W drugiej połowie 2018 nie przyszłoby mi do głowy, że granice nagle się zamkną, podróżowanie będzie niemożliwe przez wiele, wiele miesięcy, a my zostaniemy niejako zamknięci w mieście-państwie lwa, a właściwie pół-lwa pół-ryby, zwanego merlionem. Dlatego zwiedzanie okolicy, a więc wszystkich mniejszych i większych atrakcji lokalnych, nie licząc pierwszych kilku chwil po przeprowadzce tutaj, zwykle było połączone z wizytą kogoś w Singapurze. Raz w roku firma w której pracuję, wybierała też jedną z nich na zorganizowanie Family Day (Dnia Rodziny), podczas którego funduje wejściówki i organizuje różne atrakcje dla dużych i małych członków rodzin pracowników. To właśnie dzięki tej imprezie miałam okazję po raz pierwszy wsiąść do Singapore Flyer – diabelskiego młyna, zwanego bardziej pospolicie kołem obserwacyjny.
Miasto widziane z góry zawsze ma w sobie coś magicznego, daje też poczucie bycia jeszcze mniejszym w tej miejskiej dżungli. Zwłaszcza, że w najwyższym punkcie znajdujemy się ponad 150 metrów nad ziemią. To ogromne koło przez 6 lat dzierżyło tytuł najwyższego na świecie, by w 2014 utracić ten tytuł na rzecz High Roller w Las Vegas.

Singapur, Singapore Flyer, widok na hotel Marina Bay Sands i ogrody Gardens by the Bay z kopułami Flower Dome i Cloud Forest

Singapur, Singapore Flyer, widok na the Float @Marina Bay, boisko do piłki nożnej i jednocześnie scena, unoszące się nad powierzchnią wody
To jedna z tych atrakcji, do których nie wraca się zbyt często, zwłaszcza jeśli za kolejne przejażdżki trzeba zapłacić z własnej kieszeni, ale na pewno warto raz kiedyś oderwać się od ziemi i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.