miejscowe zwyczaje

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Kochi

Tuż przed południem lądujemy w Kochi (Koczin) – ostatnim mieście na naszej trasie po Indiach. Już jutro będziemy gośćmi weselnymi mojego kolegi z pracy Cecila. Zanim to nastąpi mamy mniej niż pół dnia by zobaczyć miasto. Jesteśmy na południowo-zachodnim krańcu kraju, w stanie Kerala. Szkoda, że nasz czas nie chciał się samoistnie wydłużyć – cała okolica jest godna uwagi.

Nasz hotel znajduje się praktycznie na przeciwko lotniska. Reszta gości „z zagranicy” (moi znajomi z pracy z Singapuru i Niemiec), jest już na miejscu. Spotkamy się z nimi wieczorem. Czas na szybki prysznic i jedziemy zwiedzać. Główne atrakcje Kochi znajdują się na przybrzeżnej wyspie, jakieś 37km od lotniska. Z trudem przebijamy się przez korki, utykając na dobre w kolejce na prom, który jednocześnie może zabrać tylko kilka samochodów. Porzucamy więc naszego kierowcę i sami przeprawiamy się z Vypin na drugą stronę do Fort Kochi Terminal za całe 3 rupie od osoby (16 groszy, 6 centów singapurskich).

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Chinese Fishing Nets – Chińskie sieci rybackie

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Chinese Fishing Nets – Chińskie sieci rybackie

Jednym z charakterystycznych symboli miasta są tradycyjne Chinese Fishing Nets czyli tak zwane Chińskie Sieci Rybackie, które znajdują się nieopodal przystani promu. To drewniane konstrukcje zakończone siatką, którą zanurza się na kilka minut, a później podnosi z nadzieją na złapanie wodnych stworzeń. Przy jednej z nich (oczywiście za „drobną opłatą”) załapaliśmy się do pracy.

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), pracując przy Chinese Fishing Nets – Chińskich sieciach rybackich

Nasz połów nie był bynajmniej spektakularny.

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), nasza zdobycz

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), własnoręcznie złowiona na Chinese Fishing Nets – Chińskich sieciach rybackich

Zachód słońca zbliżał się nieubłaganie, a wraz z nim zamyka się większość atrakcji w Indiach. Postanowiliśmy na spokojnie przespacerować się bazarowymi uliczkami wzdłuż brzegu.

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Chinese Fishing Nets – Chińskie sieci rybackie

Dzień kończymy kulturalnie – pokazem sławnej na całe Indie, a wywodzącej się z właśnie z Kerali, sztuki Kathakali w Kerala Kathakali Centre. Siadamy na krzesłach klimatycznej, drewnianej sali teatralnej. Nim rozpocznie się część właściwa przedstawienia, widzowie mogą obserwować proces nakładania makijażu przez artystów. Spójrzcie na te kolory, nic dziwnego, że trwa to prawie godzinę!

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz makijażu artystów przed występem Kathakali

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz makijażu artystów przed występem Kathakali

Kathakali to dramat teatralny należący także do klasycznych tańców hinduskich, w którym główną rolę odgrywają gesty i mimika, między innymi niesamowite ruch gałek ocznych! Po sesji makijażu widzowie wprowadzani są w świat znaków i interpretacji właściwych dla tego rodzaju sztuki, by następnie posłuchać historii (w lokalnym języku, więc można raczej tylko popatrzeć..) o dawnych dziejach, połączonych z religijnymi wydarzeniami. Akcja rozwija się powoli, ale długość przedstawienia dostosowana jest tak by nie zanudzić turystów. W dawnych czasach trwały one od zmierzchu do świtu!

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz Kathakali

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz Kathakali

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), Kerala Kathakali Centre, pokaz Kathakali

Warte uwagi! My tymczasem wracamy odpocząć, jutro impreza!

Reklamy

(bez)Kac (bez)Vegas w Bangkoku – Tajlandia, Bangkok, akt II

Kontynuując poprzedni wpis z Bangkoku – jest późne popołudnie, a my właśnie wsiadamy do poniższej łódki, aby przepłynąć główną rzekę w mieście – Chao Phraya. Naszym celem jest, znajdująca się niemal naprzeciwko pałacu królewskiego, świątynia Wat Arun – Temple of Dawn, czyli świątynia świtu.

Tajlandia, Bangkok, łódka na rzece Chao Phraya

Tajlandia, Bangkok, łódka na rzece Chao Phraya

Niestety, potwierdziły się nasze obserwacje z przeciwnego brzegu – główny, ogromny prang był w remoncie, owinięty szczelnie zieloną siatką, z robotnikami krzątającymi się dookoła. Trudno się mówi, przynajmniej nie było zbyt wielu turystów. Weszłyśmy więc zobaczyć to co się dało, w końcu 50 bahtów (~5,75zł, 2$SGD) za bilet to nie majątek. Mówiąc o pieniądzach – na tajskich monetach po jednej stronie zobaczymy wizerunek króla, a po drugiej, w zależności od nominału – jedną z sześciu tajskich świątyń. Wat Arun umieszczona jest na monecie 10 bahtowej.

2 z 4 mniejszych prangów pozostały odkryte i miałyśmy szansę zobaczyć chociaż namiastkę tej ciekawej świątyni. Jej najbardziej charakterystyczne budowle zdobione są porcelaną i muszlami, używając metody inkrustacji (a że człowiek uczy się przez całe życie, to ciocia Wikipedia podpowiada, że to technika zdobienia polegająca na wykonaniu wgłębień w podłożu i wklejaniu w nie odpowiednio przyciętych płytek z różnych materiałów). Porcelana pochodzi z samiućkich Chin i była używana jako balast dla łodzi przybywających z tego kraju do Bangkoku.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, jedna z czterech prang

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, jedna z czterech prang

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Chociaż świątynia nazwą nawiązuje do poranka, to jej majestat najczęściej uwieczniany jest podczas i po zachodzie słońca, kiedy, wspaniale podświetlona, odznacza się nad brzegiem rzeki. Mam nadzieję wrócić jeszcze kiedyś do Bangkoku, żeby to zobaczyć. Póki co pozostają malownicze zdjęcia w internecie.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Dzień był tak intensywny, że kolejnego poranka budzik, z którym miałyśmy wstać i jechać na pływający market, został zignorowany i nastąpiła ekspresowa zmiana planów. Przede wszystkim postanowiłyśmy skorzystać z uroków naszego hotelu i bynajmniej nie mam tu na myśli gnicia w łóżku do późnego popołudnia.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel

Baiyoke Sky Hotel to 88(!)-piętrowy budynek z pokojami dla gości dostępnymi aż do 74 piętra! Nasz pokój w tzw. strefie Sky Zone wymagał wdrapania się (na szczęście windą ;) ) na 54-te z nich. Niesamowity widok za oknem i niezapomniane wrażenie, gdyż po raz pierwszy miałam okazję spać na takiej wysokości (pomijam oczywiście te wszystkie drzemki w samolotach). W uszach czuć było zmianę ciśnienia, a czasem miało się wrażenie, że budynek lekko drga. W czasie naszego pobytu hotel był najwyższym budynkiem w Bangkoku. W sierpniu 2016 został zdetronizowany, wciąż pozostając najwyższym hotelem w Azji Południowo-Wschodniej, a 7-mym na świecie.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, widok z okna

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, widok z okna

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, nocny widok z pokoju

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, nocny widok z pokoju

Na 84-tym piętrze znajduje się nie byle jaki, bo obrotowy taras widokowy! Tak, tak, nie trzeba nawet chodzić dookoła, by obejrzeć całą panoramę Bangkoku. Wysokości zawsze mnie fascynowały, więc spędziłyśmy przynajmniej dwie rundki na górze. Goście hotelowi mogą korzystać z tarasu za darmo, ale jest on również udostępniany innym odwiedzającym za opłatą.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, panorama z tarasu widokowego

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, panorama z tarasu widokowego

Nacieszone widokiem, poświęciłyśmy ostatnie godziny na odwiedzenie sklepów, sklepików, bazarów i straganów oraz podglądanie smaczków (nie tylko kulinarnych) tajskiej codzienności.

Tajlandia, Bangkok, sztuka współczesna napotkana na ulicy

Tajlandia, Bangkok, rzeźba napotkana na ulicy

Tajlandia, Bangkok, tuk-tuki!

Tajlandia, Bangkok, tuk-tuki!

Tajlandia, Bangkok, marzenia porzucone pod mostem..

Tajlandia, Bangkok, marzenia porzucone pod mostem..

Tajlandia, Bangkok, koszmar elektryka

Tajlandia, Bangkok, koszmar elektryka

Niedaleko świątyń można kupić zestawy upominkowe dla mnichów, koniecznie w pomarańczowym kolorze, zawierające miks środków czystości i artykułów spożywczych. Zgodnie z religijnymi zasadami, mnisi prowadzą ubogie życie, a wszystko co posiadają, włączając w to przedmioty użytku codziennego, kosmetyki czy jedzenie, musi być ofiarowane im w prezencie. Wierni obdarowują ich na przykład takimi wiaderkami, aby podziękować im za ich służbę.

Tajlandia, Bangkok, zestawy podarunkowe dla mnichów

Tajlandia, Bangkok, zestawy podarunkowe dla mnichów

Tajlandia, Bangkok, czy jedzie z nami Budda?

Tajlandia, Bangkok, czy jedzie z nami Budda?

Jak widać da się w Bangkoku spędzić czas inaczej niż imprezując, wszystko zależy czego się szuka :) Myślę, że stolica Tajlandii ma wystarczająco atrakcji, aby na spokojnie spędzić w niej nawet 3-4 dni. Później organizm (przynajmniej mój) będzie wołał, aby wydostać go z tego przesytu świątyń, straganów i miejskiego zgiełku, najlepiej gdzieś do lasu lub dżungli. Zabrać tylko ze sobą tajski masaż i jedzenie.

JP na 100% – Japonia, akt IV: Japonia i Japończycy

Tak jak wspomniałam w poprzedniej notce, Japonia jako całość kultury, kuchni, wynalazków i ludzi, zasługuje na osobną notkę. Japończycy są znani z dwóch rzeczy: niezwykłej kultury bycia z jednej strony i skrajnych dziwactw z drugiej. Oba obrazy udało nam się zaobserwować.
Zacząć i skończyć trzeba od ukłonów. Wydawałoby się, że takie rytuały w dzisiejszych czasach odchodzą do lamusa. Nie w Japonii. Absolutne rekordy biją kasjerki w supermarketach, które ukłonią Ci się gdy:
– dołączysz do kolejki
– dojdziesz do taśmy
– zaczniesz wykładać produkty na taśmę
– nadejdzie Twoja kolej do kasowania
– zaczniesz ogarniać siatki, żeby wygodniej się pakowało
– mówi Ci cenę (chociaż i tak nie rozumiesz)
– kładziesz pieniądze na tackę (w Japonii nie podaje się pieniędzy kasjerowi do rąk)
– odbierasz resztę i paragon
– i na do widzenia jeszcze ze 2 razy dla pewności
Największe zaskoczenie związane z ukłonami spotkało nas w Kyoto, jako że częściej mieliśmy okazję podróżować autobusami. Normą jest, że kierowca autobusu (wysiada się tylko przodem), żegna Cię gdy wysiadasz. Jedna z naszych podróży zaliczyła postój na zmianę kierowcy. Pan wysiadł, odwrócił się przodem do pasażerów, pokłonił się nisko, powiedział ze 2 zdania pożegnania, po czym wysiadł. Chwilę później nowy kierowca wsiadł, odłożył swoje rzeczy za kierownicę i znów, szeroki ukłon i zapewne równie serdecznie werbalne powitanie. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce? Mnie się to bardzo podobało, sprawia, że ludzie mają do siebie niesamowity szacunek. Co do samych kierowców to prowadzą w rękawiczkach i mają zestaw z mikrofonem na głowie, który umożliwia im na bieżąco komentować trasę dla podróżnych (zapewne coś w stylu „Przepraszam, że tak wolno, ale na Asakusa korki jak zawsze..”). Wypucowane taksówki i kierowcy w garniturach również sprawiają niesamowite wrażenie. Chociaż nigdy nimi nie jeździliśmy, to udało nam się zaobserwować śnieżnobiałe wnętrza i drzwi otwierane automatycznie, gdy pasażer chce wsiąść/wysiąść. Denerwowało Was kiedyś, że pierwszy stopień do wejścia do autokaru jest czasem dość wysoko i trzeba się skrobać? (No dobra, takie doświadczenie mają najczęściej osoby mojego wzrostu i niżej :D ) W Japonii kierowca wyciąga specjalny schodek-podest żeby było łatwiej.
Japonia, Kyoto, mężczyzna w tradycyjnym stroju

Japonia, Kyoto, mężczyzna w tradycyjnym stroju

Japonia, Kyoto, mężczyzna kłania się w stronę odjeżdżającego samochodu swoich gości

Japonia, Kyoto, mężczyzna kłania się w stronę odjeżdżającego samochodu swoich gości

Zwykli Japończycy, stale gdzieś pędzą, metro o poranku szczelnie wypełnia się bielą i czernią koszul i garniturów. Nikt w tym chaosie na siebie nie wpada, wszystko jest na czas, pod linijkę, dokładnie, na miejsce i zorganizowane. Lubują się też w reklamach, które zagracają każdą możliwą przestrzeń publiczną (łącznie z poręczą schodów ruchomych)

Japonia, Tokio, reklamy w metrze

Japonia, Tokio, reklamy w metrze

Japonia, Tokio, reklamy na poręczach ruchomych schodów

Japonia, Tokio, reklamy na poręczach ruchomych schodów

Przede wszystkim w Tokio do głosu dochodzą młodzi ze swoimi kolorowymi włosami, makijażami, soczewkami powiększającymi źrenicę, naklejkami na powieki (aby się załamywały), sztucznymi rzęsami i barwnymi strojami. Buszują często w ogromnych księgarniach z komiksami, w których ja dostawałam zawrotów głowy ;)

Japonia, księgarnia z komiksami

Japonia, księgarnia z komiksami

Japonia, więcej komiksów

Japonia, więcej komiksów

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, japońskie uczennice

Japonia, japońskie uczennice

Automaty z produktami to chyba kolejna wielka miłość. Większość sprzedaje napoje, ale nam udało się trafić na maszyny oferujące lody na patyku, części do kolejki czy banany.

Japonia, dostawmy jeszcze jeden - tak dla pewności!

Japonia, dostawmy jeszcze jeden – tak dla pewności!

Japonia, napój Boss'a

Japonia, napój Boss’a

Japonia, automat z bananami!

Japonia, automat z bananami!

Japonia, automat z elementami kolejki

Japonia, automat z elementami kolejki

Jeśli już o automatach mowa to świetnie sprawdzają się w restauracjach szybkiej obsługi. Przed wejściem wywieszone jest menu i stoi automat. Wybiera się przycisk odpowiadający zamówionemu daniu, wrzuca pieniądze i odbiera bilecik, który przekazywany jest kelnerce tuż po wejściu do jadłodajni. Nie ma problemu z wydawaniem reszty czy nieporozumieniami przy zamówieniach. Pierwszy raz, gdy skorzystaliśmy z takiego miejsca, nie wiedzieliśmy o automatach, ale pani kelnerka cierpliwe obsłużyła nas w tradycyjny sposób. Później już byliśmy mądrzejsi. Samo jedzenie – wyśmienite. Kuchnia japońska bardzo mi odpowiada. Zanim jednak napełnialiśmy brzuchy sushi, skosztowaliśmy ramenów (japońska zupa z makaronem) i gyozy (japońskich pierożków) – omniom mniom mniom.
Japonia, automaty przed restauracją

Japonia, automaty przed restauracją

Japonia, Maćkowy zestaw o nazwie nieznanej

Japonia, Maćkowy zestaw o nazwie nieznanej

Japonia, gyoza

Japonia, gyoza

Japonia, ramen!

Japonia, ramen!

Japonia, wciągaj zupę pałeczkami! :)

Japonia, wciągaj zupę pałeczkami! :)

Japonia, a na deser: chipsy w czekoladzie i..

Japonia, a na deser: chipsy w czekoladzie i..

Japonia, .. ciacho z kremem z zielonej herbaty!

Japonia, .. ciacho z kremem z zielonej herbaty!

Sushi z taśmy zostało naszym faworytem. Polecam szczególnie to przy stacji kolejowej w Kyoto. Tam każdy talerzyk na taśmie miał taką samą cenę. Siada się przy stoliku będącym okręgiem, po jego wewnętrznej stronie jeździ taśma z sushi, a zupełnie w środku panowie na oczach klientów przygotowują wszystkie smakołyki. Są też specjalne kraniki z ciepłą wodą na stole, aby przygotować sobie matcha – japońską herbatę. Dodatkowo buteleczki z sosami i pudełko z imbirem. Wasabi dodane jest już do samego sushi i wcale nie potrzeba go więcej. W Narze, niedaleko jednego z marketów byliśmy na podobno najdłuższej taśmie sushi na świecie. Tutaj różne kolory talerzyków miały różne ceny. A gdy już ilość zjedzonych maki i nigiri przekroczy zdrowy rozsądek, przyjdzie kelner, policzy talerzyki i wystawi rachunek, oczywiście dużo niższy niż można by oczekiwać za taki posiłek w innych częściach świata.
Japonia, sushi - omnom mnom!

Japonia, sushi – omnom mnom!

Japonia, sushi maki czekają na pocięcie

Japonia, sushi maki czekają na pocięcie

Japonia, sushi na taśmie

Japonia, sushi na taśmie

Japonia, matcha

Japonia, matcha

Japonia, podobno najdłuższa taśma sushi na świecie

Japonia, podobno najdłuższa taśma sushi na świecie

Zostając przy jedzeniu nie sposób pominąć najróżniejszych smaków, które można znaleźć w japońskich marketach. Znane i nieznane marki oferujące zestawienia, o których się nie śniło. KitKaty z wasabi? Proszę bardzo. Lody dyniowe albo herbaciane? Nie ma sprawy. A do tego najdziwniejsze owoce morza, które wolałam jednak podziwiać zza lodówkowej szyby.
Japonia, m&m'sy malinowe

Japonia, m&m’sy malinowe

Japonia, KitKaty o smaku herbaty z prażonym ryżem

Japonia, KitKaty o smaku herbaty z prażonym ryżem

Japonia, małe rybki, dodawane często jako posypka do zup

Japonia, małe rybki, dodawane często jako posypka do zup

Japonia, makaron Hello Kitty

Japonia, makaron Hello Kitty

Japonia, sake, setka od razu w literatce

Japonia, sake, setka od razu w literatce

Japonia, herbata o smaku złotego kiwi

Japonia, herbata o smaku złotego kiwi

Japonia, chipsy o smaku ramenu (zupy)

Japonia, chipsy o smaku ramenu (zupy)

Japonia, lody: dyniowe, różane, zielona herbata, kwiat wiśni

Japonia, lody: dyniowe, różane, zielona herbata, kwiat wiśni

Japonia, Fanta gruszkowa

Japonia, Fanta gruszkowa

Japonia, napój o smaku soli z liczi

Japonia, napój o smaku soli z liczi

Japonia, macki ośmiornicy

Japonia, macki ośmiornicy

Japonia, raj KitKatowy: kwiat wiśni, wasabi, sernik, czerwona fasolka, truskawka, pudding i co tylko

Japonia, raj KitKatowy: kwiat wiśni, wasabi, sernik, czerwona fasolka, truskawka, pudding i co tylko

Japonia, zielona herbata z muscatem - mój faworyt!

Japonia, zielona herbata z muscatem – mój faworyt!

Japonia, mocne piwo owocowe, które okazało się drinkiem w puszce ;)

Japonia, mocne piwo owocowe, które okazało się drinkiem w puszce ;)

Japonia to również kraj niesamowitych toalet z milionem funkcji, które są na porządku dziennym do tego stopnia, że nawet publiczne toalety (notabene – zawsze darmowe) mają jakieś bajery. I chociaż już w pierwszym hotelu w Tokio wydawało mi się, że toaleta z funkcją mycia z przodu i z tyłu to jest high-tech to szybko zostałam wyprowadzona z błędu. Najbardziej rozwinięta posiadała nawet funkcję odtwarzania dźwięku spuszczanej wody (bez fizycznego jej spuszczania) o 3 (!) stopniach głośności. Zastanawiało mnie po co właściwie, ale odpowiedź czekała w jednej z toalet wyposażonej w instrukcje po angielsku. Otóż dźwięk spuszczonej wody ma maskować wszystkie inne wydawane przez człowieka dźwięki podczas posiedzenia. Czy muszę dodawać, że przetestowałam wszystkie funkcje? :D moją ulubioną pozostaje podgrzewana deska!

Japonia, magiczny tron z podgrzewaną deską

Japonia, magiczny tron z podgrzewaną deską

Japonia, panel sterowania tronem

Japonia, panel sterowania tronem

Japonia, krótka instrukcja jak obsłużyć toaletę, poziom: Japonia

Japonia, krótka instrukcja jak obsłużyć toaletę, poziom: Japonia

Jako, że Japończyków dużo, a przestrzeni mało to kompaktowość jest w cenie. Na przykład kompaktowe wanny, w których absolutnie nie da się wygodnie poleżeć, ale można obejrzeć telewizję (!).
Japonia, :D

Japonia, :D

Patenty są wszędzie, a pomysłowości nie można im odmówić. Niekiedy bez obrazkowej instrukcji ani rusz.

Japonia, cewka do usuwania włosów z twarzy

Japonia, cewka do usuwania włosów z twarzy

Japonia, stempelki do parówek

Japonia, stempelki do parówek

Japonia, gustowne opakowanie sznurka do mięsa

Japonia, gustowne opakowanie sznurka do mięsa

Tak naprawdę nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby odkryć coś niezwykłego i niecodziennego. Coś, co pozwala zachwycić się Japonią i rozpalić marzenia o powrocie tam któregoś pięknego dnia.
Japonia, salon dla dzieci, w ofercie między innymi trwała i makijaż

Japonia, salon dla dzieci, w ofercie między innymi trwała i makijaż

Japonia, lody o smaku zielonej herbaty, kwiatu wiśni i.. sake!

Japonia, lody o smaku zielonej herbaty, kwiatu wiśni i.. sake!

Japonia, przydrożny przysmak - schłodzone ogórki na patyku

Japonia, przydrożny przysmak – schłodzone ogórki na patyku

Japonia, a może wachlarz z "idolem"?

Japonia, a może wachlarz z „idolem”?

Japonia, kostiumy bohaterów!

Japonia, kostiumy bohaterów!

Japonia, do mnie mówisz?!

Japonia, do mnie mówisz?!

Japonia, książeczka: origami z papieru toaletowego (muszę dodawać, że ją kupiłam? :D)

Japonia, książeczka: origami z papieru toaletowego (muszę dodawać, że ją kupiłam? :D)

Japonia, McDonalds otwarty do 25-tej!

Japonia, McDonalds otwarty do 25-tej!

Można by pisać i pisać, ale już wystarczy, resztę zostawiam do samodzielnego odkrycia. Powiem tylko, że na milion procent warto spłukać się finansowo, byle tylko tam pojechać. Ja na nowo zaczynam odkładać pieniądze do przysłowiowej skarpety, aby kiedyś być tam znów.
Póki co, niedługo po powrocie z Japonii do Singapuru, wykorzystałyśmy z Kasią długi weekend na wypad w stronę północno-zachodnią, o tym jednak kiedy indziej.

Happy Merry Christmas – Kambodża, akt II: Siem Reap

Jak już wspomniałam wcześniej, podróż autobusem z Phnom Penh do Siem Reap należała do tych niezapomnianych, niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Zależało nam by pokonać trasę jak najszybciej. Dzięki fatalnym drogom, przewodniki deklarują że te 320 km da się pokonać w zawrotne 6 h.. Dlaczego nam zajęło to prawie 8h? Ponieważ nie wiedziałyśmy, że autobus nie jeździ „od-do” ustaloną trasą. Wszystko zależy od lokalnych pasażerów, jeśli zażyczą sobie dojechać do wioski gdzieś obok głównej trasy, to właśnie tamtędy autobus pojedzie. Po drodze zatrzyma się też wiele razy, by zgarnąć kolejnych pasażerów, gdy tylko machną ręką. Klimatyzacja w autobusie oczywiście dawała jak szalona, a sam pojazd z resztą czasy świetności miał już dawno za sobą. Wrażenia z trasy? Jeszcze większy drogowy dramat niż w stolicy – samowolka przy większych prędkościach. Widoki za oknem, to jedna wioska za drugą, ogromna ilość ludzi pracująca w polu, przydrożne sklepiki/stoiska, czasem domki na palach i świątynie – całkiem niezły rzut okiem na życie po za miastem.

Kambodża, Siem Reap, przydrożna stacja paliw

Kambodża, Siem Reap, przydrożna stacja paliw

Gdy udało nam się dotrzeć do hotelu w Siem Reap, została tylko godzina do zachodu słońca. Postanowiłyśmy wykorzystać te ostatnie promienie i mimo wszystko podjechać do świątyń Angor Wat – głównego celu wyprawy w tę okolicę. Niestety, gdy tylko dotarłyśmy, ochrona wypraszała już turystów. Udało nam się chwilę jeszcze pokręcić po okolicy i już tuk tuk zabierał nas z powrotem. Jedno było pewne – wracamy rano eksplorować ten teren!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście pierwsze

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście pierwsze

W mieście, które przypomina trochę współczesne Zakopane (wszystko zrobione dla i pod turystów), nie ma prawdziwej Kambodży. Jest to, czego zdaje się oczekiwać turysta – bazary z suvenirami, „salony” masażu (masaż stop za dolara!), bary, kluby i jadłodajnie. Pomimo tysięcy i milionów zostawianych tu rocznie przez turystów, region jest wciąż deklarowany jako jeden z najbiedniejszych w kraju. Pytanie do czyjej kieszeni idą te pieniądze, pozostaje bez odpowiedzi. W poleconej przez znajomą knajpce „Red Piano” spróbowałyśmy drinka Tomb Raider, podobno zaprojektowanego przez samą Angeline Jolie, w torbie wylądowały pierwsze pamiątki i dzień dobiegł końca.

Kambodża, Siem Reap, night market

Kambodża, Siem Reap, night market

Kambodża, Siem Reap, Pub Street

Kambodża, Siem Reap, Pub Street

Kambodża, Siem Reap, drink Tomb Raider

Kambodża, Siem Reap, drink Tomb Raider

Poranek, wczesna pobudka (no prawie ;) ), wypożyczalnia rowerów i już przenosiłyśmy się w czasie o 9-10 wieków do tyłu. Angkor to olbrzymi kompleks łączący mniejsze kompleksy składające się z budowli miejskich, świątyń, obszarów leśnych i wodnych, który funkcjonował w czasach królestwa Khmerów ok. XI – do początków XII wieku. Opuszczony i zapomniany, niszczał przez prawie 800 lat, a to co zostało, zapiera dech w piersiach współcześnie. To nie tylko kunszt budowniczych tamtych czasów, ale także świetny obraz natury walczącej o „swoje” tereny, zajęte przez człowieka.
Kambodża, Siem Reap, rowerem przez Angkor Wat

Kambodża, Siem Reap, rowerem przez Angkor Wat

Jako środek transportu postawiłyśmy na rowery. Pieszo jest zdecydowanie daleko. Aby odwiedzić jak najwięcej pedałowałyśmy w sumie prawie 30 km. Tuk-tuk jest może i wygodny, ale zdecydowanie wolę sama ustalać sobie trasę wycieczki, patrzeć co jest za rogiem i dać się ponieść nogom. Tuk tukarze mają z resztą zaprogramowane trasy, zawsze jeżdżą od pierwszego kompleksu do następnego. Rano w tych najbliższych miastu, ilość ludzi na metr kwadratowy przewyższa zdrowy rozsądek. My sprytne, pedałowałyśmy ile się da, by zacząć od jak najdalszej części. Przez cały dzień zwiedziłyśmy 3 z 4 głównych kompleksów położonych najbliżej Siem Reap. Dalsze są oddalone o przynajmniej 30 km od miasta. Czwarty kompleks był w zasięgu naszych nóg i czasu, ale co za dużo to nie zdrowo, nie chciałyśmy skończyć z zakwasami.

Zaczęłyśmy od najdalszego Preah Khan, ku uciesze obserwując już po drodze, że liczba busów, busików i tuk-tuków zmniejsza się z każdym kolejnym kilometrem. W Preah Khan, mieście będącym w tamtych czasach ośrodkiem naukowym i medycznym, najbardziej było widać, jak natura dopomina się o swoje. Gdzie jeszcze X wieków temu stały majestatyczne budowle i domy mieszkalne, dziś zostały ruiny w objęciach korzeni, konarów i narośli. Widok jest niesamowity. Szczególnie dla tych, którzy tak jak ja, kilkanaście lat wstecz spędzali długie godziny grając w Tomb Raider.
Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan, prawie jak Lara Croft

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan, prawie jak Lara Croft

Kolejny kompleks to Angkor Thom, niegdyś największe miasto i stolica Angkoru, otoczone murami tworzącymi idealny kwadrat. Podobnie jak do innych kompleksów, monumentalnej bramy wjazdowej strzegą „boscy strażnicy”.
Kambodża, Siem Reap, brama wjazdowa do Angkor Thom

Kambodża, Siem Reap, brama wjazdowa do Angkor Thom

Kambodża, Siem Reap, boscy strażnicy, wjazd od strony Angkor War

Kambodża, Siem Reap, boscy strażnicy, wjazd od strony Angkor War

W obrębie kompleksu znajduje się wiele budowli, losowo udało nam się zobaczyć Terrace of Elephants (taras słoni), dawny plac przeznaczony do parad i ceremonii, otoczony murem z niezliczoną ilością rzeźb słoni.
Kambodża, Siem Reap, taras słoni

Kambodża, Siem Reap, taras słoni

Kambodża, Siem Reap, rzeźby wzdłuż tarasu słoni

Kambodża, Siem Reap, rzeźby wzdłuż tarasu słoni

Następnie świątynia Baphoun, częściowo zniszczona, ponieważ inżynieria dawnych Khmerów nie podołała wymaganiom architektonicznym – pod ciężarem galerii i wież świątynia zaczęła się zapadać. Obecnie jest zabezpieczona (tak przynajmniej wygląda) i można wdrapać się na górę, podziwiając widok na Angkor Thom. Jedna ze ścian została także wykończona w niesamowity sposób. Tutaj, podobnie jak we wszystkich buddyjskich świątyniach, trzeba pamiętać o spodniach/spódnicy zakrywającej kolana i koszulce posiadającej chociaż krótkie rękawki. Inaczej nie wolno będzie wejść na teren świątyni.

Kambodża, Siem Reap, Baphoun

Kambodża, Siem Reap, Baphoun

Kambodża, Siem Reap, mnisi na szczycie świątyni Baphoun

Kambodża, Siem Reap, mnisi na szczycie świątyni Baphoun

Kambodża, Siem Reap, świątynia Baphoun - i gdzie Cię nogi poniosą!

Kambodża, Siem Reap, świątynia Baphoun – i gdzie Cię nogi poniosą!

Kambodża, Siem Reap, co widać na obrazku? (oprócz tego, że ścianę)

Kambodża, Siem Reap, co widać na obrazku? (oprócz tego, że ścianę)

Ostatnim odwiedzonym przez nas miejscem w „mieście” Angkor Thom był Bayon, zostawiony trochę na deser. Niesamowita i fascynująca świątynia (oczywiście w stanie rozkładu), w której zewsząd patrzy na człowieka budda. 216 kamiennych twarzy od których emanuje spokój i tajemnica. Budda na 4 strony świata. Fajnie tak sobie pomyśleć, że te wszystkie figury były świadkami tego, co działo się tysiąc lat temu.
Kambodża, Siem Reap, Bayon, spokój i cisza

Kambodża, Siem Reap, Bayon, spokój i cisza

Kambodża, Siem Reap, Bayon, Budda na 4 strony świata

Kambodża, Siem Reap, Bayon, Budda na 4 strony świata

Kambodża, Siem Reap, Bayon, Budda, wszędzie Budda

Kambodża, Siem Reap, Bayon, Budda, wszędzie Budda

I na koniec Angkor Wat. Świątynia znajdująca się najbliżej miasta, którą widziałyśmy już częściowo dzień wcześniej. Znów zatłoczona. Nie wchodziłyśmy więc do środka, ale obeszłyśmy dookoła. Większość krótkich wycieczek dla turystów przyjeżdża właśnie tutaj. Szczerze? Dla mnie nie jest warta więcej uwagi, niż Bayon czy Preah Khan. Owszem, jest charakterystyczna i majestatyczna, ale ja wolę to co dzikie i trochę nieokiełznane, jak w innych kompleksach.
Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście drugie - w tył zwrot!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście drugie – w tył zwrot!

Wschód słońca nad Angor Wat, czyli nasze trzecie podejście, aby zwiedzić pierwszy z kompleksów, w mniej zatłoczonej atmosferze. Już po drodze tuk tukiem, pozbawiłam się złudzeń, że będzie luźniej. 
Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, czekając na wschód słońca

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, czekając na wschód słońca

Tu znów triumfy święcił spryt. Gdy całe to towarzystwo czekało, aż słońce pojawi się nad wieżami, my udałyśmy się do środka, gdzie jeszcze praktycznie nikogo nie było, ale zrobiło się na tyle jasno, że człowiek nie potykał się o własne nogi. A wschód słońca, który tego dnia nie był zbyt imponujący, obejrzałyśmy u podnóża wież – podobał mi się bardziej niż to, co oferowało stanie w tłumie przed budowlą.
Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście trzecie - sukces!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście trzecie – sukces!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, pamiętam to miejsce z gry!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, pamiętam to miejsce z gry!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat w pełnej krasie

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat w pełnej krasie

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, tuk tuk

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, tuk tuk

W drodze do Kambodży zabrałyśmy małą siatkę słodyczy, które zostały po firmowej imprezie w pracy. Woziłyśmy ją cały czas z sobą, z zamysłem podzielenia się z kambodżańskimi dziećmi. I choć część zapasów zjadły te polskie dzieci, to udało nam się uszczęśliwić kilka maluchów, które przyszły z wszechobecną mantrą „łandola” (one dolar). Zdaje się, że ten jeden dolar o który prosiły, nie wywołałby uśmiechu na ich twarzy tak, jak mogły to zrobić lizaki.
Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, :)

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, :)

Niestety, ta sympatyczna grupka to nie jedyny taki przypadek dzieci wałęsających się z prośbą o pieniądze.. Ostatecznie, to co zostało w siatce ze słodyczami, podarowałyśmy wieczorem innym maluchom, które szukały skarbów w koszach na śmieci niedaleko naszego hotelu. Nie wyglądało, aby była to dla nich część zabawy. Oczywiście, że słodycze nie ratują ich z problemów, z którymi oni i wiele osób w ich kraju boryka się na co dzień, ale lizak czy cukierek daje prostą i czystą radość z małych rzeczy, która zanika w dzisiejszym świecie goniącym za pieniądzem.
 
Nasz minivan w drogę powrotną do stolicy okazał się tańszy i szybszy, niż ten przeklęty autobus wcześniej. Dla własnego spokoju ducha przez większą część tych niecałych 6h jechałam z zamkniętymi oczami.

 
I jak to zwykle bywa tuż przed powrotem – obiad i jazda na lotnisko, która tym razem ciągnęła się w nieskończoność, ze względu na uliczne protesty, które musieliśmy kilkukrotnie omijać. Po drodze do naszego tuk-tuka zgodziłyśmy się przygarnąć też lokalną kobietę, którą syn wiózł na skuterze w tą samą stronę – łamanym angielskim opowiedziała nam, że w Kambodży wciąż źle się dzieje i ludzie muszą walczyć o przetrwanie. 
 
Lotnisko małe, ale całkiem przyzwoite, spokojny lot i powrót do rzeczywistości, który był już jakby nie patrzeć, prawie 2 miesiące temu. W międzyczasie zdążyłam wyskoczyć na chwilę do Polski, odczuć na własnej skórze -11 stopni, przy których miałam wrażenie, że zamarza mi mózg, odwiedzić mnóstwo miejsc i spotkać wielu ludzi, za którymi już na powrót tęsknię. Dzięki, że wciąż o mnie pamiętacie :) Tobie dziękuję przede wszystkim :*
 
Lubię planować, lubię wiedzieć co się wydarzy i móc to kształtować, a że już powstał zarys na najbliższe miesiące to czas odkurzyć świnkę-skarbonkę i ahoj przygodo, będą nowe treści na bloga! Ale póki co praca, praca i praca, bo prosiak z dziurą na plecach sam się nie napełnia. Wszystkiego Najlepszego z okazji Roku Konia! :)

Happy Merry Christmas – Kambodża, akt I: Phnom Penh

Święta w tym roku znów przyszło mi spędzić inaczej. Kambodża była wyborem dosyć przypadkowym, jednak trafionym, jak się okazało. Wybrałyśmy się na 5 dni, trafiając całkiem przyzwoity cenowo lot z Singapuru do Phnom Penh – stolicy Kambodży. Pierwsze dwa dni i ostatnie godziny przed powrotem spędziłyśmy właśnie tam. Doleciałyśmy wieczorem w Wigilię, ale o świętach przypominały nam tylko pojedyncze ozdoby, rozwieszone na ulicach z myślą o turystach. Temperatura 25+ stopni też nie przywodziła na myśl skojarzeń z typowym Bożym Narodzeniem. Pierwsze wrażenie całkiem pozytywne, hotel czysty, a ulice widziane z taksówki przypominały trochę Indonezję albo Tajlandię. Następnego dnia rano, gdy wszystko oświetliły promienie słoneczne, przywitał nas prawdziwy obraz Kambodży – dosyć biednego i niezbyt rozwiniętego gospodarczo kraju. I chociaż stolica ta ma jedną dzielnicę, gdzie zaczynają rosnąć budynki ze szkła i stali, to w pozostałych dominują sklecone z byle czego budki, rozpadające się budynki i uliczne stragany. W Kambodży obowiązują dwie waluty – dolar amerykański i riel kambodżański. Ulice w większości zamiast nazw posiadają numery, tylko główne ulice posiadają imię.

Kambodża, Phnom Penh, sklep z ryżem

Kambodża, Phnom Penh, sklep z ryżem

Kambodża, Phnom Penh, sklep z materacami i sofami

Kambodża, Phnom Penh, sklep z materacami i sofami

Kambodża, Phnom Penh, lumpeks - wersja kambodżańska

Kambodża, Phnom Penh, lumpeks – wersja kambodżańska

Kambodża, Phnom Penh, lód do Twojego wieczornego drinka już jedzie!

Kambodża, Phnom Penh, lód do Twojego wieczornego drinka już jedzie!

Kambodża, Phnom Penh, mięsko, świeżo suszone

Kambodża, Phnom Penh, mięsko, świeżo suszone

Ludzie w większości życzliwi, chociaż znajdzie się sporo takich, którzy próbują wydoić turystę. Przyjezdni są ciągle nagabywani przez kierowców tuk tuków – budek na kółkach ciągniętych przez motor – jedna z najtańszych opcji przemieszczania się po mieście. Ulice zdominowane są przez wszelkiego rodzaju motory, motorynki, skutery i tuk tuki właśnie, znacznie przewyższające liczbę samochodów. Ruch pieszy praktycznie nie istnieje, chodniki (jeśli już są) służą jako parking, wystawa sklepu, tudzież miejsce pod budkę z ulicznymi przekąskami. Odganiając kilku natarczywych tuk tukarzy dotarłyśmy do pierwszej główniejszej ulicy, a mapa wskazała, że musimy przejść na drugą stronę. Sygnalizacji świetlnej brak, podobnie jak znaków drogowych czy przejść dla pieszych. Z resztą nawet jeśli są to nikt nie zwraca uwagi. Khmerowie (etniczni mieszkańcy Kambodży) wyznają na drodze jedną zasadę – brak zasad. W porównaniu do Kambodży, Indonezyjczycy, opisywani przy okazji notki o wulkanach, przestrzegają zasad ruchu drogowego. Próbowałyśmy w 3 miejscach, w końcu się udało. Nie ma innej drogi, trzeba lawirować między pojazdami i mieć nadzieję że nikt Cię nie zahaczy.

Kambodża, Phnom Penh, korki..

Kambodża, Phnom Penh, korki..

Kambodża, Phnom Penh, "Ja nie zmieszczę?!", odsłona pierwsza

Kambodża, Phnom Penh, „Ja nie zmieszczę?!”, odsłona pierwsza

Kambodża, Phnom Penh, "Ja nie zmieszczę?!", odsłona druga

Kambodża, Phnom Penh, „Ja nie zmieszczę?!”, odsłona druga

Kambodża, Phnom Penh, "Ja nie zmieszczę?!", odsłona trzecia

Kambodża, Phnom Penh, „Ja nie zmieszczę?!”, odsłona trzecia

Kambodża, Phnom Penh, centrum miasta

Kambodża, Phnom Penh, centrum miasta

Kambodża, Phnom Penh, stragan z owocami

Kambodża, Phnom Penh, stragan z owocami

Kambodża, Phnom Penh, kuchnia polowa, wersja kambodżańska

Kambodża, Phnom Penh, kuchnia polowa, wersja kambodżańska

Kambodża, Phnom Penh, lokalny przysmak - muszle pieczone z przyprawami

Kambodża, Phnom Penh, lokalny przysmak – muszle pieczone z przyprawami

Dzień spędziłyśmy głównie na odwiedzaniu miejsc poświęconych czasom Czerwonych Khmerów, kambodżańskiego komunizmu połączonego z nacjonalizmem, który w ciągu 4 lat pozbawił życia co 4 osobę w kraju. Jeszcze straszniejsze wydaje się to, gdy spojrzeć na daty – masakra zakończyła się w 1979 roku, na 10 lat przed moim urodzeniem.. Nie sposób uniknąć porównań z bliższym nam Oświęcimiem i wydarzeniami w Katyniu. W Kambodży dramatu dodaje fakt, że rodacy zabijali rodaków. W 3 dni po rozpoczęciu rewolucji Czerwoni Khmerzy, którzy, o ironio, zmienili nazwę kraju na Demokratyczna Kampucza, wygonili z miast wszystkich ludzi. Wysiedlili ich na wieś i kazali pracować przy uprawie ryżu po 12 i więcej godzin dziennie. Racje żywnościowe wynosiły 3 łyżki kleiku ryżowego, w którym ziarna ryżu można było policzyć, serwowane 2 razy dziennie. Zamknięto wszystkie szkoły, transport publiczny, zlikwidowano pieniądze, nie wolno było wyjechać po za granicę kraju ani okazywać uczuć. Jeśli nie ginęli w więzieniach z rąk rewolucjonistów, to głód wykończył wiele istnień. Tuol Sleng, nazywane Więzieniem Bezpieczeństwa S-21, to obecnie Muzeum Ludobójstwa. W czasach reżimu lokalną szkołę zamieniono na przerażające więzienie, z którego nikt nie uciekł, a przeżyło jedynie 7 osób (dalsze 4 osoby, które również przeżyły, pełniły w więzieniu funkcje malarzy i mechaników). Klasy szkolne przerobiono na cele więzienne, przyrządy gimnastyczne na narzędzia tortur. Każdy osadzony był najczęściej oskarżony o zachowania przeciw rewolucji, a także szpiegostwo jako członek CIA lub KGB. To oficjalny status. Mordowano pod byle pretekstem inteligencję i całe rodziny, głównie członków rewolucji, oskarżonych o zdradę. W zamyśle lud mieli stanowić tylko prości i niewyedukowani ludzie, którymi łatwiej będzie sterować.
Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, zasady obowiązujące w więzieniu

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, zasady obowiązujące w więzieniu

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, "luksusowa" cela dla więźniów z wyższych stołków

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, „luksusowa” cela dla więźniów z wyższych stołków

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, budynek A, klasy szkolne przerobione na cele więzienne

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, budynek A, klasy szkolne przerobione na cele więzienne

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, budynek C, cele dla zwykłych więźniów

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, budynek C, cele dla zwykłych więźniów

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, cela przeciętnego więźnia

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, cela przeciętnego więźnia

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, klasa szkolna przerobiona na cele więzienne

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, klasa szkolna przerobiona na cele więzienne

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, siedmiu ocalonych więźnió

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, siedmiu ocalonych więźnió

Reżim oficjalnie upadł w 1979 roku po najeździe sił wietnamskich, ale komunistyczna partyzantka siała spustoszenie do 1998(!) roku. Jeszcze przez długie lata po oficjalnym upadku przywódcy reżimu reprezentowali kraj na arenie międzynarodowej. Wielu z nich zmarło śmiercią naturalną, zanim zostali osadzeni. Dopiero w 2007 roku zatrzymano żyjących przywódców, obecnie 65+ latków i odsiadują karę w więzieniach.

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, portret jednego z przywódców reżimu

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, portret jednego z przywódców reżimu

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, narzędzie tortur

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, narzędzie tortur

Z muzeum udałyśmy się na północ od Phnom Penh – na Killing Fields, które jak sama nazwa wskazuje, służy jako miejsce masowej zagłady. Nie było tam już więzienia. Ktokolwiek tam dotarł  nigdy nie wrócił. Ofiary, które podpisały już obciążające siebie zeznania, zabijano tylko w nocy, zagłuszając ich krzyki nagraniami partyjnych przemówień. Z racji oszczędności, nie marnowano kul, ale używano młotków, łopat, czy innych narzędzi będących pod ręką. Tuż za płotem toczyło się normalne życie mieszkańców wioski.
Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, doły, w których znajdowały się masowe groby

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, doły, w których znajdowały się masowe groby

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, drzewo, o które zabijano dzieci

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, drzewo, o które zabijano dzieci

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, po ulewnych deszczach ziemia wciąż ujawnia szczątki pomordowanych

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, po ulewnych deszczach ziemia wciąż ujawnia szczątki pomordowanych

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, stupa (buddyjska budowla sakralna), w której złożono szczątki pomordowanych

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, stupa (buddyjska budowla sakralna), w której złożono szczątki pomordowanych

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, czaszki wypełniają wiele pięter stupy

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, czaszki wypełniają wiele pięter stupy

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, a tuż za płotem ludzie uprawiają ryż

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, a tuż za płotem ludzie uprawiają ryż

Następny dzień zaczęłyśmy od wzgórza, które wg legendy zostało usypane, aby wznieść na nim świątynię Wat Phnom, stanowiącą dom dla figurek Buddy, które Lady Penh znalazła w rzece. Phnom, w języku khmerskim oznacza wzgórze, a razem z nazwiskiem owej kobiety, dało początek nazwie obecnej stolicy.
Kambodża, Phnom Penh, świątynia Wat Phnom

Kambodża, Phnom Penh, świątynia Wat Phnom

Kolejnym punktem był brzeg rzeki i ulokowane tam siedziby firm transportowych – następnego dnia rano, chciałyśmy udać się do Siem Reap. Zanim jednak nasz wybór, z pomocą uczynnego pana tuk tukarza, padł na ten nieszczęsny autobus, o którym mowa będzie później, wpadłyśmy na wesele. Wg przewodników jest to nawet pożądane w niektórych kręgach, aby biały człowiek pojawił się na weselu. Ma to zwiastować nadchodzące szczęście. W każdym razie, para młoda na najszczęśliwszych nie wyglądała, więc nie wiem czy nasza obecność mogła pomóc.

Kambodża, Phnom Penh, kapela weselna

Kambodża, Phnom Penh, kapela weselna

Kambodża, Phnom Penh, "szczęśliwi" nowożeńcy podczas rytuału

Kambodża, Phnom Penh, „szczęśliwi” nowożeńcy podczas rytuału

Popołudnie zaplanowałyśmy na zwiedzanie terenów Pałacu Królewskiego (Kambodża jest obecnie królestwem), ociekającego złotem i przepychem. Odwiedziny u króla możliwe są tylko w wybranych godzinach, brama wejściowa nie jest jakoś szczególnie oznaczona, ale udało nam się ogarnąć. Większość miejsc jest niedostępna dla zwiedzających. W środku znajduje się też słynna Silver Pagoda, ale jakoś nie udało nam się jej zlokalizować.
Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, brama

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, brama

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, widok z sali tronowej

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, widok z sali tronowej

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, Budda na 4 strony świata

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, Budda na 4 strony świata

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, malowidło ciągnące się wzdłuż murów pałacu

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, malowidło ciągnące się wzdłuż murów pałacu

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, jedna z wielu stup

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, jedna z wielu stup

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, dość osobliwa kaplica

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, dość osobliwa kaplica

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, modlitwy wypisane na liściach

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, modlitwy wypisane na liściach

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, a tak się wsiada na słonia!

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, a tak się wsiada na słonia!

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, z mnichami

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, z mnichami

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, manufaktura

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, manufaktura

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, prawdziwy hand-made

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, prawdziwy hand-made

Zanim udałyśmy się do hotelu znalazł się czas na jedzenie! Poniżej amok, jedna z najbardziej znanych kambodżańskich potraw, rodzaj rybnego curry z sosem kokosowym, zapiekanego w liściu bananowca, o mniom mniom mniom.
Kambodża, Phnom Penh, amok

Kambodża, Phnom Penh, amok

Kambodża, Phnom Penh, świeży kokos

Kambodża, Phnom Penh, świeży kokos

Spacerkiem w drodze powrotnej zahaczyłyśmy o pomnik niepodległości..
Kambodża, Phnom Penh, pomnik Niepodległości

Kambodża, Phnom Penh, pomnik Niepodległości

Kambodża, Phnom Penh, pomnik Niepodległości

Kambodża, Phnom Penh, pomnik Niepodległości

.. oraz statuę wspomnianej już Lady Penh
Kambodża, Phnom Penh, statua Lady Penh

Kambodża, Phnom Penh, statua Lady Penh

Ostatnie zdjęcia z dachu naszego hotelu na nocną stolicę i już szykowałyśmy się na poranną przeprawę do Siem Reap, ale o tym w akcie II.

Kambodża, Phnom Penh, widok na stolicę, w niewielu mieszkaniach pali się światło , mimo że nie ma nawet 21.00

Kambodża, Phnom Penh, widok na stolicę, w niewielu mieszkaniach pali się światło , mimo że nie ma nawet 21.00

W ciągu naszego pobytu w Phnom Penh, 2 razy mijałyśmy demonstracje na ulicy. Jadąc na lotnisko, próbowałyśmy podpytać lokalną kobietę, mówiącą mniej więcej po angielsku, co się dzieje, ale nie umiała nam wytłumaczyć nic, oprócz tego, że rząd ciągnie Kambodżę na dno. Wyjaśniło się po powrocie – kilka dni później  światowe wiadomości obiegła informacja, że w miejscach, w których byłyśmy, policja otworzyła ogień do demonstrantów, zabijając przynajmniej 3 osoby. Robotnicy z fabryk odzieżowych domagają się podwyżek płacy minimalnej z 80 do 160 dolarów.. Protesty trwają codziennie od wielu tygodni.

jesienny wiatr na pierwszą rocznicę – Austria, Wiedeń

To nie pomyłka. Jesienny wiatr, którego nie doświadczyłam w zeszłym roku tym razem wypełnił mi 3 tygodnie. Wszystko za sprawą delegacji do Niemiec, tuż po pierwszej rocznicy mojej przeprowadzki do Singapuru. Zahaczyłam nawet o Polskę na kilka dni, dziękuję tym, którzy znaleźli się w okolicy i chcieli się ze mną spotkać :)
Głównie w pracy w sennym i deszczowym Erlangen na południu Niemiec, z jednodniowym wypadem do Frankfurtu na.. targi samochodów i pobliskiej Nurembergii na piwo i kiełbaski w bułce. Nie byłabym jednak sobą, gdyby dało się mnie utrzymać w jednym miejscu na dłużej. Plan na weekend – rodzinny wypad do Wiednia. My z Erlangen samochodem, mama z młodym polskim busem z Częstochowy. I tak spotkaliśmy się w sobotni poranek w stolicy Austrii.
Zaczęliśmy zwiedzanie w samym centrum miasta – Stephansplatz z gotycką katedrą św. Szczepana. Jak się dowiedziałam, pośród wielu wydarzeń z nią związanych, jednym był ślub, a później pogrzeb Wolfganga Amadeusza Mozarta. Wnętrze podziwiać można tylko z przedsionka – reszta zarezerwowana jest dla uczestników nabożeństw. Wielbiciele wspinaczki (tej po schodach) mogą wspiąć się na jedną z wież kościoła i podziwiać panoramę Wiednia (przez szyby niestety..).
Austria, Wiedeń, katedra Św. Szczepana

Austria, Wiedeń, katedra Św. Szczepana

Austria, Wiedeń, katedra Św. Szczepana

Austria, Wiedeń, katedra Św. Szczepana

Austria, Wiedeń, wnetrze katedry Św. Szczepana

Austria, Wiedeń, wnetrze katedry Św. Szczepana

Austria, Wiedeń, panorama miasta z katedry Św. Szczepana

Austria, Wiedeń, panorama miasta z katedry Św. Szczepana

Austria, Wiedeń, panorama miasta z katedry Św. Szczepana

Austria, Wiedeń, panorama miasta z katedry Św. Szczepana

Austria, Wiedeń, przed katedrą Św. Szczepana - koń kryty Gore-Texem nie moknie!

Austria, Wiedeń, przed katedrą Św. Szczepana – koń kryty Gore-Texem nie moknie!

Chwila dalszego planowania i nasze drogi się rozeszły, podczas gdy reszta gromady podążyła do kolejnej świątyni, ja odwiedziłam muzeum Mozarta, znajdujące się w jego ostatnim wiedeńskim mieszkaniu, nieopodal katedry św. Szczepana. Nie ma w nim za dużo rekwizytów, ale w cenie biletu otrzymuje się audio-przewodnik. Chodzi się więc po wnętrzach jego apartamentów i słucha o ostatnich latach jego sławy, kariery i trwonionego majątku. Zdecydowanie dla klasykofilów, reszta może się nudzić.
Austria, Wiedeń, gdzie my są?!

Austria, Wiedeń, gdzie my są?!

Austria, Wiedeń, restauracja muzeum gulaszu?

Austria, Wiedeń, restauracja muzeum gulaszu?

W Hofburgu, wiedeńskim pałacu, zastaliśmy pierwszy tego dnia festyn – ten miał na celu promocję zdrowego trybu życia. Wciąż jednak słońce przeplatało się z deszczem, więc zamiast zostać tam dłużej, udaliśmy się do hotelu podreperować siły na wieczór.

Austria, Wiedeń, pałac Hofburg

Austria, Wiedeń, pałac Hofburg

Wieczorem bowiem to co tygryski lubią najbardziej. Najpierw lokalny festyn – snopki, piwo, buły z kawałami mięsa i ludzie w ludowych strojach. Szkoda, że w Polsce takie imprezy nie są popularne – chętnie wskoczyłabym w jakieś ludowe wdzianko od czasu do czasu.

Austria, Wiedeń, festyn folklorystyczny

Austria, Wiedeń, festyn folklorystyczny

Austria, Wiedeń, festyn folklorystyczny

Austria, Wiedeń, festyn folklorystyczny

Cały festyn odbywał się tuż przy parku rozrywki Prater – królestwa rollercoasterów, karuzel i samochodzików. Wszystkie dzieci – te najmłodsze (mój brat), te średnie (ja i Maciek) i te ciut większe też (moja mama) nie odmówiły rozrywki. Nie było czasu robić zdjęć, poniżej tylko karuzela (podobno najwyższa krzesełkowa na świecie), którą wzięliśmy na rozgrzewkę.
Austria, Wiedeń, koło w parku rozrywki Prater - symbol miasta

Austria, Wiedeń, koło w parku rozrywki Prater – symbol miasta

Austria, Wiedeń, park rozrywki Prater, karuzela na rozgrzewkę

Austria, Wiedeń, park rozrywki Prater, karuzela na rozgrzewkę

Austria, Wiedeń, park rozrywki Prater - no i w górę!

Austria, Wiedeń, park rozrywki Prater – no i w górę!

Kończąc dzień sznyclem po wiedeńsku i lokalnym piwem wróciliśmy do hotelu.
Niedziela przywitała nas słońcem, dlatego też ponad połowę czasu pozostałego do powrotu, spędziliśmy w ogrodach zamku Schonbrunn. Zamiast kwitnąć w kolejce po bilety i na zwiedzanie (czas oczekiwania 1,5h..) w ogrodach chwytaliśmy wrześniowe promienie, podziwiając cały kompleks.
Austria, Wiedeń, pałac Schonbrunn

Austria, Wiedeń, pałac Schonbrunn

Austria, Wiedeń, glorieta w ogrodzie pałacu Schonbrunn

Austria, Wiedeń, glorieta w ogrodzie pałacu Schonbrunn

Austria, Wiedeń, przerwa!

Austria, Wiedeń, przerwa!

Tuż przed odjazdem nie mogliśmy odmówić sobie kolejnej kulinarnej wspaniałości rodem z Wiednia – tort Sachera. Receptura pochodząca z kuchni hotelu Sacher – czekoladowe szaleństwo przekładane marmoladą morelową. Ślinka cieknie od patrzenia na zdjęcia.
Austria, Wiedeń, oryginalny tort Sachera

Austria, Wiedeń, oryginalny tort Sachera

Na koniec osobliwa toaleta, w której swe potrzeby można załatwiać w rytmie walca i już trzeba było wracać do Erlangen, dokończyć szkolenie, by kilka dni później wsiąść w samolot wiodący na singapurską ziemię. Wiedeń jak najbardziej nadaje się na weekendowy wypad, ale ja czułam niedosyt. Chciałoby się zostać tam dłużej i poczuć klimat tego miasta.
Austria, Wiedeń, toaleta z muzyką operową

Austria, Wiedeń, toaleta z muzyką operową

Ale tutaj czekało już nowe mieszkanie, słońce i temperatura wyższa o 15 stopni. Założona przeze mnie i Kasię, która tyle co przeprowadziła się do Singapuru, polska osada zaprasza niezmiennie o każdej porze roku :)

stolica państwa krzaczków – Chiny, Pekin, akt IV

W ostatni dzień Pekin przywitał mnie ulewą. Wciąż było jednak bardzo ciepło, a kiedy deszcz odpuścił na chwilę, powietrze stawało się nieznośną mieszanką wilgoci i smogu, nadając wszystkiemu odcień szarości. Nie odstraszało to jednak turystów (w tym mnie). Dalsze zwiedzanie rozpoczęłam dokładnie tam, gdzie pierwszego dnia spotkałam się z pekińską rzeczywistością. Gate of Heavenly Peace z ogromnym portretem Mao nad wejściem. Tym razem zamiast do Zakazanego Miasta, poszłam jednak w drugą stronę – na plac Tian’anmen Square – największy na świecie, publiczny plac przeznaczony do wszelkiego rodzaju wystąpień. I mimo, że żadna przemowa się nie odbywała – plac i cała okolica były właściwie pełne.
Chiny, Pekin, Gate of Heavenly Peace

Chiny, Pekin, Gate of Heavenly Peace

Chiny, Pekin, plac Tian'anmen Square

Chiny, Pekin, plac Tian’anmen Square

Chiny, Pekin, pomnik przy wejściu do Mauzoleum Mao

Chiny, Pekin, pomnik przy wejściu do Mauzoleum Mao

Chiny, Pekin, i choćby stawili jeszcze dwa takie znaki - i tak będą trąbić

Chiny, Pekin, i choćby stawili jeszcze dwa takie znaki – i tak będą trąbić

Darowałam sobie Mauzoleum Mao i przespacerowałam się jeszcze pod National Centre for the Performing Arts, znane też jako National Grand Theatre. Budowla wzbudza wiele kontrowersji wśród lokalnych mieszkańców, bo kształtem przypomina jajko albo kapelusz grzyba, z czego nie są do końca zadowoleni.

Chiny, Pekin, National Centre for the Performing Arts

Chiny, Pekin, National Centre for the Performing Arts

Spacerem deptakiem nieopodal, paczką aromatycznej herbaty z ogromnej herbaciarni i gałką lodów o smaku jaśminowej zielonej herbaty pożegnałam się ze ścisłym centrum Pekinu. Zanim podrzuciłam moje rzeczy na przechowanie, nie omieszkałam uwiecznić dwóch ciekawych przedmiotów w hotelu.
Chiny, Pekin, codziennie w windzie hotelu czekał dywanik z odpowiednią nazwą dnia tygodnia

Chiny, Pekin, codziennie w windzie hotelu czekał dywanik z odpowiednią nazwą dnia tygodnia

Chiny, Pekin, szczoteczka do zębów „with teeth” ( z zębami(!) ). Wolałam użyć swojej, bałam się, że ta mnie ugryzie..

Chiny, Pekin, szczoteczka do zębów „with teeth” ( z zębami(!) ). Wolałam użyć swojej, bałam się, że ta mnie ugryzie..

Dalej pojechałam w stronę zrewitalizowanych hutongów – tradycyjnej zabudowy Pekinu – znajdujących się w okolicy Nanluogu Xiang. Są dobrym miejscem na zakupy pamiątek, jednak przypominają mi bardziej kolorowy bazar, wśród szyldów ciężko złapać prawdziwy klimat tego miejsca.

Chiny, Pekin, hutongi w okolicy Nanluogu Xiang

Chiny, Pekin, hutongi w okolicy Nanluogu Xiang

Dużo bardziej podobały mi się hutongi w okolicy Dongzhimen – zamieszkane przez lokalną ludność, absolutnie niekomercyjne. Fasady rozpadających się budynków kryją często wnętrza rodem z IKEI, okna i drzwi zwykle pootwierane, nie sposób nie zajrzeć. Na całym terenie znajduje się także duża ilość publicznych toalet – podobno wiele z tych domów nie ma dostępu do kanalizacji.

Chiny, Pekin, perfekcyjnie zapakowany rower w hutongach

Chiny, Pekin, perfekcyjnie zapakowany rower w hutongach

Chiny, Pekin, do dziś nie wiem, czemu przykrywają koła samochodów

Chiny, Pekin, do dziś nie wiem, czemu przykrywają koła samochodów

Popołudnie i wieczór przed odlotem miałam spędzić w Temple of Heaven Park oraz tradycyjnej pekińskiej operze. Kiedy jechałam po bilety (a jak się okazało – niepotrzebnie fatygowałam się wcześniej, cały czas sporo było dostępnych tuż przed przedstawieniem) ulewa znów dała o sobie znać, nie pozostawiając mi zbyt wielu suchych nitek, mimo parasola. Oprócz biletu miałam do zrealizowania jeszcze jeden cel zanim wyjadę – wysłać pocztówki. W tym miejscu zaczyna się jedna z dwóch historii pod tytułem „język migowy jest dobry na wszystko”.
Po drodze z przystanku do opery zauważyłam mały budynek, idealnie wpasowujący się klimatem w komunistyczną rzeczywistość, który wyglądał na pocztę. Po kupieniu biletów w kasie opery zawróciłam więc na tę pocztę, po znaczki. Nie licząc nawet na śladową znajomość angielskiego u pracowników, szybko znalazłam w słowniku potrzebne słówko i dumna z siebie wyartykułowałam czego mi trzeba. Schody pojawiły się, kiedy trzeba było powiedzieć ile. Pokazywanie na palcach na niewiele się zdało, bo pan urzędnik nie ogarnął liczby powyżej dziesięciu, podałam mu więc plik pocztówek, żeby sam przeliczył. Alleluja, mam znaczki! Podeszłam do stoliczka, na którym znajdowało się pudełko z gąbką. Patent jak wszędzie, teraz już z górki. Nic bardziej mylnego – gąbka okazuje się sucha. Szybko odrzuciłam myśl, aby poprosić o namoczenie jej. Cóż było robić – jęzor i ślinimy. Coś jednak nie pasowało, znaczek nie miał posmaku kleju i wcale nie chciał się przykleić. Proste – kleju na znaczku nie ma. Kompletnie zbita z tropy gestykuluję panu w okienku, że przyklejam znaczek na kartkę, a on się nie trzyma, i bezradnie rozkładam ręce, z nadzieją, że zrozumie mój problem. Pan wskazuje mi palcem na inne plastikowe pudełko leżące na stoliczku, takie z którego wystawały cienkie rolki. Nadal  nic nie zatrybiło w mojej głowie, ulitował się ten człowiek nade mną, podszedł i pokazał, że rolki są obtoczone klejem, który podgrzewany jest w tej skrzyneczce, wystarczy przeciągnąć znaczkiem po rolce i gęsta maź pozwoli przytwierdzić obie części do siebie. Z uśmiechem 5-latka obsmarowywałam więc znaczki, w koło znaczków i własne palce. Skrzynka na listy nie kryła już na szczęście żadnych tajemnic.

Jeśli ktoś czuje się pominięty, bo kartki nie otrzymał, to w tym miejscu zaznaczam, że po 2 miesiącach do nikogo pocztówki nie dotarły. Myślę, że nawet nie pofatygowali się przewieźć ich na główną pocztę. Może dlatego, że nie napisałam „Polska” krzaczkami, tylko po angielsku?

Do przedstawienia wciąż pozostawało niecałe 2h, a mi zaczynało już pływać w butach. Postanowiłam ukryć się i przeczekać w jakiejś restauracji, z nadzieją zaspokojenia głodu przy okazji. Jak zwykle w takich sytuacjach wielkiego wyboru w okolicy nie ma, weszłam więc do pierwszej napotkanej, z nadzieją, że jakoś to będzie. Było. Język migowy jest dobry na wszystko – odsłona druga.

Od progu wita mnie kelner z koślawo-angielskim ‚good afternoon’, wskazując, gdzie mam położyć mój mokry parasol. Jest nadzieja – myślę sobie. Niestety, to był jedyny skill językowy jaki posiadała załoga tej restauracji. Usiadłam przy stoliku, kątem oka obserwując odprawę kelnerów. Przed ok. 10 osób ustawionych w dwuszeregu stał manager (?), wykrzykiwał do nich jakieś zdania, a oni mu odkrzykiwali – jak w wojsku. Chwilę później podchodzi kelnerka z menu. Wszystko w krzaczkach, obrazków brak. W dodatku na środku stołu jest dziura, z płytą grzewczą. Zrozumiałam, że jestem w restauracji oferującej hot pot – w gorącym wywarze gotuje się samemu zamówione surowe mięso, ryby, warzywa. 15 sekund mojej bezradnej miny wystarczyło, żeby kelnerka poszła poszperać za angielskim menu. Na szczęście znalazło się, trochę zwichrowane, ale zawsze. Zamówiłam więc kulki mięsne i szpinak. Rodzaj wywarów wskazałam losowo (nie wiem na jaki język były przetłumaczone ich opisy, ale angielsko brzmiących wyrazów nie było tam za wiele). Do tego ciastko sezamowe i napój – tu już bez niespodzianek, standardowe Cole i Sprite w menu. Obawiałam się, że jedzenie może okazać się ostre, więc na wszelki wypadek zamówiłam „large” (duży) zamiast „small” (mały).

Kelnerka przyniosła pałeczki, dwie połączone ze sobą miseczki i wywar, włączyła płytę – miałam czekać, aż zacznie wrzeć. Podeszła drugi raz i przyniosła mi napój.. Rozmiar „large” okazał się półtorej litrową butelką. Zdecydowanie nie braknie. Następnym razem, gdy podeszła, zauważyła, że moje miseczki są puste, więc zaczyna mi coś tłumaczyć pokazując na nie palcem. Ja oczywiście ni w ząb, ale ona dalej uparcie próbuje. W głowie głupie myśli w stylu: no widzę miseczki, nie wiem, mam porcelanę pochwalić, czy co? Byłam przekonana, że to do nich mam włożyć to co ugotowałam. Niestety stoliki w koło albo puste albo za daleko, żeby podejrzeć co ludzie tam mają. Kelnerka w końcu wskazała ręką, że mam wstać. Zaprowadziła mnie razem z tymi cholernymi miseczki w kąt sali. Co się okazało? Sosy. 2 poziomy, rzędy sosów w miseczkach, które trzeba sobie nałożyć. Niestety opisów brak, na węch też słabo, więc zdałam się na panią, z nadzieją, że mnie nie otruje ani nie przepali mi przełyku. Jak się później okazało, nałożyła mi sos orzeszkowy, nie wiedzieć czemu z pietruszką, ale o dziwo pasowało.

Mięso i szpinak wjechały na stół – zaczęła się zabawa w kucharza – łyżką i podbierakiem. Muszę przyznać, że bardzo dobrze udało mi się trafić. I wywar i mięso i te sosy, wszystko do siebie pasowało, nie było ostre i smakowało.

Chiny, Pekin, restauracja z daniami zrób-to-sam

Chiny, Pekin, restauracja z daniami zrób-to-sam

To jednak nie koniec tej historii. W połowie mojego sukcesu kelnerka wraca trzymając w ręce mój paragon, zapisany krzaczkami oczywiście – wskazuje na jedną z pozycji i zaczyna mi coś tłumaczyć. Minuta konsternacji i jej usilnych starań. Dobra, jedyne czego nie mam na stole to ciastko sezamowe. Rozkładam ręce, z nadzieją, że to właśnie o to chodzi – chce mi przekazać, że ciastka nie ma. Ona jednak kiwa głową i zaczyna mi pokazywać na zmianę jeden i dwa palce. O cokolwiek chodziło, machałam głową z miną „dobra, dobra”. Okazało się, że chciałam jedno ciastko, a ciastka były sprzedawane podwójnie, jako zestaw. Przecież jasna sprawa, że dam radę i z dwoma ciastkami (zwłaszcza, że były wyśmienite). I tak o to w przyjemnej atmosferze bariery językowej minął mi czas pozostały do przedstawienia.

Tradycyjna Pekińska Opera to nie przedstawienie jakiego można posłuchać w budynkach oper na całym świecie. To widowisko przedstawiające tradycyjne chińskie postacie w barwnych kostiumach i makijażu na tle różnych wydarzeń, w towarzystwie charakterystycznych melodii, lokalnych instrumentów, tańca, śpiewu i akrobatyki. Ja udałam się do Hu Guang Guild Hall z początku XIX wieku.Tak jak wspominałam, biletów było całkiem sporo, ja kupiłam najtańsze i chociaż siedziałam z tyłu to wszystko było dobrze widać – pomieszczenie nie jest szczególnie wielkie. Przed przedstawieniem serwowana jest herbata i przekąski, którymi można się częstować siedząc przy swoim stoliku. Godzinny pokaz składał się z 3 różnych scen z życia postaci niepowiązanych ze sobą. Pierwsze dwie to historie jednego bohatera – kolorowe, ale jakoś nie zachwyciły mnie.

Chiny, Pekin, Hu Guang Guild Hall, Tradycyjna Opera Pekińska, poczęstunek

Chiny, Pekin, Hu Guang Guild Hall, Tradycyjna Opera Pekińska, poczęstunek

Chiny, Pekin, Hu Guang Guild Hall, Tradycyjna Opera Pekińska, odsłona druga, taniec z szarfami

Chiny, Pekin, Hu Guang Guild Hall, Tradycyjna Opera Pekińska, odsłona druga, taniec z szarfami

A właśnie, tekst jest niby tłumaczony na angielski i wyświetlany na elektronicznych tablicach obok, ale zdecydowanie użyto do tego translatora a nie słownika/tłumacza, więc sens często ginie. Ostatnia scena, w której waleczna, kobieta w niebieskim stroju postanowiła ukraść srebra, żeby kupić leki dla biednych ludzi w mieście, podobała mi się najbardziej. Dużo akrobatyki, więcej akcji, efektowne wstawki muzyczne – zachwyciłam się.

Chiny, Pekin, Hu Guang Guild Hall, Tradycyjna Opera Pekińska, wojownicy z ludu (dla mnie wyglądają jak krasnale)

Chiny, Pekin, Hu Guang Guild Hall, Tradycyjna Opera Pekińska, wojownicy z ludu (dla mnie wyglądają jak krasnale)

Chiny, Pekin, Hu Guang Guild Hall, Tradycyjna Opera Pekińska, odsłona trzecia, wojownicy władcy

Chiny, Pekin, Hu Guang Guild Hall, Tradycyjna Opera Pekińska, odsłona trzecia, wojownicy władcy

I tak mój długi, sierpniowy weekend dobiegł końca. Odebrać rzeczy, przebrać się w coś suchego, kilometrowa kolejka do odprawy celnej (polecam wybrać się dużo wcześniej) i już zasypiałam na pokładzie Air China, żeby obudzić się przed 6.00 rano na Changi w Singapurze i biegiem przez prysznic w domu, coby stawić się w pracy przed 9.00.

Podsumowanie?

Super ekstra, ja chcę jeszcze raz (na Chiński Mur). Może niekoniecznie do Pekinu, ale Chiny jak najbardziej. Najbardziej denerwujące były dla mnie oczywiście wszechobecne tłumy (chociaż nie wierzę, że są miejsca bez tłumów, chyba na wsiach jedynie). Może byłoby to mniej męczące, gdyby nie 35-cio i powyżej stopniowy upał wraz z prażącym słońcem.
Starałam się odwiedzić jak najwięcej miejsc, w bardzo krótkim czasie – nie udało mi się dotrzeć tylko do jednego z zaplanowanych. Wciąż jednak Pekin ma wiele pięknych miejsc, do których moje nogi nie zawędrowały. Innym należałoby poświęcić ciut więcej czasu, niż ja to zrobiłam. Nie będę się wzbraniać, jeśli znów nadarzy się okazja być w okolicy.
I następnym razem zarezerwuję pokój z oknem.

Miesiąc później udało mi się weekendowo zwiedzić miejsca bardzo odległe od Pekinu. O tym jednak później.

stolica państwa krzaczków, Chiny, Pekin, akt III

Jest i on. Po prawie dwóch miesiącach powrócił. Przeprowadzki i delegacje mu nie służą. Dzięki niemu powracam z moją opowieścią z Chin. Witaj internecie z kabla. Chiny, dzień 3:

Rano pierwsze odezwały się zakwasy. Próbowałam je jednak zignorować i kontynuować zwiedzanie: Bell Tower, Drum Tower, Summer Palace, Wioska Olimpijska i Water Cube – fantastyczny park wodnej rozrywki. Basen miał być ukojeniem dla moich zmęczonych mięśni. Dlaczego nie był, o tym za chwilę.

Nie chciało mi się od rana przepychać w metrze, więc postanowiłam zrobić sobie prawie godzinny spacer pod Bell and Drum Tower, na rozruszanie nóg. Po drodze mijałam park, w którym, mimo wczesnej pory, toczyło się intensywne życie towarzyskie. Ulicą, wśród niewyobrażalnego jazgotu klaksonów, przetaczało się całe mnóstwo chińskich cudów motoryzacji.
Na Bell i Drum Tower można kupić bilet łączony. Właściwie chciałam wejść tylko na Drum Tower, zobaczyć jak grają na bębnach, ale gdy dotarłam to do następnego show było jeszcze 45 min, więc skierowałam swoje kroki do Bell Tower. Obie wieże stoją bardzo  blisko siebie, a ich głównym zadaniem było odmierzanie czasu dla mieszkańców dawnego Pekinu. W środku można poczytać ciekawe historie na temat chińskich jednostek czasu – niemożliwe jednak do powtórzenia.
Chiny, Pekin, Bell Tower

Chiny, Pekin, Bell Tower

Chiny, Pekin, dzwon w Bell Tower

Chiny, Pekin, dzwon w Bell Tower

Chiny, Pekin, Bell Tower, o niee.. znowu schody..

Chiny, Pekin, Bell Tower, o niee.. znowu schody..

Kilkadziesiąt stopni później byłam już w Drum Tower, wśród wielu bębnów i różnego rodzaju odmierzaczy czasu. Po 10 minutach moje uszy otrzymały dość potężna dawkę decybeli. I wiem, że zwykle ciężko jest określić wiek Azjatów, ale mnie się zdaje, że na tych bębnach grały dzieci.
Chiny, Pekin, Drum Tower

Chiny, Pekin, Drum Tower

Chiny, Pekin, bębny w Drum Tower

Chiny, Pekin, bębny w Drum Tower

Ku uciesze moich nóg udało mi się usiąść w metrze jadącym do Summer Palace – ogromnego kompleksu jeziorowo-parkowego. Kryzys przyszedł już w środku. Słusznie obstawiłam, że ludzi będzie całe mnóstwo, więc darowałam sobie zwiedzanie budynków od środka. Postanowiłam zrobić rundkę w koło jeziora i obejrzeć wszystko z zewnątrz. Idąc lewym brzegiem (patrząc od wejścia) ilość ludzi na metr kwadratowy była powalająca. Wycieczki, krzyczące dzieci i piekielny upał. Po kilkudziesięciu metrach chciałam sobie darować. Kolejny raz przysiadłam na murku, a gdy już się podniosłam podbiegła do mnie dziewczyna, na oko 18 lat, ale kto potrafi poprawnie określić wiek Azjatów?! Chyba słabo mówi po angielsku, bo słyszę tylko: photo, photo i pokazuje palcem na chłopaka stojącego kawałek dalej. Dobra, myślę sobie, pewnie chcą mieć razem zdjęcie. Macham więc do niego, żeby podał aparat, ale on zaczyna kierować obiektyw w moją stronę. To nie ja miałam robić zdjęcie. To ta dziewczyna chciała mieć zdjęcie.. ze mną. Mimo konsternacji uśmiechnęłam się. I tak o to jestem czyjąś pamiątką z wakacji.
Chiny, Pekin, Summer Palace, pawilon

Chiny, Pekin, Summer Palace, pawilon

Chiny, Pekin, Summer Palace, Longevity Hill (Wzgórze Długowieczności)

Chiny, Pekin, Summer Palace, Longevity Hill (Wzgórze Długowieczności)

Chiny, Pekin, Summer Palace, łódki na jerziorze Kunming

Chiny, Pekin, Summer Palace, łódki na jerziorze Kunming

Przeczucie podpowiadało mi, że po drugiej stronie będzie lepiej, jak już tylko obejdę dookoła. Nie myliłam się. Polecam więc od razu prawy brzeg (chyba że ktoś idzie zwiedzać kompleks pałacowy, jak pisałam, ja sobie darowałam).
Chiny, Pekin, Summer Palace, pawilon przy brzegu jeziora

Chiny, Pekin, Summer Palace, pawilon przy brzegu jeziora

Chiny, Pekin, Summer Palace, widok na pawilon po prawej stronie jeziora

Chiny, Pekin, Summer Palace, widok na pawilon po prawej stronie jeziora

Chiny, Pekin, Summer Palace, pawilon

Chiny, Pekin, Summer Palace, pawilon

Chiny, Pekin, Summer Palace, widok z pawilonu na jezioro

Chiny, Pekin, Summer Palace, widok z pawilonu na jezioro

Smog nie dawał za wygraną. Wioska olimpijska zapewne prezentowała by się znacznie lepiej, gdyby tylko powietrze było bardziej przejrzyste. Water Cube i basen olimpijski miał być moją wieczorną rozrywką. Do tej pory zachodzę w głowę, dlaczego zaplanowałam to na sobotę wieczór?! Nie wydaje mi się jednak, aby o innych porach było lepiej. Moim oczom ukazał się taki oto obrazek:
Chiny, Pekin, Water Cube w wiosce olimpijskiej, jakoś odechciało mi się dać nura

Chiny, Pekin, Water Cube w wiosce olimpijskiej, jakoś odechciało mi się dać nura

Darowałam więc sobie i stanie w ogonku i pływanie jak sardynka. Sam obiekt, podobnie jak stadion, prezentował się dosyć imponująco. W wiosce olimpijskiej nieodłączne suweniry i nawołujący sprzedawcy byli wszędzie.
Chiny, Pekin, Water Cube - basen olimpijski

Chiny, Pekin, Water Cube – basen olimpijski

Chiny, Pekin, Water Cube - basenowy kompleks olimpijski

Chiny, Pekin, Water Cube – basenowy kompleks olimpijski

Chiny, Pekin, główny deptak w wiosce olimpijskiej

Chiny, Pekin, główny deptak w wiosce olimpijskiej

Chiny, Pekin, Stadion Olimpijski w kształcie ptasiego gniazda

Chiny, Pekin, Stadion Olimpijski w kształcie ptasiego gniazda

Jeśliby zwrócić uwagę na tą i dwie poprzednie, chińskie notki, to zupełnie pominęłam kwestie kulinarne. Nie jest to jednak przypadek. Tak się jakoś złożyło, że upał i dosyć napięte plany sprawiły, że ja – naczelny łakomczuch – zupełnie nie myślałam o jedzeniu. Jakieś na szybko chapnięte bułeczki czy jogurt wystarczały. Mądry organizm zaczął się jednak domagać, więc wieczorem, z wioski olimpijskiej wróciłam do hotelu i zeszłam do restauracji na kolację. Hotel do gwiadkowanych nie należał, w recepcji jeszcze jako-tako mówili po angielsku, w restauracji już nie. Na szczęście menu było po angielsku, więc zamówiłam sobie chrupiącą wieprzowinę z ziemniaczkami w słodkawym sosie i szpinak z orzeszkami (mniam!). Pani kelnerka przyniosła mi jedzenie i pałeczki. To chwytam sobie dzielnie kawałeczki, a że już trochę mam wprawy po prawie rocznym przebywaniu w Azji, to szło mi nienajgorzej (nic nie spadało i trafiałam do buzi!). Niestety to było chyba tylko moje mniemanie, bo w połowie posiłku pani kelnerka, gaworząc coś po chińsku, z przepraszającą miną, przyniosła mi.. widelec. Dokończyłam jednak pałeczkami, a co! Niech wie, że białasy też potrafią! :)
Chiny, Pekin, nazwa modelu samochodu zapisana krzaczkami

Chiny, Pekin, nazwa modelu samochodu zapisana krzaczkami

stolica państwa krzaczków – Chiny, Pekin, akt II

Drugi dzień zaczął się bardzo wcześnie. O dziwo jednak, budzik o 5.00 można przywitać z entuzjazmem. Z dwóch możliwych opcji 7.00 i 8.30 postanowiłam wybrać pierwszą, dlatego wczesnym rankiem wyruszyłam na poszukiwanie przystanku autobusowego, z którego odjeżdża autobus do położonego o 80 km od Pekinu Mutianyu – u samych stóp Wielkiego Muru. Zanim jednak wyjechałam do Chin przekopałam mnóstwo stron w internecie a także mój przewodnik, żeby wybrać jedną część muru do odwiedzenia. Jak się okazuje – mur nigdy jedną całością nie był, a w czasach nowszych wiele jego elementów skończyło jako materiały budowlane dla okolicznych mieszkańców. Kusiły części niezmodernizowanego, „dzikiego” muru, jednak ze względu na słaby dojazd i kiepską kondycję fizyczną, postanowiłam wybrać trochę łatwiejszą drogę. Cichy plan zakładał, że odnowiona część, w którymś miejscu się kończy i na pewno da się postawić kilkadziesiąt kroków na dziko. Stanęło więc na Mutianyu. Naczytałam się jednak w internecie, że jest trochę zamieszania w związku z dworcem, z którego odjeżdża autobus. Cała trudność polega na tym, z metra wychodzi się tak jak na główny powiedzmy sobie, dworzec autobusowy tuż przy stacji, ale zamiast do niego wejść idzie się w prawo do pierwszego głównego skrzyżowania, a tam już w lewo i cały czas prosto, aż po lewej stronie pojawią się żółte oznaczenia peronów drugiego dworca autobusowego, a tam na samym końcu już widać przystanek autobusu 867. Dobrze być wcześniej, udało mi się usiąść, co jest kluczowe podczas prawie 3h jazdy. Nie wiem ile kosztuje bilet, bo miałam kartę miejską, w każdym razie nie kupuje się go u kierowcy, tylko jak autobus ruszy to przepycha się pani bileterka i sprzedaje. Szczęśliwie udało mi się zasnąć, i całą drogę dosypiałam, czasem otwierając oko i podziwiając chińskie wioski. Krajobraz szybko zmienił się na bardziej górzysty.
Koło 10.00 dotarłam na miejsce. Słońce zdrowo już przygrzewało. Ekspresowo minęłam wszystkie kramy z pamiątkami i po kupieniu biletu postanowiłam, zupełnie losowo, wejść od strony Mengshicheneng (cokolwiek to oznacza). Dla leni zamiast wspinaczki jest wyciąg na sam Mur, ja ambitnie wzięłam się za podejście piesze. Najpierw przechodzi się przez sale wystawowe cudów natury okolicznej, a później już schodki, kamienie i ścieżka w lesie. Postanowiłam odbijać jak najbardziej w prawo, jak najdalej od cable car’a i jak najbliżej końca turystycznej części muru. Pot lał się strumieniami (podobno największe upały od xx-leci), ale nie było tak źle. Na każdym kroku jakiś uprzejmy Chińczyk oferuje wodę na sprzedaż, oczywiście po cenie rosnącej adekwatnie do wysokości n.p.m.
Nie przedłużając – dotarłam na szczyt, czyli na mur. Napisanie, że widok jest niesamowity, wydaje się strasznym spłaszczeniem rzeczywistego wrażenia. Nawet zdjęcia wydają się niczym. Człowiek tak stoi i patrzy, patrzy, patrzy.. i nadziwić się nie może, że to ludzkimi rękami powstało. Oczywiście czas na refleksje nachodzi dopiero jak oddalić się od reszty turystów. Nie było źle, miejscami szło się samemu, zwykle jakaś grupka się przewijała z przodu lub z tyłu. Zdecydowanie nie ma pielgrzymki jak nad Morskie Oko.
Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński, schody do nieba?

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński, schody do nieba?

Niewielu zdecydowało się na przejście za znak informujący o końcu turystycznej części. Dalej już chaszcze, ubytki w murze i dzikość przyrody pożerająca mur. Dotarłam do pierwszej, zawalonej trochę wieży strażniczej. I od tamtej chwili wiem, że jeśli kiedykolwiek uda mi się jeszcze być w okolicy to koniecznie na dziki mur chcę się wybrać. Już się orientowałam, są nawet wycieczki z lokalnym przewodnikiem zakładające nocleg na murze :)
Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński, "dzika" część Muru

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński, „dzika” część Muru

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński, widok na nieodrestaurowaną część Muru

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński, widok na nieodrestaurowaną część Muru

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński, widok na nieodrestaurowaną część Muru

Chiny, okolice Mutianyu, Wielki Mur Chiński, widok na nieodrestaurowaną część Muru

W drugą mańkę doszłam do połowy drogi w stronę cable car’a, ale robiło się gęsto od ludzi, a i nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa. 3,5h wspinaczki przy mojej kondycji były wystarczające (a właściwie przesadne, bo skutki odczuwałam jeszcze po powrocie do Singapuru). Już po zejściu z muru, tą samą trasą, skręciłam za znakiem „To the Water Curtain Cave of the Great Wall”. Niepozorna ścieżka prowadzi do całkiem zjawiskowej jaskini, której opisu nie spotkałam w żadnym przewodniku.
Chiny, okolice Mutianyu, Water Curtain Cave of the Great Wall, jaskinia u podnóża Wielkiego Muru Chińskiego

Chiny, okolice Mutianyu, Water Curtain Cave of the Great Wall, jaskinia u podnóża Wielkiego Muru Chińskiego

Chiny, okolice Mutianyu, Water Curtain Cave of the Great Wall, jaskinia u podnóża Wielkiego Muru Chińskiego

Chiny, okolice Mutianyu, Water Curtain Cave of the Great Wall, jaskinia u podnóża Wielkiego Muru Chińskiego

Z dwóch autobusów powrotnych o 14.00 i 16.00 wsiadłam do pierwszego, po subtelnej walce kto-pierwszy-ten-siedzi. Droga powrotna dłużyła mi się niemiłosiernie, zmęczenie było okrutne, więc po prysznicu padłam na łóżko, przesypiając dobre 3h. Na wieczór zaplanowałam pominięty dzień wcześniej Night Market na Donghuamen Street. Ze wszystkich specjałów ja skusiłam się na szaszłyka z kiwi i truskawek – bez glazury.
Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street, świnki, pieski, różyczki zrobione nie wiadomo z czego

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street, świnki, pieski, różyczki zrobione nie wiadomo z czego

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street, owoce w obrzydliwie słodkiej glazurze

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street, owoce w obrzydliwie słodkiej glazurze

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street, facet próbujący skorpiona

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street, facet próbujący skorpiona

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street, pieczone rozgwiazdy, węże, karaluchy

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street, pieczone rozgwiazdy, węże, karaluchy

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street, grillowane pająki, stonogi i inne

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street, grillowane pająki, stonogi i inne

Na koniec zaobserwowałam dość smutny obrazek. Wśród całego tego tłumu turystów, wydających pieniądze na mniej lub bardziej smakowite kąski, tuż przy płocie podjechał ojciec z córką (tak zakładam) na rowerze z przyczepką. Pan zatrzymał się przy wyglądającej na opuszczoną misce z niedojedzonym makaronem i pytającym wzrokiem spoglądał na grupkę stojących obok ludzi. Gdy ci nie wykazali zainteresowania, pan zabrał miseczkę, obudził dziecko śpiące na kartonach w przyczepce i wspólnie zaczęli jeść.

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street

Chiny, Pekin, Night Market na Donghuamen Street

Kilkanaście chwil później wpakowałam się metro i dołączyłam do Neli i jej znajomych w jednej z imprezowych dzielnic miasta. Urzekł mnie MojitoMan – budka na ulicy, w której dwóch mężczyzn serwuje zdrowo zakrapiane mojito za śmieszne pieniądze. Tłum kłębi się w koło budki, muzyka gra, ludzie tańczą, taksówki trąbią.. :) Plastikowe kubki z drinkami mają nawet podobiznę właściciela.

Złapanie taksówki powrotnej poszło mi nad wyraz łatwo, wystarczyło dać Panu kierowcy wizytówkę z hotelu napisaną krzaczkami. Moje imprezowanie nie trwało z resztą długo, Mur czuć było w nogach, a plany na następny dzień nie wskazywały na odpoczynek.
Ciąg dalszy nastąpi..

księżycowa kuchnia – Singapur, warsztaty robienia Mooncake’ów

Zanim jednak Chiny, moje kroki zawędrowały do kuchni. Bynajmniej nie po to by podjadać. Za pomocą Grouponu udało mi się kupić w korzystnej cenie.. 2-godzinny kurs robienia mooncake’ów (ciastek księżycowych). Czym są te ciastka pisałam już w październiku zeszłego roku. Zbliża się mid-autumn festival, czyli święto, któremu wg mojego rozumienia, najbliżej do polskich dożynek. Mooncakes są tradycyjnymi ciastkami jedzonymi w tym okresie. Jest nawet legenda tłumacząca ich obecność, ale nie jest ona dla mnie do końca jasna (polecam wujka Google jeśli ktoś ciekawy). Ciastka istnieją w dwóch podstawowych wersjach: pieczone i wyrabiane (snow skin mooncake – o śnieżnej skórce). Wraz z Delwyn, koleżanką z pracy, we wtorek wieczorem udałyśmy się więc do szkoły gotowania. Nasza obecność tam intrygowała uczestników, szczególnie panią, która z córką dzieliły z nami stolik. Była szczerze zdziwiona obecnością „białasek”. Dopytywała nawet czy wiemy co w ogóle pieczemy.
Zabawy było oczywiście co nie miara. Mam też przepis, ale przygotowanie ich po za Azją wydaje się bardzo trudne, główne składniki są ciężko dostępne (mogę jednak udostępnić, gdyby ktoś chciał). Podstawę skórki stanowi specjalna smażona (!) mąka ryżowa. Nadzienie zwykle kupuje się gotowe, więc nie było mi dane poznać jak powstaje. Nasze zadanie polegało na wyrobieniu skórki, przygotowaniu nadzienia, zgrabnego ich połączenia i wyciśnięciu w odpowiedniej foremce. Największa trudność leży w szybkości, skórka nie może być długo wyrabiana, bo straci na smaku i konsystencji.
Naszym zadaniem było przygotować po dwa mooncakes z pandanem (roślina o której już kiedyś pisałam) oraz z czarnym sezamem. Cały proces uwieczniłyśmy oczywiście na zdjęciach. Gotowa, wyrobiona już skórka (jeśli nie była wyrabiana za długo to nie powinna sprężynować – wgnieciona palcem nie powinna wracać):
Singapur, warsztaty robienia Mooncake'ów, gotowa skórka pandanowa i sezamowa

Singapur, warsztaty robienia Mooncake’ów, gotowa skórka pandanowa i sezamowa

Następnie przygotowanie nadzienia – trzeba wyrobić takie błyszczące kulki:

Singapur, warsztaty wyrabianie nadzienia z czarnego sezamu

Singapur, warsztaty wyrabianie nadzienia z czarnego sezamu

Singapur, warsztaty robienia Mooncake'ów, gotowe kulki z nadzienia

Singapur, warsztaty robienia Mooncake’ów, gotowe kulki z nadzienia

Punkt kulminacyjny – połączenie nadzienia i skórki, trzeba tak jakby oplatać nadzienie tą skórką, instruktorka mówiła żeby masę pchać na dół, a skórkę do góry:
Singapur, warsztaty robienia Mooncake'ów, jednocześnie w górę i w dół?!

Singapur, warsztaty robienia Mooncake’ów, jednocześnie w górę i w dół?!

Na koniec trzeba nadać ciastku odpowiedni wygląd, na przykład taką foremką.

Singapur, warsztaty robienia Mooncake'ów, profesjonalna foremka

Singapur, warsztaty robienia Mooncake’ów, profesjonalna foremka

Singapur, warsztaty robienia Mooncake'ów, wyciskanie..

Singapur, warsztaty robienia Mooncake’ów, wyciskanie..

.. i gotowe!

Singapur, warsztaty robienia Mooncake'ów, kwadratowy mooncake pandanowy

Singapur, warsztaty robienia Mooncake’ów, kwadratowy mooncake pandanowy

Singapur, warsztaty robienia Mooncake'ów, okrągły mooncake z czarnego sezamu

Singapur, warsztaty robienia Mooncake’ów, okrągły mooncake z czarnego sezamu

Singapur, warsztaty robienia Mooncake'ów, moje wyroby

Singapur, warsztaty robienia Mooncake’ów, moje wyroby

W środku masa rozłożyła mi się „prawie” równomiernie (wierzcie lub nie, ale ten rozkrojony mooncake któremu zrobiłam zdjęcie miał najgorzej ułożone nadzienie, reszta wyglądała lepiej!). Oryginalne mooncakes w założeniu mają w ogóle dużo cieńszą skórkę, ale instruktorka słusznie przewidziała jej więcej, żebyśmy w ogóle dali radę zmieścić nadzienie w środku.
Singapur, warsztaty robienia Mooncake'ów, dół nie wyszedł zbyt perfekcyjnie, ale góra - idealnie!

Singapur, warsztaty robienia Mooncake’ów, dół nie wyszedł zbyt perfekcyjnie, ale góra – idealnie!

Okazały się być nie tylko źródłem zabawy podczas produkcji, ale też całkiem smaczne! Mooncake są jednak strasznie zapychające, sama dałam radę zjeść pół w domu po zajęciach. Reszta w mgnieniu oka rozeszła się wśród mojego teamu następnego dnia w pracy. Wszyscy przeżyli, nikt nie zachorował :)