Kuala Lumpur

zwierzaki i widoki – Australia – uwertura

Zapiski z wypadu do Australii muszę zacząć nietypowo. Zastanawialiście się kiedyś jak wiele błędów można popełnić i ile zbiegów złych okoliczności może nastąpić podczas jednej, 5,5-dniowej podróży? Ja mam nadzieję, że poniższą historią osiągnęłam już moje życiowe maksimum w tej kwestii. Najbardziej jednak fascynuje mnie, że pomimo iż wszystko poszło nie tak, ta eskapada wciąż sprawiła mi ogromną frajdę i wspominam ją z radością.

Po kilku wycieczkach w okolicach Singapuru, nastał czas wypuścić się gdzieś dalej. Udało mi się nawet wykrzesać 1,5 dnia urlopu, co z ekstremalnie długim weekendem z okazji 50-tych urodzin Singapuru, dało mi pole do popisu. Już kilkanaście tygodni wcześniej palec na mapie zaczął wskazywać Koreę Południową. Niestety, w owym czasie, w kraju tym zagościł wirus MERS, a ja zdecydowanie nie ryzykuję w takich kwestiach. Obróciłam więc mapę o prawie 180 stopni i postanowiłam skorzystać z zaproszeń od moich znajomych z Australii – Asi, która urzędowała na doktoracie w Sydney i Delwyn, koleżanki z pracy w Singapurze, która wróciła do swego kraju i osiedliła się wraz z mężem w malowniczej Vincentii na wschodnim wybrzeżu. Kierunek nie jest oczywiście najtańszy, zwłaszcza gdy w grę wchodzi bardzo długi weekend. Loty z Singapuru, na kilka tygodni przed, były albo wyprzedane albo kosmicznie drogie. Jak zawsze wzięłam się na sposób i udało mi się znaleźć sensowne bilety z Kuala Lumpur do Sydney przez Skypicker. Zwykle kręcę nosem na kupowanie przez pośredników, ale cena była przekonująca. Lot z Singapuru do Kuala Lumpur i z powrotem kupiłam osobno, tracąc możliwość tranzytu (wszak loty niepołączone), ale mając w zapasie 5 godzin w drodze do i 2 godziny 10 minut w drodze powrotnej ryzyko zostanie na lodzie z powodu opóźnień uznałam za minimalne, zwłaszcza że lotnisko w Kuala Lumpur nie jest mi obce.

W imię ułatwień i polityki „wszystko zrobimy za Ciebie” Skypicker nie udostępnił mi.. oficjalnego numeru mojej rezerwacji (takiego, którym możesz sprawdzić na stronie linii lotniczych, że wszystko jest w porządku). Próbowałam trzymać w ryzach mój sceptycyzm, ale wymiana maili z obsługą klienta wcale mnie nie uspokajała. Dostałam tylko wewnętrzny numer rezerwacji i jakiś wewnętrzny bilet.. Wszystko wyglądało tak, że powątpiewałam czy faktycznie mój bilet istnieje w systemie Air Asia, którą miałam lecieć. Dodatkowo każdą zmianę (dodanie bagażu, dodanie posiłku) musiałam załatwiać przez ichniejszą obsługę klienta, zamiast kliknąć dwa razy na stronie rezerwacji – pewnie też mieli z tego dodatkowy zarobek. Po n-tej wiadomości łaskawie otrzymałam zrzuty ekranu z oficjalnej strony Air Asia, na których mogłam zobaczyć, że jestem na liście pasażerów (wciąż bez numeru rezerwacji..).

W końcu nadszedł dzień wyjazdu, skopiowałam więc na telefon te ich wewnętrzne dokumenty i z nadzieją wsiadłam do samolotu Malindo Air w stronę stolicy Malezji. Po krótkim locie, z coraz większym bananem na twarzy, przeszłam przez odprawę celną i skierowałam się do okienka nadać bagaż i odebrać mój upragniony, „prawdziwy” bilet do Australii. „Niestety, nie może pani lecieć” zabrzmiało zza lady. Słuchamżecoproszę?! Nie, nie była to kwestia pośrednika, faktycznie byłam na liście pasażerów, ale w systemie wyświetlała się informacja o braku uprawnienia do wkroczenia na teren Australii czyli.. wizy. Tak. Ja, która raczej mam się za zorganizowaną i zaplanowaną (czasem aż do przesady) nie pomyślałam o tak prozaicznej kwestii jak wiza. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że w celach turystycznych mogę takowej potrzebować. Może za bardzo myślałam o Australii przez pryzmat Europy? Zastanawianie się nic już nie dawało, fakt był jednak faktem – nie mogę lecieć. Wściekłość na samą siebie, która mnie wtedy ogarnęła jest nie do opisania – jak mogłam być tak głupia?! Wietnam, Kambodża, Chiny, Indonezja… Po 3 razy zawsze czytam gdzie, jak, co, kiedy i czy trzeba aplikować. Do części z krajów, w których byłam jest po prostu visa-on-arrival czyli bez wcześniejszych wniosków otrzymuje się pozwolenie na krótki pobyt w danym kraju po załatwieniu formalności po przylocie. Niestety tak to nie działa w Australii.

Ze szklistymi oczami na czerwonej ze złości twarzy, usiadłam w najdalszym kącie lotniska i chciałam zapaść się pod ziemię. Sytuacja nie była jednak totalnie beznadziejna – jako obywatel Polski mogę aplikować o wizę turystyczną do Australii przez internet, jeśli wszystko jest w porządku wiza może zostać zatwierdzona nawet w przeciągu godziny. To wciąż dawało nadzieję na złapanie nocnego samolotu do Sydney, wszak miałam jeszcze prawie 4h! Wypełniłam ekspresem i nie mogąc znaleźć sobie miejsca kręciłam się w kółko, nieustannie odświeżając skrzynkę mailową w telefonie i okazjonalnie dręcząc pana w obsłudze klienta Air Asia – czasem zanim osoba zainteresowana dostanie wiadomość potwierdzającą, linie lotnicze już mają informację w systemie. Kilkanaście telefonów tu i ówdzie wykonanych przez pracownika Air Asia na nic się jednak zdały – cud nie nastąpił. Nadeszła 22:40 i musieli zamknąć odprawę by wykonać lot o czasie. Beze mnie.

Absurd tego w co się wpakowałam nie ułatwiał mi podjęcia decyzji co dalej. Zasadniczo opcje były 3: miałam jeszcze pół godziny, żeby kupić bilet i wystartować lotem powrotnym do Singapuru, spędzając długi weekend na rytmicznym uderzaniu głową w ścianę w salonie, aby dobitnie odczuć konsekwencje mojego braku myślenia. Mogłam też zostać i spędzić wściekłe 5 dni w Kuala Lumpur, które zwiedzałam już dwukrotnie i nie darzę jakąś olbrzymią sympatią. Ostatnią opcją było czekać na cud, jeśli wiza zostanie zaakceptowana następnego dnia, moja wizyta w Australii wciąż ma trochę sensu. Dodam, że mój bilet, kupiony po taniości, nie miał oczywiście opcji zmiany dat wylotu, więc w grę wchodził tylko zakup nowego, kosmicznie drogiego biletu. Z racji siły wyższej (jeśli głupotę można tak określić) Air Asia zaproponowała, że uzna moje niestawienie się w samolocie jako wypadek losowy i zaoferowała, że jeśli otrzymam wizę następnego dnia i zdecyduję się lecieć, to odliczy mi wydane już pieniądze od ceny nowego biletu (dobre i to, doceniam gest!). Wystarczy, że przyjdę jutro do okienka ze starym numerem rezerwacji i wszystko będzie w systemie. Zaraz, zaraz.. Numer rezerwacji.. Cholerny Skypicker.. Pan z obsługi był nieźle zdziwiony, kiedy wyjaśniałam, że takowego nie znam. Czym prędzej zanotował mi go na skrawku papieru, życzył powodzenia i dobranoc.

Dobranoc. Właśnie.. Zdecydowanie nie chciałam wracać do domu nie dając temu wszystkiemu szansy. Może rano jakieś telefony i błagania pomogą? Podobno tych, którzy nie przeszli w szybkim czasie automatycznie przez proces, musi zweryfikować pracownik urzędu imigracyjnego Australii, może da się coś zdziałać? Skoro i tak nie miałam nic lepszego do roboty, uznałam, że spędzę jeszcze 24h w Kuala Lumpur, a jeśli jutro się nie uda, to wieczorem wracam do Singapuru. Teraz tylko trzeba było coś ze sobą zrobić podczas czekania na wizowy cud, dochodziła północ.

Aby nie dodawać kolejnych kosztów tej wyprawie, zarezerwowałam na szybko najtańszy hotel dostępny w okolicy stacji głównej w Kuala Lumpur (ostatni pokój, wszystko było zajęte!), zrobiłam kilka zrzutów ekranu z  drogą do przejścia i wsiadłam w pociąg z lotniska. Oczywiście nic nie było jak trzeba, nie wiedziałam z której strony dworca wyszłam i nawet zapytany przechodzień nie umiał mi pomóc. Złość, która zenit osiągnęła na lotnisku, wkraczała na nieznane mi dotąd obszary. Po 10 minutach krążenia (a do hotelu było niby jedyne 5 min pieszo..) znalazłam taksówkarza, który zgodził się mnie zawieźć. Hotel, jak się okazało, na Little India, nie był najgorszym w jakim przyszło mi spać, ale okolica nie zachęcała. Marzyłam tylko o prysznicu, zamknięciu się na 4 spusty i krzyku w poduszkę przez resztę nocy. Stałam w recepcji, czekając na klucze, gdy do hotelu weszła kobieta o europejskim wyglądzie. Myślę sobie, „Dobra, nie jest tak źle, przynajmniej nie jestem sama” (tak wiem, stereotypy..). Nie była jednak gościem hotelu, a szukała noclegu. Zblazowany recepcjonista wskazał na mnie palcem i powiedział, że właśnie biorę ostatni wolny pokój. Pogratulowała mi szczęścia, bo ona idzie od stacji już piąty hotel i nigdzie nie ma wolnych pokoi. Niewiele myśląc, zaoferowałam jej podzielenie się moim pokojem. I tak był dwuosobowy, a ja w tej swojej osobistej ‚tragedii’ uznałam wspaniałomyślnie, że może komuś przynajmniej poprawię humor. Podzieliłyśmy się opłatą i omijając panów w ręcznikach, udałyśmy się na górę. Niestety, nie pamiętam już jej imienia, ale szybko złapałyśmy dobry kontakt, dzieląc się historiami, które przywiodły nas do położenia w którym się znajdujemy. Nowo poznana znajoma z Holandii, wracała z obozu survivalowego, który prowadziła gdzieś w Azji i spóźniła się na przesiadkę. Następny lot dopiero za 24h więc firma kazała jej znaleźć sobie nocleg w mieście. Mimo późnej pory (1.30) uznałyśmy, że pójdziemy jeszcze coś zjeść do budek, które wciąż były otwarte przy ulicy, a jak nam się uda to może i piwo gdzieś kupimy.

Na szczęście hotelowy internet był w miarę dobry, więc po powrocie przekopywałam fora w poszukiwaniu porad. Jedna z nich sugerowała załączenie do swojej aplikacji tony różnych dokumentów, które urząd celny może poprosić do zweryfikowania aplikacji (próbuje się zatem ich ubiec i tym samym zaoszczędzić czas). Fakt, moja aplikacja musiała być dość niecodzienna: Polka, mieszkająca w Singapurze, aplikująca z Malezji, może dlatego chcą widzieć więcej? Na szczęście recepcjonista zgodził się w środku nocy zeskanować moje dokumenty, mimo że obsługa maszyny była chyba dla niego czarną magią. Czego tam nie było: paszport, pozwolenie o pracę i pobyt w Singapurze, pieczątka wjazdowa z Malezji (żeby udowodnić, że jestem tam legalnie), wyciąg z konta, by pokazać zarobki. Miałam tylko cichą nadzieję, że te wszystkie skanowania i logowania się do banku w przypadkowej sieci nie narażą moich danych. Dołączyłam wszystko w systemie i postanowiłam spróbować zmrużyć oko.

Po 2-godzinnej drzemce otworzyłam powiekę i niestety wciąż byłam w hotelu w Kuala Lumpur. Australia właśnie się budziła i czas było poinformować znajomą, żeby nie wyjeżdżała na lotnisko. Gdy tylko wybiła australijska 8.30 zaczęłyśmy razem z Asią wytrwałe dobijanie się na infolinię urzędu celnego Australii. Udało się nawet dwa razy połączyć z konsultantem, ale nie mieli dobrych wieści – nic nie da się przyspieszyć, jeśli aplikacja jest już gdzieś w systemie. Trzeba czekać i mieć nadzieję, że znajdzie się wkrótce w rękach urzędników (jeśli faktycznie nie może być zaakceptowana automatycznie). Ambasada Australii w Malezji też nie mogła nic pomóc. Beznadzieja.

Powoli kończyła się doba hotelowa. Współlokatorka postanowiła spędzić dzień na zwiedzaniu Kuala Lumpur, ja potrzebowałam być cały czas online (na wypadek gdyby wiza przyszła). Pożegnałyśmy się więc i wsiadłam w pociąg z powrotem na lotnisko – wszak oferują darmowy internet. Nie miałam z resztą nastroju na nic innego. Decyzja zapadła – jeśli się nie uda, kupuję bilet i wracam do domu.

Kolejne łzy były znów tymi z niedowierzania, ale już na szczęście połączone z tymi z radości – mniej więcej w połowie drogi pociągiem chwyciłam internet w smartfona i w skrzynce czekał upragniony email! Wiza, WIZA!!!! Ostatecznie nie wiem co pomogło, załączone dokumenty, telefony do urzędu imigracyjnego czy po prostu tak miało być.

Czas na chwilę przyspieszył jeszcze bardziej. Sprawnie ogarnęłam nowy bilet na lotnisku, tłumiąc na dnie plecaka łkanie karty kredytowej i zaczęłam ogarniać sobie czas na lotnisku, jedyne 12h. Byłam wykończona, niewyspana i na emocjonalnej huśtawce. Obdzwoniłam wszystkich, przeczytałam książkę, przysypiałam gdzieś na podłodze, godziny ciągnęły się niemiłosiernie, aż w końcu z ciągłym niedowierzaniem nadałam walizkę, przeszłam odprawę celną i odbiłam się od malezyjskiej płyty lotniska w kierunku Australii.

W samolocie spałam jak zabita, jeszcze tylko kontrola celna po australijskiej stronie, obwąchanie bagażu przez sympatycznie wyglądające psy lotniskowe (do Australii nie można wwozić wielu produktów spożywczych, jeśli się jakieś ma to należy zgłosić. Znalazłam się w specjalnej kolejce do psiego sprawdzania, bo wiozłam azjatyckie chipsy w prezencie dla Asi – oryginalnie zapakowane, przeszły bez problemu. Nie wiem tylko dlaczego celniczka zapytała mnie czy mam jabłka w walizce, ale po tylu podróżach nie dziwię się, że moja torba pachnie czymś dziwnym, co mogło wzbudzić podejrzenia psiego nosa). Asia już czekała po drugiej stronie, witając mnie sympatycznym kangurkiem.

Myślicie, że po takim początku gorzej być nie może? Owszem, może. Kilka godzin później odkryłam, że moja lustrzanka robi w połowie czarne zdjęcia. Ściągam obiektyw, patrzę do środka.. Mechanizm podnoszenie lustra nie działa.. Próby zaczepienia strony która spadła odpuściłam sobie po kilku minutach bojąc się, że uszkodzę jeszcze bardziej. Pozostał aparat w telefonie i droga naprawa po powrocie do Singapuru.. Złośliwość rzeczy martwych i przypadek? Nie. Szybko przypomniałam sobie, jak w nerwach na lotnisku upuściłam plecak na podłogę.. Wystarczyło.

Mało? W drodze powrotnej moje 2 godziny i 10 minut skurczyło się do 1 godziny 25 minut z powodu opóźnienia spowodowanego burzą. Przypominam, że nie miałam tranzytu – musiałam przejść malezyjską odprawę celną, odebrać bagaż, nadać go ponownie, sprawdzanie bagażu podręcznego, znów odprawa celna i dopiero mogłam lecieć dalej. Miałam więc 25 minut, aby znaleźć się przy okienku w hali odlotów mojego „ukochanego” lotniska (trzeba być najpóźniej na godzinę przed odlotem). Tutaj obsługa spisała się na medal, najpierw podwożąc mnie pod odprawę celną lotniskowym samochodzikiem (oczywiście byłam gdzieś hen daleko), a po streszczeniu sytuacji, pozwalając mi ominąć kolejki i uzyskać pieczątkę w okienku zarezerwowanym dla pilotów i obsługi samolotów. Jeszcze tylko odebrać bagaż, który stracił gdzieś pokrowiec (nieważne, biegnę..), schody w górę, nogi już ledwo mnie niosą, dobiegam do okienka teoretycznie 3 minuty przed końcem czasu, gdy pani z obsługi już praktycznie zamykała. Musiała nawet zadzwonić czy aby na pewno jeszcze może mnie wpuścić. Ufff.. może, udało się.. Bagaż pojechał, a ja biegnę dalej, sprawdzanie, odprawa celna, bramka i jest.. dobijam pod rękaw do samolotu w momencie rozpoczęcia boardingu. Jeszcze tylko wypluję serce, płuca i wszystko inne co mam w środku, na posadzkę i mogę wsiadać.

Pomiędzy ten podróżniczy koszmar wpisuje się fantastyczny kraj, który absolutnie zrekompensował mi zszargane nerwy. Nawet widmo dna na koncie w banku (dodatkowy bilet na dzień przed odlotem, naprawa lustrzanki, niebotycznie wysoki rachunek za telefon z uwagi na roaming) nie wpłynęło na moją ocenę. O samej Australii jednak w następnym odcinku.

zwierzęta, jaskinie i świątynie – Malezja, Kuala Lumpur

Kuala Lumpur jest najczęściej odwiedzanym przeze mnie miejscem w Azji (oczywiście tuż po Singapurze, w którym mieszkam). Po pierwszej wizycie, o której słów kilka pisałam w tym poście, co najmniej kilka razy otarłam się o stolicę Malezji. Zwykle nie wyściubiam jednak nosa po za terminal na lotnisku, który służy mi w tranzycie do innych destynacji (nie licząc otwartego nieopodal dużego outletu z darmowym autobusem dojazdowym, polecam wszystkim łowcom okazji!). Tym razem koleżanka, w tamtym czasie urzędująca w Australii, wybierała się wraz ze znajomymi do Kuala Lumpur, więc postanowiłam dołączyć do nich na weekend, ot co by się spotkać i pogadać.  Co rzadko się zdarza – ten wyjazd był dla mnie na organizacyjnym luzie. W końcu byłam już tam wcześniej, nie wtrącałam się więc do planowanego zwiedzania, nie zabrałam nawet aparatu, uznając że w razie czego będę się posiłkować tym w telefonie.

Zanim jednak udało mi się dotrzeć, czekała mnie nie do końca przewidziana przeprawa. Jako balans między kosztami a czasem podróży, postanowiłam lecieć z zaprzyjaźnionego mi już lotniska w Johor Bahru, tuż za granicą z Singapurem. Przekroczenie granicy w piątkowy wieczór jest jednak misją prawie niemożliwą. W moim przypadku wszystko poszło nie tak, ale udało mi się ostatecznie spaść na przysłowiowe cztery łapy. Miejski autobus dowożący na przejście graniczne był niemożliwy do złapania – każdy kolejny przyjeżdżał przepełniony.. Tutaj mała rada, polecam wysiąść z metra kilka stacji wcześniej niż na Kranji, żeby złapać autobus linii 170.. W końcu udało mi się zapakować gdzieś między przednią szybę a pachę innego nieszczęśnika. Przejście graniczne po singapurskiej stronie poszło gładko (z pozwoleniem o pracę mogę korzystać z automatycznej odprawy celnej), schody zaczęły się tuż zanim. Do malezyjskiego przejścia granicznego prowadzi most, na którym zakazany jest ruch pieszy. Trzeba więc znowu złapać swój autobus, aby przejechać ten kawałek. Po bardzo długim czasie udała mi się ta sztuka, ale była już bardzo spóźniona. Za kilkanaście minut odjeżdżał po drugiej stronie mój autobus na lotnisko. Następny był zbyt późno, aby zdążyć na samolot, a złapać taksówkę w piątek wieczorem spod granicy to płonna nadzieja. Zdenerwowanie miałam wypisane na twarzy, bo zostałam zagadnięta przez współpasażerkę, czy aby wszystko w porządku. Gdy streściłam jej swój problem, obiecała, że się pomodli aby mi się udało. Nie wiem u którego boga wypraszała łaski dla mnie, ale pomogło (razem z moim wrodzonym fartem). Biegiem przez odprawę celną, na dworzec autobusowy i na całą minutę przed odjazdem dobiegłam przed drzwi autobusu. Tak jeeest! I kiedy już uspokojona doleciałam do Kuala Lumpur, mając nadzieję, że transportowych historii koniec, trafiłam na nieprzyjemnego taksówkarza, który usilnie chciał zaprosić mnie na kolację lub drinka..

Na szczęście humor poprawił mi się już z rana, gdy tylko spotkałam się z Asią i jej znajomymi. Jako pierwsze, swe kroki skierowaliśmy do Batu Caves, kompleksu jaskiń świątynnych znajdujących się na obrzeżach Kuala Lumpur. Zaczęliśmy od sztandarowej, głównej jaskini, do której prowadzi prawie 300 schodów.

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), statua Lorda Murugana

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), statua Lorda Murugana

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), makaki

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), makaki

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), świece w jaskini świątynnej (Temple Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), świece w jaskini świątynnej (Temple Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), przed statuą Lorda Murugana

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), przed statuą Lorda Murugana

Chociaż zwiedzałam ten kompleks już poprzednim razem (patrz notka z linku powyżej), dopiero teraz odkryłam w nim małą jaskinię tuż po lewej stronie od wejścia. Ramayana Cave – jaskinia Ramayana, rzeźbami w swoim wnętrzu przedstawia historię Ramy, jednego z wcieleń hinduistycznego boga Wisznu, walczącego z królem demonów Ravaną, aby uratować swoją żonę Sitę. Sama ‚Ramayana’ jest starożytnym, indyjskim poematem opowiadającym o tym wydarzeniu. Jeśli się tam wybieracie, nie przegapcie tego miejsca, rzeźby są piękne, ludzi niewiele, a chłód jaskini dodaje wszystkiemu mistyczności.

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), wejście do jaskini Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), wejście do jaskini Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave)

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave), Ravana

Malezja, okolice Kuala Lumpur, Batu Caves (jaskinie Batu), jaskinia Ramayana (Ramayana Cave), Ravana

Po powrocie do miasta, skierowaliśmy się na Chinatown, gdzie kupić można mydło i powidło. Oprócz straganów, udało nam się zobaczyć także dwa miejsca kultu religijnego – taoistyczną świątynię Guan Di, której wnętrze pięknie oświetlały promienie słoneczne, dostające się przez okno w suficie, oraz, najstarszą w Kuala Lumpur, hinduistyczną świątynię Sri Mahamariamman (eeee.. Makarena! :D), gdzie załapaliśmy się na ślub! Tam też dowiedzieliśmy się, od nadgorliwego opiekuna świątyni, że nie wystarczy tylko zdjąć buty przed wejściem, ale nie można ich w ogóle wnieść, nawet jeśli są schowane głęboko w plecaku. Diabeł tkwił raczej nie w ewentualnej obrazie boga, którego skaner w oczach widziałby to ukryte obuwie, ale w opłacie za pozostawienie butów w bezpiecznym kantorku, której chcieliśmy uniknąć. Urywki ze ślubnej ceremonii do zobaczenia na filmie poniżej.

Malezja, Kuala Lumpur, taoistyczna świątynia Guan Di (Guan Di Temple)

Malezja, Kuala Lumpur, taoistyczna świątynia Guan Di (Guan Di Temple)

Malezja, Kuala Lumpur, taoistyczna świątynia Guan Di (Guan Di Temple)

Malezja, Kuala Lumpur, taoistyczna świątynia Guan Di (Guan Di Temple)

Malezja, Kuala Lumpur, hinduistyczna świątyni Sri Mahamariamman Temple

Malezja, Kuala Lumpur, hinduistyczna świątyni Sri Mahamariamman Temple

Malezja, Kuala Lumpur, ślub w hinduistycznej świątyni Sri Mahamariamman Temple

Malezja, Kuala Lumpur, ślub w hinduistycznej świątyni Sri Mahamariamman Temple

Popołudnie postanowiliśmy spędzić z dala od obiektów kultu religijnego, wykupiliśmy więc wycieczkę do robaczków świętojańskich! Rzeka Selangor, przynajmniej na odcinku przepływającym przez Kuala Selangor, bogata jest w siedliska tych miłych dla oka żyjątek. Zanim jednak wsiedliśmy do łódek, po około 1,5 godzinnej podróży ze stolicy, zabawną kolejko-ciuchcią, wjechaliśmy na pobliskie wzgórze Bukit Melawati. Stamtąd podziwiać można wspaniałą panoramę miasta, ale główną atrakcją są lutungi srebrzyste (langury srebrzyste, silvered leaf monkey) – przedstawiciele koczkodanowatych, małp Starego Świata.

Malezja, Kuala Selangor, Bukit Malawati, lutungi srebrzyste

Malezja, Kuala Selangor, Bukit Malawati, lutungi srebrzyste

Malezja, Kuala Selangor, Bukit Malawati, lutung srebrzysty

Malezja, Kuala Selangor, Bukit Malawati, lutung srebrzysty

Po zapadnięciu zmroku, z kapokami na grzbietach, usadowiliśmy się w leciwych łódeczkach, aby podziwiać, mrugające jak szalone, robaczki świętojańskie. Razem z dźwiękiem uderzających o wodę wioseł wprowadzałoby to w absolutnie sielski nastrój, gdyby nie tnące zawzięcie komary.. Na szczęście repelent zdał egzamin na 3 z plusem, więc nie było rzezi niewiniątek. Malezyjska natura: małpy i robaczki świętojańskie, czyli widać, że tylko kropki widać, na filmiku poniżej:

Podczas mojej pierwszej wizyty w Kuala Lumpur nie udało mi się dotrzeć do Narodowego Meczetu, co zostało nadrobione przy tej okazji. Niestety nie wpasowaliśmy się godzinowo i musielibyśmy czekać dość długo, zanim świątynia będzie dostępna dla niemuzułmańskich odwiedzających, dlatego obejrzeliśmy ją tylko z zewnątrz i ruszyliśmy w dalszą drogę do zielonego płuca miasta.

Malezja, Kuala Lumpur, Masjid Negara, Malezyjski Meczet Narodowy

Malezja, Kuala Lumpur, Masjid Negara, Malezyjski Meczet Narodowy

Malezja, Kuala Lumpur, Masjid Negara, Malezyjski Meczet Narodowy

Malezja, Kuala Lumpur, Masjid Negara, Malezyjski Meczet Narodowy

Na ogromny terenie parkowym wydzielone są różne atrakcje, jako że czas gonił mnie już do powrotu do Singapuru, udało mi się odwiedzić tylko jedną z nich – Park Ptaków (KL Bird Park). Rozmiarem dużo mniejszy od singapurskiego, wciąż wart jest odwiedzenia dla ptaszolubnych, takich jak ja.

Malezja, Kuala Lumpur, Bird Park (Park Ptaków), flamingi!

Malezja, Kuala Lumpur, Bird Park (Park Ptaków), flamingi!

Malezja, Kuala Lumpur, Bird Park (Park Ptaków), kazuar hełmiasty

Malezja, Kuala Lumpur, Bird Park (Park Ptaków), kazuar hełmiasty

Chociaż Kuala Lumpur jest interesującym miastem z wieloma atrakcjami, ze względu na różne osobiste historie (opisane tutaj i oczekujące na opisanie), niestety nie zmieści się na liście moich ulubionych miast. Nie mniej jednak, różnorodność jaką oferuje warta jest odwiedzenia!