podrozystka

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Aurangabad i okolice: part I

Przelotem przed Delhi, kilka minut po dwudziestej lądujemy na dość wyludnionym lotnisku w Aurangabad – witamy w stanie Maharasztra! Po bardziej północno-zachodnich rejonach, czas na Indie centralne. Samo miasto nie jest jednak naszym celem – liczy się to co dookoła, czyli niesamowite skupiska jaskiń!

Z lotniska bierzemy taksówkę do hotelu i (zupełnie przypadkiem..) okazuje się, że należy ona do Alfa India Tours and Travels, czyli firmy organizującej wycieczki. Do wielu miejsc w Indiach nie sposób dostać się transportem publicznym, ja zaś nie przepadam za dużymi wycieczkami w grupie, więc oferta prezentowana przez taksówkarza do mnie przemawia. Samochód z kierowcą na 2 dni, który zawiezie nas tam gdzie chcemy to koszt 4000 rupii (~225PLN, ~85SGD). Dość uczciwie, zgarniamy więc ulotkę z numerami telefonów, dając sobie jeszcze trochę czasu do namysłu. Rano ceny proponowane przez hotelowe biuro podróży są zdecydowanie wyższe, dzwonimy więc do naszego pierwszego źródła i umawiamy wycieczkę na „za godzinę”. Podoba mi się, że wiele spraw da się załatwić ot tak – klient nasz pan.

Pierwszy cel to jaskinie Ellora, oddalone 30km od miasta. Nie są to naturalne żłobienia w skałach – wszystkie jaskinie są dziełem ludzkich rąk, które przemieniły je w świątynie. Najstarsze datowane są na wiek VII, sukcesywnie powstawały aż do XI wieku. Jest ich tu około 100. Setka świątyń wykuwanych w skale, centymetr po centymetrze, ludzkimi rękami (!). Dla zwiedzających udostępnione są 34 z nich, 12 buddyjskich (jaskinie 1-12), 17 hinduistycznych (jaskinie 13-29) oraz 5 dżinistycznych (jaskinie 30-34). Tak, na jednym terenie, mamy miejsca kultu trzech religii. Bilety to 250 rupii (~5.30 SGD, ~14PLN) od osoby, plus 10 rupii (55 groszy, 21 centów singapurskich) tzw „opłaty za udogodnienia”.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves)

Każda z jaskinio-świątyń, to osobna historia, bóstwo, wydarzenie, funkcja. Czapki z głów dla historyków i archeologów, którym udało się to rozszyfrować. Wszystkie groty są dobrze oznakowane i opatrzone tablicami w języku angielskim, objaśniającymi z czym mamy do czynienia.

Zaczynamy od środka – parking znajduje się nieopodal najokazalszej ze świątyń, a właściwie ich małego kompleksu – jaskini numer 16, Kailasha. Drążona od góry do dołu, przez (podobno) 10 generacji hindusów kryje w sobie bogate zdobienia, olbrzymie rzeźby i niekończące się korytarze wieńczone filarami. Wszystko z jednej skały!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 16, świątyni Kailasha

Skrobiemy się po schodach do jaskini numer 15, Dasavatara Cave, do której wchodzi się przez otwór w skale (wielkości drzwi). Na piętrze spotykamy Nandi – byczka będącego pojazdem Śiwy, hinduskiego boga. Mnie zdecydowanie urzekają wszechobecne kolumny.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 15, świątyni Dasavatara

Przechodzimy do buddyjskiej części, gdzie pod 12-stką i 11-stką kryją się klasztory mnichów. Z zewnątrz ten drugi przypomina mi trochę szkołę. Zauważamy też zmianę w rzeźbach i zdobieniach w porównaniu do poprzednich miejsc.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 12

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 11, klasztor mnichów

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 11, klasztor mnichów

Prawdziwa perełka czekała na nas w świątyni 10-tej. To nie tylko ogromny posąg Buddy, ale też starannie wyrzeźbione fasada galerii na drugim piętrze i skrupulatnie przemyślane otwory, dzięki którym wpadające światło tworzy wręcz majestatyczne wrażenie w środku.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – wnętrze jaskini numer 10

W dość przewrotnej kolejności, która nie idzie po kolei, odwiedzamy świątynie dżinizmu, zaczynające się od numeru 30. Ilość detali rzeźbionych kolumn jest oszałamiająca, a pod numerem 32 odkrywamy figurę ogromnego słonia.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – jaskinia numer 32

Na koniec wracamy przez hinduistyczną część jaskinio-świątyń, gdzie zatrzymujemy się chwilę dłużej pod numerem 21, a następnie udajemy się do wcześniejszych numerów, gdzie kolejne groty są już bardziej toporne.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – pomnik przed jaskinią numer 21

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – rzeźby na ścianie jaskini numer 21

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – prawdopodobnie jaskinia numer 19

Ogrom i jednocześnie bijący od jaskinio-świątyń spokój jest nie do opisania. I chociaż wszystkie wykute są w tym samym materiale i w każdej z nich panuje swoisty półmrok, to spędzamy długie godziny wędrując od jednej drugiej bez cienia znudzenia. Niesamowitość tego miejsca jest nie do opisania słowami. Nie ma też tłumów, co pozwala nam wielu miejsc doświadczyć w ciszy, napawać się ich niezwykłością i poczuć się odrobinę jak odkrywca. Z zadumy wyrywają nas najczęściej lokalni turyści (spotkaliśmy tylko kilku „białasów”, większość odwiedzających pochodziła z Indii lub Pakistanu), dla których to my zdajemy się być większą atrakcją niż same świątynie, prosząc o wspólne zdjęcie – celebryci!!!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves) – prawdopodobnie jaskinia numer 4

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ellora (Ellora Caves)

W drodze powrotnej do Aurangabad zatrzymujemy się jeszcze przy Forcie Daulatabad. Znajdujące się na wzgórzu, pochodzące z XII wieku mury obronne, posiadały wiele skrupulatnie przemyślanych zabezpieczeń, między innymi łagodnie opadające podnóża szczytu zostały usunięte, tworząc wysoki klif.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, Chand Minar – minaret

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, makak hulman

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, wejście do fortu

Widok z góry jest niesamowity – warto było wspiąć się na ruiny (niestety, spora część nie przetrwała do dnia dzisiejszego). Na wejściu zapłaciliśmy 40 rupii (~2,25PLN, ~0.85SGD) od osoby plus 30 rupii (~1,70PLN, ~0.60SGD) za aparat.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, widok z fortu

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, prace renowacyjne w forcie

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad, widok z fortu na minaret

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, Fort Daulatabad,

Wracamy do hotelu, zatrzymując się jeszcze w sklepie z materiałami – już za 4 dni będziemy na weselu, a ja wciąż nie mam bluzki pod moje sari! Nie może to być jednak zwyczajny podkoszulek, a specjalnie szyty na miarę (nie da się łatwo kupić gotowych..) przykrótki top z rękawkami. Zaopatrzam się w złotawą tkaninę, którą godzinę później oddaję w ręce krawcowej – starszej kobiety, którą do hotelu sprowadził nasz kierowca. Zdjęła ze mnie miarę i obiecała, że na jutro będzie gotowe..

Zmęczeni, w końcu możemy zmyć z siebie kurz i odpocząć. Ale zaraz, zaraz.. Przecież jest Sylwester! (Jak pewnie pamiętacie, opisuję tu wszystko z dość dużym opóźnieniem). Długo debatowaliśmy czy dołączyć na imprezę organizowaną w naszym hotelu, ale zmęczenie wygrało. W pidżamach otworzyliśmy szampana o północy i 15 minut później, gdy wystrzelały już fajerwerki, zwinęliśmy się jak dwa ślimaki pod kołdrą. Sen nie zaszkodzi, wszak jutro kolejna wyprawa!

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Jaisalmer: part I

Z uczuciem niedosytu jedziemy dalej. Zamówione wcześniej bilety na nocny autokar z Jaipuru do Jaisalmer przewoźnikiem Pooja Travels kosztowały nas 600 rupii od osoby (~33PLN, ~12.5SGD) za miejsca „Sleeper” czyli sypialne.

Rikszarz wysadza nas gdzieś pod wiaduktem. Miejsce ni hu hu nie zgadza mi się z mapą i jestem przekonana, że czekamy w złym miejscu. Dookoła stoją jednak ludzie z bagażami, a pan sprzedający bilety mówi, że mamy nigdzie nie odchodzić. Jest już dawno po zmroku i okolica nie zachęca. Grubo po czasie przyjeżdża rozklekotany autobus bez oświetlenia w środku, który zabrać ma nas do autokaru właściwego. Wsiadamy do niego tylko my, więc robi się trochę nerwowo. Chwilę później jesteśmy jednak w miejscu, gdzie mieliśmy zjawić się oryginalnie – firma przewozowa ma po prostu kilka punktów w mieście, z których odbiera pasażerów. A oto i on, nasza zmora. Z zewnątrz autokar prezentuje się po prostu zwyczajnie, nie jakiś najnowszych cud techniki, ale zdecydowanie klasę wyżej niż stare Autosany. Kupując bilety wyglądało na to, że autobus jest piętrowy, a do góry są miejsca do leżenia. Biorąc na logikę uznaliśmy, że będą to po prostu rozkładane fotele. Jak bardzo byliśmy w błędzie. Autokar był rozmiarów 1,5 pojazdu piętrowego. Po „naszej” stronie, nad dolnym rzędem foteli, znajdowały się zamykane.. pawlacze. Inaczej nie da się tego określić. Wyobraźcie sobie łóżko piętrowe, które od sufitu dzieli około 80 centymetrów, otoczone szybami ze wszystkich stron – nie dało się tam nawet swobodnie usiąść.

Indie, w drodze z Jaipuru do Jaisalmer, piętrowy autobus z pawlaczami sypialnymi, widok z naszego schowka

Takich schowków było 6, nam przypadł ten po lewej na końcu. Nie prowadziły do niego żadne schodki, więc wskrobać się trzeba było odbijając od foteli niżej i podciągnąć rękami.. Ostatecznie udało się Maćkowi jakoś mnie tam ulokować. Wrzuciliśmy bagaż pod głowę i chcąc nie chcąc, położyliśmy się na poplamioną i lepką od wszystkiego wykładzinę. Mordęga rozpoczęła się chwilę później. Zawieszenie to taki magiczny element wyposażenia pojazdu, którego zdecydowanie nie było. Znajdowaliśmy się nad kołem, jadąc po nierównych drogach Radżastanu. Przy każdym załamaniu nawierzchni nasze ciała podnosiły się na kilka centymetrów i opadały na twardą powierzchnię. Bite 12 godzin jazdy w pralce. Dodatkowo co chwila otwierało się przesuwne okno, serwując nam solidne podmuchy zimnego powietrza. Nijak nie szło go zablokować, oprócz trzymania ręką lub stopą. Czy muszę dodawać, że nie było szans na zmrużenie oka? Organizm kiepsko sobie radził, zjedzona kolacja wielokrotnie chciała zawrócić, bolały kości, mięśnie, drętwiało wszystko co może zdrętwieć. Najgorszy kryzys w podróży jaki kiedykolwiek dopadł mnie w życiu. Myślałam, że to się nigdy nie skończy.

Indie, w drodze z Jaipuru do Jaisalmer, pozdrawiamy z autobusowego schowka

Nad ranem, po środku niczego, autobus zatrzymał się na postój. Wysiedliśmy z nadzieją na rozprostowanie, ale nic to nie dało i  wciąż czuliśmy się fatalnie. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów pamiętam jak przez mgłę, zapadałam w minutowe drzemki, przerywane podrzutami. W końcu! Alleluja! Jaisalmer! Po drodze chyba zapomnieliśmy po co tu przyjechaliśmy, a przecież przed nami Złote Miasto i noc w namiocie na pustyni!

Oczywiście autokar przyjechał na inny dworzec niż ten, z którego odebrać nas miał organizator pustynnych atrakcji. Z pomocą kierowcy i ludzi dookoła udało się jednak z nim skontaktować i chwilę później byliśmy w dalszej drodze. Pierwszy punkt to restauracja (Season Restaurant), mimo głodu, wstrząśnięty niezmieszany żołądek trochę protestował.

Indie, Jaisalmer, pyszna sałatka w Season Restaurant, a jeśli się nie śpi całą noc to piwo na śniadanie jest również dozwolone

Indie, Jaisalmer, toaleta dwufunkcyjna, można i siadać i kucać

Jaisalmer to ostatnia większa osada przy pustynnej granicy z Pakistanem. Oprócz oczywistej atrakcji – nieprzebranej ilości ciemnożółtego piasku pustyni Thar (Wielka Pustynia Indyjska) warto poświęcić trochę czasu i zanurzyć się w żółto-złotawe mury miasta.

Zwiedzanie miasta mieliśmy zapewnione w ramach pakietu ze Spirit Desert Camp – pustynnego ośrodka, w którym postanowiliśmy się zatrzymać. Całe zakwaterowanie organizowaliśmy z wyprzedzeniem przez internet. Nasze bagaże zostały w restauracji, a my wsiedliśmy do rikszy (hurra, znowu nas wytrzęsie!). Tym razem nie za bardzo wiedzieliśmy, jaki jest plan, zdaliśmy się na kierowcę, który wiedział gdzie nas zawieźć.

Zaczęliśmy od wizyty nad sztucznym jeziorem Gadisar Lake. Wydrążone w XIV wieku na rozkaz pierwszego władcy Jaisalmer, było jedynym źródłem wody w okolicy. Jego brzeg otaczają misternie zdobione świątynie, kaplice i kapliczki hinduistyczne, niektóre wystają wprost z wody. Okolica jeziora to także dobre miejsce do podziwiania panoramy Złotego Miasta – jak okiem sięgnął widać tylko niskie, żółtawe budynki. Nie obchodziliśmy jednak całego jeziora dookoła, fragment nieopodal drogi w zupełności wystarczył, żeby zobaczyć piękno okolicy.

Indie, Jaisalmer, Gadisar Lake

Indie, Jaisalmer, świątynie i kapliczki na brzegu Gadisar Lake

Indie, Jaisalmer, stragany obok Gadisar Lake, święte krowy i widok na Fort Jaisalmer

Następnie udajemy się do Mandir Palace, płacąc na wejściu 150 rupii (8,30PLN, 3,1SGD) za 2 osoby, mimo że na bilecie widnieje kwota 300 rupii od osoby. Miejsce okazuje się być wybudowanym w XIX wieku domem ówczesnego Maharadży Jaisalmer. Obecnie jego potomkowie prowadzą w pałacu.. hotel! Gdybym tylko wiedziała wcześniej, że mogę spędzić noc w pałacu! Na szczęście jest on udostępniony również dla zwiedzających z zewnątrz. Rzeźbiarstwo i snycerstwo nabiera tu nowego znaczenia. Misterne ornamenty ciężko opisać słowami, długie godziny ciężkiej pracy widać tu absolutnie na każdej powierzchni. Znajdująca się w pałacu wieża Badal Vilas to najwyższy obecnie punkt w mieście (nie licząc fortu znajdującego się na wzgórzu).

Indie, Jaisalmer, wejście do Mandir Palace

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace, po drugiej stronie lustra, zdjęcie robione oczami

Indie, Jaisalmer, Mandir Palace, wieża Badal Vilas

Mandir to nie jedyne miejsce by podziwiać wspaniałe dzieło artystów-rzemieślników. Kierujemy się bowiem do Patwa-ki-Haveli (Patwon Ki Haveliyan). Haveli to swego rodzaju ciąg hinduskich kamienic wybudowanych wzdłuż bardzo wąskich uliczek. Miejsce, które odwiedzamy uznawane jest za jedno z okazalszych reprezentantów tego stylu budownictwa. Wieżyczki, balkoniki, arkady, portale, attyki i co tylko. Wszystko zdobione z niewiarygodną wręcz drobiazgowością. Pierwsze haveli w Jaisalmer powstały właśnie tu na początku XIX wieku, jest to właściwie kompleks 5 różnych haveli w jednym miejscu, które pewien handlarz-bogacz miał wybudować dla swoich 5 synów. Obecnie budynki pełnią różne funkcje urzędowe, jest muzeum (nie wchodziliśmy), pełno tu również kramów i kramików z mydłem i powidłem. Wejście na uliczki płatne jest 50 rupii (1SGD, 2,75PLN) od osoby.

Indie, Jaisalmer, wąskie uliczki Patwa-ki-Haveli

Indie, Jaisalmer, wąskie uliczki Patwa-ki-Haveli

Ostatnim punktem wycieczki po mieście jest Fort Jaisalmer, jedna z największych, w całości zachowanych, fortyfikacji na świecie. Wybudowany w XII wieku, oprócz swoich właściwości obronnych, pełnił też ważną funkcję przystankową na Szlaku Jedwabnym. Rawa Jaisal, w tamtym czasie władca tych terenów, na skutek okołoreligijnych wydarzeń zdecydował się dać początek miastu właśnie tutaj, nazywając je Jaisalmer od swojego imienia.

Indie, Jaisalmer, Fort Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer

Wejście do fortu płatne jest 500 rupii od osoby (27,5PLN, 10SGD) plus 100 rupii (2SGD, 5,5PLN) za możliwość robienia zdjęć. Na każdym kroku otacza nas żółty piaskowiec, spacerując wzdłuż murów widok rozpościera się na żółto-złote miasto. Wszystko idealnie wtapia się w piaski pustyni, do której już rzut beretem. Podobnie jak w pozostałych, w jaisalmerskim forcie można przepaść na długie godziny. Zakurzeni wszechobecnym pyłem i umęczeni po nieprzespanej nocy nie mamy zbyt dużo energii, więc zaznajamiamy się tylko pobieżnie z pomieszczeniami i świątyniami na terenie fortu, zmuszając ostatkiem sił szare komórki do próby ogarnięcia drzewa genealogicznego władców Jaisalmer i okolicy.

Indie, Jaisalmer, wewnątrz Fortu Jaisalmer, genealogia władców miasta..

Indie, Jaisalmer, makieta Fortu Jaisalmer

Indie, Jaisalmer, widok z jednego ze skrzydeł Fortu Jaisalmer

Wracamy do restauracji, skąd po obiedzie mają zabrać nas na pustynię. O dwóch takich co jeździli wielbłądem w następnej części!