w ramach pakietu ze Spirit Desert Camp – pustynnego ośrodka, w którym postanowiliśmy się zatrzymać. Całe zakwaterowanie organizowaliśmy z wyprzedzeniem przez internet. Nasze bagaże zostały w restauracji, a my wsiedliśmy do rikszy (hurra, znowu nas wytrzęsie!). Tym razem nie za bardzo wiedzieliśmy, jaki jest plan, zdaliśmy się na kierowcę, który wiedział gdzie nas zawieźć.

Zaczęliśmy od wizyty nad sztucznym jeziorem Gadisar Lake. Wydrążone w XIV wieku na rozkaz pierwszego władcy Jaisalmer, było jedynym źródłem wody w okolicy. Jego brzeg otaczają misternie zdobione świątynie, kaplice i kapliczki hinduistyczne, niektóre wystają wprost z wody. Okolica jeziora to także dobre miejsce do podziwiania panoramy Złotego Miasta – jak okiem sięgnął widać tylko niskie, żółtawe budynki. Nie obchodziliśmy jednak całego jeziora dookoła, fragment nieopodal drogi w zupełności wystarczył, żeby zobaczyć piękno okolicy.

Indie, Jaisalmer, Gadisar Lake

Indie, Jaisalmer, świątynie i kapliczki na brzegu Gadisar Lake

Indie, Jaisalmer, stragany obok Gadisar Lake, święte krowy i widok na Fort Jaisalmer

Następnie udajemy się do Mandir Palace, płacąc na wejściu 150 rupii (8,30PLN, 3,1SGD) za 2 osoby, mimo że na bilecie widnieje kwota 300 rupii od osoby. Miejsce okazuje się być wybudowanym w XIX wieku domem ówczesnego Maharadży Jaisalmer. Obecnie jego potomkowie prowadzą w pałacu.. hotel! Gdybym tylko wiedziała wcześniej, że mogę spędzić noc w pałacu! Na szczęście jest on udostępniony również dla zwiedzających z zewnątrz. Rzeźbiarstwo i snycerstwo nabiera tu nowego znaczenia. Misterne ornamenty ciężko opisać słowami, długie godziny ciężkiej pracy widać tu absolutnie na każdej powierzchni. Znajdująca się w pałacu wieża Badal Vilas to najwyższy obecnie punkt w mieście (nie licząc fortu znajdującego się na wzgórzu).

Indie, Jaisalmer, wejście do Mandir Palace

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace, po drugiej stronie lustra, zdjęcie robione oczami

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace, wieża Badal Vilas

Mandir to nie jedyne miejsce by podziwiać wspaniałe dzieło artystów-rzemieślników. Kierujemy się bowiem do Patwa-ki-Haveli (Patwon Ki Haveliyan). Haveli to swego rodzaju ciąg hinduskich kamienic wybudowanych wzdłuż bardzo wąskich uliczek. Miejsce, które odwiedzamy uznawane jest za jedno z okazalszych reprezentantów tego stylu budownictwa. Wieżyczki, balkoniki, arkady, portale, attyki i co tylko. Wszystko zdobione z niewiarygodną wręcz drobiazgowością. Pierwsze haveli w Jaisalmer powstały właśnie tu na początku XIX wieku, jest to właściwie kompleks 5 różnych haveli w jednym miejscu, które pewien handlarz-bogacz miał wybudować dla swoich 5 synów. Obecnie budynki pełnią różne funkcje urzędowe, jest muzeum (nie wchodziliśmy), pełno tu również kramów i kramików z mydłem i powidłem. Wejście na uliczki płatne jest 50 rupii (1SGD, 2,75PLN) od osoby.

Indie, Jaisalmer, wąskie uliczki Patwa-ki-Haveli

Indie, Jaisalmer, wąskie uliczki Patwa-ki-Haveli

Ostatnim punktem wycieczki po mieście jest Fort Jaisalmer, jedna z największych, w całości zachowanych, fortyfikacji na świecie. Wybudowany w XII wieku, oprócz swoich właściwości obronnych, pełnił też ważną funkcję przystankową na Szlaku Jedwabnym. Rawa Jaisal, w tamtym czasie władca tych terenów, na skutek okołoreligijnych wydarzeń zdecydował się dać początek miastu właśnie tutaj, nazywając je Jaisalmer od swojego imienia.

Indie, Jaisalmer, Fort Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer

Wejście do fortu płatne jest 500 rupii od osoby (27,5PLN, 10SGD) plus 100 rupii (2SGD, 5,5PLN) za możliwość robienia zdjęć. Na każdym kroku otacza nas żółty piaskowiec, spacerując wzdłuż murów widok rozpościera się na żółto-złote miasto. Wszystko idealnie wtapia się w piaski pustyni, do której już rzut beretem. Podobnie jak w pozostałych, w jaisalmerskim forcie można przepaść na długie godziny. Zakurzeni wszechobecnym pyłem i umęczeni po nieprzespanej nocy nie mamy zbyt dużo energii, więc zaznajamiamy się tylko pobieżnie z pomieszczeniami i świątyniami na terenie fortu, zmuszając ostatkiem sił szare komórki do próby ogarnięcia drzewa genealogicznego władców Jaisalmer i okolicy.

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer, genealogia władców miasta..

Indie, Jaisalmer, makieta Fortu Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, widok z jednego ze skrzydeł Fortu Jaisalmer

Wracamy do restauracji, skąd po obiedzie mają zabrać nas na pustynię. O dwóch takich co jeździli wielbłądem w następnej części!