zachód słońca

wodno-plażowy mango-raj – Filipiny, wyspa Boracay: akt II

Wiecie w jaki sposób można dobrze zacząć świętowanie własnych urodzin? Na przykład śniadaniem z dużą dozą mango, zjedzonym w kafejce nieopodal niesamowitej plaży! Moje uzależnienie od tego owocu znacznie nasiliło się na Filipinach.

Filipiny, wyspa Boracay, granola z jogurtem i mango w Lemoni Cafe and Restaurant

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach, rzeźba z piasku

Filipiny, wyspa Boracay, przechowalnia mężów ;)

Aby nie przedawkować słońca, zdolnego zamienić naszą jasną skórę w dorodnego pomidoro-buraka, udaliśmy się na północny-wschód wyspy po dawkę adrenaliny. Jak to lubił mawiać mój szkolny kolega „jest ryzyko jest zabawa”. I choć w jego przypadku miało to głównie znaczenie nie zgłaszania nieprzygotowania (tzw. brania kropki) mimo pustki w głowie na lekcjach, gdzie nauczyciel lubił weryfikować naszą wiedzę przy tablicy, to tym bardziej można tę frazę zastosować podczas zjazdu na Boracay Cable Car and Zipline. Nie była to jednak sielankowa tyrolka, gdzie w nosidełku z uprzęży zjeżdża się w pozycji siedzącej. Tutaj, w pozycji leżącej, ładowani jesteśmy na płachtę, podpinani od góry do kabla i.. heja.. Nie ma się czego złapać, a głowa idzie pierwsza, dopiero za nią reszta ciała, pod nami przepaść i nie da się nie patrzeć w dół (no chyba, że ktoś jest na tyle odważny by zamknąć oczy). Pierwsze ułamki sekund zdecydowanie powodują, że serce staje a buzia sama krzyczy, by po chwili ustąpić miejsca euforii podekscytowania. Jak ptak, jak superbohater, prujemy przez 70 metrów, rozwijając prędkość nawet do 90km/h (!) !!! Z uprzęży wysiadłam na nogach z waty, ale uśmiech mówił wszystko – zdecydowanie to to, co tygryski lubią najbardziej! Spokojny powrót wyciągiem krzesełkowym do pierwszej wieży pozwolił obejrzeć okolicę, niezbyt jest czas skupić się na niej podczas „lotu”.

Po południu czas było schłodzić emocje, a przy okazji zobaczyć jedną z bardziej rozpoznawalnych atrakcji Boracay – skałę Willy’s Rock znajdującą się nieopodal brzegu White Beach. Ta maciupka formacja wulkaniczna niektórym przypomina zamek, a swą rozpoznawalność zawdzięcza znajdującemu się na niej posągowi Marii Zawsze Dziewicy – religijne przywiązanie Filipińczyków objawia się w wielu miejscach.

Filipiny, wyspa Boracay, zachód słońca przy Willy’s Rock

Filipiny, wyspa Boracay, zachód słońca przy Willy’s Rock, White Beach

Po kolejnym przepięknym zachodzie słońca, podjęliśmy się pierwszej próby kuchni filipińskiej – kolejny spożywczy sukces! Kurczak Chicken Adobo zdecydowanie wygrał, tłuściutki Crispy Pork Belly (chrupiący boczko-bekon) też dał radę. A, że jest taki owoc, który całkowicie zdominował ten wyjazd, to nie sposób było odmówić sobie urodzinowych drinków na bazie.. rumu mango! Pycha!

Ostatniego pełnego dnia przed wyjazdem nie zwalnialiśmy tempa. Wybraliśmy się najpierw na island hopping, co w dosłownym tłumaczeniu jest skakaniem z wyspy na wyspę – atrakcja często oferowana w nadwodnych kurortach. Załadowaliśmy się na łódkę i ruszyliśmy na południowy-wschód, by wkrótce wyskoczyć na otwarte wody i nurkować z maską, podziwiając niesamowitą faunę i florę morza Sibuyan nieopodal Crocodile Island. Zdrowo nasiąknięci wgramoliliśmy się z powrotem do łódki i chwilę później spacerowaliśmy wśród dziwnych rzeźb na pobliskiej Magic Island.

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, ciekawe krzesełka

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, zatoka w jaskini

Filipiny, wyspa Magic (Magic Island) nieopodal wyspy Boracay, Słoneczny Patrol :)

Znajduje się tam również jaskinia do której wlewa się bezpośrednio woda z morza – Maciek nie odmówił sobie skoku w głębiny jaskiniowej zatoki. Na koniec tej pół-dniowej wycieczki dopłynęliśmy na północny kraniec wyspy – plażę Puka, na której gęsto było od muszli i kawałków koralowca.

Filipiny, wyspa Boracay, okolice Puka Beach

Filipiny, wyspa Boracay, łódka na Puka Beach

Mieliśmy na spokojnie obejrzeć ostatni zachód słońca na White Beach, ale nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie obejrzeli go z troszeczkę innej perspektywy. Tym sposobem chwilę po dopłynięciu na przystań tarabaniliśmy się z powrotem na łódkę, by po założeniu uprzęży spróbować.. parasailingu, czyli lotu ze spadochronem, który ciągnięty jest przez motorówkę. O tak, z takiej perspektywy magia kolorów znad horyzontu wydawała się jeszcze bardziej niesamowita.

Opisem ciężko oddać emocje i wrażenia towarzyszące wszystkim wspomnianym atrakcjom, mam więc nadzieję, że pomoże choć trochę mój pierwszy, mozolnie zmontowany filmik nakręcony za pomocą GoPro. I chociaż na początku przeklinałam obróbkę, wciąż sprawia mi frajdę oglądanie końcowego dzieła. Zapraszam poniżej:

Ostatni poranek to niesamowity wschód słońca na ‚naszej’ plaży, który również widać na filmie i pakowaliśmy się w drogę powrotną. Najpierw Langkawi, teraz Boracay, chyba przestaję utożsamiać wyspy z leżeniem plackiem na plaży i coraz bardziej zaczyna mi się podobać!

Filipiny, wyspa Boracay, wschód słońca na Bulabog Beach

Filipiny, wyspa Boracay, wschód słońca na Bulabog Beach

Tymczasem znów nastąpi ciut dłuższa przerwa w dostawie wspomnień – przede mną przeprowadzka do nowego mieszkania, trzymajcie kciuki żeby stały internet szybko zagościł pod moim przyszłym dachem.

wodno-plażowy mango-raj – Filipiny, wyspa Boracay: akt I

Wróciłam. Przepraszam za tę ciszę, nie jest to bynajmniej (kolejna) próba zaniechania tego bloga. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie próżnowałam – zbierałam materiały do kolejnych notek (czytaj: podróżowałam!). Jeden z wyjazdów zaprowadził mnie na filipińską wyspę Bohol. Zanim jednak o niej opowiem, wrócę do mojej inicjacyjnej wizyty w tym kraju – na rajskiej wyspie Boracay.

Wielokrotnie wspominałam, że daleko mi do miłośniczki plażingu. Filipiny, budzące natychmiastowe skojarzenia z piaskiem i wodą, nie plasowały się więc w czołówce miejsc do odwiedzenia. Niemniej jednak przyszedł czas zobaczyć, co kraj ten ma do zaoferowania. Postawiliśmy na Boracay – rekomendacja przyszła od pana z baru sałatkowego SumoSalad, gdzie często jadałam lunch. Jak się okazało, znajdująca się na wyspie White Beach – Biała Plaża, od wielu lat plasuje się w czołówce najpiękniejszych plaż na świecie.

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża)

Sama wyspa nie posiada lotniska, aby się tam dostać najlepiej najpierw udać się do Kalibo, miasteczka leżącego nieopodal linii brzegowej, na 6-tej pod względem wielkości, filipińskiej wyspie Panay, należącej do zachodniej części archipelagu Visayas. My pokonaliśmy tę trasę lecąc z Johor Bahru (mojego faworyzowanego pod względem cenowym malezyjskiego lotniska znajdującego się w mieście tuż za singapurską granicą) z przesiadką w Kuala Lumpur. Później już tylko godzinka autobusem na przystań (transport można ogarnąć tuż po przylocie – stoiska przewoźników są zaraz przy wyjściu), krótka przeprawa charakterystyczną łódką, która przywodzi mi na myśl pająki i jesteśmy u celu. Łódki zatrzymują się na na różnych przystaniach wyspy, warto więc zorientować się wcześniej, z której z nich najbliżej jest do naszego ośrodka (lub skąd nas odbiorą).

Przed podróżą na Filipiny niezwykle ważne jest sprawdzenie warunków pogodowych i oczekiwanej pory roku. Nikt wszak nie chce przyjechać kiedy non-stop z nieba leje się ściana wody i istnieje ryzyko stanięcia w oku cyklonu. Przyjazd w samym środku sezonu to z drugiej strony przepychanka z ogromną ilością turystów. Nam udało się wycyrklować idealnie – środek października był już słoneczny, a plaże jeszcze niezatłoczone. Dla zwolenników imprez jest to jednak trochę za wcześnie – większość miejscowych potańcówek okołoplażowych była jeszcze zamknięta.

Filipiny, wyspa Boracay, domki przy Bulabog Beach (Plaża Bulabog)

Nie wiedząc co nas czeka, strategicznie zamieszkaliśmy w ośrodku po drugiej stronie wyspy niż słynna biała plaża. W ośrodku tuż przy Bulabog beach (plaża Bulabog) wciąż mieliśmy piasek przed domkiem, może nie tak śnieżno biały, ale głównie niezaludniony i pozwalający się zrelaksować. Dotarliśmy tam późnym popołudniem i po kilku godzinach podróży starczyło nam sił jedynie na krótki spacer zapoznawczy po okolicy i kolację w znajomo brzmiącym Los Indios Bravos Gastropub, który nie serwował może zbytnio filipińskiej kuchni, ale wracaliśmy do niego jeszcze dwukrotnie na wspaniale orzeźwiające piwo marakujowe.

Wczesnym rankiem słońce zawitało w nasze okna, więc czym prędzej ruszyliśmy eksplorować okolicę. Do sławnego bielutkiego brzegu szło się spacerkiem jedyne 10 minut, po drodze mijając wiele miejsc, w których można dobrze zjeść. Jak pewnie zauważyliście rzadko kiedy jedzenie pojawia się wśród tematów na moim blogu, ale Boracay było pierwszym wakacyjnym miejscem, gdzie zdarzało mi się wracać na posiłki w to samo miejsce. Śniadaniowo uzależniliśmy się od Lemoni Cafe and Restaurant, znajdującego się na terenie D’Mall – przyplażowego skupiska sklepów, straganów i jadłodajni. To tam pochłaniałam poranną dawkę mango, jednego z moich ulubionych owoców, który króluje na Filipinach. Jedzenie było zawsze smaczne i pięknie podane!

Filipiny, wyspa Boracay, tosty z mango i bananami w Lemoni Cafe and Restaurant

Nie tylko piasek, który zdaje się być niemożliwie jasny w promieniach słońca, ale i krystalicznie czysta woda są głównymi czynnikami plebiscytowego sukcesu Boracay. Nie pozostało nam nic innego jak tylko dać nura! To była najbardziej przejrzysta woda w jakiej miałam okazję pływać!

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża)

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża), :)

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża), :)

Pławienie się i podziwianie dna morskiego tak nas wciągnęło, że nim się obejrzeliśmy słońce chyliło się ku zachodowi, a my (ku mojej radości) nawet nie zdążyliśmy dłużej poleżeć na piasku. Około 18.00 słońce chowało się już całkowicie za horyzont, a my, po spłukaniu z siebie zawartości kilku solniczek, dosłownie rzuciliśmy się na kolację.

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża), zachód słońca

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża), zachód słońca

Filipiny, wyspa Boracay, White Beach (Biała Plaża), zachód słońca

Zbiegiem okoliczności w czasie naszego wyjazdu przypadały moje urodziny i chociaż nie mam w zwyczaju hucznego ich świętowania, tym razem postanowiłam poczuć, że żyję – stara, ale jara. O tym jednak wkrótce.