Azja

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Delhi: part I

Wypoczęci po letnich wojażach? Chociaż trudno mi uwierzyć, to ja sezon wakacyjny (przynajmniej względem polskiego kalendarza) spędziłam w domu. Po przeprowadzkowych zawirowaniach (wciąż mieszkam w Singapurze, tylko po drugiej stronie) trochę mi zajęło ogarnięcie życia, ale wracam do pisania! Trochę trudniej jest też zebrać się, gdy czeka na człowieka prawie 10GB zdjęć i cztery razy tyle filmów z GoPro. Ciężko przywieźć mniej, gdy otwiera się przed Tobą tak niesamowity kraj jak Indie!

Na podróżniczej liście marzeń nie plasowały się jakoś szczególnie wysoko. I pewnie jeszcze długo bym tam nie pojechała, gdyby nie szczególny powód, a tym właśnie było zaproszenie na ślub i wesele mojego kolegi z pracy, a prywatnie serdecznego przyjaciela. Impreza odbywała się na południu Indii, nieopodal Kochi, ale nie byłabym sobą, gdybym pojechała tylko do punktu A. W mojej głowie (z pomocą internetu, papierowego przewodnika i opowieści hinduskich znajomych) mozolnie klarował się plan na, aż i tylko, 10-dniową wyprawę! Jak zawsze: zapakowaną atrakcjami do ostatniej minuty! Wciąż nie mogę uwierzyć, że Maciek zgodził się na to szaleństwo – co dzień lub dwa autobusem/pociągiem/samolotem przemierzaliśmy setki kilometrów do kolejnego miejsca, które sobie upatrzyłam, przecinając Indie od góry do dołu. Delhi, Agra, Jaipur, Jaisalmer, Aurangabad i Kochi, skąd już rzut beretem do Irinjalakudy, gdzie odbywało się wesele.

Indie, trasa wyprawy

Jak wiadomo, nadrabiam zaległości, mówimy więc o przełomie grudnia i stycznia 2015/2016. W moim singapurskim domu jemy wigilię w gronie znajomych, pakujemy im na wynos resztę pierogów i ryby po grecku, przymykamy oko na kilka godzin, by bladym świtem Bożego Narodzenia, gdy część z Was w Polsce wybierało się na pasterkę, wyruszyć w drogę.

Singapur, ruszamy!

Poranny lot Air India do hinduskiej stolicy – Delhi, upływa spokojnie, a my próbujemy podtrzymać świąteczną atmosferę pałaszując domowej roboty pierniki. Na miejscu cofamy zegarki o 2 i pół godziny – tak, to pół godziny utrudnia życie przy przeliczaniu. Ahoj przygodo! Międzynarodowe Lotnisko Indira Gandhi w Delhi skomunikowane jest z centrum miasta wygodnym i nowoczesnym pociągiem – Delhi Airport Express (pomarańczowa linia). W mniej niż pół godziny, za cenę 60 Rupii (3,35PLN, 1.30SGD przy obecnym kursie) docieramy do New Delhi Railway Station. Stąd wydawałoby się już tylko prosta droga do hotelu, spacerkiem przez Main Bazaar Road. Co w teorii i na Google maps wygląda na 15 minutowy spacerek, zamieniło się w prawie godzinne błądzenie wąskimi uliczkami pełnymi mydła i powidła. Po raz pierwszy i nie ostatni przekonaliśmy się, że Google maps w Indiach bywają bezużyteczne. Cóż, przynajmniej poznaliśmy okolicę.. Docieramy w końcu do hotelu, do upragnionego prysznica i łóżka, by chociaż na godzinkę wyciągnąć nogi. Zwrot ten, ma tutaj szczególne znaczenie, albowiem widok z okna jest co najmniej nietuzinkowy. Gdy po jednej stronie obserwujemy ulicznych sprzedawców warzyw, owoców i ryb, to po drugiej okna wychodzą wprost na.. cmentarz. Indian Christian Cemetery – cmentarz dla hinduski chrześcijan. Przy wyborze hotelu kierowałam się raczej bliskością do głównego dworca kolejowego jak i stacji metra, ale jak widać ciekawe przypadki się zdarzają.

Indie, Delhi, widok z hotelu na ulicę handlową..

Indie, Delhi, .. oraz widok z hotelu na cmentarz (Indian Christian Cemetery)

Nieco zregenerowani wynurzyliśmy się z hoteli w głośny i zakurzony świat. Metro ma zdecydowanie większą siłę przebicia niż jakikolwiek transport naziemny, dlatego skierowaliśmy się na pobliską stację o jakże łatwej do zapamiętania nazwie: Ramakrishna Ashram Marg (niebieska linia), skracanej na przeróżne sposoby (RK Asram Marg, R.K. Marg itp). Jedyną zaplanowaną atrakcją na to późne popołudnie był Red Fort – Czerwony Fort, który od XVII wieku, przez prawie 200 lat służył za siedzibę władców z dynastii Mogołów, którzy panowali w tym rejonie. Ma za sobą burzliwą historię, która stawia go na czele historycznie ważnych budowli obecnego Delhi. Architektonicznie urzeka bijącą czerwienią.

Z niebieskiej linii przesiedliśmy się w żółtą, aby dotrzeć na najbliższą fortowi stację – Chandni Chowk. Metro w hinduskiej stolicy zaskoczyło nas pozytywnie! Jest w miarę nowoczesne. Bilety, a właściwie plastikowe, wracane tokeny kupowaliśmy zawsze na bieżąco, po odstaniu krótszej lub dłuższej chwili w kolejce. Bagaże i ludzie są sprawdzani/skanowani przed każdorazowym wejściem na perony. Wszystko jest dobrze oznakowane. O każdej porze panuje ścisk i tłok. I chociaż jestem przyzwyczajona do takiego obrazu, chociażby z porannych podróży do pracy w Singapurze, to jednak nie do końca czułam się komfortowo. Nic złego się nie wydarzyło, jednak podróżowanie twarz przy twarzy, ramię przy ramieniu w wagonie pełnym lokalnych mężczyzn, nieskrępowanie gapiących się na Ciebie, zdecydowanie uświadamia, że kulturowo to inny świat. Dla kobiet jest osobny wagon, przeznaczony tylko dla nich. W pozostałych kobiety stanowiły maksymalnie 5% podróżnych, głównie jako towarzyszki mężów/chłopaków/braci/ojców/synów. Mając do wyboru zaciekawione spojrzenia lub rozdzielenie się z Maćkiem (z oczywistych względów nie miał wstępu do kobiecych wagonów), wybierałam to pierwsze – wystarczyło schować się w jego ramionach, które stanowiły wystarczającą barierę.

Ze stacji Chandni Chowk do Lahori Gate, wejściowej bramy Red Fortu, prowadziła, jak się wydawało, prosta, 15-minutowa droga. Moja wiara w naszą zdolność korzystania z mapy upadła po raz kolejny, gdy po prawie pół godziny wciąż nie było widać naszego celu. Same wyjścia z metra nie są już tak dobrze oznakowane, więc najpewniej wyszliśmy ze złej strony, ale błądząc niemiłosiernie w końcu ujrzeliśmy kopuły widziane wcześniej w przewodniku.

Słońce zaczynało powoli zachodzić, a fort zamykali o 18.30. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, zwłaszcza, że po bilety ustawiła się kolejka. Późnym wieczorem, po oficjalnych godzinach zwiedzania, odbywają się w środku pokazy dźwiękowo-świetlne – Sound and Light Show, mające na celu przybliżenie historii tego miejsca. Uznaliśmy, że to dobry pomysł na zmaksymalizowanie naszego czasu zwiedzania, mimo że na angielskojęzyczną wersję trzeba było czekać do 20:30, zakupiliśmy więc bilety (80 Rupii od osoby, ~1.7SGD, ~4,5PLN).

Indie, Delhi, Red Fort, Maciek w kolejce po bilety

Tak jak przewidywaliśmy, niewiele udało nam się zobaczyć w świetle dnia, bo poszczególne budowle wewnątrz fortu były już zamykane, zostawiając otwartą tylko ścieżkę w głąb, do miejsca w którym odbywał się pokaz. Niemniej jednak fort prezentuje się okazale, a wszechobecna czerwień dodaje mu majestatu.

Indie, Delhi, Red Fort, mur nieopodal Lahori Gate

Indie, Delhi, Red Fort, mur nieopodal Lahori Gate

Indie, Delhi, Red Fort, Diwan-i-Aam, miejsce publicznych audiencji

Postanowiliśmy wykorzystać czas na posiłek. W okolicy raczej nie było widać żadnych sensownych jadłodajni, dlatego ruszyliśmy za poleceniem przewodnika, który pokazywał (jak zawsze z resztą..) prostą drogę. Było już ciemnawo, a okolica raczej zatłoczona, więc zdecydowanie nie wskazane było włóczyć się gdzieś daleko. Poddaliśmy się kilkanaście minut później, gdy w tłumie ręka jednego z miejscowych powędrowała zdecydowanie za blisko mojego biustu.. Nie groził mi, nic z tych rzeczy, jedynie wpadł na pomysł by tak przelotnie, w biegu, niepostrzeżenie sobie dotknąć.. Wrrr.. Moje wcześniejsze dobre, pierwsze wrażenie o tym kraju, zmieniło się diametralnie. Na szczęście taka sytuacja, ani żadna inna jej podobna, nigdy więcej się nie wydarzyła, a im dalej od Delhi, tym zdecydowanie lepsze wrażenia pod względem społeczeństwa.

Wróciliśmy do Fortu – pokaz odbywał się na świeżym powietrzu. Usadowiliśmy się w pierwszy rzędzie, by mieć jak najlepszy widok, tylko że.. nie było na co. To nie było przedstawienie. Zgodnie z nazwą był tylko dźwięk i światło. Z głośnika płynęła opowieść, wystrzały, rżenie koni i inne odgłosy, w akompaniamencie zapalających się z różnych stron kolorowych lamp, oświetlających małe budynki i pomniki dookoła. Zawsze mam ogromny szacunek dla lokalnej sztuki, nawet jeśli jej nie rozumiem, wysiedzę do końca, bo wiem, że artyści włożyli i codziennie wkładają, mnóstwo pracy był dostarczać rozrywki przybyłym. Tutaj jednak nie wytrzymałam. Było zimno, wspomnienie ostatniej godziny skutecznie psuło humor, a pokaz był po prostu beznadziejny. Wyszliśmy po 20 minutach, łapiąc pod bramą rikszę, która bez błądzenia zawiozła nas do metra.

Indie, Delhi, Red Fort, Lahori Gate

Czas odpocząć, by w świetle kolejnego dnia, dać drugą szansę temu miastu.

O tym jednak później.

wodno-plażowy mango-raj – Filipiny, wyspa Boracay: akt II

Wiecie w jaki sposób można dobrze zacząć świętowanie własnych urodzin? Na przykład śniadaniem z dużą dozą mango, zjedzonym w kafejce nieopodal niesamowitej plaży! Moje uzależnienie od tego owocu znacznie nasiliło się na Filipinach.

Filipiny, wyspa Boracay, granola z jogurtem i mango w Lemoni Cafe and Restaurant

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach, rzeźba z piasku

Filipiny, wyspa Boracay, przechowalnia mężów ;)

Aby nie przedawkować słońca, zdolnego zamienić naszą jasną skórę w dorodnego pomidoro-buraka, udaliśmy się na północny-wschód wyspy po dawkę adrenaliny. Jak to lubił mawiać mój szkolny kolega „jest ryzyko jest zabawa”. I choć w jego przypadku miało to głównie znaczenie nie zgłaszania nieprzygotowania (tzw. brania kropki) mimo pustki w głowie na lekcjach, gdzie nauczyciel lubił weryfikować naszą wiedzę przy tablicy, to tym bardziej można tę frazę zastosować podczas zjazdu na Boracay Cable Car and Zipline. Nie była to jednak sielankowa tyrolka, gdzie w nosidełku z uprzęży zjeżdża się w pozycji siedzącej. Tutaj, w pozycji leżącej, ładowani jesteśmy na płachtę, podpinani od góry do kabla i.. heja.. Nie ma się czego złapać, a głowa idzie pierwsza, dopiero za nią reszta ciała, pod nami przepaść i nie da się nie patrzeć w dół (no chyba, że ktoś jest na tyle odważny by zamknąć oczy). Pierwsze ułamki sekund zdecydowanie powodują, że serce staje a buzia sama krzyczy, by po chwili ustąpić miejsca euforii podekscytowania. Jak ptak, jak superbohater, prujemy przez 70 metrów, rozwijając prędkość nawet do 90km/h (!) !!! Z uprzęży wysiadłam na nogach z waty, ale uśmiech mówił wszystko – zdecydowanie to to, co tygryski lubią najbardziej! Spokojny powrót wyciągiem krzesełkowym do pierwszej wieży pozwolił obejrzeć okolicę, niezbyt jest czas skupić się na niej podczas „lotu”.

Po południu czas było schłodzić emocje, a przy okazji zobaczyć jedną z bardziej rozpoznawalnych atrakcji Boracay – skałę Willy’s Rock znajdującą się nieopodal brzegu White Beach. Ta maciupka formacja wulkaniczna niektórym przypomina zamek, a swą rozpoznawalność zawdzięcza znajdującemu się na niej posągowi Marii Zawsze Dziewicy – religijne przywiązanie Filipińczyków objawia się w wielu miejscach.

Filipiny, wyspa Boracay, zachód słońca przy Willy’s Rock

Filipiny, wyspa Boracay, zachód słońca przy Willy’s Rock, White Beach

Po kolejnym przepięknym zachodzie słońca, podjęliśmy się pierwszej próby kuchni filipińskiej – kolejny spożywczy sukces! Kurczak Chicken Adobo zdecydowanie wygrał, tłuściutki Crispy Pork Belly (chrupiący boczko-bekon) też dał radę. A, że jest taki owoc, który całkowicie zdominował ten wyjazd, to nie sposób było odmówić sobie urodzinowych drinków na bazie.. rumu mango! Pycha!

Ostatniego pełnego dnia przed wyjazdem nie zwalnialiśmy tempa. Wybraliśmy się najpierw na island hopping, co w dosłownym tłumaczeniu jest skakaniem z wyspy na wyspę – atrakcja często oferowana w nadwodnych kurortach. Załadowaliśmy się na łódkę i ruszyliśmy na południowy-wschód, by wkrótce wyskoczyć na otwarte wody i nurkować z maską, podziwiając niesamowitą faunę i florę morza Sibuyan nieopodal Crocodile Island. Zdrowo nasiąknięci wgramoliliśmy się z powrotem do łódki i chwilę później spacerowaliśmy wśród dziwnych rzeźb na pobliskiej Magic Island.

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, ciekawe krzesełka

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, zatoka w jaskini

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, Słoneczny Patrol :)

Znajduje się tam również jaskinia do której wlewa się bezpośrednio woda z morza – Maciek nie odmówił sobie skoku w głębiny jaskiniowej zatoki. Na koniec tej pół-dniowej wycieczki dopłynęliśmy na północny kraniec wyspy – plażę Puka, na której gęsto było od muszli i kawałków koralowca.

Filipiny, wyspa Boracay, okolice Puka Beach

Filipiny, wyspa Boracay, łódka na Puka Beach

Mieliśmy na spokojnie obejrzeć ostatni zachód słońca na White Beach, ale nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie obejrzeli go z troszeczkę innej perspektywy. Tym sposobem chwilę po dopłynięciu na przystań tarabaniliśmy się z powrotem na łódkę, by po założeniu uprzęży spróbować.. parasailingu, czyli lotu ze spadochronem, który ciągnięty jest przez motorówkę. O tak, z takiej perspektywy magia kolorów znad horyzontu wydawała się jeszcze bardziej niesamowita.

Opisem ciężko oddać emocje i wrażenia towarzyszące wszystkim wspomnianym atrakcjom, mam więc nadzieję, że pomoże choć trochę mój pierwszy, mozolnie zmontowany filmik nakręcony za pomocą GoPro. I chociaż na początku przeklinałam obróbkę, wciąż sprawia mi frajdę oglądanie końcowego dzieła. Zapraszam poniżej:

Ostatni poranek to niesamowity wschód słońca na ‚naszej’ plaży, który również widać na filmie i pakowaliśmy się w drogę powrotną. Najpierw Langkawi, teraz Boracay, chyba przestaję utożsamiać wyspy z leżeniem plackiem na plaży i coraz bardziej zaczyna mi się podobać!

Filipiny, wyspa Boracay, wschód słońca na Bulabog Beach

Filipiny, wyspa Boracay, wschód słońca na Bulabog Beach

Tymczasem znów nastąpi ciut dłuższa przerwa w dostawie wspomnień – przede mną przeprowadzka do nowego mieszkania, trzymajcie kciuki żeby stały internet szybko zagościł pod moim przyszłym dachem.