Indie

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Jaisalmer: part I

Z uczuciem niedosytu jedziemy dalej. Zamówione wcześniej bilety na nocny autokar z Jaipuru do Jaisalmer przewoźnikiem Pooja Travels kosztowały nas 600 rupii od osoby (~33PLN, ~12.5SGD) za miejsca „Sleeper” czyli sypialne.

Rikszarz wysadza nas gdzieś pod wiaduktem. Miejsce ni hu hu nie zgadza mi się z mapą i jestem przekonana, że czekamy w złym miejscu. Dookoła stoją jednak ludzie z bagażami, a pan sprzedający bilety mówi, że mamy nigdzie nie odchodzić. Jest już dawno po zmroku i okolica nie zachęca. Grubo po czasie przyjeżdża rozklekotany autobus bez oświetlenia w środku, który zabrać ma nas do autokaru właściwego. Wsiadamy do niego tylko my, więc robi się trochę nerwowo. Chwilę później jesteśmy jednak w miejscu, gdzie mieliśmy zjawić się oryginalnie – firma przewozowa ma po prostu kilka punktów w mieście, z których odbiera pasażerów. A oto i on, nasza zmora. Z zewnątrz autokar prezentuje się po prostu zwyczajnie, nie jakiś najnowszych cud techniki, ale zdecydowanie klasę wyżej niż stare Autosany. Kupując bilety wyglądało na to, że autobus jest piętrowy, a do góry są miejsca do leżenia. Biorąc na logikę uznaliśmy, że będą to po prostu rozkładane fotele. Jak bardzo byliśmy w błędzie. Autokar był rozmiarów 1,5 pojazdu piętrowego. Po „naszej” stronie, nad dolnym rzędem foteli, znajdowały się zamykane.. pawlacze. Inaczej nie da się tego określić. Wyobraźcie sobie łóżko piętrowe, które od sufitu dzieli około 80 centymetrów, otoczone szybami ze wszystkich stron – nie dało się tam nawet swobodnie usiąść.

Indie, w drodze z Jaipuru do Jaisalmer, piętrowy autobus z pawlaczami sypialnymi, widok z naszego schowka

Takich schowków było 6, nam przypadł ten po lewej na końcu. Nie prowadziły do niego żadne schodki, więc wskrobać się trzeba było odbijając od foteli niżej i podciągnąć rękami.. Ostatecznie udało się Maćkowi jakoś mnie tam ulokować. Wrzuciliśmy bagaż pod głowę i chcąc nie chcąc, położyliśmy się na poplamioną i lepką od wszystkiego wykładzinę. Mordęga rozpoczęła się chwilę później. Zawieszenie to taki magiczny element wyposażenia pojazdu, którego zdecydowanie nie było. Znajdowaliśmy się nad kołem, jadąc po nierównych drogach Radżastanu. Przy każdym załamaniu nawierzchni nasze ciała podnosiły się na kilka centymetrów i opadały na twardą powierzchnię. Bite 12 godzin jazdy w pralce. Dodatkowo co chwila otwierało się przesuwne okno, serwując nam solidne podmuchy zimnego powietrza. Nijak nie szło go zablokować, oprócz trzymania ręką lub stopą. Czy muszę dodawać, że nie było szans na zmrużenie oka? Organizm kiepsko sobie radził, zjedzona kolacja wielokrotnie chciała zawrócić, bolały kości, mięśnie, drętwiało wszystko co może zdrętwieć. Najgorszy kryzys w podróży jaki kiedykolwiek dopadł mnie w życiu. Myślałam, że to się nigdy nie skończy.

Indie, w drodze z Jaipuru do Jaisalmer, pozdrawiamy z autobusowego schowka

Nad ranem, po środku niczego, autobus zatrzymał się na postój. Wysiedliśmy z nadzieją na rozprostowanie, ale nic to nie dało i  wciąż czuliśmy się fatalnie. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów pamiętam jak przez mgłę, zapadałam w minutowe drzemki, przerywane podrzutami. W końcu! Alleluja! Jaisalmer! Po drodze chyba zapomnieliśmy po co tu przyjechaliśmy, a przecież przed nami Złote Miasto i noc w namiocie na pustyni!

Oczywiście autokar przyjechał na inny dworzec niż ten, z którego odebrać nas miał organizator pustynnych atrakcji. Z pomocą kierowcy i ludzi dookoła udało się jednak z nim skontaktować i chwilę później byliśmy w dalszej drodze. Pierwszy punkt to restauracja (Season Restaurant), mimo głodu, wstrząśnięty niezmieszany żołądek trochę protestował.

Indie, Jaisalmer, pyszna sałatka w Season Restaurant, a jeśli się nie śpi całą noc to piwo na śniadanie jest również dozwolone

Indie, Jaisalmer, toaleta dwufunkcyjna, można i siadać i kucać

Jaisalmer to ostatnia większa osada przy pustynnej granicy z Pakistanem. Oprócz oczywistej atrakcji – nieprzebranej ilości ciemnożółtego piasku pustyni Thar (Wielka Pustynia Indyjska) warto poświęcić trochę czasu i zanurzyć się w żółto-złotawe mury miasta.

Zwiedzanie miasta mieliśmy zapewnione w ramach pakietu ze Spirit Desert Camp – pustynnego ośrodka, w którym postanowiliśmy się zatrzymać. Całe zakwaterowanie organizowaliśmy z wyprzedzeniem przez internet. Nasze bagaże zostały w restauracji, a my wsiedliśmy do rikszy (hurra, znowu nas wytrzęsie!). Tym razem nie za bardzo wiedzieliśmy, jaki jest plan, zdaliśmy się na kierowcę, który wiedział gdzie nas zawieźć.

Zaczęliśmy od wizyty nad sztucznym jeziorem Gadisar Lake. Wydrążone w XIV wieku na rozkaz pierwszego władcy Jaisalmer, było jedynym źródłem wody w okolicy. Jego brzeg otaczają misternie zdobione świątynie, kaplice i kapliczki hinduistyczne, niektóre wystają wprost z wody. Okolica jeziora to także dobre miejsce do podziwiania panoramy Złotego Miasta – jak okiem sięgnął widać tylko niskie, żółtawe budynki. Nie obchodziliśmy jednak całego jeziora dookoła, fragment nieopodal drogi w zupełności wystarczył, żeby zobaczyć piękno okolicy.

Indie, Jaisalmer, Gadisar Lake

Indie, Jaisalmer, świątynie i kapliczki na brzegu Gadisar Lake

Indie, Jaisalmer, stragany obok Gadisar Lake, święte krowy i widok na Fort Jaisalmer

Następnie udajemy się do Mandir Palace, płacąc na wejściu 150 rupii (8,30PLN, 3,1SGD) za 2 osoby, mimo że na bilecie widnieje kwota 300 rupii od osoby. Miejsce okazuje się być wybudowanym w XIX wieku domem ówczesnego Maharadży Jaisalmer. Obecnie jego potomkowie prowadzą w pałacu.. hotel! Gdybym tylko wiedziała wcześniej, że mogę spędzić noc w pałacu! Na szczęście jest on udostępniony również dla zwiedzających z zewnątrz. Rzeźbiarstwo i snycerstwo nabiera tu nowego znaczenia. Misterne ornamenty ciężko opisać słowami, długie godziny ciężkiej pracy widać tu absolutnie na każdej powierzchni. Znajdująca się w pałacu wieża Badal Vilas to najwyższy obecnie punkt w mieście (nie licząc fortu znajdującego się na wzgórzu).

Indie, Jaisalmer, wejście do Mandir Palace

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace, po drugiej stronie lustra, zdjęcie robione oczami

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace, wieża Badal Vilas

Mandir to nie jedyne miejsce by podziwiać wspaniałe dzieło artystów-rzemieślników. Kierujemy się bowiem do Patwa-ki-Haveli (Patwon Ki Haveliyan). Haveli to swego rodzaju ciąg hinduskich kamienic wybudowanych wzdłuż bardzo wąskich uliczek. Miejsce, które odwiedzamy uznawane jest za jedno z okazalszych reprezentantów tego stylu budownictwa. Wieżyczki, balkoniki, arkady, portale, attyki i co tylko. Wszystko zdobione z niewiarygodną wręcz drobiazgowością. Pierwsze haveli w Jaisalmer powstały właśnie tu na początku XIX wieku, jest to właściwie kompleks 5 różnych haveli w jednym miejscu, które pewien handlarz-bogacz miał wybudować dla swoich 5 synów. Obecnie budynki pełnią różne funkcje urzędowe, jest muzeum (nie wchodziliśmy), pełno tu również kramów i kramików z mydłem i powidłem. Wejście na uliczki płatne jest 50 rupii (1SGD, 2,75PLN) od osoby.

Indie, Jaisalmer, wąskie uliczki Patwa-ki-Haveli

Indie, Jaisalmer, wąskie uliczki Patwa-ki-Haveli

Ostatnim punktem wycieczki po mieście jest Fort Jaisalmer, jedna z największych, w całości zachowanych, fortyfikacji na świecie. Wybudowany w XII wieku, oprócz swoich właściwości obronnych, pełnił też ważną funkcję przystankową na Szlaku Jedwabnym. Rawa Jaisal, w tamtym czasie władca tych terenów, na skutek okołoreligijnych wydarzeń zdecydował się dać początek miastu właśnie tutaj, nazywając je Jaisalmer od swojego imienia.

Indie, Jaisalmer, Fort Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer

Wejście do fortu płatne jest 500 rupii od osoby (27,5PLN, 10SGD) plus 100 rupii (2SGD, 5,5PLN) za możliwość robienia zdjęć. Na każdym kroku otacza nas żółty piaskowiec, spacerując wzdłuż murów widok rozpościera się na żółto-złote miasto. Wszystko idealnie wtapia się w piaski pustyni, do której już rzut beretem. Podobnie jak w pozostałych, w jaisalmerskim forcie można przepaść na długie godziny. Zakurzeni wszechobecnym pyłem i umęczeni po nieprzespanej nocy nie mamy zbyt dużo energii, więc zaznajamiamy się tylko pobieżnie z pomieszczeniami i świątyniami na terenie fortu, zmuszając ostatkiem sił szare komórki do próby ogarnięcia drzewa genealogicznego władców Jaisalmer i okolicy.

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer, genealogia władców miasta..

Indie, Jaisalmer, makieta Fortu Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, widok z jednego ze skrzydeł Fortu Jaisalmer

Wracamy do restauracji, skąd po obiedzie mają zabrać nas na pustynię. O dwóch takich co jeździli wielbłądem w następnej części!

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Jaipur

Czas na kolejny rozdział indyjskich opowieści!

Na stacji w Agrze wsiadamy w pociąg 12036/AF JP SHATABDI EXPRESS do Jaipuru (Jaipur Junction) – czyli ze stacją końcową w miejscowości dla nas docelowej. Pociąg ma dwie klasy, ale kiedy znajoma rezerwowała nam bilety, dostępne były tylko miejsca w klasie wyższej (klasa EC (Executive Class)). W cenie 1247.9 rupii (~26SGD, ~69PLN) od osoby, za tą 241-kilometrową podróż, jest bezprzedziałowy pociąg o całkiem współczesnym wyglądzie i z pełnym wyżywieniem. Jak pełnym? W ciągu niespełna 4h podano przystawki, ogromny obiad, przekąski, deser i zupę! Początkowo byliśmy totalnie sceptyczni do jedzenia w pociągu – w Polsce miałabym obawy (chociaż widziałam ostatnio, że Pendolino próbuje przywrócić wiarę w WARSy) a gdzie dopiero w Indiach! Burczenie w brzuchu przytłumiło jednak zdrowy rozsądek i pałaszowaliśmy, aż się uszy trzęsły! Było smacznie i na szczęście obyło się bez toaletowych ekscesów później.

Indie, stacja kolejowa w Agrze, w pociągu do Jaipuru

Indie, w pociągu relacji Agra-Jaipur, tak – to jest posiłek na jedną osobę, tak – było tego więcej, może nie wygląda apetycznie, ale było smaczne!

Późnym wieczorem byliśmy na miejscu – witamy w Radżastanie! Okolica dworca nie zachęcała do pieszych wędrówek po zmroku. Szybko zapakowaliśmy się więc do rikszy i daliśmy się przewieźć jakieś 3 minuty – nasz hotel znajdował się praktycznie na przeciwko stacji kolejowej. Kolejny dzień intensywnej podróży i ciążąca wciąż nad nami zmiana strefy czasowej sprawia, że zasypiamy momentalnie, a rano ciężko nam się wygrzebać. Śniadanie w hotelu rozpieszcza hinduskimi smakołykami. Kiedy w końcu jesteśmy gotowi do wyjścia, jest już grubo po 12.00. Niestety w Indiach wiele atrakcji zamyka się o 17.00. W planach mieliśmy tylko fort i krótki spacer po historycznym centrum miasta, więc uznałam, że czasu mamy wystarczająco.

Łapiemy rikszę do Amber (Amer) Fort (nazwa fort i pałac jest często używana zamiennie – wiele budowli to po prostu pałace w forcie) i zanurzamy się w 45-minutowe wycia silnika. Ten XVII-wieczny fort znajduje się na wysokim wzgórzu, kawałek za miastem. Historia Indii jest dla mnie wciąż bardzo zawiła, mamy jednak tu do czynienia z Radźputanami (Rajput) – hinduskimi klanami rycerskimi. Wciąż są to czasy panowania Mogołów, w których Akbar, powierzył te tereny zwierzchnictwu swojego zaufanemu wojownikowi radży Man Singh I i pierwsze kształty fortu, który możemy podziwiać obecnie, zostały powołane do życia.

Indie, Jaipur, wejście do Amber Fort

Ustalamy z rikszarzem, że przyjedzie nas odebrać i drepczemy placem wzdłuż jeziora Maotha (Maotha Lake) by dołączyć do ogonka przed kasą biletową. Patrząc na ogrom pałacu już wiemy, że prawdopodobnie przepadniemy na długie godziny.

Indie, Jaipur, Amber Fort

Bilet kosztuje 500 rupii od osoby (~28PLN, ~10.4SGD), dodatkowo 200 rupii  (~11PLN, ~4.2SGD) od osoby za tzw Composite Ticket czyli bilet uprawniający do wejścia na inne atrakcje w mieście. Nie wiadomo dlaczego dostajemy dwa bilety w cenie jednego, nie będziemy jednak narzekać!

Skrobiemy się schodkami do bramy Suraj Pol Gate, przez którą wchodzimy do pierwszej z czterech części fortu, zwanej Jaleb Chowk. Składa się ona głównie z placu, na którym odbywał się przegląd wojska, wojownicy prezentowali swoje wojenne zdobycze, a zwierzęta wykorzystywane w boju – konie i słonie – miały swoje stajnie (czy słoń mieszka w stajni?!).

Indie, Jaipur, Amber Fort, Suraj Pol Gate na placu Jaleb Chowk

Czerwony piaskowiec zaczyna przeplatać się z marmurami – jesteśmy w drugiej części fortu, która służył jako miejsce publicznych audiencji. Kiedy Maharadża przyjmował interesantów pod czerwonym dachem Diwan-I-Am, w zakamarkach marmurów (Sattais Katcheri) jego księgowi liczyli datki przyniesione przez poddanych.

Indie, Jaipur, Amber Fort, Diwan-I-Am – Hall of Public Audience

To co najwspanialsze ukrywa się w kolejnej części – prywatne pomieszczenia władcy, rodziny i świty. Marmury, mozaika, lusterka, a na środku wspaniały ogród! Chodzimy po piętrach jak zaczarowani i gubilibyśmy się nieustannie, gdyby nie ochroniarz, który postanowił się z nami zaprzyjaźnić (czytaj: zaczął nas oprowadzać licząc na datek). Normalnie nie lubię takiego narzucania się i stawiam sprawę jasno, ale ten gość minął się z powołaniem i powinien być przewodnikiem. Bez niego nie dotarlibyśmy pewnie w wiele miejsc, wliczając demonstrację systemu dostarczania wody do pałacu.

Indie, Jaipur, Amber Fort, część pałacowa

Indie, Jaipur, Amber Fort, Jas Mandir – Hall of private audience

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Jas Mandir

Indie, Jaipur, Amber Fort, niesamowity ogród w części pałacowej, w tle Jas Mandir

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Jas Mandir

Z lusterkami w pałacu Sheesh Mahal wiąże się legenda, w której jeden mały płomień odbija się od rozsianych mikro-lustereczek, tworząc złudzenie rozgwieżdżonego nieba. Zafascynowana światłem gwiazd królowa, chciała spać pod gołym niebem, nie było to jednak możliwe ze względów bezpieczeństwa, dlatego Maharadża wybudował dla niej Szklany Pałac, czym podarował jej gwiazdki z nieba prosto w zadaszonej sypialni. Romantyk!

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Sheesh Mahal – szklany pałac

Indie, Jaipur, Amber Fort, zdobienia wewnątrz Sheesh Mahal – szklany pałac

Indie, Jaipur, Amber Fort, marmurowe korytarze części pałacowej

Indie, Jaipur, Amber Fort, mechanizm dostarczania wody do części pałacowej

Kiedy padną słowa „Wielki Mur” od razu przed oczami pojawia się obrazek chińskiej fortyfikacji. Nie byli oni jedyni, którzy wpadli na pomysł, że wysokie ogrodzenie poprawia bezpieczeństwo. Drugi pod względem wielkości na świecie jest Wielki Mur w Indiach, którego fragmenty obserwować można z Amber Fortu. Chętnie byśmy się nim przespacerowali, ale pozostała nam ostatnia część fortu do zwiedzenia, a zegar tykał niemiłosiernie.

Indie, Jaipur, Amber Fort, widok na Wielki Mur Indii

Indie, Jaipur, Amber Fort, widok na Wielki Mur Indii i jezioro Maotha

Marmury zniknęły, zrobiło się trochę zaniedbanie. Na tyłach fortu (miejsce zwane Zenana) mieszkały matki, żony, córki, konkubiny i inne kobiety z otoczenia władcy. Na placu znajduje się Baradari – zadaszona konstrukcja z dobrym przepływem świeżego powietrza oraz nieźle brzmiącą akustyką, w której za dnia szukało się schronienia przed gorącem, a wieczorem odbywały się tańce i śpiewy. Obstawiam, że hulanki i swawole również.

Indie, Jaipur, Amber Fort, Baradari

Indie, Jaipur, Amber Fort, na górze części Zenana – przeznaczonej dla kobiet

Usatysfakcjonowani oprowadzaniem  pożegnaliśmy naszego ochroniarza zwitkiem rupii i już na własną rękę zaczęliśmy wracać, po drodze przystając oczywiście w zagłębiu pamiątek. Wzbogaciłam się o ciąg bransoletek, które dopełnią mój strój na wesele. Po dłuższej debacie na temat obciążenia na dalszą podróż, postanowiliśmy jednak kupić ogromną (i ciężką..) książkę kucharską – przekrój całej kuchni hinduskiej – było warto!

Na koniec jeszcze ręcznie robione pieczęci, używane do barwienia strojów, którym nie mogłam się oprzeć, rzut okiem na teatrzyk kukiełkowy i wypatrujemy naszą rikszę. Na szczęście to kierowca wypatrzył nas.

Indie, Jaipur, Amber Fort, teatrzyk kukiełkowy

Jest po 16.00, spędziliśmy w forcie ponad 2,5h. Nasz bilet na inne atrakcje nie ma już najmniejszego sensu. Nie spodziewaliśmy się, że fort będzie tak ogromny i ciekawy.

Wyskakujemy z rikszy w historycznym centrum miasta – pink city, różowe miasto. Nazwa nieprzypadkowa – wszystkie budynki prezentują się w tym cukierkowym kolorze. Wszystko przez to, że wieki temu jeden Maharadża chciał udowodnić wizytującemu księciu jakim to pięknym miastem zarządza, nakazał więc wymalować wszystko na różowo. Zdaje się, że nie zrobiłam ani jednego zdjęcia.. Bynajmniej nie przez moją niechęć do tej barwy. Byliśmy w pośpiechu, szybkim krokiem przemierzając bazarowe ulice starego miasta do ostatniej atrakcji – Hawa Mahal. Ten znajdujący się w centrum pałac, został ukończony w ostatnim roku XVIII wieku. Ciekawa fasada, inspirowana koroną boga Kriszny, umożliwiała kobietom z rodziny królewskiej obserwowanie parad ulicznych i codziennego życia, pozostając niezauważonymi. Nie było już możliwości wejścia do środka obiektu – za późno. Stanęliśmy na ulicy na przeciwko, usiłując objąć te 5 wspaniałych pięter w obiektywie, kiedy pojawił się mężczyzna zapraszając nas po schodach na górę, by zrobić lepsze zdjęcie. Początkowo sceptyczni podążyliśmy jednak za nim. Istotnie, z tarasu cały obiekt mieścił się idealnie. Oczywiście nic za darmo, więc zaproszenie łączyło się z odwiedzeniem znajdującego się na piętrze sklepu z biżuterią. Grzecznie rzuciliśmy okiem i wyszliśmy (bez żadnych zakupów).

Indie, Jaipur, Pink City (Old Town), Hawa Mahal

Jeszcze szybka decyzja odnośnie skórzanych klapek na wesele (uff.. na szczęście pod sari nie trzeba mieć szpilek!), kolejne pieczątki do kolekcji i wraz z zachodzącym słońcem wracamy do hotelu z uczuciem niedosytu. Jaipur to pierwsze miejsce w Indiach, do którego mam nadzieję jeszcze wrócić!

Czas na nas, tym razem dalekobieżny autobus nocny ma zawieźć nas do Jaisalmer – skąd już rzut beretem do granicy z Pakistanem. O najgorszej w życiu podróży autokarem w następnym odcinku.