atrakcje

roratnia reminiscencja – Singapur, Mid-Autumn Festival 2013 i Zoo

Kto pamięta grudniowe roraty? Kiedy z własnej roboty lampionem (wycinanie okienek, zalepianie otworów, palców i stołu bibułą oraz ojcowski, profesjonalny montaż latarki w środku) szło się do kościoła? 2 tygodnie temu miałam okazję sobie to przypomnieć. I chociaż lampion był kupny, a na dworze temperatura o jakieś 40 stopni wyższa, to jest magia w spacerze ze światełkiem. Zwłaszcza jeśli dotyczy zakończenia Mid-Autumn Festival Celebration, czyli chińskiego odpowiednik naszych swojskich dożynek (tak przynajmniej udało mi się wywnioskować).
Przez około miesiąc świętowania tego wydarzenia całe Chinatown i nie tylko, przystrojone jest lampionami (inna nazwa festiwalu to Chinese Lantern Festival), je się specjalne ciastka – mooncakes (kolejna, wymienna nazwa festiwalu to Moon(cake) Festival) – początkowo myślałam, że chodzi o chińskie ciasteczka z wróżbą, jednak mooncakes są specjalnymi ciastkami, bardzo słodkimi, tradycyjnie z lotosem (ale widziałam przeróżne wersje smakowe) – a także odbywają się różne występy muzyczno-artystyczne, trochę jak polskie festyny. Samym ciastkom towarzyszy też legenda, próbował mi ją wytłumaczyć kolega z pracy, ale coś ciężko mu szło, więc jak będę miała chwilę to doczytam i się z Wami podzielę.
Singapur, Mooncake w kształcie Merliona

Singapur, Mooncake w kształcie Merliona

Wydarzeniem wieńczącym festiwal jest Mass Lantern Walk, czyli masowy spacer z lampionami, podczas którego dzieci i dorośli pokonują z lampionami wyznaczony odcinek drogi w towarzystwie smoków, bębnów i ludowych tańców. W Singapurze odbywa się corocznie w Chinatown, starej chińskiej dzielnicy. Na miejscu startu można było nabyć owe światełka, a także podziwiać typowe dla tego święta zbiorów, podświetlane dekoracje w kształcie owoców.
Singapur, Chinatown, Mid-Autumn Festival

Singapur, Chinatown, Mid-Autumn Festival

Singapur, Chinatown, Mid-Autumn Festival

Singapur, Chinatown, Mid-Autumn Festival

Singapur, Chinatown, Mid-Autumn Festival

Singapur, Chinatown, Mid-Autumn Festival

Do zakupu dołączali także los na loterię i, że tak powiem, otarłam się o bliżej nieznaną nagrodę (wylosowali nr 1146 a ja miałam 1164.. :( )
Singapur, Chinatown, Mid-Autumn Festival

Singapur, Chinatown, Mid-Autumn Festival

Smak na dziś: ‚steamed dumpling’ czyli lokalne pierogi z mięsem. Pierwszy raz jadłam pierogi z sosem sojowym i tartym imbirem i.. polecam tym, którzy lubią eksperymentować w kuchni, ten imbir nadał fajny smak mięsnym pierogom.
W zeszły weekend skorzystaliśmy z darmowych Zoo Passów, które możemy wziąć z pracy. Zupełnie inaczej ogląda się te wszystkie zwierzęta, kiedy otaczająca je roślinność jest bliższa ich naturalnemu środowisku. W singapurskim Zoo większość zagród dla zwierząt to ogrodzone przestrzenie, żadnych klatek czy czegoś takiego. Oprócz zwierząt samych w sobie, dodatkową atrakcją jest możliwość ich karmienia. Wystarczy w wybranych godzinach pojawić się przy wybiegu, zakupić za 5S$ miskę z jedzeniem i można poczuć na dłoni oddech żyrafy czy też słonia.
Singapur, Singapore Zoo, papugi

Singapur, Singapore Zoo, papugi

Singapur, Singapore Zoo, zebry

Singapur, Singapore Zoo, zebry

Singapur, Singapore Zoo, karmienie żyraf

Singapur, Singapore Zoo, karmienie żyraf

W małych amfiteatrach odbywają się przedstawienia z udziałem zwierząt. My załapaliśmy się na jedno o lasach tropikalnych, z ogólnym przesłaniem pro-eko by o lasy dbać i nie wycinać. Show zakłada interakcje z publicznością, więc jeden facet po otrzymaniu tarczy i dzidy musiał odprawić lokalny taniec dzikusów, inny ścigał się z orangutanem w otwieraniu kokosa (W ogóle, wiedzieliście, że w oryginale pisze się Orang Utan, a nie Orangutan?)
Małpy chodziły widzom nad głowami, a kilka stopni poniżej miejsca w którym siedziałam, znajdował się konar-skrytka, w którym, jak się okazało, przez całe przedstawienie schowana była pokaźna anakonda. Kiedy w ramach przedstawienia, wbiegła strażniczka Zoo z informacją jakoby węże uciekły z terrariów i mogą być wszędzie, podeszła do rzeczonego pieńka, otworzyła i wyciągnęła węża, to dziewczyny, nieświadomie siedzące obok przez cały czas, uciekły z krzykiem :D
Singapur, Singapore Zoo, komodo

Singapur, Singapore Zoo, komodo

Singapur, Singapore Zoo, łapa orangutana

Singapur, Singapore Zoo, łapa orangutana

Singapur, Singapore Zoo, orangutani spacer pod liną

Singapur, Singapore Zoo, orangutani spacer pod liną

Singapur, Singapore Zoo, słonie

Singapur, Singapore Zoo, słonie

Pacanowo w wersji singapurskiej – Singapur, Farmart Centre

Chociaż nowy weekend właśnie się dla mnie zaczyna, to wrócę jednak do poprzedniego. Firma, dla której pracuję dba o kwestie integracyjno-rekreacyjne pracowników. W ramach tego, w zeszłą sobotę wszyscy chętni mogli pojechać na wycieczkę na farmę. Singapur, z racji bycia państwem-miastem wsi nie posiada, domków jednorodzinnych niewiele, pól uprawnych czy gospodarstw rolnych również. Pan przewodnik z radością w głosie opowiadał, że Singapur ma ok 200 (raczej mniejszych niż większych) farm. Szaleństwo, co? Mimo, że całe swoje dotychczasowe życie mieszkam w miastach, to jednak dzieckiem będąc, chyba większość ze znanych mi osób, podobnie jak ja, kontakt z kurą, krową i zbożem miała. Pojechałam więc zobaczyć, ile zachodu kosztuje Singapurczyków pokazanie dzieciom (takowe można było z sobą zabrać), a może i samemu zobaczyć pierwszy raz w życiu, uprawy roślinne czy zwierzęta gospodarskie. Firmowy autobus zabrał nas pod główną bramę farmy. Wycieczka obejmowała kozią farmę, farmę z kiełkami i grzybami oraz farmę warzywną. Każda z nich była w odległościach ok. 1km od siebie. Powierzchnią przypominały raczej średniej wielkości przydomowe gospodarstwo w Polsce niż faktycznie farmę produkująca dobra na skalę przemysłową. Wcale nie dziwi więc, że Singapur importuje wszelakie produkty spożywcze, głównie z Malezji i Australii.
Po powitaniu przez Uncle Williama, naszego przewodnika po farmie, ruszyliśmy zobaczyć hodowlę kóz, kiełków, grzybów, aloesów i warzyw przeróżnych. Gdzieś tam w klatce razem z papugopodobnymi ptaszkami błąkały się dwie kury. Odbył się nawet pokaz instruktażowy ‚jak obsługiwać kaktusa i aloes’.

Singapur, Farmart Centre, baby kózka

Singapur, Farmart Centre, trawa zbożowa

Singapur, Farmart Centre, trawa zbożowa

Singapur, Farmart Centre, hodowla grzybów (bo lasów ni ma)

Singapur, Farmart Centre, hodowla grzybów (bo lasów ni ma)

Singapur, Farmart Centre, dragonfruity/pitachaye

Singapur, Farmart Centre, dragonfruity/pitachaye

Singapur, Farmart Centre, aloes

Singapur, Farmart Centre, aloes

Singapur, Farmart Centre, ptaszek z irokezem

Singapur, Farmart Centre, ptaszek z irokezem

Na każdej z małych farm był oczywiście sklepik, a nasza wycieczka obejmowała także suweniry w postaci próbek mniej lub bardziej przetworzonych płodów rolnych z farmy (nie, nie było mięsa z kóz, dostaliśmy kozie mleko o smaku czekoladowym..). Rozdali też każdemu po opakowaniu jajek, więc obstawiam że te dwie sztuki kur w klatce były tylko na pokaz, a gdzieś dalej był większy kurnik ;) Na farmie grzybowo-kiełkowej można było degustować grzyby na różne sposoby, owsiankę z trawą zbożową, o kolorze wściekłej zieleni (przyznaję, że mnie skusili tą degustacją i zakupiłam opakowanie, podobno jest bardzo zdrowa dzięki tej trawie, a przede wszystkim całkiem smakowita) czy galaretkę ziołową (fuuuuj, nigdy więcej!). Jeszcze zanim pojechałam na farmę, w jednym ze sklepów moją uwagę przyciągnęły mikrobananki. Nie wiedziałam jednak czy to po prostu niewyrośnięte klasyczne banany czy może jakiś inny gatunek. Po wyjaśnieniach otrzymanych od pana farmera owe bananki wylądowały w moim koszyku. Faktycznie są inne – mają bardziej intensywny smak, są słodsze i zostawiają dosyć cierpki posmak w ustach – generalnie na plus!
Singapur, Farmart Centre, trzcina cukrowa (jakoś inaczej ją sobie wyobrażałam)

Singapur, Farmart Centre, trzcina cukrowa (jakoś inaczej ją sobie wyobrażałam)

Singapur, Farmart Centre, kozie mleko, taaakie dobre

Singapur, Farmart Centre, kozie mleko, taaakie dobre

Singapur, Farmart Centre, mikrobananek

Singapur, Farmart Centre, mikrobananek

Na ‚do widzenia’ ugościli nas lunchem, jakieś standardowe azjatyckie jedzenie, czytaj ryż, makaron, kurczak, curry i bliżej nieokreślone warzywa. Jako dodatek do posiłku każdy otrzymał pieczoną.. przepiórkę, taki farmowy przysmak. Ze względu na dużą ilość chrupkiej panierki smak mięsa pozostaje dla mnie wciąż bliżej nieodgadnięty, było trochę jak bardziej miękki i delikatniejszy kurczak.
Singapur, Farmart Centre, przepiórka

Singapur, Farmart Centre, przepiórka

Jako że wycieczka zakończyła się koło 16.00, razem z resztą ludzi z mojego teamu, postanowiliśmy po powrocie pójść jeszcze na spacer i drinka. Za cel obraliśmy Orchard Road, z tego co mi się zdaje, to jedna z główniejszych ulic Singapuru. Wysiadając na stacji Orchard Road i idąc prawą stroną w kierunku Sommerset, w jednej z galerii handlowych można wjechać za darmo do ogrodu na dachu i podziwiać panoramę Singapuru.
Singapur, Orchard Road, panorama

Singapur, Orchard Road, panorama

Na facebooku, jakoś w zeszłym tygodniu, sygnalizowałam znalezienie w Singapurze wódki Wyborowej. Poniżej cennik. Dodam tylko, że pub w którym byliśmy to żadna luksusowa knajpa, ot taka zwyczajna.
Singapur, butelka Wyborowej w cenie Finlandii?! Ale jakiej cenie..

Singapur, butelka Wyborowej w cenie Finlandii?! Ale jakiej cenie..

Tak. 220 S$. Przy obecnym kursie to jakieś.. 570 złotych polskich.. Wieczorem odwiedziliśmy szwajcarską knajpkę z jedzeniem, w której nie ma menu, a na wejściu dostaje się kartę jak do bankomatu, chodzi się po ‚stoiskach’ restauracji, przygląda co oferują, a po wybraniu można obserwować jak jedzenie jest przygotowywane. Jeśli nie chce się czekać i patrzeć to wręczają pager i można iść usiąść. Kiedy posiłek będzie gotowy to pager zapika. W ten sprytny sposób omijają znany z wielu miejsc (mi szczególnie kojarzy się z jednym, szczególnym bufetem) krzyk pań bufetowych: ‚Boloński prooooszę!’, ‚Drugie danie proszę odebrać!!!’. Każdy zakup nabijany jest na otrzymaną kartę. Po całym tygodniu ryżu, kurczaka i innych azjatyckich kulinariów, z radością wchłonęłam makaron zapiekany z szynką i serem. Odkryłam też nowy napój, który z miejsca plasuje się wysoko w rankingu ulubionych – świeżo wyciskany sok pomarańczowy z bazylią, rewelacja! Szkoda tylko, że ceny jakieś takie, niestudenckie.. A sama płatność na koniec przy wyjściu wygląda jak spłacanie ‚karty kredytowej’, XXI wiek normalnie.
Singapur, restauracja Marche, jest szansa, że z głodu nie padnę!

Singapur, restauracja Marche, jest szansa, że z głodu nie padnę!