herbatka u Tadka – Malezja, Cameron Highlands: akt II

Już poprzedniego wieczoru dogadaliśmy się z naszym taksówkarzem, że przed świtem dnia następnego zawiezie nas swoim wehikułem na wschód słońca na górę Brinchang (Gunung Brinchang). Najwyższy szczyt Cameron Highlands do którego prowadzi droga dojazdowa (a drugi w kolejności, jeśli chodzi o wysokość nad poziomem morza) ma wysokość nieco ponad 2000 m.n.p.m. I choć trochę się obawialiśmy i żal nam było pojazdu, to szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nie ma się co martwić, bo nie dość, że samochód igła, to jeszcze bardzo doświadczony kierowca. Co jest więc takiego specjalnego w tym pojeździe? Otóż, Ginu (?) – imię naszego kierowcy wymawiało się ‚Dżinu’, nie mam pojęcia jaka jest poprawna pisownia – prowadzi najbardziej stylowego i zadbanego Mercedesa jakim jeździłam do tej pory. Nie jest to jednak najnowszy mercedes klasy S czy A, ale.. Mercedes 190D, model rocznik 1960! Zadbany, dopieszczony w środku, oryginalne części, a dźwięk silnika? Poezja! Z chęcią słuchaliśmy też łamanej angielszczyzny ochrypniętego głosu Ginu, który opowiadał nam historię tego samochodu, którego właścicielem jest ponad 50 lat, a zakupił go krótko po swojej emigracji z Indii. Jeśli kiedyś będziecie w okolicy potrzebowali transportu, wypatrujcie tego charakterystycznego samochodu – wrażenia niezapomniane. Sypnijcie też Ginu dobry napiwek, oby zawsze miał wystarczająco pieniędzy, by dbać o ten wspaniały wehikuł.

Malezja, Cameron Highlands, taksówka - Mercedes 190D, rocznik 1960'

Malezja, Cameron Highlands, taksówka – Mercedes 190D, rocznik 1960′

Malezja, Cameron Highlands, taksówkarz Ginu za kierownicą Mercedesa 190D z rocznika 1960'

Malezja, Cameron Highlands, taksówkarz Ginu za kierownicą Mercedesa 190D z rocznika 1960′

Magia wschodów słońca, nie pozwala oddać ich wspaniałości słowami. Na logikę: wstajesz niewyspany w środku nocy, tłuczesz się (zwykle posiliwszy się tylko batonem zbożowym czy innym ciastkiem) ileś kilometrów, stoisz na zimnym wietrze z palcem przymarzniętym do spustu aparatu i.. zachwycasz się, że słońce znów wstaje. Wstawało, pięknie wstawało, a my gapiliśmy się w przestrzeń nie mogąc oderwać wzroku.

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Malezja, Cameron Highlands, wschód słońca na szczycie góry Gunung Brinchang

Zanim wróciliśmy na śniadanie, przespacerowaliśmy się także przez Mossy Forest (tłumacząc dosłownie: omszały las). Rośnie on tylko w najwyższych partiach gór w klimacie tropikalnym lub subtropikalnym. Nazywany jest również Cloud Forest or Fog Forest (pochmurny las lub mglisty las). Wszystko za sprawą wysokości, gdzie niższa partia chmur otula okolicę, nadając jej wilgotny, spowity we mgle, charakter. Środowisko wręcz idealne do wzrostu niezliczonych gatunków roślin, w tym mchów, paproci i porostów, a także najróżniejszych owadów, ptaków, gadów i płazów. Drewniane platformy prowadzą tylko jakieś 15o metrów w głąb, my jednak przeszliśmy kawałek dalej, gdzie gęstwina i plątanina korzeni wymuszała na nas szczególną ostrożność w blasku wciąż wschodzącego słońca.

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Malezja, Cameron Highlands, Mossy Forest

Pod hotelem z rozrzewnieniem pożegnaliśmy naszego taksówkarza. Zasileni odpowiednią ilością smażonych nudli (azjatycki makaron) i tostów wyruszyliśmy na zaplanowaną wędrówkę po górskiej dżungli. Tym razem obraliśmy odwrotnych kierunek. Do tej pory zwiedzaliśmy miejsca w okolicy miasteczka Brinchang, przyszedł czas na Tanah Rata. Trasa numer #9 miała zaprowadzić nas do wodospadu Robinson (Robinson Falls). Owszem, zaprowadziła, chociaż mimo mapy i kilku zrzutów ekranu na telefonie, długo kluczyliśmy by znaleźć początek trasy. Sam wodospad też nie zachwycił jakoś szczególnie, raczej brudna woda pływająca żwawym nurtem po kilku większych kamieniach. Przy wodospadzie rozpoczyna się trasa #8, która planowo miała zaprowadzić nas na górę Berembun (Gunung Berembun), skąd trasą #3 mieliśmy zejść do rozwidlenia i dalej trasą #6, wyjść z lasu przy budynku Urzędu Leśnego, praktycznie na tyłach naszego hotelu. Przynajmniej w teorii. Trasy są wyznaczone i niby oznakowane, ale w dużej mierze idzie się na czuja. Nie ma ich jednak aż tyle, żeby się zgubić, jeśli wciąż jest się na ścieżce. Na szczycie (chyba) nie byliśmy, zeszliśmy (chyba) trasą #5, gdzieś przy polu namiotowym. Błogosławiłam treki na moich nogach, gdyż miejscami ścieżka zmieniała się w błotniste mokradła i trzeba było skakać tuląc się do drzew lub balansować na leżących konarach, by wyjść z tego suchą stopą. Dla niektórych wyprawa skończyła się praniem butów w rzece, by bez obciachu móc pojawić się w miasteczku.

Malezja, Cameron Highlands, na szlaku (nie wiadomo którym)

Malezja, Cameron Highlands, na szlaku (nie wiadomo którym)

Malezja, Cameron Highlands, wyjście z dżungli

Malezja, Cameron Highlands, wyjście z dżungli

Znaleźliśmy jeszcze siły w nogach, by podreptać na nocny market do Brinchang. Nie wysilaliśmy się jednak zbyt długo, bo na horyzoncie pojawiła się nasza ulubiona taksówka! Ginu również nas rozpoznał i kolejne minuty upłynęły na radosnych pogawędkach.

Okolica reklamuje się jako producent zdrowego i ekologicznego jedzenia, dlatego na nocnym markecie stoiska uginają się od truskawek (omnom mnom, tyle ich zjadłam) i miodów, wszelakich kwiatów i warzyw. Wszędzie wzrok atakują gadżety z symbolem lub w kształcie truskawki, która zdaje się być łatwiejsza w marketingu niż słynne pola herbaty. Gdy siatki rwały się z rąk, a my już wiedzieliśmy, że więcej truskawek moczonych w płynnej czekoladzie nie zmieści się w brzuchach, zawróciliśmy do hotelu się pakować.

Jako, że był to wyjazd tylko na długi weekend, bagaż stanowiły jedynie plecaki. Zakupione suweniry, wymogły na nas zaopatrzenie się w dodatkową torbę, którą mogłyśmy nadać do luku (nasz lot z Ipoh do Johor Bahru, miasta granicznego z Singapurem, miał bagaż nadawany w cenie). Znacie te charakterystyczne, duże, foliowe torby na zamek, zwykle w biało-czerwono-niebieską bladą kratę, tak chętnie używane do pakowania towaru przez sprzedawców na bazarach? Taka była nasza najtańsza opcja.. Zamiast charakterystycznej przeplatanki, wyróżniała się czarnym tłem w białe kropki, z nadrukowanymi truskawkami. Skoro świt, z naszą pieszczotliwie ochrzczoną, torbą wstydu, udałyśmy się taksówką (niestety nie tą ulubioną), na lotnisko do Ipoh, skąd samolotem do JB, i dwoma autobusami (do i przez granicę) do domu.

Tak, uwielbiam wypady na łono natury, a herbatę kocham jeszcze bardziej!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s