zwierzaki i widoki – Australia, Sydney: part I

Po przebojach związanych z podróżą, o których pisałam tutaj, konieczne było zweryfikowanie planów. Prosto z lotniska pojechałyśmy do Asi, mieszkającej w dość hipsterskiej dzielnicy Sydney – Newtown (przechrzczonej przeze mnie na Newton). Mimo zmęczenia ja już byłam zachwycona: nie ma upałów – jest przyjemny chłód, a typowo azjatycka zabudowa zamieniła się na domki, domeczki, kamienice i małe bloki, niczym w Europie. Czasem taka odskocznia od mojej singapurskiej codzienności jest bardzo potrzebna.

Królewskie śniadanie (dzięki Asiu!), szybki prysznic, chwila na rozprostowanie nóg i trzeba było ruszać. Sydney jest ogromne i nie sposób odwiedzić wszystkich interesujących miejsc w jeden dzień. Już po tych kilku godzinach wiedziałam, że Australię koniecznie muszę odwiedzić jeszcze (nie)raz, dlatego zamiast gonić od atrakcji do atrakcji, wybrałam tylko kilka na spokojnie.

Pierwszą z nich było spełnienie mojego pragnienia – zobaczyć koale :) Oczywiście idealnie byłoby obserwować je na wolności, ale takie marzenia muszę odłożyć na później. Byłam w wielu zoo na świecie, ale żadne nie miało w swoich bramach tego sympatycznego nie-misia. Udałyśmy się więc na Darling Harbour do Wildlife Sydney Zoo, które „specjalizuje się” w typowo australijskich zwierzakach: koalach, kangurach, kazuarach, diabłach tasmańskich, nie wspominając o całej rzeszy węży i pająków. Samo zoo jest dość małe i większość jego mieszkańców ogląda się zza szyby, dlatego mi najbardziej podobało się na dachu, gdzie można przyjrzeć się koalom z bliska. Jest nawet opcja zrobienia sobie z nimi zdjęcia. Trochę nie pasuje tylko ta restauracjo-kawiarnia, rozumiem ideę jedzenia posiłku patrząc na zwierzęta, ale gwar i siorbanie zdecydowanie odejmuje uroku.

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, koala jedzący liście eukaliptusa

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, śpiący koala

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, kangur i walabia

Australia, Sydney, Wildlife Zoo, papużki nierozłączki <3

Darling Harbour oferuje multum innych atrakcji, my jednak promenadą udałyśmy się na przystań Darling Harbour, aby wziąć prom po zatoce Port Jackson (zwanej Zatoką Sydney). Promy kursują tu nie jako atrakcja turystyczna, ale regularny transport publiczny. Co nie zmienia faktu, że mogą zostać wykorzystane jako to pierwsze.

Australia, Sydney, Darling Harbour

Nie do końca wiedziałam, gdzie płyniemy, ale było tak przyjemnie i orzeźwiająco, że sam fakt bycia na promie wystarczał mi za atrakcję. Chwilę później wszystko było jasne, gdy moim oczom ukazał się Sydney Harbour Bridge – słynny most, jeden z symboli Sydney.

Australia, Sydney, Sydney Harbour Bridge (most na zatoce Sydney), w tle opera Sydney (Sydney Opera House)

Prom F4, którym płynęłyśmy, po krótkich przystankach na różnych przystaniach, przybijał do Circular Quay a moim oczom, ogromnym już jak pięciozłotówki, ukazał się najsłynniejszy architektonicznie symbol Australii – budynek opery w Sydney.

Australia, Sydney, opera Sydney (Sydney Opera House)

Australia, Sydney, Circular Quay

Przez chwilę zaświtał mi nawet pomysł, aby sprawdzić czy załapiemy się na jakiś koncert, ale niestety nic z tego nie wyszło. Szkoda, bo chętnie na własne ucho poznałabym jej akustykę. Spacerkiem przez lokalny market, gdzie przystanęłyśmy na szybki obiad i drobne zakupy pamiątek, przeszłyśmy się najpierw początkiem Sydney Harbour Bridge, aby podziwiać Operę, a później w drugą stronę – do podnóża tego niesamowitego budynku, skąd roztacza się niesamowity widok na zatokę i most (zwłaszcza w promieniach zachodzącego słońca, które nam towarzyszyło). Szybka wizyta w operowym sklepiku i kierowałyśmy swe kroki do metra.

Australia, Sydney, opera Sydney (Sydney Opera House)

Australia, Sydney, Sydney Harbour Bridge (most na zatoce Sydney)

Nieopodal stacji St James Asia zabrała mnie do jednego z ukrytych barów – wejście wyglądało jak schody do piwnicy przy szemranej kamienicy. A tam półki uginały się od whisky i whiskey. Kolekcja jest imponująca, a wybór może przyprawić o ból głowy jeszcze zanim zacznie się pić – Australia jest bardzo drogim krajem, więc takie przyjemności zdrowo obciążają portfel. Jak prawdziwi dżentelmeni wypiłyśmy po szklaneczce (bez coli!) i czas było wracać do domu.

Bynajmniej jednak nie był to koniec atrakcji. Asia znów dała popis kulinarny, tym razem przyrządzając mięso z.. kangura.

Australia, Sydney, stek z kangura

Zawsze mi jakoś dziwnie, kiedy próbuję mięsa zwierzęcia, którego kojarzy mi się raczej z zoo niż wiejską zagrodą. Kangur był jednak pyszny, trochę jak słodkawy, delikatny kurczak. Jeszcze tylko porcja domowej roboty tiramisu, niekończące się rozmowy i można było kłaść się spać, bo rano trzeba wstać (i bynajmniej nie „rano to jest, tak gdzieś po pierwszej” ale zdecydowanie wcześniej) – kolejna porcja australijskiej przygody już czekała.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s