Chiny

Góry i doliny – Chiny, Xi’an: akt I

Lwią część mojego rocznego urlopu spędzam w Polsce, dlatego większość moich wyjazdów w zakamarki Azji odbywa się weekendowo. Raz w roku staram się jednak poświęcić kilka dodatkowych dni i dotrzeć do miejsc, które potrzebują więcej czasu. Jakiś czas temu, jedno zdjęcie, znalezione w czeluściach internetu, zadecydowało o kolejnym kierunku – Chiny! O sprawcy całego zamieszania jednak później. 9 dni postanowiliśmy zagospodarować na Xi’an, Zhangye i Jiayuguan – Chiny centralno-północne.

Wyjazd nie liczyłby się jednak, gdyby nie przygody w podróży. Wyruszaliśmy w środku nocy, liniami China Eastern z Singapuru do Xi’an z przesiadką w Kunming. Nic nie zapowiadało niespodzianki, kiedy nad ranem dolecieliśmy do miasta tranzytowego. Sprawnie przeszliśmy odprawę paszportową i kontrolę wiz (jeśli wybieracie się do Chin – pamiętajcie, że na dłuższy pobyt wizę trzeba załatwić wcześniej) i pokierowano nas w lewo do małej poczekalni. Usiedliśmy i.. nic. Nie wyglądało to jak miejsce, z którego możemy dostać się do bramek naszego następnego samolotu. Mieliśmy jednak zapas czasu, więc uznaliśmy, że to jakieś dziwne lokalne procedury. Pół godziny, godzina, pracownicy z bardzo kiepskim angielskim nie potrafili wytłumaczyć, dlaczego mamy tam siedzieć i czekać. Ludzi ubywało, a nasz odlot zbliżał się nieubłaganie. Obsługa lotniska przestała się nami interesować, więc podjęliśmy decyzję, że idziemy rozeznać się w sytuacji. W hali odlotów, przeszliśmy wstępne sprawdzenie biletów i przywitały nas ogromne kolejki do kontroli bagażu podręcznego. Zrobiło się nerwowo – nie zdążymy! Wcisnęliśmy się do kolejki business klasy, ale i tak wszystko posuwało się w mozolnym tempie. Tablica odlotów i bramka na samym końcu terminala. Biegniemy, ja po chwili gubię płuca, serce i oddech, więc Maciek rusza przodem, oby tylko nie zamknęli bramki. Teoretycznie mieliśmy jeszcze 7 minut. Zatrzymałam lotniskowy samochodzik i zgarniając Maćka, podjechaliśmy pod wejście z zapasem 2-3 minut do zamknięcia boardingu, ale ten.. skończył się wcześniej. Spóźniliśmy się.. W dodatku obsługa na lotach krajowych najwyraźniej nie musi znać angielskiego więc wykłócanie się, by nas wpuścili było jak rzucanie grochem o ścianę. Dobrze, rozumiem, my nie polecimy, ale gdzie jest nasz bagaż?! W akcie desperacji, krzyknęłam do ludzi z bramki obok, czy ktoś mówi po angielsku i może pomóc tłumaczyć. Oczywiście nikt się nie zgłosił, żeby nie wychylać się z tłumu, ale po chwili po cichu przyszedł jeden gość i przetłumaczył, że ta babka z obsługi nic nie wie o naszym bagażu, nie mogą już nas wpuścić i mamy wrócić do hali odlotów i dowiadywać się co dalej, w informacji linii lotniczych.

Chyba po raz pierwszy odczułam tak bardzo barierę komunikacyjną. W kolejce do informacji emocje trochę opadały i chociaż średnio-komunikatywny angielski przy ladzie nie dał mi odczuć, że nasze plecaki dotrą razem z nami lotem za 2 godziny, który nam zaoferowano, to ostatecznie wszystko było na miejscu. Teraz jak o tym wszystkim pomyślę, to może w tej dziwnej poczekalni na początku próbowali nam uzmysłowić, że z jakichś powodów nie możemy lecieć naszym oryginalnym lotem? Nieważne, dotarliśmy, Xi’an International Airport wita!

Centrum miasta znajduje się 35km od lotniska, można się tam dostać autobusem. Właściwie to autobusów jest kilka, docierają w różne miejsca Xi’an, więc trzeba zwrócić uwagę, gdzie chcemy dotrzeć. My wybraliśmy linię Xian Railway Station Line, przystanek końcowy (autobus jest bezpośredni) znajduje się na małym placu manewrowym (wygląda właściwie jak opuszczone podwórko za kamienicą) między hotelem Xian Longhai, a szpitalem Xi’an Sanqin Hospital, wzdłuż ulicy Jiefang Road (Jiefang Lu), tuż przy skrzyżowaniu z Xiwu Lu (W 5th Road), gdzie znajduje się również stacja metra (Wulukou, niebieska linia) , Główna stacja kolejowa znajduje się jakieś 900m dalej. Autobusy w obie strony odjeżdżają średnio co 15 minut, od rana do nocy. Przejazd zajmuje ok. 70 minut i kosztuje 25 juanów (~5SGD, ~13,65PLN).

Chiny, przedmieścia Xi’an po ulewie

Późnym popołudniem miasto przywitało nas deszczową aurą. Po zrzuceniu bagaży w hotelu i krótkim odpoczynku, zrobiliśmy jednak małą rundkę po okolicy, posilając się wcześniej zupą z nudlami i wołowiną w pobliskiej jadłodajni.

Poranek trochę nam się przeciągnął, grubo po dziesiątej wsiadaliśmy do metra, aby dotrzeć w pobliże dworca kolejowego. Jeszcze kilka razy w ciągu naszego pobytu korzystaliśmy z tego środka transportu. Jednorazowe bilety, na przejazd kilku stacji w obrębie miasta kosztowały po 3 juany (~0.60SGD, ~ 1,65PLN), bez problemu można je kupić w biletomatach – mają one opcję ustawienia języka na angielski. Uciążliwe mogą być tylko kontrole bagażu, zwykle obsługiwane skanerami, które w godzinach szczytu powodują kolejki.

Ze stacji Wulukou podreptaliśmy w stronę dworca. Ogromny plac manewrowy przed gmachem budynku, służy za przystanek autobusowy wielu miejskich i dalekobieżnych linii. Tuż za murami miasta kierujemy się nieco w prawo (East Square), stamtąd odjeżdża autobus 306 (inna nazwa to Tourist Bus Line 5) do Emperor Qinshihuang’s Mausoleum Site Museum (Mausoleum of the First Qin Emperor), którego najsłynniejszą częścią jest Muzeum Amii Terakotowej. W sezonie łatwo zlokalizować autobus, bo w stronę jego stanowiska ciągnie się niesamowicie długi ogonek. Myślę, że spokojnie z 250-300 osób czekało w kolejce.. Częstotliwość autobusu oscyluje między 10-30 minut. Gotowi byliśmy zmienić plany, bo jedyną „atrakcją”, po staniu w upale i pełnym słońcu przez tak długi czas, mógł być udar cieplny. Zwykle potępiam ludzi wpychających się w kolejkę, a jeśli życiowy pośpiech już mnie zmusi, to staram się moją wymówką uzyskać zgodę najbliższych osób, przed które wskakuję. Postanowiłam jednak zaryzykować potępienie wśród, głównie lokalnej ludności, podeszłam do parki białasów znajdującej się mniej więcej „2 autobusy do wejścia” i zapytałam, czy możemy udawać ich spóźnionych znajomych. Metoda „na przyjaciela” się udała, nikt nawet krzywo na nas nie spojrzał i 20 minut później siedzieliśmy w autobusie. Jeszcze raz przepraszam tych wszystkich ludzi, przed których się wepchnęliśmy!

Bilet na autobus kosztuje 7 juanów (~1.4SGD, ~3,82 PLN), kupuje się go bezpośrednio w autobusie – po odjeździe, bileterka podchodzi do wszystkich pasażerów i sprzedaje. Nas to nie spotkało, ale przed wyjazdem czytaliśmy, że na placu dużo jest oszustów czyhających na turystów, kierujących ich do autobusu zorganizowanych wycieczek lub sprzedających bilety po za autobusem.

Muzeum Armii Terakotowej jest ostatnim przystankiem po około 60-70 minutach jazdy – po drodze autobus zatrzymuje się kilkukrotnie przy innych atrakcjach. Trochę nam zajęło odnalezienie drogi z zatoki, w której wysadził nas kierowca, do kas i wejścia na teren muzeum – pobłądziliśmy gdzieś idąc przez ogromny parking. Po bilety przywitała nas, a jakże, długa kolejka. Nasi nowi „przyjaciele”, którzy początkowo poszli w jeszcze inną stronę, dotarli jeszcze później niż my. Mieliśmy więc okazję spłacić nasz dług – pomogliśmy kupić im bilety i byliśmy kwita. Wejście do muzeum kosztuje 150 juanów (~30SGD, ~82PLN).

Armia Terakotowa to niesamowity zbiór ponad 8 tysięcy (!) figur naturalnej wielkości, przedstawiających żołnierzy, oficerów i zaprzęgi konne. Wypalone z gliny 200 lat przed naszą erą (!) (p.n.e. to wciąż abstrakcja dla mnie..) były armią w.. grobowcu pierwszego chińskiego cesarza Qin Shi, aby go strzec i zapewnić władzę w życiu po życiu. Zapomniane przez wieki, odnalezione zostały przypadkiem, podczas kopania studni przez miejscowych rolników w 1974 roku.

Chiny, okolice Xi’an, Muzeum Armii Terakotowej, widok na halę wykopalisk

Chiny, okolice Xi’an, Muzeum Armii Terakotowej, figury wojowników i koni

Na terenie muzeum znajdują się 3 ogromne hale, przypominające hangary, z żołnierzami w różnym stanie rozkładu. Od figur, które ostały się w całości, przez starannie posklejane, po stanowiska renowacji, których pracownicy wciąż usilnie próbują odtworzyć rozbite i zniszczone rzeźby – przypomina to trochę próby sklejania rozbitych filiżanek z różnych kompletów, których kawałki ktoś rozrzucił w ogromniej piaskownicy.

Chiny, okolice Xi’an, Muzeum Armii Terakotowej, prace rekonstrukcyjne

Chiny, okolice Xi’an, Muzeum Armii Terakotowej, prace rekonstrukcyjne – operacja się udała!

Chiny, okolice Xi’an, Muzeum Armii Terakotowej, prace rekonstrukcyjne

Chiny, okolice Xi’an, Muzeum Armii Terakotowej, wykopaliska

Figury stoją w szyku bojowym. Pod ziemią, znajdowały się w ogromnych pomieszczeniach o brukowanej podłodze i drewnianym dachu, który zawalił się, przysypując figury ziemią. Każda z nich jest inna – ma indywidualne rysy twarzy, grymas, pozycję, broń, strój i rangę odpowiednią do roli pełnionej w armii. Oryginalnie były kolorowe, jednak z biegiem lat pod wpływem powietrza utraciły wszystkie barwy – z wielu z nich, kolor do reszty wyparował w przeciągu kilkunastu sekund od wydobycia w latach 70. i 80.

Chiny, okolice Xi’an, Muzeum Armii Terakotowej, figury wojowników

Spod muzeum Armii Terakotowej można wziąć darmowy autobus podwożący pod Mauzoleum cesarza Qin Shi, na terenie którego znajduje się wzgórze oraz terakotowe figury cywilów w służbie władcy. My jednak udaliśmy się w drogę powrotną do miasta.

Historyczne centrum Xi’an otoczone jest fortyfikacją – mury miasta Xi’an (City Wall). Antyczna stolica Chin chroniona była wysokimi na 12 metrów i szerokimi na 12-14 metrów ścianami, o łącznej, przebiegającej na planie prostokąta, długości 14 km. Wieże strażnicze znajdują się na rogach, a w wzdłuż ścian bramy wejściowe i swego rodzaju balkony z budynkami, które pełniły dodatkowe funkcje obronne.

Chiny, Xi’an, City Wall – Mury Miasta

Chiny, Xi’an, City Wall – Mury Miasta, strażnica

Mury zostały starannie odnowione i dostosowane do zwiedzania. Bilet kosztuje 54 juany (~11SGD, ~34,50PLN), a na górze można wypożyczyć rowery! Bawiliśmy się przednio pokonując tandemem trasę dookoła (dostępne są też standardowe rowery oczywiście). Dotarliśmy tam późnym popołudniem, więc nie było tłumów i spokojnie można było pokonywać kolejne kilometry muru, zatrzymując się okazjonalnie by porobić zdjęcia. Wynajęcie tandemu kosztuje 90 juanów na 2h (18SGD, 49PLN – trochę ździerstwo, ale warto), zostawia się też depozyt 200 juanów. Wzdłuż muru znajduje się kilka stacji wypożyczalni, zwykle koło większych bram wejściowych. Nie trzeba pokonywać całego kółeczka 14km, aby oddać rower, można to zrobić w dowolnej stacji, która wróci nam depozyt.

Chiny, Xi’an, widok z City Wall – Murów Miasta, nietypowe bloki

Chiny, Xi’an, City Wall – Mury Miasta

Trochę nas te kilometry wymęczyły, a jeszcze trzeba dojść do hostelu! Zasileni kolejną porcją nudli kładliśmy się spać – jutro kolejny wysiłek przed nami!

a za czym ta kolejka stoi? – Chiny, Hongkong: part II

Podczas zwiedzania uwielbiam ten moment odkrywania lokalnej historii, o której nie miało się pojęcia. Jeszcze pierwszego dnia w Hongkongu, zanim podziwialiśmy nieziemsko oświetlone drapacze chmur na wyspie Hongkong (o czym pisałam tutaj), na części kontynentalnej miasta, udaliśmy się do Kowloon Walled City Park. Spodziewałam się raczej zobaczyć park z resztkami murów obronnych miasta, jak to zwykle sugeruje nazwa City Walls. Tutaj jednak historia jest inna. U schyłku XIX wieku Chiny i Wielka Brytania podpisały konwencję, na mocy której terytorium Hongkongu zostało zwiększone o prawie cały obszar New Territories – dzielnicę nazwaną Nowe Terytoria (pamiętajmy, że Hongkong był brytyjską kolonią). Prawie, bo z umowy wyłączony był mały wycinek w jego sercu, tzw Walled City, kiedy to faktycznie miasto wciąż był otoczone murem i od lat miało znaczenie militarne. Wojenna zawierucha i przepychanki między tymi dwoma krajami sprawiły, że w latach 50-tych na tym terenie, rozmiarów odrobinę mniejszych od połowy krakowskich Błoni, powstała pozostawiona sama sobie enklawa, rządząca się własnymi prawami – z przemocą, gangami, prostytutkami, narkotykami i pozostałymi aspektami kryminalnego życia na pierwszym planie. Wyobraźcie sobie, że na obszarze 2.6 hektara (mniej więcej powierzchnia 160 na 162.5 metra) mieszkało ponad 30 ooo (!) ludzi! Między budynkami praktycznie nie było prześwitów czy dróg, ludzie przechodzili wąskimi ścieżkami lub bezpośrednio przez budynki.

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, makieta Kowloon Walled City

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, makieta Kowloon Walled City

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, przekrój przez Kowloon Walled City

Chiny, Hongkong, Kowloon Walled City Park, przekrój przez Kowloon Walled City

Nie wszyscy oczywiście parali się szemranym biznesem. W ciemnych zakamarkach istniały zakłady tysięcy drobnych rzemieślników, mini fabryki, sklepy, a nawet zakłady medyczne, gdzie praktykowali przede wszystkim lekarze i dentyści bez licencji. Ludzie organizowali się w sąsiedzkie grupy pomocy i uczestniczyli w religijnych aktywnościach. Próby utrzymania kontroli i zaprowadzenia jako takiego porządku na dłuższą metę nie miały szans, dlatego w 1984 roku Chiny i Wielka Brytania zgodnie podjęły decyzję o.. zrównaniu miasta z ziemią. Rząd Hongkongu wypłacił mieszkańcom i przedsiębiorcom rekompensaty i 7 lat później do miasta wjechały buldożery. W miejscu, gdzie rok wcześniej tętniło życie przestępcze i przedsiębiorcze, ukształtowano przyjemny park, nazwany ku pamięci rejonu Kowloon Walled City Park. W jego centralnej części można zapoznać się z historią miasta. Wejście do parku i na wystawę jest darmowe. W zaaranżowanych, klimatyzowanych pokoikach można wysłuchać nagrań ludzi, opowiadających historię z perspektywy mieszkańców, zobaczyć zdjęcia, elementy życia codziennego i rys historycznych miasta – świetny pomysł i dobrze wykonana wystawa, gdzie praktycznie nie było turystów!

Weekendowe plany zwiedzania w Hongkongu życie weryfikuje bardzo szybko. Czasu zmarnowanego na czekanie w kolejkach nikt nam nie wróci, dlatego polecam zabrać ze sobą jakąś rozrywkę: książkę, muzykę czy partnera do rozmów. W sobotę rano, po odstaniu w śniadaniowym ogonku do jadłodajni a’la hongkoński bar mleczny, ustawiliśmy się w kolejny, oczekujący na wjazd kolejką na szczyt Wiktorii (Victoria peak) – najwyższy szczyt na wyspie Hong Kong. Hongkong jest generalnie bardzo górzysty (dlatego też chętnie bym tam wróciła dla samych wędrówek, chociaż jak teraz patrzę w Internetach, góry nie są aż tak wysokie jak w moim odczuciu). Podczas naszej wizyty, z zakwasami dnia poprzedniego po konkretnej ilości schodów w Ten Thousand Buddhas Monastery, wspinaczka na szczyt nie wchodziła jednak w grę. Cierpliwie odstaliśmy ponad półtorej godziny (!), aby dać się wciągnąć na górę. Trzeba dodać, że kolejka jest atrakcją samą w sobie, gdyż miejscami wznosi się (a w drodze w dół opada) pod kątem 27 stopni. Lokalny uniwerek przeprowadził nawet badania, które udowodniły, że ludzie jadący kolejką ulegają iluzji optycznej pochyłych budynków. Peak Tram jest nie tylko transportem turystycznym, ale ma swoją długą historię w służbie mieszkańcom żyjącym na zboczu góry.

Chiny, Hongkong, wjazd Peak Tram na Victoria Peak - kolejką na szczyt Wiktorii

Chiny, Hongkong, wjazd Peak Tram na Victoria Peak – kolejką na szczyt Wiktorii

Widok z góry, jak łatwo się domyślić, jest niesamowity! Musi wyglądać jeszcze lepiej po zmroku, kiedy całe miasto w dole jarzy się światłami neonów. Wspaniała panorama była czymś czego się spodziewałam, nie sądziłam jednak że na szczycie ujrzę.. galerię handlową. To się nazywa podejście do klienta. Kiedy oczy nasyciły się widokiem, postanowiliśmy zjechać na dół (jedyne 15 minut czekania w kolejce) i spędzić resztę dnia bujając się po ulicach Hongkongu.

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Chiny, Hongkong, widok na miasto z Victoria Peak

Nieopodal stacji kolejki warto zajrzeć do żółciutkiej katedry świętego Jana Ewangelisty (kościół anglikański), najstarszej na dalekim wschodzie. Zwróćcie uwagę na piękne witraże! Ciekawostką jest, że teren na którym stoi świątynia jest jedynym obszarem własnościowym w całym Hong Kongu. Każdy inny skrawek ziemi, w tej specjalnej części Chin, jest dzierżawiony.

Chiny, Hongkong, St John's Cathedral - Katedra św. Jana

Chiny, Hongkong, St John’s Cathedral – Katedra św. Jana

Chiny, Hongkong, wnętrze St John's Cathedral - Katedry św. Jana

Chiny, Hongkong, wnętrze St John’s Cathedral – Katedry św. Jana

Będąc w mieście, nie sposób nie zwrócić uwagi na Mid Level Escalators czyli w dosłownym tłumaczeniu schody ruchome średniego poziomu. Co to za wynalazek? W odpowiedzi na ogromne problemy zakorkowanych wąskich uliczek miasta, szczególnie pomiędzy ścisłym centrum a jego obrzeżem, rząd wyłożył pieniądze na budowę systemu ruchomych schodów i platform, na których ruch pieszy odbywa się ‚piętro wyżej’ nad poziomem chodnika/jezdni. Z tego co czytam, niewiele to pomogło, ale jest całkiem wygodne. Dzień zakończyliśmy wizytą na nocnym markecie sprzedającym mydło, powidło i podróbki.

Chiny, Hongkong, Mid-Level Escalator czyli piętrowe chodniki

Chiny, Hongkong, Mid-Level Escalator czyli piętrowe chodniki

Chiny, Hongkong, mistrzowie reklamy

Chiny, Hongkong, mistrzowie reklamy

Nie dane nam było psychicznie odpocząć od kolejek, gdyż kolejnego dnia, historia się powtórzyła. Tym razem tkwiliśmy, sama już nie wiem jak długo (godzina to minimum!), w kolejce do kolejki linowej Ngong Ping 360, aby dostać się do klasztoru Po Lin Monastery na wyspie Lantau. Oczywiście, że można się tam dostać w bardziej przyziemny sposób, ale wiązałoby się to ponownie z dłuższym marszem pod górę. Chociaż nasze nogi pewnie by to zniosły, to zwyciężyło moje zamiłowanie do widoków z góry. Na szczęście opłacało się gnić w kolejce. Zobaczcie sami, 25 minut takich widoków, góry, woda i lotnisko!

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 - powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 – powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 - powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Ngong Ping 360 – powietrzny tramwaj do Po Lin Monastery

Po Lin Monastery jest jedną z najważniejszych siedzib mnichów w Hongkongu. Najbardziej słynie jednak z ponad 30 metrowej, wykonanej z brązu figury siedzącego Buddy Tian Tan, umieszczonej na szczycie. Do samego posągu trzeba wdrapać się po schodach, ale ponownie widok na okalające góry jest wystarczającą nagrodą. Singapur, w którym mieszkam dzielnie buduje wizerunek miasta w ogrodzie, ale szczerze mówiąc hongkońskie miasto w górach bardziej mi się podoba w tej kwestii (pomijając, że przyszło im to naturalnie). Ile bym dała, żeby mieć kilkanaście minut metrem do takich widoków!

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha - Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha – Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha - Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), statua Tian Tan Buddy (Big Buddha – Duży Budda)

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), ogromne kadzidła

Chiny, Hongkong, wyspa Lantau, Po Lin Monastery (klasztor Po Lin), ogromne kadzidła

Oprócz Dużego Buddy, cały teren kompleksu świątynno-klasztornego na wyżynie Ngong Ping wart jest rzucenia okiem. Dla nas był to ostatni przystanek hongkońskiego wypadu, ostatnie spojrzenie z okien kolejki i już byliśmy rzut kamieniem od lotniska.

Hongkong w środku, czyli w mieście to taki trochę bardziej chiński Singapur, brudniejszy i mniej zielony, z jeszcze mniejszą ilością przestrzeni dla ogromnej ilości ludzi. Wiąże się to dla nich z życiem w mikroskopijnie małych mieszkaniach, do których i tak prawie się nie wraca z uwagi na wielogodzinną pracę. Pokoje hotelowe są maciupkie, więc radzę zwrócić na to uwagę jeśli ktoś potrzebuje salonów. Z każdym krokiem na zewnątrz miasta podobało mi się tam coraz bardziej, góry i przestrzeń to zdecydowanie coś co tygryski lubią najbardziej.

Chiny, Hongkong, znalezione w podziemnym przejściu :) ("Świat jest jak książka, a Ci, którzy nie podróżują czytają tylko jedną stronę")

Chiny, Hongkong, znalezione w podziemnym przejściu :) („Świat jest jak książka, a Ci, którzy nie podróżują czytają tylko jedną stronę”)

Powrót do Singapuru odbył się już na szczęście bez większych rewelacji, a ja już zaczynałam przebierać nogami na myśl kolejnej, zaplanowanej eskapady.