podrozystka

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Aurangabad i okolice: part II

Budzimy się w 2016 roku, niezwykle wypoczęci. Nasz kierowca również nie zabalował, dlatego po śniadaniu wyjeżdżamy w kierunku jaskiń Ajanta (Adźanta – nijak nie podobają mi się polskie tłumaczenia miejsc w Indiach). Przed nami niecałe 100km do podnóża wzniesień, na których znajdują się pochodzące z II w.p.n.e. (!) i powstające aż do V/VII w.n.e groty. Abstrakcyjne wydaje się dotarcie do miejsca, gdzie ogromny ślad działalności zostawili ludzie, żyjący wcześniej niż początek naszego obecnego kalendarz – skoro teraz mamy rok 2017, to logicznie był kiedyś rok 1, a jaskinio-świątynie Ajanta, zaczęły powstawać pracą ludzkich rąk prawie 200 lat przed nim! Wciąż ciężko mi to sobie wyobrazić.

Dojeżdżamy na parking, skąd przesiadamy się w autobus podwożący ostatnie 4km do samych jaskiń. Bilety w cenie 250 rupii (~5.30 SGD, ~14PLN) od osoby kupujemy tuż przy wejściu i, gdy tylko przekroczymy bramę, nasze twarze zastygają w niemożliwym do opisania wyrazie zachwytu i niedowierzania jednocześnie. Klif na planie półkola z wyżłobionymi w połowie wysokości świątyniami, niewiarygodny widok.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Podobnie jak w jaskiniach Ellora, o których pisałam o tutaj, Ajanta są równie dobrze oznaczone i opatrzone tablicami informującymi o historii i funkcji danego miejsca. Skrupulatnie odwiedzamy każdą z nich, nie mogąc się nadziwić, w jak dobrym stanie zachowały się chociażby malowidła na ścianach. Lekko tajemniczy mrok w ich wnętrzach chroni nasze oczy przed palącym słońcem na zewnątrz. Przyjemnie jest też postawić bose stopy na chłodniejszych posadzkach – świątynie należą do kultu buddyjskiego, dlatego obowiązuje zakaz noszenia obuwia wewnątrz. Polecam sandały lub klapki, bo chociaż wydaje się, że łatwiej byłoby po prostu permanentnie zdjąć buty, to paląca od słońca ścieżka szybko zweryfikuje racjonalność tego pomysłu.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, malowidła na ścianie w jaskini numer 1

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, freski i zdobiona kolumna w jaskini numer 2

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, freski w jaskini numer 16

Jak przystało na ręcznie ciosane groty, rzeźb jest co niemiara. Mnóstwo detali zachowało się po dziś dzień, są nawet całe nawy, ołtarze i stupy!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, posąg Buddy w jaskini numer 1

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby w jaskini numer 6 lub 7

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, stupa w jaskini numer 9

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby pod sufitem w jaskini numer 16

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby w jaskini numer 19

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźba Buddy w jaskini numer 26

Wejścia do poszczególnych jaskinio-świątyń  zostały również starannie ozdobione. Nie wiedzieć czemu, w niektóre otwory postanowiono wstawić drzwi lub okna, chcę wierzyć że to tylko ze względu na ochronę zabytku. Mówiąc o tym ostatnim, zarówno w Ajantcie jak i Ellorze, wejść można było wszędzie i wszystko można było dotknąć. Chociaż w niektórych grotach znajdował się kustosz-ochroniarz i wszechobecne są znaki zakazujące fotografii z lampą błyskową (dla dobra malowideł) i przypominające o zdjęciu butów, to nie brakuje turystów, którzy nijak się mają do szacunku dla zabytków.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźba słonia na wejściu do jaskini numer 16

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, zdobione wejście do jaskini numer 19

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Podobnie jak dzień wcześniej, tutaj również wiele zakamarków odwiedzaliśmy w samotności. Być może 1 stycznia nie jest preferowanym dniem na wycieczki. Na całe szczęście jaskinie były otwarte, a dla mnie im mniej ludzi tym lepiej. Spędziliśmy tu długie godziny. Również tutaj nasza „odmienność” stała się powodem do rozlicznych zapytań o wspólne zdjęcia ze strony „lokalnych” turystów, którym staraliśmy się nie odmawiać – niech żyje nasze celebryckie 5 minut!

Późnym popołudniem byliśmy z powrotem w Aurangabad. Po kolacji przyszedł czas na przymiarkę mojej bluzki do sari, którą przywiózł nasz kierowca. Była tak bardzo krótka jak powinna. Wszystkie fałdy, a mam tego trochę, na wierzchu. Moja umiejętność oplatania się w sari pozostawiała wiele do życzenia, więc szanse na szczelne ukrycie się za materiałem, wydawały się minimalne. Choć w Indiach widoczne „schaby” są na porządku dziennym, to ja absolutnie nie czuję się z tym komfortowo. Cóż, zobaczymy jak będzie.. Kładziemy się spać, bo przed świtem czeka na nas samolot do Kochi, z przesiadką w Mumbaju (dawniej Bombaju) – czas na Indie południowe!

Reklamy

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Aurangabad i okolice: part I

Przelotem przed Delhi, kilka minut po dwudziestej lądujemy na dość wyludnionym lotnisku w Aurangabad – witamy w stanie Maharasztra! Po bardziej północno-zachodnich rejonach, czas na Indie centralne. Samo miasto nie jest jednak naszym celem – liczy się to co dookoła, czyli niesamowite skupiska jaskiń!

Z lotniska bierzemy taksówkę do hotelu i (zupełnie przypadkiem..) okazuje się, że należy ona do Alfa India Tours and Travels, czyli firmy organizującej wycieczki. Do wielu miejsc w Indiach nie sposób dostać się transportem publicznym, ja zaś nie przepadam za dużymi wycieczkami w grupie, więc oferta prezentowana przez taksówkarza do mnie przemawia. Samochód z kierowcą na 2 dni, który zawiezie nas tam gdzie chcemy to koszt 4000 rupii (~225PLN, ~85SGD). Dość uczciwie, zgarniamy więc ulotkę z numerami telefonów, dając sobie jeszcze trochę czasu do namysłu. Rano ceny proponowane przez hotelowe biuro podróży są zdecydowanie wyższe, dzwonimy więc do naszego pierwszego źródła i umawiamy wycieczkę na „za godzinę”. Podoba mi się, że wiele spraw da się załatwić ot tak – klient nasz pan.

Pierwszy cel to jaskinie Ellora, oddalone 30km od miasta. Nie są to naturalne żłobienia w skałach – wszystkie jaskinie są dziełem ludzkich rąk, które przemieniły je w świątynie. Najstarsze datowane są na wiek VII, sukcesywnie powstawały aż do XI wieku. Jest ich tu około 100. Setka świątyń wykuwanych w skale, centymetr po centymetrze, ludzkimi rękami (!). Dla zwiedzających udostępnione są 34 z nich, 12 buddyjskich (jaskinie 1-12), 17 hinduistycznych (jaskinie 13-29) oraz 5 dżinistycznych (jaskinie 30-34). Tak, na jednym terenie, mamy miejsca kultu trzech religii. Bilety to 250 rupii (~5.30 SGD, ~14PLN) od osoby, plus 10 rupii (55 groszy, 21 centów singapurskich) tzw „opłaty za udogodnienia”.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves)

Każda z jaskinio-świątyń, to osobna historia, bóstwo, wydarzenie, funkcja. Czapki z głów dla historyków i archeologów, którym udało się to rozszyfrować. Wszystkie groty są dobrze oznakowane i opatrzone tablicami w języku angielskim, objaśniającymi z czym mamy do czynienia.

Zaczynamy od środka – parking znajduje się nieopodal najokazalszej ze świątyń, a właściwie ich małego kompleksu – jaskini numer 16, Kailasha. Drążona od góry do dołu, przez (podobno) 10 generacji hindusów kryje w sobie bogate zdobienia, olbrzymie rzeźby i niekończące się korytarze wieńczone filarami. Wszystko z jednej skały!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Skrobiemy się po schodach do jaskini numer 15, Dasavatara Cave, do której wchodzi się przez otwór w skale (wielkości drzwi). Na piętrze spotykamy Nandi – byczka będącego pojazdem Śiwy, hinduskiego boga. Mnie zdecydowanie urzekają wszechobecne kolumny.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 15, świątyni Dasavatara

Przechodzimy do buddyjskiej części, gdzie pod 12-stką i 11-stką kryją się klasztory mnichów. Z zewnątrz ten drugi przypomina mi trochę szkołę. Zauważamy też zmianę w rzeźbach i zdobieniach w porównaniu do poprzednich miejsc.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 12

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 11, klasztor mnichów

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 11, klasztor mnichów

Prawdziwa perełka czekała na nas w świątyni 10-tej. To nie tylko ogromny posąg Buddy, ale też starannie wyrzeźbione fasada galerii na drugim piętrze i skrupulatnie przemyślane otwory, dzięki którym wpadające światło tworzy wręcz majestatyczne wrażenie w środku.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 10

W dość przewrotnej kolejności, która nie idzie po kolei, odwiedzamy świątynie dżinizmu, zaczynające się od numeru 30. Ilość detali rzeźbionych kolumn jest oszałamiająca, a pod numerem 32 odkrywamy figurę ogromnego słonia.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 32

Na koniec wracamy przez hinduistyczną część jaskinio-świątyń, gdzie zatrzymujemy się chwilę dłużej pod numerem 21, a następnie udajemy się do wcześniejszych numerów, gdzie kolejne groty są już bardziej toporne.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – pomnik przed jaskinią numer 21

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – rzeźby na ścianie jaskini numer 21

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – prawdopodobnie jaskinia numer 19

Ogrom i jednocześnie bijący od jaskinio-świątyń spokój jest nie do opisania. I chociaż wszystkie wykute są w tym samym materiale i w każdej z nich panuje swoisty półmrok, to spędzamy długie godziny wędrując od jednej drugiej bez cienia znudzenia. Niesamowitość tego miejsca jest nie do opisania słowami. Nie ma też tłumów, co pozwala nam wielu miejsc doświadczyć w ciszy, napawać się ich niezwykłością i poczuć się odrobinę jak odkrywca. Z zadumy wyrywają nas najczęściej lokalni turyści (spotkaliśmy tylko kilku „białasów”, większość odwiedzających pochodziła z Indii lub Pakistanu), dla których to my zdajemy się być większą atrakcją niż same świątynie, prosząc o wspólne zdjęcie – celebryci!!!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – prawdopodobnie jaskinia numer 4

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves)

W drodze powrotnej do Aurangabad zatrzymujemy się jeszcze przy Forcie Daulatabad. Znajdujące się na wzgórzu, pochodzące z XII wieku mury obronne, posiadały wiele skrupulatnie przemyślanych zabezpieczeń, między innymi łagodnie opadające podnóża szczytu zostały usunięte, tworząc wysoki klif.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, Chand Minar – minaret

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, makak hulman

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, wejście do fortu

Widok z góry jest niesamowity – warto było wspiąć się na ruiny (niestety, spora część nie przetrwała do dnia dzisiejszego). Na wejściu zapłaciliśmy 40 rupii (~2,25PLN, ~0.85SGD) od osoby plus 30 rupii (~1,70PLN, ~0.60SGD) za aparat.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, widok z fortu

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, prace renowacyjne w forcie

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, widok z fortu na minaret

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad,

Wracamy do hotelu, zatrzymując się jeszcze w sklepie z materiałami – już za 4 dni będziemy na weselu, a ja wciąż nie mam bluzki pod moje sari! Nie może to być jednak zwyczajny podkoszulek, a specjalnie szyty na miarę (nie da się łatwo kupić gotowych..) przykrótki top z rękawkami. Zaopatrzam się w złotawą tkaninę, którą godzinę później oddaję w ręce krawcowej – starszej kobiety, którą do hotelu sprowadził nasz kierowca. Zdjęła ze mnie miarę i obiecała, że na jutro będzie gotowe..

Zmęczeni, w końcu możemy zmyć z siebie kurz i odpocząć. Ale zaraz, zaraz.. Przecież jest Sylwester! (Jak pewnie pamiętacie, opisuję tu wszystko z dość dużym opóźnieniem). Długo debatowaliśmy czy dołączyć na imprezę organizowaną w naszym hotelu, ale zmęczenie wygrało. W pidżamach otworzyliśmy szampana o północy i 15 minut później, gdy wystrzelały już fajerwerki, zwinęliśmy się jak dwa ślimaki pod kołdrą. Sen nie zaszkodzi, wszak jutro kolejna wyprawa!

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Jaisalmer: part I

Z uczuciem niedosytu jedziemy dalej. Zamówione wcześniej bilety na nocny autokar z Jaipuru do Jaisalmer przewoźnikiem Pooja Travels kosztowały nas 600 rupii od osoby (~33PLN, ~12.5SGD) za miejsca „Sleeper” czyli sypialne.

Rikszarz wysadza nas gdzieś pod wiaduktem. Miejsce ni hu hu nie zgadza mi się z mapą i jestem przekonana, że czekamy w złym miejscu. Dookoła stoją jednak ludzie z bagażami, a pan sprzedający bilety mówi, że mamy nigdzie nie odchodzić. Jest już dawno po zmroku i okolica nie zachęca. Grubo po czasie przyjeżdża rozklekotany autobus bez oświetlenia w środku, który zabrać ma nas do autokaru właściwego. Wsiadamy do niego tylko my, więc robi się trochę nerwowo. Chwilę później jesteśmy jednak w miejscu, gdzie mieliśmy zjawić się oryginalnie – firma przewozowa ma po prostu kilka punktów w mieście, z których odbiera pasażerów. A oto i on, nasza zmora. Z zewnątrz autokar prezentuje się po prostu zwyczajnie, nie jakiś najnowszych cud techniki, ale zdecydowanie klasę wyżej niż stare Autosany. Kupując bilety wyglądało na to, że autobus jest piętrowy, a do góry są miejsca do leżenia. Biorąc na logikę uznaliśmy, że będą to po prostu rozkładane fotele. Jak bardzo byliśmy w błędzie. Autokar był rozmiarów 1,5 pojazdu piętrowego. Po „naszej” stronie, nad dolnym rzędem foteli, znajdowały się zamykane.. pawlacze. Inaczej nie da się tego określić. Wyobraźcie sobie łóżko piętrowe, które od sufitu dzieli około 80 centymetrów, otoczone szybami ze wszystkich stron – nie dało się tam nawet swobodnie usiąść.

Indie, w drodze z Jaipuru do Jaisalmer, piętrowy autobus z pawlaczami sypialnymi, widok z naszego schowka

Takich schowków było 6, nam przypadł ten po lewej na końcu. Nie prowadziły do niego żadne schodki, więc wskrobać się trzeba było odbijając od foteli niżej i podciągnąć rękami.. Ostatecznie udało się Maćkowi jakoś mnie tam ulokować. Wrzuciliśmy bagaż pod głowę i chcąc nie chcąc, położyliśmy się na poplamioną i lepką od wszystkiego wykładzinę. Mordęga rozpoczęła się chwilę później. Zawieszenie to taki magiczny element wyposażenia pojazdu, którego zdecydowanie nie było. Znajdowaliśmy się nad kołem, jadąc po nierównych drogach Radżastanu. Przy każdym załamaniu nawierzchni nasze ciała podnosiły się na kilka centymetrów i opadały na twardą powierzchnię. Bite 12 godzin jazdy w pralce. Dodatkowo co chwila otwierało się przesuwne okno, serwując nam solidne podmuchy zimnego powietrza. Nijak nie szło go zablokować, oprócz trzymania ręką lub stopą. Czy muszę dodawać, że nie było szans na zmrużenie oka? Organizm kiepsko sobie radził, zjedzona kolacja wielokrotnie chciała zawrócić, bolały kości, mięśnie, drętwiało wszystko co może zdrętwieć. Najgorszy kryzys w podróży jaki kiedykolwiek dopadł mnie w życiu. Myślałam, że to się nigdy nie skończy.

Indie, w drodze z Jaipuru do Jaisalmer, pozdrawiamy z autobusowego schowka

Nad ranem, po środku niczego, autobus zatrzymał się na postój. Wysiedliśmy z nadzieją na rozprostowanie, ale nic to nie dało i  wciąż czuliśmy się fatalnie. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów pamiętam jak przez mgłę, zapadałam w minutowe drzemki, przerywane podrzutami. W końcu! Alleluja! Jaisalmer! Po drodze chyba zapomnieliśmy po co tu przyjechaliśmy, a przecież przed nami Złote Miasto i noc w namiocie na pustyni!

Oczywiście autokar przyjechał na inny dworzec niż ten, z którego odebrać nas miał organizator pustynnych atrakcji. Z pomocą kierowcy i ludzi dookoła udało się jednak z nim skontaktować i chwilę później byliśmy w dalszej drodze. Pierwszy punkt to restauracja (Season Restaurant), mimo głodu, wstrząśnięty niezmieszany żołądek trochę protestował.

Indie, Jaisalmer, pyszna sałatka w Season Restaurant, a jeśli się nie śpi całą noc to piwo na śniadanie jest również dozwolone

Indie, Jaisalmer, toaleta dwufunkcyjna, można i siadać i kucać

Jaisalmer to ostatnia większa osada przy pustynnej granicy z Pakistanem. Oprócz oczywistej atrakcji – nieprzebranej ilości ciemnożółtego piasku pustyni Thar (Wielka Pustynia Indyjska) warto poświęcić trochę czasu i zanurzyć się w żółto-złotawe mury miasta.

Zwiedzanie miasta mieliśmy zapewnione w ramach pakietu ze Spirit Desert Camp – pustynnego ośrodka, w którym postanowiliśmy się zatrzymać. Całe zakwaterowanie organizowaliśmy z wyprzedzeniem przez internet. Nasze bagaże zostały w restauracji, a my wsiedliśmy do rikszy (hurra, znowu nas wytrzęsie!). Tym razem nie za bardzo wiedzieliśmy, jaki jest plan, zdaliśmy się na kierowcę, który wiedział gdzie nas zawieźć.

Zaczęliśmy od wizyty nad sztucznym jeziorem Gadisar Lake. Wydrążone w XIV wieku na rozkaz pierwszego władcy Jaisalmer, było jedynym źródłem wody w okolicy. Jego brzeg otaczają misternie zdobione świątynie, kaplice i kapliczki hinduistyczne, niektóre wystają wprost z wody. Okolica jeziora to także dobre miejsce do podziwiania panoramy Złotego Miasta – jak okiem sięgnął widać tylko niskie, żółtawe budynki. Nie obchodziliśmy jednak całego jeziora dookoła, fragment nieopodal drogi w zupełności wystarczył, żeby zobaczyć piękno okolicy.

Indie, Jaisalmer, Gadisar Lake

Indie, Jaisalmer, świątynie i kapliczki na brzegu Gadisar Lake

Indie, Jaisalmer, stragany obok Gadisar Lake, święte krowy i widok na Fort Jaisalmer

Następnie udajemy się do Mandir Palace, płacąc na wejściu 150 rupii (8,30PLN, 3,1SGD) za 2 osoby, mimo że na bilecie widnieje kwota 300 rupii od osoby. Miejsce okazuje się być wybudowanym w XIX wieku domem ówczesnego Maharadży Jaisalmer. Obecnie jego potomkowie prowadzą w pałacu.. hotel! Gdybym tylko wiedziała wcześniej, że mogę spędzić noc w pałacu! Na szczęście jest on udostępniony również dla zwiedzających z zewnątrz. Rzeźbiarstwo i snycerstwo nabiera tu nowego znaczenia. Misterne ornamenty ciężko opisać słowami, długie godziny ciężkiej pracy widać tu absolutnie na każdej powierzchni. Znajdująca się w pałacu wieża Badal Vilas to najwyższy obecnie punkt w mieście (nie licząc fortu znajdującego się na wzgórzu).

Indie, Jaisalmer, wejście do Mandir Palace

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace, po drugiej stronie lustra, zdjęcie robione oczami

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace, wieża Badal Vilas

Mandir to nie jedyne miejsce by podziwiać wspaniałe dzieło artystów-rzemieślników. Kierujemy się bowiem do Patwa-ki-Haveli (Patwon Ki Haveliyan). Haveli to swego rodzaju ciąg hinduskich kamienic wybudowanych wzdłuż bardzo wąskich uliczek. Miejsce, które odwiedzamy uznawane jest za jedno z okazalszych reprezentantów tego stylu budownictwa. Wieżyczki, balkoniki, arkady, portale, attyki i co tylko. Wszystko zdobione z niewiarygodną wręcz drobiazgowością. Pierwsze haveli w Jaisalmer powstały właśnie tu na początku XIX wieku, jest to właściwie kompleks 5 różnych haveli w jednym miejscu, które pewien handlarz-bogacz miał wybudować dla swoich 5 synów. Obecnie budynki pełnią różne funkcje urzędowe, jest muzeum (nie wchodziliśmy), pełno tu również kramów i kramików z mydłem i powidłem. Wejście na uliczki płatne jest 50 rupii (1SGD, 2,75PLN) od osoby.

Indie, Jaisalmer, wąskie uliczki Patwa-ki-Haveli

Indie, Jaisalmer, wąskie uliczki Patwa-ki-Haveli

Ostatnim punktem wycieczki po mieście jest Fort Jaisalmer, jedna z największych, w całości zachowanych, fortyfikacji na świecie. Wybudowany w XII wieku, oprócz swoich właściwości obronnych, pełnił też ważną funkcję przystankową na Szlaku Jedwabnym. Rawa Jaisal, w tamtym czasie władca tych terenów, na skutek okołoreligijnych wydarzeń zdecydował się dać początek miastu właśnie tutaj, nazywając je Jaisalmer od swojego imienia.

Indie, Jaisalmer, Fort Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer

Wejście do fortu płatne jest 500 rupii od osoby (27,5PLN, 10SGD) plus 100 rupii (2SGD, 5,5PLN) za możliwość robienia zdjęć. Na każdym kroku otacza nas żółty piaskowiec, spacerując wzdłuż murów widok rozpościera się na żółto-złote miasto. Wszystko idealnie wtapia się w piaski pustyni, do której już rzut beretem. Podobnie jak w pozostałych, w jaisalmerskim forcie można przepaść na długie godziny. Zakurzeni wszechobecnym pyłem i umęczeni po nieprzespanej nocy nie mamy zbyt dużo energii, więc zaznajamiamy się tylko pobieżnie z pomieszczeniami i świątyniami na terenie fortu, zmuszając ostatkiem sił szare komórki do próby ogarnięcia drzewa genealogicznego władców Jaisalmer i okolicy.

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer, genealogia władców miasta..

Indie, Jaisalmer, makieta Fortu Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, widok z jednego ze skrzydeł Fortu Jaisalmer

Wracamy do restauracji, skąd po obiedzie mają zabrać nas na pustynię. O dwóch takich co jeździli wielbłądem w następnej części!

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Jaipur

Czas na kolejny rozdział indyjskich opowieści!

Na stacji w Agrze wsiadamy w pociąg 12036/AF JP SHATABDI EXPRESS do Jaipuru (Jaipur Junction) – czyli ze stacją końcową w miejscowości dla nas docelowej. Pociąg ma dwie klasy, ale kiedy znajoma rezerwowała nam bilety, dostępne były tylko miejsca w klasie wyższej (klasa EC (Executive Class)). W cenie 1247.9 rupii (~26SGD, ~69PLN) od osoby, za tą 241-kilometrową podróż, jest bezprzedziałowy pociąg o całkiem współczesnym wyglądzie i z pełnym wyżywieniem. Jak pełnym? W ciągu niespełna 4h podano przystawki, ogromny obiad, przekąski, deser i zupę! Początkowo byliśmy totalnie sceptyczni do jedzenia w pociągu – w Polsce miałabym obawy (chociaż widziałam ostatnio, że Pendolino próbuje przywrócić wiarę w WARSy) a gdzie dopiero w Indiach! Burczenie w brzuchu przytłumiło jednak zdrowy rozsądek i pałaszowaliśmy, aż się uszy trzęsły! Było smacznie i na szczęście obyło się bez toaletowych ekscesów później.

Indie, stacja kolejowa w Agrze, w pociągu do Jaipuru

Indie, w pociągu relacji Agra-Jaipur, tak – to jest posiłek na jedną osobę, tak – było tego więcej, może nie wygląda apetycznie, ale było smaczne!

Późnym wieczorem byliśmy na miejscu – witamy w Radżastanie! Okolica dworca nie zachęcała do pieszych wędrówek po zmroku. Szybko zapakowaliśmy się więc do rikszy i daliśmy się przewieźć jakieś 3 minuty – nasz hotel znajdował się praktycznie na przeciwko stacji kolejowej. Kolejny dzień intensywnej podróży i ciążąca wciąż nad nami zmiana strefy czasowej sprawia, że zasypiamy momentalnie, a rano ciężko nam się wygrzebać. Śniadanie w hotelu rozpieszcza hinduskimi smakołykami. Kiedy w końcu jesteśmy gotowi do wyjścia, jest już grubo po 12.00. Niestety w Indiach wiele atrakcji zamyka się o 17.00. W planach mieliśmy tylko fort i krótki spacer po historycznym centrum miasta, więc uznałam, że czasu mamy wystarczająco.

Łapiemy rikszę do Amber (Amer) Fort (nazwa fort i pałac jest często używana zamiennie – wiele budowli to po prostu pałace w forcie) i zanurzamy się w 45-minutowe wycia silnika. Ten XVII-wieczny fort znajduje się na wysokim wzgórzu, kawałek za miastem. Historia Indii jest dla mnie wciąż bardzo zawiła, mamy jednak tu do czynienia z Radźputanami (Rajput) – hinduskimi klanami rycerskimi. Wciąż są to czasy panowania Mogołów, w których Akbar, powierzył te tereny zwierzchnictwu swojego zaufanemu wojownikowi radży Man Singh I i pierwsze kształty fortu, który możemy podziwiać obecnie, zostały powołane do życia.

Indie, Jaipur, wejście do Amber Fort

Ustalamy z rikszarzem, że przyjedzie nas odebrać i drepczemy placem wzdłuż jeziora Maotha (Maotha Lake) by dołączyć do ogonka przed kasą biletową. Patrząc na ogrom pałacu już wiemy, że prawdopodobnie przepadniemy na długie godziny.

Indie, Jaipur, Amber Fort

Bilet kosztuje 500 rupii od osoby (~28PLN, ~10.4SGD), dodatkowo 200 rupii  (~11PLN, ~4.2SGD) od osoby za tzw Composite Ticket czyli bilet uprawniający do wejścia na inne atrakcje w mieście. Nie wiadomo dlaczego dostajemy dwa bilety w cenie jednego, nie będziemy jednak narzekać!

Skrobiemy się schodkami do bramy Suraj Pol Gate, przez którą wchodzimy do pierwszej z czterech części fortu, zwanej Jaleb Chowk. Składa się ona głównie z placu, na którym odbywał się przegląd wojska, wojownicy prezentowali swoje wojenne zdobycze, a zwierzęta wykorzystywane w boju – konie i słonie – miały swoje stajnie (czy słoń mieszka w stajni?!).

Indie, Jaipur, Amber Fort, Suraj Pol Gate na placu Jaleb Chowk

Czerwony piaskowiec zaczyna przeplatać się z marmurami – jesteśmy w drugiej części fortu, która służył jako miejsce publicznych audiencji. Kiedy Maharadża przyjmował interesantów pod czerwonym dachem Diwan-I-Am, w zakamarkach marmurów (Sattais Katcheri) jego księgowi liczyli datki przyniesione przez poddanych.

Indie, Jaipur, Amber Fort, Diwan-I-Am – Hall of Public Audience

To co najwspanialsze ukrywa się w kolejnej części – prywatne pomieszczenia władcy, rodziny i świty. Marmury, mozaika, lusterka, a na środku wspaniały ogród! Chodzimy po piętrach jak zaczarowani i gubilibyśmy się nieustannie, gdyby nie ochroniarz, który postanowił się z nami zaprzyjaźnić (czytaj: zaczął nas oprowadzać licząc na datek). Normalnie nie lubię takiego narzucania się i stawiam sprawę jasno, ale ten gość minął się z powołaniem i powinien być przewodnikiem. Bez niego nie dotarlibyśmy pewnie w wiele miejsc, wliczając demonstrację systemu dostarczania wody do pałacu.

Indie, Jaipur, Amber Fort, część pałacowa

Indie, Jaipur, Amber Fort, Jas Mandir – Hall of private audience

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Jas Mandir

Indie, Jaipur, Amber Fort, niesamowity ogród w części pałacowej, w tle Jas Mandir

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Jas Mandir

Z lusterkami w pałacu Sheesh Mahal wiąże się legenda, w której jeden mały płomień odbija się od rozsianych mikro-lustereczek, tworząc złudzenie rozgwieżdżonego nieba. Zafascynowana światłem gwiazd królowa, chciała spać pod gołym niebem, nie było to jednak możliwe ze względów bezpieczeństwa, dlatego Maharadża wybudował dla niej Szklany Pałac, czym podarował jej gwiazdki z nieba prosto w zadaszonej sypialni. Romantyk!

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Sheesh Mahal – szklany pałac

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Sheesh Mahal – szklany pałac

Indie, Jaipur, Amber Fort, marmurowe korytarze części pałacowej

Indie, Jaipur, Amber Fort, mechanizm dostarczania wody do części pałacowej

Kiedy padną słowa „Wielki Mur” od razu przed oczami pojawia się obrazek chińskiej fortyfikacji. Nie byli oni jedyni, którzy wpadli na pomysł, że wysokie ogrodzenie poprawia bezpieczeństwo. Drugi pod względem wielkości na świecie jest Wielki Mur w Indiach, którego fragmenty obserwować można z Amber Fortu. Chętnie byśmy się nim przespacerowali, ale pozostała nam ostatnia część fortu do zwiedzenia, a zegar tykał niemiłosiernie.

Indie, Jaipur, Amber Fort, widok na Wielki Mur Indii

Indie, Jaipur, Amber Fort, widok na Wielki Mur Indii i jezioro Maotha

Marmury zniknęły, zrobiło się trochę zaniedbanie. Na tyłach fortu (miejsce zwane Zenana) mieszkały matki, żony, córki, konkubiny i inne kobiety z otoczenia władcy. Na placu znajduje się Baradari – zadaszona konstrukcja z dobrym przepływem świeżego powietrza oraz nieźle brzmiącą akustyką, w której za dnia szukało się schronienia przed gorącem, a wieczorem odbywały się tańce i śpiewy. Obstawiam, że hulanki i swawole również.

Indie, Jaipur, Amber Fort, Baradari

Indie, Jaipur, Amber Fort, na górze części Zenana – przeznaczonej dla kobiet

Usatysfakcjonowani oprowadzaniem  pożegnaliśmy naszego ochroniarza zwitkiem rupii i już na własną rękę zaczęliśmy wracać, po drodze przystając oczywiście w zagłębiu pamiątek. Wzbogaciłam się o ciąg bransoletek, które dopełnią mój strój na wesele. Po dłuższej debacie na temat obciążenia na dalszą podróż, postanowiliśmy jednak kupić ogromną (i ciężką..) książkę kucharską – przekrój całej kuchni hinduskiej – było warto!

Na koniec jeszcze ręcznie robione pieczęci, używane do barwienia strojów, którym nie mogłam się oprzeć, rzut okiem na teatrzyk kukiełkowy i wypatrujemy naszą rikszę. Na szczęście to kierowca wypatrzył nas.

Indie, Jaipur, Amber Fort, teatrzyk kukiełkowy

Jest po 16.00, spędziliśmy w forcie ponad 2,5h. Nasz bilet na inne atrakcje nie ma już najmniejszego sensu. Nie spodziewaliśmy się, że fort będzie tak ogromny i ciekawy.

Wyskakujemy z rikszy w historycznym centrum miasta – pink city, różowe miasto. Nazwa nieprzypadkowa – wszystkie budynki prezentują się w tym cukierkowym kolorze. Wszystko przez to, że wieki temu jeden Maharadża chciał udowodnić wizytującemu księciu jakim to pięknym miastem zarządza, nakazał więc wymalować wszystko na różowo. Zdaje się, że nie zrobiłam ani jednego zdjęcia.. Bynajmniej nie przez moją niechęć do tej barwy. Byliśmy w pośpiechu, szybkim krokiem przemierzając bazarowe ulice starego miasta do ostatniej atrakcji – Hawa Mahal. Ten znajdujący się w centrum pałac, został ukończony w ostatnim roku XVIII wieku. Ciekawa fasada, inspirowana koroną boga Kriszny, umożliwiała kobietom z rodziny królewskiej obserwowanie parad ulicznych i codziennego życia, pozostając niezauważonymi. Nie było już możliwości wejścia do środka obiektu – za późno. Stanęliśmy na ulicy na przeciwko, usiłując objąć te 5 wspaniałych pięter w obiektywie, kiedy pojawił się mężczyzna zapraszając nas po schodach na górę, by zrobić lepsze zdjęcie. Początkowo sceptyczni podążyliśmy jednak za nim. Istotnie, z tarasu cały obiekt mieścił się idealnie. Oczywiście nic za darmo, więc zaproszenie łączyło się z odwiedzeniem znajdującego się na piętrze sklepu z biżuterią. Grzecznie rzuciliśmy okiem i wyszliśmy (bez żadnych zakupów).

Indie, Jaipur, Pink City (Old Town), Hawa Mahal

Jeszcze szybka decyzja odnośnie skórzanych klapek na wesele (uff.. na szczęście pod sari nie trzeba mieć szpilek!), kolejne pieczątki do kolekcji i wraz z zachodzącym słońcem wracamy do hotelu z uczuciem niedosytu. Jaipur to pierwsze miejsce w Indiach, do którego mam nadzieję jeszcze wrócić!

Czas na nas, tym razem dalekobieżny autobus nocny ma zawieźć nas do Jaisalmer – skąd już rzut beretem do granicy z Pakistanem. O najgorszej w życiu podróży autokarem w następnym odcinku.

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Agra

Spośród lepiej lub gorzej wyglądających składów, które widzimy na sąsiednich torach głównej stacji kolejowej w Delhi, na peron wjeżdża nasz pociąg – 12616/G T EXPRESS, relacji Delhi <-> Chennai. Nie ma dramatu, ot przeciętny skład z lat minionych, klimat polskiego PKP. Wagon okazuje się być bezprzedziałowym sypialnym. Przypadły nam w udziale miejscówki na górnym i dolnym łóżku. Na szczęście dolne ma możliwość złożenia się do dwóch foteli, co chętnie wykorzystujemy, bo przed nami jedynie 3h jazdy. Każde miejsce ma swoją zasłonkę, więc na początku chowam się za kotarkę, by nie wzbudzać ciekawskich spojrzeń, gdy ludzie tarabanią się przez wagon. Pociągi w Indiach to chyba najlepszy środek transportu i pewnie jeden z najtańszych. My za te bilety zapłaciliśmy po 764.40 Rupii (~16SGD, 42,20 PLN) od osoby. Można taniej, miejsca w niższych klasach kosztują grosze. My uznaliśmy, że klasa 2 AC, czyli klasa 2 z klimatyzacją, to optymalny balans między kosztami, komfortem, a bezpieczeństwem i tak właśnie było! Podróż upływa spokojnie, Maciek wdaje się nawet w konwersację z siedzącym nieopodal mężczyzną. Wysiadamy na stacji Agra Cantt (Cantonment) i rikszą prosto do hotelu. Rano pobudka będzie bardzo wcześnie – Taj Mahal chcę zobaczyć o wschodzie słońca!

Indie, w pociągu z Delhi do Agry

Budzik dzwoni o zbójeckiej 5.30. Wciągamy na siebie warstwy ubrań, doustnie przyjmujemy pozostałe od wczoraj placki i popijamy herbatą instant masala – hinduska herbata z przyprawami i mlekiem, moja ulubiona! Wg mapy hostel jest rzut beretem od bramy zachodniej (Western Gate) Taj Mahal. Albo nasze umysły jeszcze się nie obudziły, albo użytkowanie mapy w Indiach jest jakąś czarną magią.. Teoretyczna „pierwsza w prawo” na rondzie zdaje się nie prowadzić do celu, a wciąż jest ciemno. Na szczęście ulicą przejeżdżają pierwsi rikszarze szukający zarobku. Nawet nie musimy mówić gdzie nas zawieźć. Kasy wciąż nieczynne, mimo że za okienkami widać już pracowników. Jest jakaś 6.30 gdy ustawiamy się w krótkim ogonku innych białasów. Kolejki, zarówno te dla turystów zagranicznych jak i lokalnych, ruszają kilka minut po 7-mej, gdy już świta. Szczuplejsi o 750 rupii za osobę (~41,30 PLN, 15.70 SGD) przenosimy się do kolejki wejściowej. Tutaj jeszcze dokładna kontrola, utrata naszego mikro-statywu (taki trójnóg na 10 centymetrowych nogach) i możemy wchodzić. Mieliśmy cichą nadzieję, że statywik przejdzie, bo robił raczej za rękojeść do GoPro niż faktyczny statyw, ale niestety trafiliśmy na restrykcyjnego ochroniarza. Niektórym udało się jakoś obejść zakaz statywów i kijków do selfie, bo widzieliśmy je w środku (może trzeba było dać w łapę?).  Przechodzimy przez Great Gate (Darwaza I Rauza)..

Indie, Agra, Great Gate (Darwaza I Rauza), brama wejściowa do ogrodów przy Taj Mahal

..i naszym oczom ukazuje się cel naszej wizyty – bielutki Taj Mahal! Brakło mi słów.. Wzruszyłam się i oczy mi się zaszkliły. Nie sposób opisać jego majestatu. Stoję jak zaczarowana. Dopiero po chwili wraca rozum do głowy, że kto to widział płakać przez piękny budynek?! Ukradkiem ocieram oko, udając że coś mi wpadło i podchodzimy bliżej. (Właśnie odkryłam, że po polsku pisze się „Tadź/Tadż Mahal” zamiast „Taj Mahal”, ale wygląda to nad wyraz głupio, wybaczcie więc że zostanę przy bardziej międzynarodowej pisowni.)

Indie, Agra, Taj Mahal – świt

Indie, Agra, Taj Mahal – świt

Indie, Agra, Taj Mahal – pierwsze promienie słońca

Wspaniały, prawda? Jego historia brzmi trochę bajkowo – jest w końcu dowodem miłości. Marmurowe ściany powstały by pełnić przede wszystkim rolę grobowca przedwcześnie zmarłej ukochanej żony XVII-wiecznego władcy Shah Jahana z dynastii Mogołów – Mumtaz Mahal. Główny budynek, otoczony czterema minaretami wygląda bardzo dostojnie – cóż za kochany mąż! Budowla, uznana za kwintesencję mogolskiej architektury, odwiedzana jest przez tłumy turystów. Nasz poranny wysiłek opłacił się jednak – ludzi było relatywnie mało, a nam udało się uchwycić pierwsze promienie słońca opadające na majestatyczną perłową biel. Zostały one również zarejestrowane okiem kamery – film z indyjskiej przygody pojawi się w ostatnim poście z wyprawy, czekajcie cierpliwie! Z bliska wzrok chłonie wzory, ornamenty, motywy, symetrię.

Indie, Agra, pod Taj Mahal

Indie, Agra, w jednym z bocznych wgłębień Taj Mahal

Indie, Agra, zdobienia na ścianach Taj Mahal

Po około 30 minutach od wejścia ilość ludzi na metr kwadratowy zaczyna drastycznie wzrastać. Nam udało się w spokoju zobaczyć to, co najważniejsze, wiec bez pośpiechu oglądamy jeszcze znajdujący się po lewej stronie od Taj Mahal meczet Kau Ban. Aby nadać okolicy perfekcyjnej symetrii, ten elegancki budynek z czerwonego piaskowca posiada swoje odbicie lustrzane na prawo od głównej budowli – Mehmaan Khan, który pełnił rolę domu gościnnego.

Indie, Agra, meczet Kau Ban na terenie kompleksu Taj Mahal

Ostatni rzut okiem na ten jeden z siedmiu nowych cudów świata i wychodzimy zachodnią bramą w kierunku fortu Agra. Początkowo maszerujemy pieszo, żeby zobaczyć okolicę. Szybko okazuje się jednak, że nie ma nic wartego uwagi, ot droga po środku niczego ciekawego. Łapiemy więc naszych ulubionych panów rikszarzy i za mikro-sumkę podjeżdżamy najpierw pod stację kolejową Agra Fort, z której za kilka godzin będziemy odjeżdżać. Rozeznani w okolicy bez zwłoki udajemy się pod bramę fortu.

Wyszło na to, że w Taj Mahal kupiliśmy bilet łączony na obie atrakcje. Dokupujemy jedynie przewodnik audio, bo wstyd się przyznać, ale zachłyśnięci Taj Mahal, nie poświęciliśmy zbyt dużo czasu by poczytać o innych atrakcjach Agry. Po za tym cena 50 Rupii (~2,75 PLN, ~1 SGD) zdecydowanie zachęca. Po chwili przepadamy bez reszty w czerwone mury. Planowana krótka wizyta zdaje się nie mieć końca, bo za każdym rogiem czeka niespodzianka. Przewodnik daje radę, a my jesteśmy o krok bliżej w historii XVII-wiecznych Indii, kiedy znajoma nam już rodzina Mogołów zamieszkuje teren Agry tuż przed przeniesieniem stolicy do Delhi.

Indie, Agra, mury Agra Fort

Indie, Agra, Agra Fort, Akbari Mahal – ruiny Pałacu Akbara

Indie, Agra, Agra Fort, jedno z bocznych wejść do Jehangiri Mahal – pałacu przeznaczonego dla kobiet z rodziny władcy

Indie, Agra, Agra Fort, zdobienia na ścianie Jehangiri Mahal

Indie, Agra, Agra Fort, akuku! Zdobienia na ścianie Jehangiri Mahal

Indie, Agra, Agra Fort, promienie światła w jednym z pomieszczeń Jehangiri Mahal

Czerwony piaskowiec przechodzi w jasny marmur, a my odkrywamy, że to sprawka wnuczka rezydenta fortu Akbara (wnuczkiem jest Shah Jahan, ten od Taj Mahal), który lubując się w marmurze, wyburzył część oryginalnych zabudowań dziadka, aby zrobić miejsce na swoje pomysły. Akbar nie był tu pierwszy, ale to pod jego dyktando powstała większość rdzawych budowli, które zastąpiły zgliszcza pozostałe po walkach poprzedników. Z balkonu wieży Mussaman Burj rozpościera się widok na Taj Mahal. Legenda głosi, że Shah Jahan wyzionął ducha właśnie tutaj, patrząc na grobowiec swojej żony. Jednak to nie działalność wnuczka była główną przyczyną zmniejszenia liczby oryginalnych budowli w forcie. To, nazywane czasem ‚Walled City’ czyli ogrodzone miasto, zachowało obecnie jedynie 30 z około 500 konstrukcji, które tu stały. Większość ucierpiała na początku XIX wieku podczas rządów brytyjskich.

Indie, Agra, Agra Fort, widok z Bangla-I-Jahanari

Indie, Agra, Agra Fort, widok z Khas Mahal na Mussaman Burj

Indie, Agra, Agra Fort, wnętrze Khas Mahal, pałacu wybudowanego dla ulubionych córek Shah Jahana

Indie, Agra, Agra Fort, zdobienia na balkonie Khas Mahal

Indie, Agra, Agra Fort, sikhijski chłopiec na tle ogrodów Anguri Bagh

Indie, Agra, Agra Fort, Diwan-I-Am, Hall of Public Audience – Sala do publicznych audiencji

Po raz kolejny oczy nie mogą napatrzeć się na misterne zdobnictwo. Brzuchy coraz głośniej dopominają się jednak o kolejną dawkę hinduskiej kuchni. Bezzwłocznie wracamy do hotelu, aby spakować się i zwolnić pokój. Na szczęście godnej strawy nie trzeba daleko szukać, jadłodajnia, na przeciwko noclegu, została przez nas sprawdzona już wczoraj wieczorem. Palak Paneer, Chicken Masala i góra placków Chapati. Indyjska kuchnia jest obłędna, cokolwiek nam nie zaserwują – znika w mgnieniu oka! Właściwie chyba nie udało mi się ani razu zrobić zdjęcia przed konsumpcją. Raczymy się jeszcze indyjskim piwem Kingfisher i pora się zbierać. Krótki spacer po bazarach nie przynosi owoców (ceny jak na Indie są trochę z kosmosu, chyba wyczuli turystyczny biznes), jednak od ulicznego sprzedawcy kupuję ręcznie robione, kamienne magnesy za przyzwoitą, utargowaną cenę. Jestem raczej pewna, że nie są ‚made in China’.

Indie, Agra, pozamiatane!

Czas na nas, tarabanimy się na dworzec. Jeszcze tylko ominąć oszustów, którzy próbują naciągnąć turystów i jesteśmy jedną nogą w Jaipurze. Przy wejściu na plac przed dworcem, gdzie rikszarze raczej nie wjeżdżają, stoją często panowie z długopisami, którzy udają kontrolerów. Wciskają jakieś bajki, że albo bilet nieważny, albo pociąg odwołany, albo jest dodatkowa opłata za weryfikację biletu i kierują do stanowiska pseudo biura podróży, by wyciągnąć z podróżniczego portfela dodatkowe pieniądze. Nawet nie wiem o co dokładnie zapytał mnie gość, który nas zaczepił. Wcześniejsza wiedza z internetów sprawiła, że wiedziałam co się święci. Odburknęłam mu coś o oszustach i ignorując szłam dalej. Coś tam jeszcze wołał, ale na szczęście nie próbował nas dalej zatrzymywać.

Stacja Agra Fort jest zdecydowanie mniejsza od tej w Delhi, szybko znajdujemy więc peron i odpoczywamy na ławce. Wkrótce nieopodal siadają dwie młode dziewczyny z Izraela. Wymieniamy się wrażeniami i spostrzeżeniami. Wydają mi się trochę naiwne, ale może tak lepiej jest podróżować – bez przygotowania, planu i konkretnego celu. Rozdzielamy się, gdy nadjeżdża pociąg, mamy bilety na różne klasy. Chociaż jedziemy w to samo miejsce, nie spotykamy ich na zatłoczonym peronie w Jaipurze. Mam nadzieję, że ich dalsza podróż przebiegła równie wspaniale jak jej początek!

Jaipurskie opowieści zostawiam na kolejny wpis!

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Delhi: part I

Wypoczęci po letnich wojażach? Chociaż trudno mi uwierzyć, to ja sezon wakacyjny (przynajmniej względem polskiego kalendarza) spędziłam w domu. Po przeprowadzkowych zawirowaniach (wciąż mieszkam w Singapurze, tylko po drugiej stronie) trochę mi zajęło ogarnięcie życia, ale wracam do pisania! Trochę trudniej jest też zebrać się, gdy czeka na człowieka prawie 10GB zdjęć i cztery razy tyle filmów z GoPro. Ciężko przywieźć mniej, gdy otwiera się przed Tobą tak niesamowity kraj jak Indie!

Na podróżniczej liście marzeń nie plasowały się jakoś szczególnie wysoko. I pewnie jeszcze długo bym tam nie pojechała, gdyby nie szczególny powód, a tym właśnie było zaproszenie na ślub i wesele mojego kolegi z pracy, a prywatnie serdecznego przyjaciela. Impreza odbywała się na południu Indii, nieopodal Kochi, ale nie byłabym sobą, gdybym pojechała tylko do punktu A. W mojej głowie (z pomocą internetu, papierowego przewodnika i opowieści hinduskich znajomych) mozolnie klarował się plan na, aż i tylko, 10-dniową wyprawę! Jak zawsze: zapakowaną atrakcjami do ostatniej minuty! Wciąż nie mogę uwierzyć, że Maciek zgodził się na to szaleństwo – co dzień lub dwa autobusem/pociągiem/samolotem przemierzaliśmy setki kilometrów do kolejnego miejsca, które sobie upatrzyłam, przecinając Indie od góry do dołu. Delhi, Agra, Jaipur, Jaisalmer, Aurangabad i Kochi, skąd już rzut beretem do Irinjalakudy, gdzie odbywało się wesele.

Indie, trasa wyprawy

Jak wiadomo, nadrabiam zaległości, mówimy więc o przełomie grudnia i stycznia 2015/2016. W moim singapurskim domu jemy wigilię w gronie znajomych, pakujemy im na wynos resztę pierogów i ryby po grecku, przymykamy oko na kilka godzin, by bladym świtem Bożego Narodzenia, gdy część z Was w Polsce wybierało się na pasterkę, wyruszyć w drogę.

Singapur, ruszamy!

Poranny lot Air India do hinduskiej stolicy – Delhi, upływa spokojnie, a my próbujemy podtrzymać świąteczną atmosferę pałaszując domowej roboty pierniki. Na miejscu cofamy zegarki o 2 i pół godziny – tak, to pół godziny utrudnia życie przy przeliczaniu. Ahoj przygodo! Międzynarodowe Lotnisko Indira Gandhi w Delhi skomunikowane jest z centrum miasta wygodnym i nowoczesnym pociągiem – Delhi Airport Express (pomarańczowa linia). W mniej niż pół godziny, za cenę 60 Rupii (3,35PLN, 1.30SGD przy obecnym kursie) docieramy do New Delhi Railway Station. Stąd wydawałoby się już tylko prosta droga do hotelu, spacerkiem przez Main Bazaar Road. Co w teorii i na Google maps wygląda na 15 minutowy spacerek, zamieniło się w prawie godzinne błądzenie wąskimi uliczkami pełnymi mydła i powidła. Po raz pierwszy i nie ostatni przekonaliśmy się, że Google maps w Indiach bywają bezużyteczne. Cóż, przynajmniej poznaliśmy okolicę.. Docieramy w końcu do hotelu, do upragnionego prysznica i łóżka, by chociaż na godzinkę wyciągnąć nogi. Zwrot ten, ma tutaj szczególne znaczenie, albowiem widok z okna jest co najmniej nietuzinkowy. Gdy po jednej stronie obserwujemy ulicznych sprzedawców warzyw, owoców i ryb, to po drugiej okna wychodzą wprost na.. cmentarz. Indian Christian Cemetery – cmentarz dla hinduski chrześcijan. Przy wyborze hotelu kierowałam się raczej bliskością do głównego dworca kolejowego jak i stacji metra, ale jak widać ciekawe przypadki się zdarzają.

Indie, Delhi, widok z hotelu na ulicę handlową..

Indie, Delhi, .. oraz widok z hotelu na cmentarz (Indian Christian Cemetery)

Nieco zregenerowani wynurzyliśmy się z hoteli w głośny i zakurzony świat. Metro ma zdecydowanie większą siłę przebicia niż jakikolwiek transport naziemny, dlatego skierowaliśmy się na pobliską stację o jakże łatwej do zapamiętania nazwie: Ramakrishna Ashram Marg (niebieska linia), skracanej na przeróżne sposoby (RK Asram Marg, R.K. Marg itp). Jedyną zaplanowaną atrakcją na to późne popołudnie był Red Fort – Czerwony Fort, który od XVII wieku, przez prawie 200 lat służył za siedzibę władców z dynastii Mogołów, którzy panowali w tym rejonie. Ma za sobą burzliwą historię, która stawia go na czele historycznie ważnych budowli obecnego Delhi. Architektonicznie urzeka bijącą czerwienią.

Z niebieskiej linii przesiedliśmy się w żółtą, aby dotrzeć na najbliższą fortowi stację – Chandni Chowk. Metro w hinduskiej stolicy zaskoczyło nas pozytywnie! Jest w miarę nowoczesne. Bilety, a właściwie plastikowe, wracane tokeny kupowaliśmy zawsze na bieżąco, po odstaniu krótszej lub dłuższej chwili w kolejce. Bagaże i ludzie są sprawdzani/skanowani przed każdorazowym wejściem na perony. Wszystko jest dobrze oznakowane. O każdej porze panuje ścisk i tłok. I chociaż jestem przyzwyczajona do takiego obrazu, chociażby z porannych podróży do pracy w Singapurze, to jednak nie do końca czułam się komfortowo. Nic złego się nie wydarzyło, jednak podróżowanie twarz przy twarzy, ramię przy ramieniu w wagonie pełnym lokalnych mężczyzn, nieskrępowanie gapiących się na Ciebie, zdecydowanie uświadamia, że kulturowo to inny świat. Dla kobiet jest osobny wagon, przeznaczony tylko dla nich. W pozostałych kobiety stanowiły maksymalnie 5% podróżnych, głównie jako towarzyszki mężów/chłopaków/braci/ojców/synów. Mając do wyboru zaciekawione spojrzenia lub rozdzielenie się z Maćkiem (z oczywistych względów nie miał wstępu do kobiecych wagonów), wybierałam to pierwsze – wystarczyło schować się w jego ramionach, które stanowiły wystarczającą barierę.

Ze stacji Chandni Chowk do Lahori Gate, wejściowej bramy Red Fortu, prowadziła, jak się wydawało, prosta, 15-minutowa droga. Moja wiara w naszą zdolność korzystania z mapy upadła po raz kolejny, gdy po prawie pół godziny wciąż nie było widać naszego celu. Same wyjścia z metra nie są już tak dobrze oznakowane, więc najpewniej wyszliśmy ze złej strony, ale błądząc niemiłosiernie w końcu ujrzeliśmy kopuły widziane wcześniej w przewodniku.

Słońce zaczynało powoli zachodzić, a fort zamykali o 18.30. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, zwłaszcza, że po bilety ustawiła się kolejka. Późnym wieczorem, po oficjalnych godzinach zwiedzania, odbywają się w środku pokazy dźwiękowo-świetlne – Sound and Light Show, mające na celu przybliżenie historii tego miejsca. Uznaliśmy, że to dobry pomysł na zmaksymalizowanie naszego czasu zwiedzania, mimo że na angielskojęzyczną wersję trzeba było czekać do 20:30, zakupiliśmy więc bilety (80 Rupii od osoby, ~1.7SGD, ~4,5PLN).

Indie, Delhi, Red Fort, Maciek w kolejce po bilety

Tak jak przewidywaliśmy, niewiele udało nam się zobaczyć w świetle dnia, bo poszczególne budowle wewnątrz fortu były już zamykane, zostawiając otwartą tylko ścieżkę w głąb, do miejsca w którym odbywał się pokaz. Niemniej jednak fort prezentuje się okazale, a wszechobecna czerwień dodaje mu majestatu.

Indie, Delhi, Red Fort, mur nieopodal Lahori Gate

Indie, Delhi, Red Fort, mur nieopodal Lahori Gate

Indie, Delhi, Red Fort, Diwan-i-Aam, miejsce publicznych audiencji

Postanowiliśmy wykorzystać czas na posiłek. W okolicy raczej nie było widać żadnych sensownych jadłodajni, dlatego ruszyliśmy za poleceniem przewodnika, który pokazywał (jak zawsze z resztą..) prostą drogę. Było już ciemnawo, a okolica raczej zatłoczona, więc zdecydowanie nie wskazane było włóczyć się gdzieś daleko. Poddaliśmy się kilkanaście minut później, gdy w tłumie ręka jednego z miejscowych powędrowała zdecydowanie za blisko mojego biustu.. Nie groził mi, nic z tych rzeczy, jedynie wpadł na pomysł by tak przelotnie, w biegu, niepostrzeżenie sobie dotknąć.. Wrrr.. Moje wcześniejsze dobre, pierwsze wrażenie o tym kraju, zmieniło się diametralnie. Na szczęście taka sytuacja, ani żadna inna jej podobna, nigdy więcej się nie wydarzyła, a im dalej od Delhi, tym zdecydowanie lepsze wrażenia pod względem społeczeństwa.

Wróciliśmy do Fortu – pokaz odbywał się na świeżym powietrzu. Usadowiliśmy się w pierwszy rzędzie, by mieć jak najlepszy widok, tylko że.. nie było na co. To nie było przedstawienie. Zgodnie z nazwą był tylko dźwięk i światło. Z głośnika płynęła opowieść, wystrzały, rżenie koni i inne odgłosy, w akompaniamencie zapalających się z różnych stron kolorowych lamp, oświetlających małe budynki i pomniki dookoła. Zawsze mam ogromny szacunek dla lokalnej sztuki, nawet jeśli jej nie rozumiem, wysiedzę do końca, bo wiem, że artyści włożyli i codziennie wkładają, mnóstwo pracy był dostarczać rozrywki przybyłym. Tutaj jednak nie wytrzymałam. Było zimno, wspomnienie ostatniej godziny skutecznie psuło humor, a pokaz był po prostu beznadziejny. Wyszliśmy po 20 minutach, łapiąc pod bramą rikszę, która bez błądzenia zawiozła nas do metra.

Indie, Delhi, Red Fort, Lahori Gate

Czas odpocząć, by w świetle kolejnego dnia, dać drugą szansę temu miastu.

O tym jednak później.

zwierzaki i widoki – Australia – uwertura

Zapiski z wypadu do Australii muszę zacząć nietypowo. Zastanawialiście się kiedyś jak wiele błędów można popełnić i ile zbiegów złych okoliczności może nastąpić podczas jednej, 5,5-dniowej podróży? Ja mam nadzieję, że poniższą historią osiągnęłam już moje życiowe maksimum w tej kwestii. Najbardziej jednak fascynuje mnie, że pomimo iż wszystko poszło nie tak, ta eskapada wciąż sprawiła mi ogromną frajdę i wspominam ją z radością.

Po kilku wycieczkach w okolicach Singapuru, nastał czas wypuścić się gdzieś dalej. Udało mi się nawet wykrzesać 1,5 dnia urlopu, co z ekstremalnie długim weekendem z okazji 50-tych urodzin Singapuru, dało mi pole do popisu. Już kilkanaście tygodni wcześniej palec na mapie zaczął wskazywać Koreę Południową. Niestety, w owym czasie, w kraju tym zagościł wirus MERS, a ja zdecydowanie nie ryzykuję w takich kwestiach. Obróciłam więc mapę o prawie 180 stopni i postanowiłam skorzystać z zaproszeń od moich znajomych z Australii – Asi, która urzędowała na doktoracie w Sydney i Delwyn, koleżanki z pracy w Singapurze, która wróciła do swego kraju i osiedliła się wraz z mężem w malowniczej Vincentii na wschodnim wybrzeżu. Kierunek nie jest oczywiście najtańszy, zwłaszcza gdy w grę wchodzi bardzo długi weekend. Loty z Singapuru, na kilka tygodni przed, były albo wyprzedane albo kosmicznie drogie. Jak zawsze wzięłam się na sposób i udało mi się znaleźć sensowne bilety z Kuala Lumpur do Sydney przez Skypicker. Zwykle kręcę nosem na kupowanie przez pośredników, ale cena była przekonująca. Lot z Singapuru do Kuala Lumpur i z powrotem kupiłam osobno, tracąc możliwość tranzytu (wszak loty niepołączone), ale mając w zapasie 5 godzin w drodze do i 2 godziny 10 minut w drodze powrotnej ryzyko zostanie na lodzie z powodu opóźnień uznałam za minimalne, zwłaszcza że lotnisko w Kuala Lumpur nie jest mi obce.

W imię ułatwień i polityki „wszystko zrobimy za Ciebie” Skypicker nie udostępnił mi.. oficjalnego numeru mojej rezerwacji (takiego, którym możesz sprawdzić na stronie linii lotniczych, że wszystko jest w porządku). Próbowałam trzymać w ryzach mój sceptycyzm, ale wymiana maili z obsługą klienta wcale mnie nie uspokajała. Dostałam tylko wewnętrzny numer rezerwacji i jakiś wewnętrzny bilet.. Wszystko wyglądało tak, że powątpiewałam czy faktycznie mój bilet istnieje w systemie Air Asia, którą miałam lecieć. Dodatkowo każdą zmianę (dodanie bagażu, dodanie posiłku) musiałam załatwiać przez ichniejszą obsługę klienta, zamiast kliknąć dwa razy na stronie rezerwacji – pewnie też mieli z tego dodatkowy zarobek. Po n-tej wiadomości łaskawie otrzymałam zrzuty ekranu z oficjalnej strony Air Asia, na których mogłam zobaczyć, że jestem na liście pasażerów (wciąż bez numeru rezerwacji..).

W końcu nadszedł dzień wyjazdu, skopiowałam więc na telefon te ich wewnętrzne dokumenty i z nadzieją wsiadłam do samolotu Malindo Air w stronę stolicy Malezji. Po krótkim locie, z coraz większym bananem na twarzy, przeszłam przez odprawę celną i skierowałam się do okienka nadać bagaż i odebrać mój upragniony, „prawdziwy” bilet do Australii. „Niestety, nie może pani lecieć” zabrzmiało zza lady. Słuchamżecoproszę?! Nie, nie była to kwestia pośrednika, faktycznie byłam na liście pasażerów, ale w systemie wyświetlała się informacja o braku uprawnienia do wkroczenia na teren Australii czyli.. wizy. Tak. Ja, która raczej mam się za zorganizowaną i zaplanowaną (czasem aż do przesady) nie pomyślałam o tak prozaicznej kwestii jak wiza. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że w celach turystycznych mogę takowej potrzebować. Może za bardzo myślałam o Australii przez pryzmat Europy? Zastanawianie się nic już nie dawało, fakt był jednak faktem – nie mogę lecieć. Wściekłość na samą siebie, która mnie wtedy ogarnęła jest nie do opisania – jak mogłam być tak głupia?! Wietnam, Kambodża, Chiny, Indonezja… Po 3 razy zawsze czytam gdzie, jak, co, kiedy i czy trzeba aplikować. Do części z krajów, w których byłam jest po prostu visa-on-arrival czyli bez wcześniejszych wniosków otrzymuje się pozwolenie na krótki pobyt w danym kraju po załatwieniu formalności po przylocie. Niestety tak to nie działa w Australii.

Ze szklistymi oczami na czerwonej ze złości twarzy, usiadłam w najdalszym kącie lotniska i chciałam zapaść się pod ziemię. Sytuacja nie była jednak totalnie beznadziejna – jako obywatel Polski mogę aplikować o wizę turystyczną do Australii przez internet, jeśli wszystko jest w porządku wiza może zostać zatwierdzona nawet w przeciągu godziny. To wciąż dawało nadzieję na złapanie nocnego samolotu do Sydney, wszak miałam jeszcze prawie 4h! Wypełniłam ekspresem i nie mogąc znaleźć sobie miejsca kręciłam się w kółko, nieustannie odświeżając skrzynkę mailową w telefonie i okazjonalnie dręcząc pana w obsłudze klienta Air Asia – czasem zanim osoba zainteresowana dostanie wiadomość potwierdzającą, linie lotnicze już mają informację w systemie. Kilkanaście telefonów tu i ówdzie wykonanych przez pracownika Air Asia na nic się jednak zdały – cud nie nastąpił. Nadeszła 22:40 i musieli zamknąć odprawę by wykonać lot o czasie. Beze mnie.

Absurd tego w co się wpakowałam nie ułatwiał mi podjęcia decyzji co dalej. Zasadniczo opcje były 3: miałam jeszcze pół godziny, żeby kupić bilet i wystartować lotem powrotnym do Singapuru, spędzając długi weekend na rytmicznym uderzaniu głową w ścianę w salonie, aby dobitnie odczuć konsekwencje mojego braku myślenia. Mogłam też zostać i spędzić wściekłe 5 dni w Kuala Lumpur, które zwiedzałam już dwukrotnie i nie darzę jakąś olbrzymią sympatią. Ostatnią opcją było czekać na cud, jeśli wiza zostanie zaakceptowana następnego dnia, moja wizyta w Australii wciąż ma trochę sensu. Dodam, że mój bilet, kupiony po taniości, nie miał oczywiście opcji zmiany dat wylotu, więc w grę wchodził tylko zakup nowego, kosmicznie drogiego biletu. Z racji siły wyższej (jeśli głupotę można tak określić) Air Asia zaproponowała, że uzna moje niestawienie się w samolocie jako wypadek losowy i zaoferowała, że jeśli otrzymam wizę następnego dnia i zdecyduję się lecieć, to odliczy mi wydane już pieniądze od ceny nowego biletu (dobre i to, doceniam gest!). Wystarczy, że przyjdę jutro do okienka ze starym numerem rezerwacji i wszystko będzie w systemie. Zaraz, zaraz.. Numer rezerwacji.. Cholerny Skypicker.. Pan z obsługi był nieźle zdziwiony, kiedy wyjaśniałam, że takowego nie znam. Czym prędzej zanotował mi go na skrawku papieru, życzył powodzenia i dobranoc.

Dobranoc. Właśnie.. Zdecydowanie nie chciałam wracać do domu nie dając temu wszystkiemu szansy. Może rano jakieś telefony i błagania pomogą? Podobno tych, którzy nie przeszli w szybkim czasie automatycznie przez proces, musi zweryfikować pracownik urzędu imigracyjnego Australii, może da się coś zdziałać? Skoro i tak nie miałam nic lepszego do roboty, uznałam, że spędzę jeszcze 24h w Kuala Lumpur, a jeśli jutro się nie uda, to wieczorem wracam do Singapuru. Teraz tylko trzeba było coś ze sobą zrobić podczas czekania na wizowy cud, dochodziła północ.

Aby nie dodawać kolejnych kosztów tej wyprawie, zarezerwowałam na szybko najtańszy hotel dostępny w okolicy stacji głównej w Kuala Lumpur (ostatni pokój, wszystko było zajęte!), zrobiłam kilka zrzutów ekranu z  drogą do przejścia i wsiadłam w pociąg z lotniska. Oczywiście nic nie było jak trzeba, nie wiedziałam z której strony dworca wyszłam i nawet zapytany przechodzień nie umiał mi pomóc. Złość, która zenit osiągnęła na lotnisku, wkraczała na nieznane mi dotąd obszary. Po 10 minutach krążenia (a do hotelu było niby jedyne 5 min pieszo..) znalazłam taksówkarza, który zgodził się mnie zawieźć. Hotel, jak się okazało, na Little India, nie był najgorszym w jakim przyszło mi spać, ale okolica nie zachęcała. Marzyłam tylko o prysznicu, zamknięciu się na 4 spusty i krzyku w poduszkę przez resztę nocy. Stałam w recepcji, czekając na klucze, gdy do hotelu weszła kobieta o europejskim wyglądzie. Myślę sobie, „Dobra, nie jest tak źle, przynajmniej nie jestem sama” (tak wiem, stereotypy..). Nie była jednak gościem hotelu, a szukała noclegu. Zblazowany recepcjonista wskazał na mnie palcem i powiedział, że właśnie biorę ostatni wolny pokój. Pogratulowała mi szczęścia, bo ona idzie od stacji już piąty hotel i nigdzie nie ma wolnych pokoi. Niewiele myśląc, zaoferowałam jej podzielenie się moim pokojem. I tak był dwuosobowy, a ja w tej swojej osobistej ‚tragedii’ uznałam wspaniałomyślnie, że może komuś przynajmniej poprawię humor. Podzieliłyśmy się opłatą i omijając panów w ręcznikach, udałyśmy się na górę. Niestety, nie pamiętam już jej imienia, ale szybko złapałyśmy dobry kontakt, dzieląc się historiami, które przywiodły nas do położenia w którym się znajdujemy. Nowo poznana znajoma z Holandii, wracała z obozu survivalowego, który prowadziła gdzieś w Azji i spóźniła się na przesiadkę. Następny lot dopiero za 24h więc firma kazała jej znaleźć sobie nocleg w mieście. Mimo późnej pory (1.30) uznałyśmy, że pójdziemy jeszcze coś zjeść do budek, które wciąż były otwarte przy ulicy, a jak nam się uda to może i piwo gdzieś kupimy.

Na szczęście hotelowy internet był w miarę dobry, więc po powrocie przekopywałam fora w poszukiwaniu porad. Jedna z nich sugerowała załączenie do swojej aplikacji tony różnych dokumentów, które urząd celny może poprosić do zweryfikowania aplikacji (próbuje się zatem ich ubiec i tym samym zaoszczędzić czas). Fakt, moja aplikacja musiała być dość niecodzienna: Polka, mieszkająca w Singapurze, aplikująca z Malezji, może dlatego chcą widzieć więcej? Na szczęście recepcjonista zgodził się w środku nocy zeskanować moje dokumenty, mimo że obsługa maszyny była chyba dla niego czarną magią. Czego tam nie było: paszport, pozwolenie o pracę i pobyt w Singapurze, pieczątka wjazdowa z Malezji (żeby udowodnić, że jestem tam legalnie), wyciąg z konta, by pokazać zarobki. Miałam tylko cichą nadzieję, że te wszystkie skanowania i logowania się do banku w przypadkowej sieci nie narażą moich danych. Dołączyłam wszystko w systemie i postanowiłam spróbować zmrużyć oko.

Po 2-godzinnej drzemce otworzyłam powiekę i niestety wciąż byłam w hotelu w Kuala Lumpur. Australia właśnie się budziła i czas było poinformować znajomą, żeby nie wyjeżdżała na lotnisko. Gdy tylko wybiła australijska 8.30 zaczęłyśmy razem z Asią wytrwałe dobijanie się na infolinię urzędu celnego Australii. Udało się nawet dwa razy połączyć z konsultantem, ale nie mieli dobrych wieści – nic nie da się przyspieszyć, jeśli aplikacja jest już gdzieś w systemie. Trzeba czekać i mieć nadzieję, że znajdzie się wkrótce w rękach urzędników (jeśli faktycznie nie może być zaakceptowana automatycznie). Ambasada Australii w Malezji też nie mogła nic pomóc. Beznadzieja.

Powoli kończyła się doba hotelowa. Współlokatorka postanowiła spędzić dzień na zwiedzaniu Kuala Lumpur, ja potrzebowałam być cały czas online (na wypadek gdyby wiza przyszła). Pożegnałyśmy się więc i wsiadłam w pociąg z powrotem na lotnisko – wszak oferują darmowy internet. Nie miałam z resztą nastroju na nic innego. Decyzja zapadła – jeśli się nie uda, kupuję bilet i wracam do domu.

Kolejne łzy były znów tymi z niedowierzania, ale już na szczęście połączone z tymi z radości – mniej więcej w połowie drogi pociągiem chwyciłam internet w smartfona i w skrzynce czekał upragniony email! Wiza, WIZA!!!! Ostatecznie nie wiem co pomogło, załączone dokumenty, telefony do urzędu imigracyjnego czy po prostu tak miało być.

Czas na chwilę przyspieszył jeszcze bardziej. Sprawnie ogarnęłam nowy bilet na lotnisku, tłumiąc na dnie plecaka łkanie karty kredytowej i zaczęłam ogarniać sobie czas na lotnisku, jedyne 12h. Byłam wykończona, niewyspana i na emocjonalnej huśtawce. Obdzwoniłam wszystkich, przeczytałam książkę, przysypiałam gdzieś na podłodze, godziny ciągnęły się niemiłosiernie, aż w końcu z ciągłym niedowierzaniem nadałam walizkę, przeszłam odprawę celną i odbiłam się od malezyjskiej płyty lotniska w kierunku Australii.

W samolocie spałam jak zabita, jeszcze tylko kontrola celna po australijskiej stronie, obwąchanie bagażu przez sympatycznie wyglądające psy lotniskowe (do Australii nie można wwozić wielu produktów spożywczych, jeśli się jakieś ma to należy zgłosić. Znalazłam się w specjalnej kolejce do psiego sprawdzania, bo wiozłam azjatyckie chipsy w prezencie dla Asi – oryginalnie zapakowane, przeszły bez problemu. Nie wiem tylko dlaczego celniczka zapytała mnie czy mam jabłka w walizce, ale po tylu podróżach nie dziwię się, że moja torba pachnie czymś dziwnym, co mogło wzbudzić podejrzenia psiego nosa). Asia już czekała po drugiej stronie, witając mnie sympatycznym kangurkiem.

Myślicie, że po takim początku gorzej być nie może? Owszem, może. Kilka godzin później odkryłam, że moja lustrzanka robi w połowie czarne zdjęcia. Ściągam obiektyw, patrzę do środka.. Mechanizm podnoszenie lustra nie działa.. Próby zaczepienia strony która spadła odpuściłam sobie po kilku minutach bojąc się, że uszkodzę jeszcze bardziej. Pozostał aparat w telefonie i droga naprawa po powrocie do Singapuru.. Złośliwość rzeczy martwych i przypadek? Nie. Szybko przypomniałam sobie, jak w nerwach na lotnisku upuściłam plecak na podłogę.. Wystarczyło.

Mało? W drodze powrotnej moje 2 godziny i 10 minut skurczyło się do 1 godziny 25 minut z powodu opóźnienia spowodowanego burzą. Przypominam, że nie miałam tranzytu – musiałam przejść malezyjską odprawę celną, odebrać bagaż, nadać go ponownie, sprawdzanie bagażu podręcznego, znów odprawa celna i dopiero mogłam lecieć dalej. Miałam więc 25 minut, aby znaleźć się przy okienku w hali odlotów mojego „ukochanego” lotniska (trzeba być najpóźniej na godzinę przed odlotem). Tutaj obsługa spisała się na medal, najpierw podwożąc mnie pod odprawę celną lotniskowym samochodzikiem (oczywiście byłam gdzieś hen daleko), a po streszczeniu sytuacji, pozwalając mi ominąć kolejki i uzyskać pieczątkę w okienku zarezerwowanym dla pilotów i obsługi samolotów. Jeszcze tylko odebrać bagaż, który stracił gdzieś pokrowiec (nieważne, biegnę..), schody w górę, nogi już ledwo mnie niosą, dobiegam do okienka teoretycznie 3 minuty przed końcem czasu, gdy pani z obsługi już praktycznie zamykała. Musiała nawet zadzwonić czy aby na pewno jeszcze może mnie wpuścić. Ufff.. może, udało się.. Bagaż pojechał, a ja biegnę dalej, sprawdzanie, odprawa celna, bramka i jest.. dobijam pod rękaw do samolotu w momencie rozpoczęcia boardingu. Jeszcze tylko wypluję serce, płuca i wszystko inne co mam w środku, na posadzkę i mogę wsiadać.

Pomiędzy ten podróżniczy koszmar wpisuje się fantastyczny kraj, który absolutnie zrekompensował mi zszargane nerwy. Nawet widmo dna na koncie w banku (dodatkowy bilet na dzień przed odlotem, naprawa lustrzanki, niebotycznie wysoki rachunek za telefon z uwagi na roaming) nie wpłynęło na moją ocenę. O samej Australii jednak w następnym odcinku.

ogród w mieście czy miasto w ogrodzie? Singapur, Botanic Garden, National Orchid Garden

Po kilku latach w Singapurze, coraz mniej pozostało mi ciekawych miejsc, w których nie byłam. Wciąż są też takie, którym poświęciłam zdecydowanie za mało czasu, mimo że warte są uwagi. Jednym z nich jest singapurski ogród botaniczny (Singapore Botanic Garden).

W wielu miastach, które miałam okazję odwiedzić, zieleń ogranicza się (i to w porywach) do kilku drzewek i krzaków wzdłuż ulicy oraz wciśniętego gdzieś (często na uboczu) małego parku, z kilkoma roślinkami na krzyż. Singapur jednak bardzo się stara, aby uchodzić za miasto w ogrodzie (city in a garden). Nawet w dzielnicy drapaczy chmur stara się wcisnąć drzewka i małe skwery, a w samym sercu miasta-państwa, tuż obok głównej dzielnicy zakupowo-handlowej, znajduje się ogromny (82 hektary!),  znajdujący się na liście UNESCO, park-ogród tropikalny- Botanic Garden właśnie.

Singapurski Ogród Botaniczny to miejsce, gdzie spędzić można długie godziny, przechodząc od jednego tematycznego zakątka do drugiego, zahaczając o muszlę koncertową (gdzie koncerty odbywają się średnio co weekend) przed którą można urządzić sobie piknik czy podziwiając żółwie taplające się w jeziorze. Lokalną dumą jest jednak, znajdujący się w jego centralnej części, Narodowy Ogród Orchidei – National Orchid Garden. Kwiat ten, będący roślinnym symbolem Singapuru, uprawiany jest tu w niezliczonej ilości odmian i krzyżówek. Hybrydy orchidei, które tworzone są „na miejscu” często otrzymują nazwę upamiętniającą jakiegoś VIPa (polityka, dygnitarza albo celebrytę), który wizytuje kraj w danym czasie. I chociaż zawsze mam wrażenie, że w Singapurze wszelką żywność i rośliny się sprowadza, to jednak okazuje się, że ponad 10 milionów orchidei jest eksportowane rocznie.

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Wejście do ogrody botanicznego jest za darmo, ale za wizytę w ogrodzie orchidei trzeba zapłacić. Może dlatego, gdy tylko przekroczyliśmy bramę, uderzył nas spokój, którego próżno szukać na głównych alejkach (w weekendy Botanic Garden to bardzo popularne miejsce). Roślinność podzielona jest na strefy (m.in. strefa VIP Orchid Garden, gdzie znajdują się wspomniane hybrydy o nazwach upamiętniających znanych ludzi).

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Wszędzie dominują oczywiście storczyki, ale mi bardzo spodobał się coolhouse, w którym symulowane są tropikalne warunki wysokogórskie. Tutaj oprócz orchidei, można podziwiać również inne gatunki (niestety botanik ze mnie kiepski, więc nie powiem Wam jaki dokładnie rodzaj znajduje się na zdjęciach), które cieszą oczy.

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Diabeł tkwi w szczegółach i Singapur dobrze o tym wie. National Orchid Garden jest szczególnie popularny jako miejsce na ślubne sesje fotograficzne, m.in. w tak urokliwym jego zakątku jak poniższe kwiatowe łuki.

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Singapur, Botanic Garden (Ogrody botaniczne), National Orchid Garden (Narodowy Ogród Orchidei)

Chyba nabrałam sporej ochoty, żeby znów się tam wybrać i ciężko będzie znaleźć wymówkę, bo pod samą bramę wejściową Botanic Garden dojeżdża metro, a przez tę stację przejeżdżam codziennie w drodze z i do pracy.

herbatka u Tadka – Malezja, Cameron Highlands: akt II

Już poprzedniego wieczoru dogadaliśmy się z naszym taksówkarzem, że przed świtem dnia następnego zawiezie nas swoim wehikułem na wschód słońca na górę Brinchang (Gunung Brinchang). Najwyższy szczyt Cameron Highlands do którego prowadzi droga dojazdowa (a drugi w kolejności, jeśli chodzi o wysokość nad poziomem morza) ma wysokość nieco ponad 2000 m.n.p.m. I choć trochę się obawialiśmy i żal nam było pojazdu, to szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nie ma się co martwić, bo nie dość, że samochód igła, to jeszcze bardzo doświadczony kierowca. Co jest więc takiego specjalnego w tym pojeździe? Otóż, Ginu (?) – imię naszego kierowcy wymawiało się ‚Dżinu’, nie mam pojęcia jaka jest poprawna pisownia – prowadzi najbardziej stylowego i zadbanego Mercedesa jakim jeździłam do tej pory. Nie jest to jednak najnowszy mercedes klasy S czy A, ale.. Mercedes 190D, model rocznik 1960! Zadbany, dopieszczony w środku, oryginalne części, a dźwięk silnika? Poezja! Z chęcią słuchaliśmy też łamanej angielszczyzny ochrypniętego głosu Ginu, który opowiadał nam historię tego samochodu, którego właścicielem jest ponad 50 lat, a zakupił go krótko po swojej emigracji z Indii. Jeśli kiedyś będziecie w okolicy potrzebowali transportu, wypatrujcie tego charakterystycznego samochodu – wrażenia niezapomniane. Sypnijcie też Ginu dobry napiwek, oby zawsze miał wystarczająco pieniędzy, by dbać o ten wspaniały wehikuł.

Malezja, Cameron Highlands, taksówka - Mercedes 190D, rocznik 1960'

Malezja, Cameron Highlands, taksówka – Mercedes 190D, rocznik 1960′

Malezja, Cameron Highlands, taksówkarz Ginu za kierownicą Mercedesa 190D z rocznika 1960'

Malezja, Cameron Highlands, taksówkarz Ginu za kierownicą Mercedesa 190D z rocznika 1960′

Magia wschodów słońca, nie pozwala oddać ich wspaniałości słowami. Na logikę: wstajesz niewyspany w środku nocy, tłuczesz się (zwykle posiliwszy się tylko batonem zbożowym czy innym ciastkiem) ileś kilometrów, stoisz na zimnym wietrze z palcem przymarzniętym do spustu aparatu i.. zachwycasz się, że słońce znów wstaje. Wstawało, pięknie wstawało, a my gapiliśmy się w przestrzeń nie mogąc oderwać wzroku.

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Zanim wróciliśmy na śniadanie, przespacerowaliśmy się także przez Mossy Forest (tłumacząc dosłownie: omszały las). Rośnie on tylko w najwyższych partiach gór w klimacie tropikalnym lub subtropikalnym. Nazywany jest również Cloud Forest or Fog Forest (pochmurny las lub mglisty las). Wszystko za sprawą wysokości, gdzie niższa partia chmur otula okolicę, nadając jej wilgotny, spowity we mgle, charakter. Środowisko wręcz idealne do wzrostu niezliczonych gatunków roślin, w tym mchów, paproci i porostów, a także najróżniejszych owadów, ptaków, gadów i płazów. Drewniane platformy prowadzą tylko jakieś 15o metrów w głąb, my jednak przeszliśmy kawałek dalej, gdzie gęstwina i plątanina korzeni wymuszała na nas szczególną ostrożność w blasku wciąż wschodzącego słońca.

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Pod hotelem z rozrzewnieniem pożegnaliśmy naszego taksówkarza. Zasileni odpowiednią ilością smażonych nudli (azjatycki makaron) i tostów wyruszyliśmy na zaplanowaną wędrówkę po górskiej dżungli. Tym razem obraliśmy odwrotnych kierunek. Do tej pory zwiedzaliśmy miejsca w okolicy miasteczka Brinchang, przyszedł czas na Tanah Rata. Trasa numer #9 miała zaprowadzić nas do wodospadu Robinson (Robinson Falls). Owszem, zaprowadziła, chociaż mimo mapy i kilku zrzutów ekranu na telefonie, długo kluczyliśmy by znaleźć początek trasy. Sam wodospad też nie zachwycił jakoś szczególnie, raczej brudna woda pływająca żwawym nurtem po kilku większych kamieniach. Przy wodospadzie rozpoczyna się trasa #8, która planowo miała zaprowadzić nas na górę Berembun (Gunung Berembun), skąd trasą #3 mieliśmy zejść do rozwidlenia i dalej trasą #6, wyjść z lasu przy budynku Urzędu Leśnego, praktycznie na tyłach naszego hotelu. Przynajmniej w teorii. Trasy są wyznaczone i niby oznakowane, ale w dużej mierze idzie się na czuja. Nie ma ich jednak aż tyle, żeby się zgubić, jeśli wciąż jest się na ścieżce. Na szczycie (chyba) nie byliśmy, zeszliśmy (chyba) trasą #5, gdzieś przy polu namiotowym. Błogosławiłam treki na moich nogach, gdyż miejscami ścieżka zmieniała się w błotniste mokradła i trzeba było skakać tuląc się do drzew lub balansować na leżących konarach, by wyjść z tego suchą stopą. Dla niektórych wyprawa skończyła się praniem butów w rzece, by bez obciachu móc pojawić się w miasteczku.

Malezja, Cameron Highlands, na szlaku (nie wiadomo którym)

Malezja, Cameron Highlands, na szlaku (nie wiadomo którym)

Malezja, Cameron Highlands, wyjście z dżungli

Malezja, Cameron Highlands, wyjście z dżungli

Znaleźliśmy jeszcze siły w nogach, by podreptać na nocny market do Brinchang. Nie wysilaliśmy się jednak zbyt długo, bo na horyzoncie pojawiła się nasza ulubiona taksówka! Ginu również nas rozpoznał i kolejne minuty upłynęły na radosnych pogawędkach.

Okolica reklamuje się jako producent zdrowego i ekologicznego jedzenia, dlatego na nocnym markecie stoiska uginają się od truskawek (omnom mnom, tyle ich zjadłam) i miodów, wszelakich kwiatów i warzyw. Wszędzie wzrok atakują gadżety z symbolem lub w kształcie truskawki, która zdaje się być łatwiejsza w marketingu niż słynne pola herbaty. Gdy siatki rwały się z rąk, a my już wiedzieliśmy, że więcej truskawek moczonych w płynnej czekoladzie nie zmieści się w brzuchach, zawróciliśmy do hotelu się pakować.

Jako, że był to wyjazd tylko na długi weekend, bagaż stanowiły jedynie plecaki. Zakupione suweniry, wymogły na nas zaopatrzenie się w dodatkową torbę, którą mogłyśmy nadać do luku (nasz lot z Ipoh do Johor Bahru, miasta granicznego z Singapurem, miał bagaż nadawany w cenie). Znacie te charakterystyczne, duże, foliowe torby na zamek, zwykle w biało-czerwono-niebieską bladą kratę, tak chętnie używane do pakowania towaru przez sprzedawców na bazarach? Taka była nasza najtańsza opcja.. Zamiast charakterystycznej przeplatanki, wyróżniała się czarnym tłem w białe kropki, z nadrukowanymi truskawkami. Skoro świt, z naszą pieszczotliwie ochrzczoną, torbą wstydu, udałyśmy się taksówką (niestety nie tą ulubioną), na lotnisko do Ipoh, skąd samolotem do JB, i dwoma autobusami (do i przez granicę) do domu.

Tak, uwielbiam wypady na łono natury, a herbatę kocham jeszcze bardziej!

herbatka u Tadka – Malezja, Cameron Highlands: akt I

Chiński Nowy Rok to najważniejsze święto dla wielu mieszkańców Azji. Mnie również cieszy że świętują, gdyż z tej okazji przypadają 2 dni ustawowo wolne od pracy, co w połączeniu z weekendem daje dobrą perspektywę na krótki wypad po za granicę kraju. Jest tylko jeden problem – nie jestem jedyną, która to zauważyła. W tym okresie ceny biletów szybują wyżej niż same samoloty lub też zostają w całości wykupione na długie tygodnie wcześniej. Na szczęście sytuacja nie jest aż tak krytyczna w transporcie lądowym, którym łatwo można dostać się do pobliskiej Malezji. Idąc tym tropem postawiłyśmy na okolicę słynnych pól herbacianych Cameron Highlands.

Autobus z Singapuru do Ipoh szczęśliwie dowiózł nas do dworca, z którego odchodzą również autobusy do Cameron Highlands. Przed nami było już tylko przydługie czekanie na spóźniony odjazd i niekończące się minuty w korku. Późnym popołudniem, zza brudnych szyb przywitały nas góry, górki i pagórki. Wystarczyło czasu na szybki rekonesans najbliższego miasteczka, zanim powoli zaczął zapadać mrok. Cała okolica wzgórz Cameron Highlands jest podzielona na obszary i miasteczka, które dość płynnie przechodzą w siebie. Zatrzymaliśmy się gdzieś pomiędzy Tanah Rata a Brinchang, aby mieć blisko do obu z nich.

Od rana zaplanowaliśmy same atrakcje, zaczynając od tej położonej najdalej. Oprócz pól herbacianych, o których za chwilę, Cameron Highlands posiada wiele farm, które szczycą się swoimi wyrobami lub żyjątkami. Dominują farmy truskawek i kwiatów, w tym lawendy, przeplatane farmami warzywnymi, pasiekami i motylarniami.
Większość z powyższych każdy z nas widział już w swoim życiu, jedynie lawenda wydawała się na swój sposób wyjątkowa. Udało nam się zlokalizować lawendziarnię kilka kilometrów od naszego hotelu i po długich negocjacjach z taksówkarzem, byliśmy na miejscu. Jako że był to sezon świąteczny, do miasteczek zawitało sporo turystów, a wraz z nimi ogromne korki na wąskich, górskich drogach. Kierowca usilnie próbował wyrzucić nas w kilku innych miejscach, żeby tylko nie jechać dalej i nie przebijać się przez zatłoczoną ulicę. Gdy przejechaliśmy najgorszy zator, diabeł wstąpił w niego ponownie i szalał niczym rajdowiec. Z duszą na ramieniu dojechaliśmy do Cameron Lavender i zdecydowanie podziękowaliśmy temu naburmuszonemu gościowi za jego usługi.

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender, osobliwe doniczki

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender, osobliwe doniczki

Na farmie lawendy najwięcej było.. Truskawek i gerberów. Co prawda, odkąd mieszkam w Singapurze to nie miałam okazji zobaczyć krzaczków obsypanych tymi owocami, a moje ulubione kwiaty widuję bardzo rzadko, ale nie po to tam przyjechaliśmy. Sytuację uratowały pyszne, choć bardzo słodkie lody lawendowe i mały skwerek z tymi roślinkami.

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender - gerbery

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender – gerbery

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender - truskawki

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender – truskawki

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender - lawenda

Malezja, Cameron Highlands, Cameron Lavender – lawenda

Spławienie narwanego taksówkarza miało jeden zasadniczy minus – byliśmy jakieś 5,5 km od podnóża góry z polami herbacianymi, niecałe 9 kilometrów od ‚centrum herbacianego’. Złapanie nowej taryfy nie wchodziło w grę, byliśmy przy głównej drodze gdzieś między wsią a wsią. Pozostał marsz poboczem w upalnym słońcu. Postanowiliśmy jednak próbować szczęścia i zobaczyć czy podróż autostopem  możliwa jest w Malezji. Po jakiejś pół godzinie poznaliśmy odpowiedź, kiedy nasza czwórka radośnie ładowała się na pakę pick-upa, kierowanego przez dwóch wesołych gości. Co prawda ruch odbywał się mozolnie, bo chwilę później dołączyliśmy do ogonka zakorkowanych pojazdów, ale śmiechu było co nie miara. Nie wiem w sumie kto miał większy ubaw – my, którzy dawno nie mieliśmy okazji jechać na stopa, czy lokalni ludzie, widząc czwórkę białasów na pace.

Podziękowaliśmy za podwózkę do podnóża góry i dalej kontynuowaliśmy pieszo. Do centrum herbacianego (Sungei Palace Tea Centre) prowadzi dobrze utwardzona droga, więc nie było mowy o typowej, leśnej wędrówce w górach, ale kto by się tym przejmował, gdy dookoła takie widoki!

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, pola herbaty na zboczu góry Gunung Brinchang

Centrum herbaciane to kilka budynków, na które składa się herbaciarnia, sklepik z lokalną herbatą, mini-muzeum z historią herbaciarstwa okolicy oraz małą, pokazową linią produkcyjną. Zmęczeni chętnie usiedliśmy na kanapie w chłodnym pokoju z ekranem, gdzie wyświetlano krótki program o firmie Boh, do której od 1929 roku należą plantacje w Cameron Highlands.

Etapy powstawania herbaty można podejrzeć wraz z przewodnikiem, ale my nie uświadczyliśmy żadnego (nikt też nie zatrzymał nas przed wejściem do budynku), więc uznaliśmy, że zwiedzanie na własna rękę jest również dozwolone. Firma Boh Teh (teh to po malajsku herbata), zajmuje się głównie wytwarzaniem czarnej odmiany. Jak można zauważyć na powyższych zdjęciach, herbata hodowlana rośnie w sięgające do pasa krzaczki. Dzika herbata potrafi osiągnąć nawet 20 m wysokości. Młody krzew potrzebuje ok 2 lata, aby jego liście nadawały się do zebrania. Nie wszystkie jednak – zrywa się tylko te rosnące od góry. Zwiędnięte listki poddaje się skręcaniu i łamaniu, aby uwolnić znajdujące się w nich soki. Kolejnym etapem jest fermentacja, a właściwie utlenianie. Liście zmieniają kolor z zielonego na miedziany, a także zyskują smak i aromat, który będzie towarzyszył napojowi. Ten ściśle kontrolowany proces trwa do 2 godzin. Po tym czasie następuje intensywne, 20 minutowe  suszenie powietrzem o temperaturze 100°C, aby zatrzymać proces fermentacji. Zawarte w liściach soki krystalizują się, a herbata przybiera znany nam z paczek czarny kolor i kruchą strukturę (wilgotność takiego produktu jest niższa niż 3%). Ostatnim etapem są wibracyjne sita, które oddzielają włókna i łodygi od liści, a także sortują herbatę w zależności od rozmiaru cząstek. Te największe trafiają do herbat sypanych, malutkie zaś, do torebek ekspresowych. Firma używa tych samych maszyn nieprzerwanie od 1935 roku.

Malezja, Cameron Highlands, zbieranie herbaty z pola na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, zbieranie herbaty z pola na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, zbieranie herbaty z pola na zboczu góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, zbieranie herbaty z pola na zboczu góry Gunung Brinchang

Po nakarmieniu się wiedzą pozostało już tylko jedno – spróbować tego magicznego eliksiru! Chociaż kuszące było napicie się gorącego napoju, by w pełni rozkoszować się smakiem i aromatem, to po długiej wędrówce pod górę w upale, jedyne co mogłam przyjąć to herbata mrożona, za to w podwójnej ilości! Pyszny, chłodny smak Orchard Splash – mrożonej herbaty z mango, podbił moje serce. A na deser obowiązkowo, reklamowany w całym Cameron Highlands sernik z truskawkami! Nie smakuje może jak babciny, ale patrząc przez pryzmat azjatyckich standardów, ten w malezyjskich górach jest całkiem przyzwoity.

Po krótkim odpoczynku czas na inny ważny punkt naszej wizyty – sklep z lokalną herbatą. Ci, którzy mieli okazje mnie poznać wiedzą, że herbata ma zawsze szczególne miejsce w moim domu. Nie lubię kawy (tak, są tacy ludzie), dlatego z radością wybierałam kolejne pudełeczka i puszki, nie tylko dla siebie – rodzina i kilku znajomych w Polsce miało również okazję wypróbować tego malezyjskiego specjału (dodam tylko, że pisząc tę notkę niemal 2 lata po wizycie, wciąż popijam herbatkę z tych wzgórz). Objuczeni dodatkowymi kilogramami, rozpoczęliśmy wędrówkę w dół w promieniach schodzącego coraz niżej słońca.

Późny obiad w knajpce i szybka decyzja – idziemy jeszcze zobaczyć ogród motyli (Butterfly Garden) nieopodal! Oprócz kolorowych owadów, hodowane były różnego rodzaju inne gady, płazy i robaki – większość z nich lepiej spotkać tylko w takim mini-zoo, a nie na swojej drodze.

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden - żuczek

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden – żuczek

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden - motyl

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden – motyl

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden - kokony

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden – kokony

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden - motyl

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden – motyl

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden - kameleon

Malezja, Cameron Highlands, Butterfly Garden – kameleon

Spacerkiem do Brinchang na kolację (tradycyjny, opalany węglem steamboat – rodzaj dania, gdzie na środku stołu stawiana jest misa z wiecznie wrzącą zupą, a biesiadujący mają do wyboru najróżniejsze rodzaje surowych warzyw, mięs, ryb i owoców morza, które trzeba sobie samemu w tej zupie ugotować i wyłowić) i wypadało wracać do hotelu na regeneracyjnego drinka i sen. Nie zawsze jednak łatwo kupić alkohol w muzułmańskiej Malezji, ale z pomocą przyszedł nam najlepszy taksówkarz na świecie, którego pojazd podbił nasze serca. O nim i o dalszym eksplorowaniu malowniczej okolicy Cameron Highlands, następnym razem.