Autor: podrozystka

dwa w jednym – Turcja, Ankara

Nasz samolot do Ankary odlatywał późnym przedpołudniem, zdążyłam więc uraczyć się hotelowym śniadaniem, z dużą ilością tureckiej herbaty i chałwą na deser, bo dlaczego nie? Na szczęście dodatkowe kilogramy w brzuchu nie zostały doliczone jako nadbagaż i po krótkiej drzemce na pokładzie, byliśmy na miejscu. Punktem dnia była kolacja rozpoczynająca konferencję, dlatego wyszłam z założenia, że kilka dobrych godzin spędzę w hotelu, co pozwoli mi przygotować się do wystąpienia nazajutrz. Ahmet i Şenol, który do Nas dołączył, mieli jednak inne plany – przecież trzeba pokazać mi Ankarę! Chociaż nie sposób było nie odnieść wrażenia, że Stambuł jest im znacznie bliższy, to chętnie zabrali mnie w kilka, sztandarowych jak mniemam, miejsc stolicy.

Najpierw jednak (któż by się spodziewał) czas coś zjeść! Do teraz się dziwię, że po tym posiłku udało mi się wtaszczyć na górę do zamku. Kuzu İncik Haşlama, czyli gotowana gicz (golonka) jagnięca została wybrana nieprzypadkowo – Ahmet, po krótkiej rozmowie z kelnerem, po prostu wszedł na kuchnię (zapraszając mnie za sobą) i zaglądając do parujących garów, w skrócie omówił co jest czym i zamówił co wyglądało najlepiej. Nie mam pojęcia czy znał się z kelnerem/kucharzem/właścicielem, czy to jakiś lokalny zwyczaj. Wiem jednak, że gicz była przepyszna, a kiedy zastanawiałam się jak dopnę po niej kurtkę, na stół doniesiono jeszcze Künefe – tradycyjne ciasto serowe obsypane orzechami. Przecież niegrzecznie byłoby nie spróbować!

Ankara_01_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Kuzu İncik Haşlama

 

Ankara_02_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Künefe

Spacer do Ankara Kalesi (Zamek Ankara) był najlepszym remedium na to, nieprzyzwoite wręcz, obżarstwo. Oryginalne mury, później wielokrotnie przebudowywane, zostały postawione w tym miejscu już w VIII w.p.n.e. przez Frygijczyków. Na górę prowadzą dość wąskie ścieżki między budynkami mieszkalnymi, niektóre z tych budynków określane mianem konak, będące reprezentacyjnym domem/dworem władcy lub urzędnika państwowego w czasach Imperium Osmańskiego. Charakterystycznym dla innych było posiadanie piętra, którego powierzchnia wychodziła po za obręb parteru, tak że pokój na górze „zwisał” nad chodnikiem. I gdyby ktoś miał wątpliwości czy recycling jest wytworem ostatnich dziesięcioleci to odpowiedź nasuwa się ekspresowo, widząc blok zapisany starożytni wyglądającym pismem pośród innych bloków stanowiących ścianę domu, wybudowanego zdecydowanie bardziej współcześnie.

Ankara_03_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Ankara Kalesi (Zamek Ankara)

 

Ankara_04_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Ankara Kalesi (Zamek Ankara)

 

Ankara_05_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Ankara Kalesi (Zamek Ankara)

 

Ankara_06_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Ankara Kalesi (Zamek Ankara)

 

Ankara_07_50_size_watermark

Turcja, Ankara, dom nieopodal Ankara Kalesi (Zamek Ankara)

 

Ankara_08_50_size_watermark

Turcja, Ankara, ściana budynku nieopodal Ankara Kalesi (Zamek Ankara)

Trochę się zeszliśmy, czy to nie czas na przekąskę? Zdecydowanie nie, ale Kınacızade Konağı (Dwór Kinacizadeza) znajdujący się nieopodal, jest miejscem, do którego warto zajrzeć. Muzeum/restauracja/biblioteka/galeria sztuki – miejsce pełne historii, artefaktów, pomieszczeń poświęconym kilku ważnym osobistościom Turcji, z których sami zainteresowani kiedyś korzystali i chętnie spotykali się z turystami i gośćmi odwiedzającymi dwór (prof. Halil İnalcık szanowany turecki historyk, Yurdusev Arığ – działaczka na rzecz lepszej reprezentacji kobiet w polityce, fundatorka i przewodnicząca Stowarzyszenia Kobiet Polityków oraz Jülide Gülizar, pierwsza kobieta-dziennikarka będąca spikerką wiadomości w telewizji narodowej); gdzie można coś zjeść i wypić, poczytać książkę, a nawet obejrzeć stroje z czasów Imperium Osmańskiego. Na pierwszy rzut oka to taka trochę rupieciarnia – miejsce, które ja osobiście uwielbiam, bo sprawia mi przyjemność wyszukiwanie i odkrywanie nowych elementów w takim pozornym chaosie. Tutaj, za wszystkim stoi Kıvırcık Usta, który odnowił budynek i nadał wnętrzom obecny format.

Ankara_09_50_size_watermark

Turcja, Ankara, w restauracjo-muzeum Kınacızade Konağı

 

Ankara_10_50_size_watermark

Turcja, Ankara, w restauracjo-muzeum Kınacızade Konağı

Spędziliśmy kilka chwil w pokoju bibliotecznym, racząc się Sahlepem i Lokum (charakterystyczne kosteczki tureckiego deseru, które do tej pory znane mi były pod angielską nazwą Turkish Delights, mają też zabawnie brzmiącą, polską wersją nazwy: Rachatłukum, która nawiązuje jednak do tradycyjnej nazwy tego przysmaków w dawnym języku osmańskim rāḥat ḥulqūm) 

Ankara_11_50_size_watermark

Turcja, Ankara, w restauracjo-muzeum Kınacızade Konağı

 

Ankara_12_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Sahlep i Lokum (Turkish Delights) w restauracjo-muzeum Kınacızade Konağı

Resztę dnia spędziłam na aktywnościach związanych z konferencją – w końcu po to tu przyjechałam. W okolicę zamku powróciłam jednak następnego popołudnia, gdzie gościnni wykładowcy (czyli ja i prof. Ramos z Hiszpanii), zostaliśmy zabrani przez organizatorów po naszych wykładach. Wcześniej jednak, pojechaliśmy do Anıtkabir mauzoleum Atatürka, założyciela republiki Turcji (po upadku Imperium Osmańskiego) i jej pierwszego prezydenta, któremu kraj zawdzięcza swój współczesny kształt. Jego postać otoczona jest szczególnym kultem. Na terenie mauzoleum, oprócz grobowca, znajdują się pomieszczenia opisujące i upamiętniające historię życia Kemala Atatürka. Jego następca, İsmet İnönü, który był jednocześnie jego przyjacielem, został pochowany w tym samym mauzoleum. Nad wszystkim czuwa warta honorowa.

Ankara_13_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Anıtkabir (Mauzoleum Atatürka)

 

Ankara_14_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Anıtkabir (Mauzoleum Atatürka), grobowiec İsmeta İnönü

 

Ankara_15_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Anıtkabir (Mauzoleum Atatürka)

 

Ankara_16_50_size_watermark

Turcja, Ankara, gwardzista w Anıtkabir (Mauzoleum Atatürka)

 

Ankara_17_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Anıtkabir (Mauzoleum Atatürka)

 

Ankara_18_50_size_watermark

Turcja, Ankara, w Anıtkabir (Mauzoleum Atatürka)

 

Ankara_19_50_size_watermark

Turcja, Ankara, cytat w Anıtkabir (Mauzoleum Atatürka)

Po dawce bardziej współczesnej historii, przeskoczyliśmy na drugi biegun – tą bardzo odległą, którą te rejony są przesiąknięte. Mówimy tu nawet o czasach zanim swoje państwa i kultury rozwijali Hetycy, Huryci, Frygowie czy inni Lidyjczycy. W dorobku Muzeum Cywilizacji Anatolijskich (Anadolu Medeniyetleri Müzesi) znajdują się artefakty z Paleolitu, Neolitu (epoki kamienia) czy epoki miedzi i brązu, pochodzące nawet sprzed 8000 (!) lat p.n.e. Anatolia, to region historyczny, na którym obecnie znajduje się większa część Turcji. Chociaż historią świata, po za tą bardziej współczesną od początków XX wieku, nie udało się mnie zainteresować ani nauczycielom historii ani mojemu ojcu, który ją uwielbiał, to nawet tacy laicy jak ja, z zapewne mniej niż podstawową wiedzą o danym okresie, mogą wpaść w zadumę, jak długą drogę przebyliśmy jako ludzkość, od ciosanego kamienia przywiązanego do patyka, do tego gdzie jesteśmy teraz z całą, wydawałoby się nam zaawansowaną, technologią, a która kiedyś pewnie też skończy w muzeum, postrzegana przez pryzmat prymitywności. Klasyczne wystawy związane z historią to zwykle nie moja bajka, ale ta była zdecydowanie warta uwagi. Może z wiekiem dorastam do zainteresowania historią mniej współczesną? Bilet do muzeum kosztował 30 lir tureckich (~13PLN, ~4.7SGD).

Ankara_20_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Anadolu Medeniyetleri Müzesi (Muzeum Cywilizacji Anatolijskich), narzędzia z okresu Paleolitu

 

Ankara_21_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Anadolu Medeniyetleri Müzesi (Muzeum Cywilizacji Anatolijskich), Ludzie dookoła jelenia, malowany ornament datowany na 6000 lat p.n.e.

 

Ankara_22_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Anadolu Medeniyetleri Müzesi (Muzeum Cywilizacji Anatolijskich), Dysk Słońca datowany na ok. 2500 lat p.n.e.

 

Ankara_23_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Anadolu Medeniyetleri Müzesi (Muzeum Cywilizacji Anatolijskich), papiery rozwodowe z XIX/XVIII w.p.n.e.

 

Ankara_24_50_size_watermark

Turcja, Ankara, Anadolu Medeniyetleri Müzesi (Muzeum Cywilizacji Anatolijskich), Ortostaty ściany Heralda, parada żołnierzy, rok ok 900-700 p.n.e.

Krótki spacer pod zamkiem i wracaliśmy do hotelu, idealnie na koniec konferencji, by pożegnać się z moimi kolegami z firmy, dzięki którym cały ten wyjazd był możliwy – jeszcze tego samego wieczora wracali oni do Stambułu. Ja miałam przed sobą jeszcze jeden wieczór i noc w Ankarze, by rano, z przesiadką w największym mieście Turcji, kontynuować moją delegację w Niemczech.

I chociaż w poprzednim wpisie wspominałam, że nie kupiłam żadnych trwałych pamiątek by mieć doskonały pretekst powrotu do Turcji, mój bagaż wypełnił się chałwą, tahini, rachatłukum, sahlepem i turecką kawą (na prezent). Nie wiem jakim cudem nie kupiłam herbaty.. Te produkty udało mi się spakować w walizkę bez problemu, gorzej było z przepiękną, ale ponad półmetrową, drewnianą rzeźbą w kształcie skamieliny ślimaka, którą otrzymałam od organizatorów konferencji w ramach podziękowania. Skończyła w siatce jako dodatkowy bagaż podręczny, za który na szczęście nie kazali mi dopłacać, ale w późniejszej drodze do Polski musiałam udowodnić żandarmom na niemieckim lotnisku, że w żaden sposób nie jestem w stanie wyciągnąć z niej metalowego pręta, na którym jest osadzona.. Mimo kombinacji iście alpejskich, cieszę się, że udało mi się ją przetransportować bezpiecznie do domu.

Ankara_25_50_size_watermark

Singapur, rzeźba z Turcji

dwa w jednym – Turcja, Stambuł

Delegacją do Turcji i Niemiec, zakończoną krótkim urlopem w Polsce, rozpoczął się dla mnie szalenie intensywny rok (mowa tu o 2019). Comiesięczne, głównie służbowe, podróże do Europy, przeplecione trzema krótkimi urlopami po Azji, zmęczyły mnie fizycznie i psychicznie bardziej, niż sądziłam podczas planowania. Pamiętam jak z ulgą przywitałam październik, pierwszy miesiąc od stycznia, w którym nie musiałam nigdzie lecieć ani jechać – co za ulga pobyć dłuższą chwilę w domu! Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, prawda? Teraz wiele bym dała by móc swobodnie polecieć za Singapur i spokojnie do niego wrócić. Jednak za szaleństwem z 2019 nie tęsknię, bo chociaż nie sądziłam, że to w ogóle możliwe w moim przypadku, zaczynałam mieć dosyć latania, lotnisk, statków, hoteli i bagaży..

Praca w międzynarodowej firmie otwiera wiele możliwości podróżowania służbowego. Najczęściej latałam jednak do Niemiec (a tuż przed COVIDem do Danii), dlatego ucieszyła mnie prośba współpracowników z tureckiego oddziału o wygłoszenie referatu na sponsorowanej przez firmę konferencji w Ankarze. Biuro firmy znajduje się jednak w Stambule i to tam miałam skierować się najpierw, by następnego dnia wraz z resztą delegacji udać się do miasta docelowego. Patrząc z perspektywy czasu, ten przystanek w stolicy wcale nie był, z punktu widzenia biznesowego, potrzebny, ale gościnni koledzy chcieli koniecznie mi ją pokazać i sprawić, że podróż do Turcji będę miło wspominać.

O to nie musieli się martwić, bo chociaż ich kraju nie wymieniłabym pewnie w pierwszej grupie miejsc, które chcę odwiedzić, to podobnie jak w przypadku Indii – w momencie, w którym dojrzałam jego wspaniałości naocznie, miałam ochotę na zdecydowanie więcej. Dlatego też nie kupiłam praktycznie żadnych trwałych pamiątek z tej podróży, tak jak bym tam nie byłam, więc trzeba koniecznie wrócić!

Zaczynamy więc w Stambule, na lotnisku, nieświadomie otwierając kulinarne szaleństwo tradycyjnym tureckim zestawem: Simit i Çay czyli obwarzanek i herbata. To chyba pierwszy wyjazd, w którym zdjęć jedzenia mam prawie tyle co zdjęć ze zwiedzania.

Stambuł_01_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Simit i Çay

Miło się zaczęło, wyciągnęłam zimowe ciuchy i się przebrałam (luty!), ogarnęłam adres hotelu i dałam znać Ahmetowi (kolega z firmy), że wylądowałam – planowałam chwilę odpocząć i mieliśmy spotkać się wczesnym popołudniem. Pierwszy etap niestety się opóźniał, bo taksówkarz co rusz ładował nas w nowy korek, nie wiedząc jak zjechać, chociaż budynek hotelu 2 razy widzieliśmy już z okien. Na szczęście nie był to trik na wyciągnięcie ode mnie większej ilości pieniędzy za kurs, kiedy w końcu zatrzymaliśmy się na podjeździe, dodatkowe kilometry zostały odjęte od rachunku. Trudno się mówi, szybki prysznic, krótka drzemka na wyciągnięcie nóg po wielogodzinnym locie i czas zobaczyć co dla mnie zaplanowali. To też dla mnie nowe doświadczenie – zwykle to ja planuję i ogarniam zwiedzanie, a tutaj jak dziecko we mgle podążałam za moim kolegą, ale to najlepszy rodzaj przewodnika jaki można sobie wyobrazić – osoba lokalna! Myślę, że większości rzeczy bym nie spróbowała, gdyby mi ich nie przedstawił.

Od początku zostało mi uświadomione jak ważną częścią tureckiej kultury, oprócz gościnności, jest jedzenie i picie. Już na pokładzie promu przez cieśninę Bosfor, która rozdziela azjatycką i europejską część Stambułu został mi zaserwowany sahlep – pyszny, rozgrzewający napój na bazie mleka i mączki ze sproszkowanych bulw storczyka, z cynamonem. Mi przypominał trochę rzadki budyń. Wracałam do niego jeszcze dwa czy trzy razy podczas moich kilku dni w Turcji, a nawet zabrałam ze sobą kilka saszetek instant do przygotowania w domu.

Stambuł_02_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Sahlep na pokładzie promu przez cieśninę Bosfor

Ledwie zeszliśmy z łodzi, czas na szybki lunch i zapoznanie się z lokalnym jedzeniem ulicznym (street food): balık ekmek serwowany tuż przy brzegu, to kanapka z tureckiego pieczywa (przypominającego bagietkę), pełna cebuli i sałaty z grillowaną makrelą – o mamo, ale pyszne! Ślinotoku dostaję na same wspomnienia. Wiele osób raczyło się do tego czerwonawo-różowym napojem z kiszonymi ogórkami w środku – z uwagi na te ostatnie podarowałam sobie zapoznanie się z jego smakiem.

Stambuł_03_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Balık Ekmek nieopodal przystani

Wracając jeszcze na chwilę do faktu, że musieliśmy skorzystać z promu by dotrzeć do wielu atrakcji miasta – Stambuł jest jedyną metropolią na świecie, która leży na dwóch kontynentach. Tylko niewielki procent Turcji wchodzi w skład Europy – większość znajduje się w Azji. Zaraz, Zaraz.. Bizancjum, Konstantynopol.. Dla mnie to głównie hasła z lekcji historii, którymi nigdy nie udało się ani nauczycielom ani mojemu świętej pamięci tacie, entuzjaście historii starożytnej, wzbudzić we mnie ciekawości. A przecież to wszystko działo się tutaj! Może gdyby kiedyś zestawiano taką odległą historię z czasami nowożytnymi i współczesną geografią, to moja wiedza byłaby w lepszym stanie? Cóż, na szczęście czego nie nauczyłam się w szkole, wraca do mnie wraz z podróżami, a najczęściej już po nich, kiedy doczytuję, gdzie ja właściwie byłam, by zgrabnie ująć to w notce.

Spacer zaczęliśmy od Mısır Çarşısı – Bazaru Egipskiego, sprzedającego mydło i powidło, pamiątki i przekąski. Zwłaszcza od tych ostatnich nie mogłam oderwać wzroku, jednak warto było skierować go do góry – sufit jest pięknie zdobiony i nadaje niesamowitego charakteru. 

Stambuł_04_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Mısır Çarşısı (Bazar Egipski)

Stambuł_05_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Mısır Çarşısı (Bazar Egipski), przysmaki

Jedną z najpopularniejszych atrakcji jest Ayasofya czyli Hagia Sophia, monumentalny budynek, który pokazuje, że nie zawsze trzeba burzyć i tworzyć od zera, żeby zmienić jego funkcję. Jego główna bryła przyjęła swój kształt już w VI wieku, będąc przez lata otaczana innymi konstrukcjami i poddawana niekończącym się zmianom wystroju wnętrza, będąc najpierw kościołem (wliczając dwie pierwsze wersje, które spłonęły w tym miejscu w V i VI wieku), później meczetem (z dobudowanymi minaretami), by ostatecznie stać się muzeum – a przynajmniej w momencie, w którym tam byłam, bo od 2020 roku, został przywrócony mu status meczetu, co wzbudza ogromne kontrowersje, a za wszystkim stoi klasyczne mieszanie polityki i religii. Mnie zastanawia co stanie się ze zdecydowanie chrześcijańskimi malowidłami i mozaikami na ścianach? Znów zostaną przykryte tak jak zachowały się przez setki lat? Po raz kolejny mogą tego nie przetrwać.

Stambuł_06_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Ayasofya (Hagia Sophia)

Stambuł_07_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, główny ołtarz Ayasofya (Hagia Sophia)

Stambuł_08_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, mozaika Deesis w Ayasofya (Hagia Sophia)

Stambuł_09_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, z Ahmetem przed Ayasofya (Hagia Sophia)

Meczetów w pobliżu nie brakuje, na czele z charakterystycznym Sultan Ahmed Camii – Meczetem Sultana Ahmeda, zwanym Błękitnym Meczetem. Ta XVII wieczna budowla jest jednym z ostatnich, ale umieszczanych w gronie najwspanialszych, przykładów okresu klasycznego sztuki islamskiej w Turcji. Niestety czas nie pozwolił nam zobaczyć go od środka.

Stambuł_10_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Sultan Ahmet Camii (Meczet Sułtana Ahmeda zwany Błękitnym Meczetem (Blue Mosque))

Bizantyjskie pozostałości można śledzić nie tylko na powierzchni, ale i pod ziemią. Yerebatan Sarnıcı, Zatopiona Cysterna/Cysterna Bazyliki zwana też Pałacem Jerebatan, miała dostarczać wodę do pałacu cesarskiego w VI wieku, gdyby woda z bezpośrednich akweduktów (znów kłaniają się lekcje historii) została odcięta lub zatruta. Ten podziemny zbiornik na wodę, przez pewien czas uległ nawet zapomnieniu i dopiero w XVIII wieku przeszedł pierwszą restaurację, która pomogła zachować go do dnia dzisiejszego. Udostępniona dla turystów w 1987 roku komnata zalana jest tylko w niewielkiej części – pomieścić może nawet i 100 tys m³ wody (basen olimpijski mieści średnio 3-3.5 tys m³). Co ciekawe, do jej budowy wykorzystano ponad 300 kolumn pochodzących z różnych innych rozebranych lub zniszczony budowli, o czym świadczą różne rodzaje marmurów i ich styl, w ponad 2/3 dorycki, w pozostałych koryncki. Dwie z nich, mają w podstawie płaskorzeźbę Meduzy, wciąż nie wiadomo jednak skąd pochodzą, a legenda głosi, że cesarz kazał umieścić je jak najdalej od wejścia i rzeźbami do dołu, aby mieć pewność, że znajdą się pod wodą i nikt ich nie zobaczy. Wg mitologii greckiej, Meduza jest jedną z Gorgon – groźnych sióstr, której spojrzenie zamieniało w kamień i podobno w oczy rzeźby nie powinno się również patrzeć. Miejsce ma wspaniały klimat, z bardzo dobrze dobranym oświetleniem.

Stambuł_11_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Yerebatan Sarnıcı (Zatopiona Cysterna/Cysterna Bazyliki)

Stambuł_12_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Yerebatan Sarnıcı (Zatopiona Cysterna/Cysterna Bazyliki) rzeźba Meduzy

Chłód cysterny wzmógł jeszcze uczucie zimna, spotęgowane przez ogromną dla mnie zmianę temperatur w przeciągu ostatnich 24h, ale czym tu się martwić, gdy na każdym rogu i w każdej bramie można napić się herbaty?! Koniecznie w charakterystycznej szklance i ze spodeczkiem.

Stambuł_13_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Çay (herbata) na ulicy Stambułu (koniecznie w szklance ze spodkiem!)

Nieubłaganie zbliżał się czas powrotu do azjatyckiej części miasta, dlatego kierowaliśmy się na prom, przecinając jeszcze Plac Sułtana Ahmeda, z charakterystycznymi Obeliskami, w tym najstarsze dzieło sztuki w Stambule – pochodzący z XV w.p.n.e. a ustawiony w tej lokalizacji w wieku IV n.e. Obelisk Teodozjusza (Dikilitaş). W swej podróży z Egiptu stracił około 40% swojej długości, gdzie oryginalnie został wybudowany na pamiątkę zwycięstwa faraona Totmesa III w Mezopotamii (wciąż niewyobrażalne jak dawno to było..), ustawiono go więc na podstawach z brązu, a cokół przedstawia sceny z życia na hipodromie, który dawniej znajdował się w tym miejscu.

Stambuł_14_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Theodosius Dikilitaşı (Obelisk Teodozjusza)

Stambuł_15_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, zbieżność językowa (Zabıta to po turecku Policja)

Z nieustającą myślą, że mój ojciec byłyby tu w siódmym niebie, odbiliśmy od brzegu, by po odstaniu swojego w korkach (już w samochodzie) zaczerpnąć innej części sztuki – sztuki kulinarnej! Mam wrażenie, że w Turcji nie tylko nie byłam głodna, ale byłam pełna po korek 24 na dobę, a w 3 dni zjadłam ilość mięsa, którą normalnie zjadam pewnie w miesiąc. Odmówić po pierwsze nie wypadało, po drugie ciężko było, bo ślinka ciekła na sam widok lub zapach. Talerz najróżniejszych kebabów i grillowanego mięsiwa (na szczęście do podziału!), a na deser niesamowity katmer z lodami – ciasto filo (cieniutkie płaty zrobione z mąki, wody i odrobiny oleju) wypełnione kaymakiem (gęstą śmietaną na bazie kremówki i mleka bawołu domowego) i pistacjami, serwowane z lodami waniliowymi! Raj dla podniebienia to mało..

Stambuł_16_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Kebap

Stambuł_17_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Katmer

Tym telegraficznym wręcz skrótem mój czas w Stambule dobiegł niestety końca – cieszę się, że chociaż tyle mogłam zobaczyć. To jeszcze nie koniec wyprawy, następnego dnia rano wylecieliśmy do Ankary. O tym jednak w następnym poście.