wschód słońca

wiosenny wiatr zmian – Malezja, wyspa Tioman

Na kolejny wypad do Malezji nie musiałam długo czekać. Kierunek ten wybierałam z wielu powodów, a jednym z nich są koszty. Długi weekend w tym, sąsiednim dla Singapuru, kraju można spędzić bardzo miło, nie nadwyrężając portfela. Nawet w tak gorącym okresie, jakim jest Wielkanoc.

Postanowiliśmy pobyczyć się nad wodą, z lekkim, łatwym i przyjemnym dojazdem. W takim przypadku, najczęściej obieranym kierunkiem jest wyspa Tioman – przystań w Mersing, z której można się tam dostać promem, znajduje się jedyne 155km od centrum Singapuru. Chociaż wydaje się to niewiele, zdaliśmy sobie sprawę, że dostępne środki komunikacji publicznej nie są zsynchronizowane z godzinami wypływu promów. Zarówno autobus z Singapuru, jak i z Johor Bahru (pierwsze miasto za granicą z Malezją), które pierwotnie zarezerwowaliśmy, z dużym prawdopodobieństwem dotarłyby na przystań już po odpływie naszego promu. Ostatnią możliwością wydawała się taksówka po malezyjskiej stronie – powinno wyjść góra 200 MYR (~180 PLN, ~66 SGD) czyli nie tak źle, patrząc na pokonywany dystans.

Bladym świtem ruszyliśmy miejskim autobusem w stronę przejścia granicznego, jednak mimo nieludzko porannej pory, utknęliśmy w ogromnym korku. Multum samochodów, motorów i autobuso-autokarów zmierzał w tym samym kierunku co my. Na szczęście kierowca zlitował się nad pasażerami, otworzył drzwi i ostatnie 500 metrów mogliśmy przyspieszyć pieszo.

Kolejki do paszportów po jednej stronie, kolejka do autobusu przerzucającego przez most, aby utknąć w kolejce do odprawy po drugiej stronie i „już” byliśmy. W kwietniu 2017 roku Uber wciąż działał na drogach Azji Południowo-Wschodniej (później został sprzedany prężniej rozwijającej się firmie Grab) i udało nam się złapać kierowcę, który za 149 MYR (~49 SGD, ~135 PLN) zawiózł nas wprost na przystań.

Bilety na prom (70MYR (~63 PLN, ~23 SGD) od osoby w dwie strony) zostały zorganizowane przez nasz ośrodek wczasowy (wg. Google Translate taka jest oficjalna przekładnia angielskiego słowa „Resort”). Pozostało tylko gdzieś w tym dzikim tłumie znaleźć pana Agusa, który je dla nas ogarnął. Mimo ciszy w telefonie udało nam się jednak połączyć. Jeszcze tylko zapłacić podwójny podatek konserwacyjny (conservation fee) (opłata klimatyczna?) w budce na środku przystani: 20 MYR (~6.6 SGD, ~18 PLN) od osoby za wstęp do Johor National Parks i 30 MYR (~27 PLN, ~9.9 SGD) od osoby za wstęp do Marine Park of Malaysia, i można było się cisnąć w małej poczekalni.

Malezja, Mersing, kasa opłat na przystani

Malezja, wyspa Tioman, wakacje!

Malezja, wyspa Tioman

Półtorej godziny na wodzie zleciało ekspresem, ale po dobiciu do brzegu nie byliśmy jeszcze na miejscu. Ogromna ilość ośrodków i hoteli znajduje się po tej samej stronie co główna przystań. My jednak postawiliśmy na Juara Rompin Resort po drugiej stronie wyspy, określanej bardziej jak backpakerska. Wskoczyliśmy przed podstawionego przez ośrodek jeepa i pokonując górki i pagórki przechodzące przez środek wyspy, dotarliśmy na miejsce.

Malezja, wyspa Tioman, domek z widokiem na koparkę!

Nasza chatka przy plaży, nie miała może spektakularnego widoku – właściwie to mieliśmy widok na koparkę, ale cisza i spokój dookoła. W okolicy było właściwie nic – dżungla, plaża, woda, kilka chatek ośrodka i ubita droga, którą sporadycznie coś przejeżdżało – raj! Turystów też nie było zbyt wielu, bo sezon tak właściwie jeszcze się nie rozpoczął, pora deszczowa odpuściła dopiero chwilę wcześniej. Nam pogoda wybitnie się udała.

Powitano nas królewskim obiadem w zadaszonej stołówce przy plaży, a posileni żwawo ruszyliśmy się.. relaksować. Plaża, woda, leżak, książka, słońce, spacerowanie brzegiem – nuda, panie nuda, aż do samego zachodu słońca! Tak bardzo potrzebny i wyczekiwany odpoczynek! Wiosenny wiatr zmian zawiał szczególnie mocno wieczorem – kończyliśmy dzień w pozytywnych nastrojach: eksplozją radości i wiarą w świetlaną przyszłość :)

Malezja, wyspa Tioman, wyżerka!

Malezja, wyspa Tioman, dzikie tłumy na plaży, jak tu się relaksować?!

Malezja, wyspa Tioman, cuda natury

Cóż robić kolejnego dnia? Ja nie z tych, którzy plażing zniosą dwa dni pod rząd, na szczęście w cenie ośrodka mieliśmy kilkugodzinną wycieczkę na nurkowanie z maską. Śledzenie rybek, żółwie i gdzieniegdzie wciąż kolorowych, koralowców dostarczyło wrażeń jak nigdzie indziej. Zrozumieliśmy jak bardzo natura została uszkodzona przez człowieka w poprzednich lokalizacjach naszych wodnych wypadów, a tutaj przecież też nie było idealnie. Oprócz kilku miejsc do wskoczenia do wody, odwiedziliśmy też inne plaże na wyspie.

Malezja, wyspa Tioman, koralowce i inne cuda natury podwodnej

Malezja, wyspa Tioman, sielanka

Malezja, wyspa Tioman, woda jak w wannie – czysta i ciepła

Malezja, wyspa Tioman, Wonder Woman 20kg później

Dobrze podpieczeni na dorodny, pomidorowo-parówkowy kolor wróciliśmy późnym popołudniem do ośrodka, wypożyczyliśmy rowery (5 MYR (~1.6SGD, ~4,5 PLN) za godzinę) i ruszyliśmy w poszukiwaniu ochłody w pobliskim wodospadzie. Coś nam jednak nie poszło i nie znaleźliśmy prowadzącej do niego ścieżki, pocieszyliśmy się więc piwem i lodami w pobliskiej restauracji przy plaży.

Malezja, wyspa Tioman, jedziemy!

Malezja, wyspa Tioman, pasikonik? Pasikoń chyba!

Malezja, wyspa Tioman

Malezja, wyspa Tioman, krabiątko

Gdy wróciliśmy, nasza wieczorna uczta już się szykowała. Wyszły nam praktycznie wczasy all-inkluziv, bo grill z nieskończoną ilością ryb i owoców morza, również był wliczony w niewygórowaną cenę jaką zapłaciliśmy za pobyt (taniej niż nad polskim morzem!). I chociaż nie jestem wielką fanką morskich stworzeń, między innymi z uwagi na ogromny wysiłek, który trzeba włożyć w dotarcie do niewielkich, zjadliwych części tych żyjątek, tak tutaj jedliśmy świeżutkie ryby, kraby i krewetki bez opamiętania.

Malezja, wyspa Tioman, niezapomniany widok

Malezja, wyspa Tioman

Malezja, wyspa Tioman, cześć, jestem Twoją kolacją!

Malezja, wyspa Tioman, dobranoc!

Nie mogliśmy uwierzyć, że trzeci i ostatni dzień naszego długiego weekendu właśnie się rozpoczął, kiedy przed świtem zadzwonił nieprzypadkowy budzik. Ambitnie postanowiła poćwiczyć fotografowanie wschodów słońca i jednocześnie nacieszyć się poranną ciszą z szumem morza w tle. Wszystko szło świetnie, a minuty płynęły błogo – nie mogłam tylko odkryć źródła delikatnych ukłuć, które czasem pojawiały się na mojej skórze. Nie widziałam latających komarów, ani innych stworzeń.

Malezja, wyspa Tioman, pobuuudka wstaaaać!

Malezja, wyspa Tioman, czasem po prostu pięknie wstać wcześniej

Zagadka wyjaśniła się kilka godzin później, gdy moje nogi i ręce pokryły się czerwonymi, twardymi i gorącymi plackami, z których centralnego punkcika sączyła się kleista ropa. Sandflies, w wolnym tłumaczeniu muchy piaskowe, które zachowują się trochę jak miniaturowe komary, są szczególnie aktywne nad ranem po deszczu, a jak nazwa wskazuje – ich naturalnym środowiskiem jest piasek. Zbyt zaaferowana i skupiona robieniem zdjęć, stojąc boso na środku plaży, którą w nocy uczciwie zrosiły opady, nie zdawałam sobie sprawy w co się pakuję. Na szczęście po kilku tygodniach (!) smarowania, zawijania i wsadzania rąk w d… duże kieszenie, żeby nie drapać – moja skóra wróciła do pierwotnego stanu.

Podróż powrotna była jednak gehenną, skóra swędziała niemożliwie, środek łagodzący ukąszenia skończył się po 2 godzinach. Na domiar złego, z wyspy na stały ląd wracały tłumy, a prom miał ogromne opóźnienia, przez które spóźniliśmy się na nasz autobus do Singapuru. Oczywiście wszystkie kolejne połączenia były już wyprzedane, właściwie we wszystkie kierunki. Uber w tej małej mieścinie nie łapał, a malezyjskie złotówy wyczuły swoją szansę i wołały 250 MYR za kurs do granicy.

W podobnej sytuacji znalazło się jednak więcej osób i wspólnymi siłami staraliśmy się coś zaradzić. Pomoc nadeszła od pana z okienka przewoźnika S&B Bus, który zorganizował nam busa (a właściwie dwa, w połowie drogi się mieliśmy zaplanowaną przesiadkę), który za 500 MYR (~164 SGD, ~453 PLN) zawiózł naszą 11 osobową gromadkę aż do samego Singapuru. Za to też uwielbiam Malezję i nierozerwalnie kojarzy mi się z Polską – jakkolwiek beznadziejna by się nie wydawała sytuacja, zawsze da się coś zachachmęcić i ogarnąć.

Chociaż starałam się jak zwykle wiernie opisać nasze małe i większe przygody to czasem łatwiej jest pokazać je w ruchu, rzućcie okiem na poniższy filmik – w roli głównej podwodna fauna i flora!

Kolejne dni spędziłam opatulona od szyi aż po same kostki, ale mimo nieciekawego zakończenia, wspominam ten wyjazd z ogromną radością i wyluzowaniem, a wspomnienia pozostaną niezapomniane!

Malezja, wyspa Tioman, pani nurek :)

wodno-plażowy mango-raj – Filipiny, wyspa Boracay: akt II

Wiecie w jaki sposób można dobrze zacząć świętowanie własnych urodzin? Na przykład śniadaniem z dużą dozą mango, zjedzonym w kafejce nieopodal niesamowitej plaży! Moje uzależnienie od tego owocu znacznie nasiliło się na Filipinach.

Filipiny, wyspa Boracay, granola z jogurtem i mango w Lemoni Cafe and Restaurant

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach, rzeźba z piasku

Filipiny, wyspa Boracay, przechowalnia mężów ;)

Aby nie przedawkować słońca, zdolnego zamienić naszą jasną skórę w dorodnego pomidoro-buraka, udaliśmy się na północny-wschód wyspy po dawkę adrenaliny. Jak to lubił mawiać mój szkolny kolega „jest ryzyko jest zabawa”. I choć w jego przypadku miało to głównie znaczenie nie zgłaszania nieprzygotowania (tzw. brania kropki) mimo pustki w głowie na lekcjach, gdzie nauczyciel lubił weryfikować naszą wiedzę przy tablicy, to tym bardziej można tę frazę zastosować podczas zjazdu na Boracay Cable Car and Zipline. Nie była to jednak sielankowa tyrolka, gdzie w nosidełku z uprzęży zjeżdża się w pozycji siedzącej. Tutaj, w pozycji leżącej, ładowani jesteśmy na płachtę, podpinani od góry do kabla i.. heja.. Nie ma się czego złapać, a głowa idzie pierwsza, dopiero za nią reszta ciała, pod nami przepaść i nie da się nie patrzeć w dół (no chyba, że ktoś jest na tyle odważny by zamknąć oczy). Pierwsze ułamki sekund zdecydowanie powodują, że serce staje a buzia sama krzyczy, by po chwili ustąpić miejsca euforii podekscytowania. Jak ptak, jak superbohater, prujemy przez 70 metrów, rozwijając prędkość nawet do 90km/h (!) !!! Z uprzęży wysiadłam na nogach z waty, ale uśmiech mówił wszystko – zdecydowanie to to, co tygryski lubią najbardziej! Spokojny powrót wyciągiem krzesełkowym do pierwszej wieży pozwolił obejrzeć okolicę, niezbyt jest czas skupić się na niej podczas „lotu”.

Po południu czas było schłodzić emocje, a przy okazji zobaczyć jedną z bardziej rozpoznawalnych atrakcji Boracay – skałę Willy’s Rock znajdującą się nieopodal brzegu White Beach. Ta maciupka formacja wulkaniczna niektórym przypomina zamek, a swą rozpoznawalność zawdzięcza znajdującemu się na niej posągowi Marii Zawsze Dziewicy – religijne przywiązanie Filipińczyków objawia się w wielu miejscach.

Filipiny, wyspa Boracay, zachód słońca przy Willy’s Rock

Filipiny, wyspa Boracay, zachód słońca przy Willy’s Rock, White Beach

Po kolejnym przepięknym zachodzie słońca, podjęliśmy się pierwszej próby kuchni filipińskiej – kolejny spożywczy sukces! Kurczak Chicken Adobo zdecydowanie wygrał, tłuściutki Crispy Pork Belly (chrupiący boczko-bekon) też dał radę. A, że jest taki owoc, który całkowicie zdominował ten wyjazd, to nie sposób było odmówić sobie urodzinowych drinków na bazie.. rumu mango! Pycha!

Ostatniego pełnego dnia przed wyjazdem nie zwalnialiśmy tempa. Wybraliśmy się najpierw na island hopping, co w dosłownym tłumaczeniu jest skakaniem z wyspy na wyspę – atrakcja często oferowana w nadwodnych kurortach. Załadowaliśmy się na łódkę i ruszyliśmy na południowy-wschód, by wkrótce wyskoczyć na otwarte wody i nurkować z maską, podziwiając niesamowitą faunę i florę morza Sibuyan nieopodal Crocodile Island. Zdrowo nasiąknięci wgramoliliśmy się z powrotem do łódki i chwilę później spacerowaliśmy wśród dziwnych rzeźb na pobliskiej Magic Island.

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, ciekawe krzesełka

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, zatoka w jaskini

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, Słoneczny Patrol :)

Znajduje się tam również jaskinia do której wlewa się bezpośrednio woda z morza – Maciek nie odmówił sobie skoku w głębiny jaskiniowej zatoki. Na koniec tej pół-dniowej wycieczki dopłynęliśmy na północny kraniec wyspy – plażę Puka, na której gęsto było od muszli i kawałków koralowca.

Filipiny, wyspa Boracay, okolice Puka Beach

Filipiny, wyspa Boracay, łódka na Puka Beach

Mieliśmy na spokojnie obejrzeć ostatni zachód słońca na White Beach, ale nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie obejrzeli go z troszeczkę innej perspektywy. Tym sposobem chwilę po dopłynięciu na przystań tarabaniliśmy się z powrotem na łódkę, by po założeniu uprzęży spróbować.. parasailingu, czyli lotu ze spadochronem, który ciągnięty jest przez motorówkę. O tak, z takiej perspektywy magia kolorów znad horyzontu wydawała się jeszcze bardziej niesamowita.

Opisem ciężko oddać emocje i wrażenia towarzyszące wszystkim wspomnianym atrakcjom, mam więc nadzieję, że pomoże choć trochę mój pierwszy, mozolnie zmontowany filmik nakręcony za pomocą GoPro. I chociaż na początku przeklinałam obróbkę, wciąż sprawia mi frajdę oglądanie końcowego dzieła. Zapraszam poniżej:

Ostatni poranek to niesamowity wschód słońca na ‚naszej’ plaży, który również widać na filmie i pakowaliśmy się w drogę powrotną. Najpierw Langkawi, teraz Boracay, chyba przestaję utożsamiać wyspy z leżeniem plackiem na plaży i coraz bardziej zaczyna mi się podobać!

Filipiny, wyspa Boracay, wschód słońca na Bulabog Beach

Filipiny, wyspa Boracay, wschód słońca na Bulabog Beach

Tymczasem znów nastąpi ciut dłuższa przerwa w dostawie wspomnień – przede mną przeprowadzka do nowego mieszkania, trzymajcie kciuki żeby stały internet szybko zagościł pod moim przyszłym dachem.