Najważniejszym dniem jest wigilia Nowego Roku, czyli odpowiednik Sylwestra. Przede wszystkim nie powinno się zakładać w ten dzień starych ubrań, bo z bogactwa nici – wszystko musi być nówka sztuka, a wieczorem kolacja, fajerwerki i bębny po północy obwieszczające nadejście nowego. Tradycyjną potrawą podawaną podczas tej celebracji jest Yu Sheng zwany też Lo-Hei! Składnikami są: surowa ryba (głównie łosoś, który osiąga wtedy zawrotne ceny), poszatkowana rzodkiew, barwiona na kilka kolorów, marchewka, sos śliwkowy, pokruszone orzeszki ziemne, pomelo, specjalne, kruszone krakersy, sezam, odrobina oliwy. Każdy z tych elementów ma swoje znaczenie, wszystkie kręcą się głównie w koło bogactwa, powodzenia i wiecznej młodości. Jak tak czytam, co jest tam namieszane, to brzmi strasznie – a wygląda właśnie tak:
Singapur
Chwila oddechu, pierwszy od wielu tygodni wolny popołudnio-wieczór. Za razem ostatni. Na kilka najbliższych tygodni. Widać światło w tunelu. Mam nadzieję, że to nie pociąg.
Jeśli chodzi o ramy czasowe tej notki, to wracam do.. lutego. Na przełomie stycznia i lutego obchodzony jest bowiem Chiński Nowy Rok, najważniejsze święto w Azji. Z tej okazji w Chinach ludzie świętują cały tydzień – okrągłe 7 dni wolne od pracy! W Singapurze były to tylko dwa dni.. Całe obchody zajmują jednak ok. 2 tygodnie jeśli się nie mylę – różnego rodzaju przedstawienia, pochody, pokazy, codziennie gdzieś-coś. W tym roku, jakkolwiek dziwnie to brzmi, pierwszy dzień nowego roku przypadł 10 lutego.
W tej części świata wszystkie święta mają jak widzę charakter rodzinny – owszem wychodzi się gdzieś ze znajomymi, ale większość czasu spędza się jednak w domu. Wszechobecna krzątanina i witryny sklepowe uzmysławiają, że dla nich te dni są jak nasze Boże Narodzenie. Wszędzie pełno lampionów, życzeń, ludzie robią zakupy, sprzątają, przystrajają domy, targają drzewka mandarynkowe. Ano właśnie, kolejna analogia do Świąt – mandarynki. Komu nie kojarzą się atmosferą około-wigilijną? Tutaj mają jednak dodatkowe znaczenie – są symbolem szczęścia i bogactwa. Jeśli odwiedza się znajomych Chińczyków (tudzież innych Azjatów, bo mimo że przydomek „chiński” to jednak święto celebrowane jest w całej Azji) w okolicy ichniejszego Nowego Roku to wskazanym gestem jest podarowanie gospodarzom właśnie mandarynek. Większość składanych sobie życzeń dotyczy właśnie – „oby nam się..” czyli dobrobytu! Prosperity everywhere. W ramach prezentów, głównie dzieciom i młodzieży, wręcza się małe, czerwone koperty z drobnymi kwotami pieniędzy – Ang Pao.
Instrukcja obsługi lo-hei:
– przygotować
– znaleźć grupę ludzi – znajomych/przyjaciół/rodzinę
– wziąć pałeczki
– wszyscy jednocześnie wkładają pałeczki w to jedzenie, podnoszą i upuszczają, próbując trafić z powrotem w talerz wypowiadając jednocześnie życzenia
– im wyżej tym lepiej
– powtarzać kilkakrotnie aż się wymiesza i skończą się pomysły na życzenia
– zjeść to co zostało na talerzu
– znaleźć kogoś kto posprząta
Miałam okazję spróbować „mieszać” i spróbować lo-hei właśnie w wigilię Chińskiego Nowego Roku. Chociaż z opisu składników wydaje się, że nic do siebie nie pasuje, to tworzy to całkiem smakowitą całość.
Od prawie trzech miesięcy żyję w roku Wodnego Węża, który objawiać ma się obfitymi opadami deszczu przez cały rok. Z tego co udało mi się wywnioskować, nie jest to najlepszy symbol, ale zobaczymy, może jakoś przetrwam te chińskie wróżby.
ptasie radio – Singapur, Sylwester 2013 i Bird Park
Wojaży koniec. Nie na zawsze oczywiście. Najprawdopodobniej do maja. Trzeba dokończyć to co się zaczęło, a będzie mnie to kosztować jeszcze sporo wieczorów i weekendów, więc raczej na dłuższe wypady nie ma szans. Co nie zmienia faktu, że wracam do dalszej eksploracji Singapuru. Myślę, że to państwo-miasto ma jeszcze sporo do zaoferowania. Często wiąże się to z kosztami, ale skoro mówią, że Polaki to cwaniaki to nie wzięło się to znikąd.
Wracając jeszcze o krok – Sylwester, tak jak wszystkie inne imprezy, nie kręci się wokół alkoholu, a głównie koło jedzenia. Zrobiliśmy więc domówkę couchsurferowską, znajomi, nieznajomi, znajomi znajomych, dużo rozmów, śmiechu i zabawy. A na fajerwerki pojechaliśmy na Marina Bay. Zdjęcia poniżej zrobione są przez Kristinę, ja zawsze jestem zbyt zafascynowana fajerwerkami, żeby je fotografować ;)
Ciekawostka: wiecie, że w Singapurze nie można samemu kupić i odpalać fajerwerków?
Zoo już tu było, ale cały kompleks zwierzęco-poznawczy w Singapurze obejmuje 3 główne miejsca: Singapore Zoo, Jurong Bird Park i Night Safari. Przyszła kolej na drugie z nich.
W drugiej klasie podstawówki moi rodzice kupili papugi. Piękna para nimf, które ochrzciłam, na cześć bohaterów mojego dzieciństwa – Kulfon i Monika. Towarzyszyły nam wiernie wiele lat, zdarzały się nawet ucieczki i powroty. Ich kolory, a także możliwość nauczenia różnych rzeczy zawsze mnie fascynowały, więc myślę że jeszcze kiedyś klatka zawita pod moim dachem. Nie mniej jednak, Jurong Bird Park to nie tylko papuziarnia. W tej notce nie będzie zbyt wiele treści, pod spodem – kolorowe zdjęcia, które mówią za siebie kogo można tam spotkać.
Dodam tylko, że dzięki pracowniczej zniżce kolegi udało nam się tam wejść dużo taniej :)
I podobnie jak w przypadku Zoo, odbywało się Show ze zwierzętami, w którym można było żywo uczestniczyć, a na wyznaczonym tarasie można było ptaszki karmić. Nie wszystkie były w klatkach, czasem wchodziło się na teren ogrodzony zewsząd siatkami i były one na wyciągnięcie ręki. Skusiliśmy się też na lunch z papugami. Nie, nie, nie – jedyne mięso jakie tam podają to drób! Ale jest to bardziej kameralne show, gdzie sprytnie wytresowane papugi obsługują proste narzędzia, wykonują polecenia, powtarzają, śpiewają a nawet malują (no dobra, nie jestem jednak przekonana czy jest to warte aż 20 dolców., bo część tego show można oglądać za darmo w amfiteatrze.). Z resztą, zobaczcie sami:


















