Kilkanaście chwil później wpakowałam się metro i dołączyłam do Neli i jej znajomych w jednej z imprezowych dzielnic miasta. Urzekł mnie MojitoMan – budka na ulicy, w której dwóch mężczyzn serwuje zdrowo zakrapiane mojito za śmieszne pieniądze. Tłum kłębi się w koło budki, muzyka gra, ludzie tańczą, taksówki trąbią.. :) Plastikowe kubki z drinkami mają nawet podobiznę właściciela.
miejscowe zwyczaje
Drugi dzień zaczął się bardzo wcześnie. O dziwo jednak, budzik o 5.00 można przywitać z entuzjazmem. Z dwóch możliwych opcji 7.00 i 8.30 postanowiłam wybrać pierwszą, dlatego wczesnym rankiem wyruszyłam na poszukiwanie przystanku autobusowego, z którego odjeżdża autobus do położonego o 80 km od Pekinu Mutianyu – u samych stóp Wielkiego Muru. Zanim jednak wyjechałam do Chin przekopałam mnóstwo stron w internecie a także mój przewodnik, żeby wybrać jedną część muru do odwiedzenia. Jak się okazuje – mur nigdy jedną całością nie był, a w czasach nowszych wiele jego elementów skończyło jako materiały budowlane dla okolicznych mieszkańców. Kusiły części niezmodernizowanego, „dzikiego” muru, jednak ze względu na słaby dojazd i kiepską kondycję fizyczną, postanowiłam wybrać trochę łatwiejszą drogę. Cichy plan zakładał, że odnowiona część, w którymś miejscu się kończy i na pewno da się postawić kilkadziesiąt kroków na dziko. Stanęło więc na Mutianyu. Naczytałam się jednak w internecie, że jest trochę zamieszania w związku z dworcem, z którego odjeżdża autobus. Cała trudność polega na tym, z metra wychodzi się tak jak na główny powiedzmy sobie, dworzec autobusowy tuż przy stacji, ale zamiast do niego wejść idzie się w prawo do pierwszego głównego skrzyżowania, a tam już w lewo i cały czas prosto, aż po lewej stronie pojawią się żółte oznaczenia peronów drugiego dworca autobusowego, a tam na samym końcu już widać przystanek autobusu 867. Dobrze być wcześniej, udało mi się usiąść, co jest kluczowe podczas prawie 3h jazdy. Nie wiem ile kosztuje bilet, bo miałam kartę miejską, w każdym razie nie kupuje się go u kierowcy, tylko jak autobus ruszy to przepycha się pani bileterka i sprzedaje. Szczęśliwie udało mi się zasnąć, i całą drogę dosypiałam, czasem otwierając oko i podziwiając chińskie wioski. Krajobraz szybko zmienił się na bardziej górzysty.
Koło 10.00 dotarłam na miejsce. Słońce zdrowo już przygrzewało. Ekspresowo minęłam wszystkie kramy z pamiątkami i po kupieniu biletu postanowiłam, zupełnie losowo, wejść od strony Mengshicheneng (cokolwiek to oznacza). Dla leni zamiast wspinaczki jest wyciąg na sam Mur, ja ambitnie wzięłam się za podejście piesze. Najpierw przechodzi się przez sale wystawowe cudów natury okolicznej, a później już schodki, kamienie i ścieżka w lesie. Postanowiłam odbijać jak najbardziej w prawo, jak najdalej od cable car’a i jak najbliżej końca turystycznej części muru. Pot lał się strumieniami (podobno największe upały od xx-leci), ale nie było tak źle. Na każdym kroku jakiś uprzejmy Chińczyk oferuje wodę na sprzedaż, oczywiście po cenie rosnącej adekwatnie do wysokości n.p.m.
Nie przedłużając – dotarłam na szczyt, czyli na mur. Napisanie, że widok jest niesamowity, wydaje się strasznym spłaszczeniem rzeczywistego wrażenia. Nawet zdjęcia wydają się niczym. Człowiek tak stoi i patrzy, patrzy, patrzy.. i nadziwić się nie może, że to ludzkimi rękami powstało. Oczywiście czas na refleksje nachodzi dopiero jak oddalić się od reszty turystów. Nie było źle, miejscami szło się samemu, zwykle jakaś grupka się przewijała z przodu lub z tyłu. Zdecydowanie nie ma pielgrzymki jak nad Morskie Oko.
Niewielu zdecydowało się na przejście za znak informujący o końcu turystycznej części. Dalej już chaszcze, ubytki w murze i dzikość przyrody pożerająca mur. Dotarłam do pierwszej, zawalonej trochę wieży strażniczej. I od tamtej chwili wiem, że jeśli kiedykolwiek uda mi się jeszcze być w okolicy to koniecznie na dziki mur chcę się wybrać. Już się orientowałam, są nawet wycieczki z lokalnym przewodnikiem zakładające nocleg na murze :)
W drugą mańkę doszłam do połowy drogi w stronę cable car’a, ale robiło się gęsto od ludzi, a i nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa. 3,5h wspinaczki przy mojej kondycji były wystarczające (a właściwie przesadne, bo skutki odczuwałam jeszcze po powrocie do Singapuru). Już po zejściu z muru, tą samą trasą, skręciłam za znakiem „To the Water Curtain Cave of the Great Wall”. Niepozorna ścieżka prowadzi do całkiem zjawiskowej jaskini, której opisu nie spotkałam w żadnym przewodniku.
Z dwóch autobusów powrotnych o 14.00 i 16.00 wsiadłam do pierwszego, po subtelnej walce kto-pierwszy-ten-siedzi. Droga powrotna dłużyła mi się niemiłosiernie, zmęczenie było okrutne, więc po prysznicu padłam na łóżko, przesypiając dobre 3h. Na wieczór zaplanowałam pominięty dzień wcześniej Night Market na Donghuamen Street. Ze wszystkich specjałów ja skusiłam się na szaszłyka z kiwi i truskawek – bez glazury.
Na koniec zaobserwowałam dość smutny obrazek. Wśród całego tego tłumu turystów, wydających pieniądze na mniej lub bardziej smakowite kąski, tuż przy płocie podjechał ojciec z córką (tak zakładam) na rowerze z przyczepką. Pan zatrzymał się przy wyglądającej na opuszczoną misce z niedojedzonym makaronem i pytającym wzrokiem spoglądał na grupkę stojących obok ludzi. Gdy ci nie wykazali zainteresowania, pan zabrał miseczkę, obudził dziecko śpiące na kartonach w przyczepce i wspólnie zaczęli jeść.
Złapanie taksówki powrotnej poszło mi nad wyraz łatwo, wystarczyło dać Panu kierowcy wizytówkę z hotelu napisaną krzaczkami. Moje imprezowanie nie trwało z resztą długo, Mur czuć było w nogach, a plany na następny dzień nie wskazywały na odpoczynek.
Ciąg dalszy nastąpi..
księżycowa kuchnia – Singapur, warsztaty robienia Mooncake’ów
Zanim jednak Chiny, moje kroki zawędrowały do kuchni. Bynajmniej nie po to by podjadać. Za pomocą Grouponu udało mi się kupić w korzystnej cenie.. 2-godzinny kurs robienia mooncake’ów (ciastek księżycowych). Czym są te ciastka pisałam już w październiku zeszłego roku. Zbliża się mid-autumn festival, czyli święto, któremu wg mojego rozumienia, najbliżej do polskich dożynek. Mooncakes są tradycyjnymi ciastkami jedzonymi w tym okresie. Jest nawet legenda tłumacząca ich obecność, ale nie jest ona dla mnie do końca jasna (polecam wujka Google jeśli ktoś ciekawy). Ciastka istnieją w dwóch podstawowych wersjach: pieczone i wyrabiane (snow skin mooncake – o śnieżnej skórce). Wraz z Delwyn, koleżanką z pracy, we wtorek wieczorem udałyśmy się więc do szkoły gotowania. Nasza obecność tam intrygowała uczestników, szczególnie panią, która z córką dzieliły z nami stolik. Była szczerze zdziwiona obecnością „białasek”. Dopytywała nawet czy wiemy co w ogóle pieczemy.
Zabawy było oczywiście co nie miara. Mam też przepis, ale przygotowanie ich po za Azją wydaje się bardzo trudne, główne składniki są ciężko dostępne (mogę jednak udostępnić, gdyby ktoś chciał). Podstawę skórki stanowi specjalna smażona (!) mąka ryżowa. Nadzienie zwykle kupuje się gotowe, więc nie było mi dane poznać jak powstaje. Nasze zadanie polegało na wyrobieniu skórki, przygotowaniu nadzienia, zgrabnego ich połączenia i wyciśnięciu w odpowiedniej foremce. Największa trudność leży w szybkości, skórka nie może być długo wyrabiana, bo straci na smaku i konsystencji.
Naszym zadaniem było przygotować po dwa mooncakes z pandanem (roślina o której już kiedyś pisałam) oraz z czarnym sezamem. Cały proces uwieczniłyśmy oczywiście na zdjęciach. Gotowa, wyrobiona już skórka (jeśli nie była wyrabiana za długo to nie powinna sprężynować – wgnieciona palcem nie powinna wracać):
Następnie przygotowanie nadzienia – trzeba wyrobić takie błyszczące kulki:
Punkt kulminacyjny – połączenie nadzienia i skórki, trzeba tak jakby oplatać nadzienie tą skórką, instruktorka mówiła żeby masę pchać na dół, a skórkę do góry:
Na koniec trzeba nadać ciastku odpowiedni wygląd, na przykład taką foremką.
.. i gotowe!
W środku masa rozłożyła mi się „prawie” równomiernie (wierzcie lub nie, ale ten rozkrojony mooncake któremu zrobiłam zdjęcie miał najgorzej ułożone nadzienie, reszta wyglądała lepiej!). Oryginalne mooncakes w założeniu mają w ogóle dużo cieńszą skórkę, ale instruktorka słusznie przewidziała jej więcej, żebyśmy w ogóle dali radę zmieścić nadzienie w środku.
Okazały się być nie tylko źródłem zabawy podczas produkcji, ale też całkiem smaczne! Mooncake są jednak strasznie zapychające, sama dałam radę zjeść pół w domu po zajęciach. Reszta w mgnieniu oka rozeszła się wśród mojego teamu następnego dnia w pracy. Wszyscy przeżyli, nikt nie zachorował :)


























