atrakcje

dzielnica motylkowa – Singapur, okolice Pandan Valley

Mówią, że lepiej późno niż wcale. Do mojego obecnego mieszkania wprowadziłam się w grudniu, za miesiąc się wyprowadzam, więc rzutem na taśmę zdążyłam jeszcze obfotografować okolicę, bo jest dosyć niezwykła. Osiedle, na którym znajduje się mój blok, nazywa się Pandan Valley, od pandanu – roślina, która wchodzi w skład moich ulubionych lokalnych deserów.
Singapur, Pandan Valley

Singapur, Pandan Valley

Idąc dalej, a właściwie bliżej, mieszkam w bloku numer 4 o swojsko brzmiącej nazwie „Eugenia”.
Singapur, Pandan Valley, siema Gienia!

Singapur, Pandan Valley, siema Gienia!

Wiecie, że nie lubię wind, prawda? Nadal nie lubię, ale muszę przyznać, że ta w moim bloku jest stylowa – przypomina mi widziane na filmach bogate hotele 50-60 lat wstecz.

Singapur, Pandan Valley, selfie w windzie

Singapur, Pandan Valley, selfie w windzie

Najciekawsze jednak zaczyna się tuż za osiedlem. Mniejsze osiedla, domki i domeczki stoją w dzielnicy motylkowej. Nie wiem jaka jest historia, dlaczego motylki, a nie na przykład kwiatki, nie mniej jednak robi wrażenie. Każdy chodnik, zamiast szarawego betonu pomalowany jest na żółto, z kolorowymi motylami. Podobnie na znakach informacyjnych z nazwami ulic przysiadły ten sympatyczne owady.

Singapur, okolice Pandan Valley, motyle na chodnikach

Singapur, okolice Pandan Valley, motyle na chodnikach

Singapur, okolice Pandan Valley, motyle na chodnikach

Singapur, okolice Pandan Valley, motyle na chodnikach

Singapur, okolice Pandan Valley, motyl na znaku

Singapur, okolice Pandan Valley, motyl na znaku

Singapur, okolice Pandan Valley, motyle na skrzyżowaniu

Singapur, okolice Pandan Valley, motyle na skrzyżowaniu

Na końcu motylkowej dzielnicy znajduje się Ghim Moh market, czyli zwyczajny targ. Są warzywa i owoce w normalnych cenach (nie to co w markecie), odzież made in China i małe budki oferujące mydło i powidło.
Singapur, Ghim Moh market

Singapur, Ghim Moh market

Singapur, Ghim Moh market

Singapur, Ghim Moh market

Singapur, Ghim Moh market

Singapur, Ghim Moh market

Singapur, Ghim Moh market, śmierdzące duriany

Singapur, Ghim Moh market, śmierdzące duriany

Po przeciwnej stronie dzielnicy znajduje się jeden z lokalnych supermarketów sieci Cold Storage. Ten koło mnie nosi wdzięczną nazwę..
Singapur, okolice Pandan Valley, Colod Storage Jelita

Singapur, okolice Pandan Valley, Colod Storage Jelita

.. Jelita. Więc swojsko odmieniam sobie, że idę na zakupy do Jelit albo ze jestem w Jelitach po zakupy.

Singapur szykuje się na swój National Day, który przypada w drugim tygodniu sierpnia. Można się poczuć trochę jak w Polsce, barwy te same, tylko ktoś odwrotnie te flagi pozawieszał i jakieś białe mazgaje na czerwonej części się pojawiły.
Singapur, okolice Ghim Moh market, bloki przystrojone flagami

Singapur, okolice Ghim Moh market, bloki przystrojone flagami

Singapur, okolice Ghim Moh market, dekoracje na święto niepodległości

Singapur, okolice Ghim Moh market, dekoracje na święto niepodległości

Singapur, okolice Ghim Moh market, typowe, singapurskie blokowisko

Singapur, okolice Ghim Moh market, typowe, singapurskie blokowisko

Z okazji National Day jest parada i pokazy, ale dostępne tylko dla Singapurczyków, którzy muszą kilka miesięcy wcześniej zgłosić się na loterię, żeby mieć szansę w ogóle dostać bilet na trybuny tego wydarzenia. Kilka tygodni wcześniej zaczynają się próby, na które też losowane są bilety. Nic jednak dostępnego dla przyziemnego emigranta, podobno z daleka coś widać, więc może w przyszłym tygodniu podjadę zobaczyć.
W dniu finalnego wydarzenia nie będzie mnie w Singapurze, nie będzie mnie też dzień wcześniej, kiedy przypada święto państwowe z okazji ostatniego dnia ramadanu, podobnie jak w weekend przypadający później. I tutaj wyjaśnia się zagadka migracji mojego paszportu z portfela.
Chiny, Pekin - już za półtorej tygodnia!

Chiny, Pekin – już za półtorej tygodnia!

Wizę przyznano, przewodnik jest, Pekinie – przybywam! :)

zapuszczanie żurawia – Singapur, Crane Dance i Marina Bay Sands Hotel

Tuż przed powrotem Maćka do kraju i zwiedzeniu większości sztandarowych miejsc w Singapurze, skierowaliśmy się ponownie na Sentosę, tym razem by podziwiać Crane Dance. Taniec Żurawi, darmowe show odbywające się od czwartku do poniedziałku o 21.00, przedstawia, krótką (10 min) historię dwóch mechanicznych ptaków, które flirtują ze sobą, zakochują się i przemieniają w „prawdziwe”. Całe przedstawienie to gra świateł, wody, muzyki, stali i odpowiednich sterowników. Taką sztukę współczesną to ja lubię :) Fragmenty możecie zobaczyć poniżej.

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Singapur, wyspa Sentosa, Crane Dance

Kilka dni wcześniej, dzięki dobrym znajomościom, udało nam się za darmo dostać na samą górę Marina Bay Sands Hotel, hotelu z łodzią na dachu. Szczyt oprócz restauracji i parku widokowego wypełnia basen z widokiem na cały Singapur, ‚jedyne’ 191 metrów powyżej poziomu ulicy. Chyba w ogóle jesteśmy fanami wysokości i widoków :)
Singapur, Marina Bay Sands Hotel i Helix Bridge (most DNA)

Singapur, Marina Bay Sands Hotel i Helix Bridge (most DNA)

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, w basenie Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Singapur, widok ze Sky Parku w Marina Bay Sands Hotel

Przez chwilę można poczuć się jak bogacz (normalnie dostęp do basenu mają tylko goście hotelowi, najtańszy pokój kosztuje w promocji ok. 900 zł za noc..). Sam SkyPark – taras widokowy, można zwiedzić nie będąc gościem hotelowym, podobno można kupić wejściówki albo wjechać do restauracji i kupić sobie jednego drinka (podobno wychodzi porównywalnie z biletem, no i przy okazji mamy drinka), ale my zakombinowaliśmy w inny sposób ;)
Wszystko co dobre szybko się jednak kończy, Maćkowy bilet powrotny wskazywał wieczorny lot w ostatnią niedzielę marca. Tak się złożyło, że była to Wielkanoc. Po oszukanym Bożym Narodzeniu udało mi się więc mieć w miarę normalne święta. Na stole było też dużo darów z Polski, które wcześniej wypełniły ponad połowę jego walizki – kabanosy, biała kiełbasa, ser, nawet czekoladowe króliczki z karmelowym nadzieniem (uwielbiam je! :D ).
Wcześniej jednak wybraliśmy się do kościoła. W całym Singapurze jest podobno kilka katolickich, pojechaliśmy do jednego w okolicach Noveny, wskazanego przez kolegę z pracy. Na miejscu mieliśmy się z resztą spotkać, ale my jak zawsze spóźnieni, docieramy pod kościół po rozpoczęciu mszy. Żar się leje z nieba, kościół pełen, na zewnątrz kościoła dodatkowe krzesełka, a pomiędzy nimi kościelne służby porządkowe pilnują, aby nikt już nie próbował wchodzić, bo nie ma miejsc. Na zewnątrz są jednak ekrany, można śledzić co dzieje się na ołtarzu. Podchodzimy bliżej i stwierdzamy, że najwyżej postoimy chwilę i pójdziemy, na słońcu w takiej temperaturze nie da się wytrzymać dłużej w jednym miejscu. Nie zdążyliśmy jeszcze znaleźć odpowiedniego miejsca stojącego, a już widzę, że ktoś do mnie macha, że mam podejść. Nie jest to Grzesiek, więc zastanawiam się o co chodzi, przedzieramy się przez tłum (ej, serio, pełno ludzi, coś co w Polsce już się rzadko obserwuje), a tu okazuje się, że mamy wejść, bo są dla nas dwa miejsca siedzące. Hmm.. Ale jak to? Pełno ludzi stoi tam od dawna, a dla nas nagle się znalazły? Wytłumaczenie pojawiło się w mojej głowie chwilę później. Większość wyznawców tam obecnych to przede wszystkim kobiety, pochodzące z Filipin. Nie obrażając nikogo, większość z nich w Singapurze zatrudniona jest jako kasjerki, sprzątaczki czy pomoc domowa (tak, wielu ludzi ma tutaj pokojówki w domach, specjalnie dla nich, wiele mieszkań ma mały pokoik przy kuchni, zwykle bez okien..). Wyszło więc na to, że my, jako biali ludzie, jesteśmy bardziej uprzywilejowani żeby usiąść. Równość wobec Boga? Chyba nie..
Kwiecień rozpoczął ostatnie 6 tygodni intensywnej pracy po pracy, walki z czasem, snem, wiedzą i zdolnościami pisarskimi. 6 tygodni, podczas, których każdy dzień wyglądał praktycznie tak samo. Ale też 6 tygodni do długo wyczekiwanej wizyty w Polsce.