Sydney

zwierzaki i widoki – Australia, Sydney i okolice: part II

Mimo wczesnej pory buzia sama się uśmiechała na widok kosza wypełniającego się kolorowymi przyborami piknikowymi i pysznym jedzeniem. Piknik! I to nie byle gdzie, a w Blue Mountains (Niebieskich Górach), jakieś 120 kilometrów od Sydney.

Australia, Sydney, przygotowania do pikniku

Pożyczonym samochodem ruszyłyśmy więc w drogę po niesamowite widoki. Blue Mountains swoją nazwę zawdzięczają ciekawemu zjawisku. Cała okolica gęsto porośnięta jest drzewami eukaliptusa, które wydzielają specyficzny, chyba każdemu znany z zapachu/smaku, olejek. Atmosfera pełna jest drobniutkich, rozproszonych cząsteczek tegoż oleju, które w połączeniu z parą wodną i kurzem rozpraszają promienie światła o krótkiej długości fali, które są głównie w kolorze niebieskim.

Australia, Blue Mountains, niesamowite widoki

W Blue Mountains łatwo można spędzić godziny i dni, dużo jest też historii o ludziach, którzy zapuścili się w głąb i słuch po nich zaginął. Z racji braku czasu zminimalizowałyśmy górskie wędrówki, czyli poszłyśmy trochę na łatwiznę. Scenic World w Blue Mountains oferuje 3 kolejki, którymi z łatwością można dostać się do punktów widokowych. Na głównej stacji można kupić łączony bilet na wszystkie z nich.

Na pierwszy ogień poszła Scenic Skyway, która zabrała nas w pobliże punktu widokowego Echo Point. W czasie krótkiego przejazdu kolejka zatrzymuje się po środku by w spokoju nacieszyć się i zrobić zdjęcia wodospadowi Katoomba. Miejscami podłoga kolejki była przezroczysta, a w większości okien nie było szyb – widok zapierający dech w piersiach. Wraz z pasażerami do wagonika wsiada pracownik parku i ciekawie opowiada o okolicy.

Australia, Blue Mountains, Scenic Skyway

Echo Point swoją popularność zawdzięcza świetnemu widokowi na góry Trzech Sióstr (Three Sisters). Aborygeńska legenda głosi, że są to zaklęte w skały trzy siostry z plemienia Katoomba, które zakochały się w trzech braciach z plemienia Nepean. Niestety zgodnie z lokalny prawem, nie mogli wziąć ślubu, ale nieustraszeni młodzieńcy postanowili obejść je siłą. Przerodziło się to w potężną walkę między plemionami. Życie sióstr było zagrożone, dlatego czarownik zamienił je w skały, by bezpiecznie przetrwały niespokojny czas. Po bitwie miał je odczarować, niestety nie przewidział, że sam w niej zginie. Siostry zostały więc zaklęte na zawsze, bo tylko on mógł odczynić czar.

Australia, Blue Mountains, Three Sisters (Trzy Siostry)

Australia, Blue Mountains, Three Sisters (Trzy Siostry)

Wróciłyśmy kolejką na główną stację, by dać porwać się następnej – Scenic Railway będącej repliką Mountain Devil (Górski Diabeł), znajdującej się kiedyś w tym samym miejscu. Co w niej niezwykłego? Przede wszystkim to, że jest najbardziej stromym pociągiem pasażerskim na świecie. Nachylenie o skromnych 52 stopniach zdecydowanie zatrzymuje oddech. Kolejka ma nawet regulowane oparcie, aby dostosować sobie stromość wrażeń. Jazda w dół była super!!

Australia, Blue Mountains, Scenic Railway

Australia, Blue Mountains, Scenic Railway, trochę stromo..

Trasy spacerowe w okolicach kolejki dostosowane są do rodzin z dziećmi, są więc platformy, ułatwienia dla wózków, a nawet antypoślizgowe pokrycia. Zdecydowanie za dużo udogodnień jak na górską wycieczkę, więc po szybkim, 10-minutowym marszu uznałyśmy, że czas wracać. Scenic Cableway, ostatnia z kolejek, wciągnęła nas z powrotem do głównej stacji. Czas jechać na piknik!

Australia, Blue Mountains, co ja patrzę!

Wybrałyśmy odległe o jakieś 3,5km Leura Cascades Picnic Area. Zanim jednak przyszedł czas na posiłek, trzeba w końcu przejść się uczciwie po górach! Zaczynają się tam bowiem krótkie trasy na punkty widokowe Kiah, Bridal Veil i Copeland. Odległości są niewielkie, a widoki niesamowite. Polecam zdecydowanie tym, którzy mają mało czasu, ale chcieliby przejść się górską ścieżką, a nie drewnianą platformą.

Australia, Blue Mountains, przydrożne znaki

Australia, Blue Mountains, wodospady w drodze na Kiah Lookout

Australia, Blue Mountains, Bridal Veil Lookout

Australia, Blue Mountains, wodospad widziany z Kiah Lookout

Kiszki grały już marsza, a słońce planowało zakończyć wkrótce swe obowiązki na ten dzień. Piknik czas zacząć!

Australia, Blue Mountains, Leura Cascades Picnic Area, piknik!

Jeszcze tylko wizyta w pobliskim miasteczku Leura, które było tak sielankowe ze swoimi małymi sklepikami i niską zabudową, że aż trudno uwierzyć, i wracałyśmy do Sydney.

Australia, Leura

Australia, Leura

Wizyta w Australii zdecydowanie zaspokajała moje kubki smakowe. Odstawiłyśmy samochód i postanowiłyśmy spędzić wieczór w pobliskim (a jakże – dość hipsterskim!) barze. Serwowali wyśmienite steki, piwo z minibrowarów, a na scenie w kącie śpiewał i grał lokalny artysta. Błogość nie do opisania. Czas jednak na dobre zostawić duże miasto za sobą, o tym jednak w następnym odcinku.

Australia, Sydney, omnommnommnom!

zwierzaki i widoki – Australia, Sydney: part I

Po przebojach związanych z podróżą, o których pisałam tutaj, konieczne było zweryfikowanie planów. Prosto z lotniska pojechałyśmy do Asi, mieszkającej w dość hipsterskiej dzielnicy Sydney – Newtown (przechrzczonej przeze mnie na Newton). Mimo zmęczenia ja już byłam zachwycona: nie ma upałów – jest przyjemny chłód, a typowo azjatycka zabudowa zamieniła się na domki, domeczki, kamienice i małe bloki, niczym w Europie. Czasem taka odskocznia od mojej singapurskiej codzienności jest bardzo potrzebna.

Królewskie śniadanie (dzięki Asiu!), szybki prysznic, chwila na rozprostowanie nóg i trzeba było ruszać. Sydney jest ogromne i nie sposób odwiedzić wszystkich interesujących miejsc w jeden dzień. Już po tych kilku godzinach wiedziałam, że Australię koniecznie muszę odwiedzić jeszcze (nie)raz, dlatego zamiast gonić od atrakcji do atrakcji, wybrałam tylko kilka na spokojnie.

Pierwszą z nich było spełnienie mojego pragnienia – zobaczyć koale :) Oczywiście idealnie byłoby obserwować je na wolności, ale takie marzenia muszę odłożyć na później. Byłam w wielu zoo na świecie, ale żadne nie miało w swoich bramach tego sympatycznego nie-misia. Udałyśmy się więc na Darling Harbour do Wildlife Sydney Zoo, które „specjalizuje się” w typowo australijskich zwierzakach: koalach, kangurach, kazuarach, diabłach tasmańskich, nie wspominając o całej rzeszy węży i pająków. Samo zoo jest dość małe i większość jego mieszkańców ogląda się zza szyby, dlatego mi najbardziej podobało się na dachu, gdzie można przyjrzeć się koalom z bliska. Jest nawet opcja zrobienia sobie z nimi zdjęcia. Trochę nie pasuje tylko ta restauracjo-kawiarnia, rozumiem ideę jedzenia posiłku patrząc na zwierzęta, ale gwar i siorbanie zdecydowanie odejmuje uroku.

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, koala jedzący liście eukaliptusa

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, śpiący koala

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, kangur i walabia

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, papużki nierozłączki <3

Darling Harbour oferuje multum innych atrakcji, my jednak promenadą udałyśmy się na przystań Darling Harbour, aby wziąć prom po zatoce Port Jackson (zwanej Zatoką Sydney). Promy kursują tu nie jako atrakcja turystyczna, ale regularny transport publiczny. Co nie zmienia faktu, że mogą zostać wykorzystane jako to pierwsze.

Australia, Sydney, Darling Harbour

Nie do końca wiedziałam, gdzie płyniemy, ale było tak przyjemnie i orzeźwiająco, że sam fakt bycia na promie wystarczał mi za atrakcję. Chwilę później wszystko było jasne, gdy moim oczom ukazał się Sydney Harbour Bridge – słynny most, jeden z symboli Sydney.

Australia, Sydney, Sydney Harbour Bridge (most na zatoce Sydney), w tle opera Sydney (Sydney Opera House)

Prom F4, którym płynęłyśmy, po krótkich przystankach na różnych przystaniach, przybijał do Circular Quay a moim oczom, ogromnym już jak pięciozłotówki, ukazał się najsłynniejszy architektonicznie symbol Australii – budynek opery w Sydney.

Australia, Sydney, opera Sydney (Sydney Opera House)

Australia, Sydney, Circular Quay

Przez chwilę zaświtał mi nawet pomysł, aby sprawdzić czy załapiemy się na jakiś koncert, ale niestety nic z tego nie wyszło. Szkoda, bo chętnie na własne ucho poznałabym jej akustykę. Spacerkiem przez lokalny market, gdzie przystanęłyśmy na szybki obiad i drobne zakupy pamiątek, przeszłyśmy się najpierw początkiem Sydney Harbour Bridge, aby podziwiać Operę, a później w drugą stronę – do podnóża tego niesamowitego budynku, skąd roztacza się niesamowity widok na zatokę i most (zwłaszcza w promieniach zachodzącego słońca, które nam towarzyszyło). Szybka wizyta w operowym sklepiku i kierowałyśmy swe kroki do metra.

Australia, Sydney, opera Sydney (Sydney Opera House)

Australia, Sydney, Sydney Harbour Bridge (most na zatoce Sydney)

Nieopodal stacji St James Asia zabrała mnie do jednego z ukrytych barów – wejście wyglądało jak schody do piwnicy przy szemranej kamienicy. A tam półki uginały się od whisky i whiskey. Kolekcja jest imponująca, a wybór może przyprawić o ból głowy jeszcze zanim zacznie się pić – Australia jest bardzo drogim krajem, więc takie przyjemności zdrowo obciążają portfel. Jak prawdziwi dżentelmeni wypiłyśmy po szklaneczce (bez coli!) i czas było wracać do domu.

Bynajmniej jednak nie był to koniec atrakcji. Asia znów dała popis kulinarny, tym razem przyrządzając mięso z.. kangura.

Australia, Sydney, stek z kangura

Zawsze mi jakoś dziwnie, kiedy próbuję mięsa zwierzęcia, którego kojarzy mi się raczej z zoo niż wiejską zagrodą. Kangur był jednak pyszny, trochę jak słodkawy, delikatny kurczak. Jeszcze tylko porcja domowej roboty tiramisu, niekończące się rozmowy i można było kłaść się spać, bo rano trzeba wstać (i bynajmniej nie „rano to jest, tak gdzieś po pierwszej” ale zdecydowanie wcześniej) – kolejna porcja australijskiej przygody już czekała.