shinkansen

JP na 100% – Japonia, akt II: Kyoto

Pobudka wczesnym rankiem nie należała do najłatwiejszych, a tu jeszcze trzeba było się spakować i mieć oczy szeroko otwarte, aby nie zamotać się w metrze i dotrzeć na pociąg na czas. Nie można było liczyć, że pociąg będzie miał opóźnienie, gdyż japońskie shinkanseny odnotowują maksymalne opóźnienie rzędu 36 sekund (!). Strasznie byliśmy ciekawi podróży tym super szybkim pociągiem na poduszce magnetycznej. Chociaż spory kawałek przespaliśmy, to jednak 476 km w 2 godz 18 minut robi wrażenie (to praktycznie jak z Poznania do Rzeszowa w linii prostej). Nozomi, którym jechaliśmy, odjeżdża z Tokyo do Kyoto (i jeszcze dalej) średnio co 9-10 minut (!) i jest najszybszym z shinkansenów na tej trasie (nie zatrzymuje się prawie wcale na stacjach pośrednich). Po drodze rozwija prędkość do 300 km/h. Sam pociąg, obok futurystycznego wyglądu to cud-miód-malina. W środku lepiej niż w niejednym samolocie, ogromna przestrzeń na nogi, fotele rozkładane do pół-leżenia, czysto i zorganizowanie. Wagony oznakowane po kolei (zawsze mnie to dziwiło w Polsce, że pociągi z rezerwacją miejsc mają absolutnie bezsensowny rozkład numerowania wagonów), podjeżdżają na peronie pod wyznaczone wejścia. W środku jest restauracja, jeździ wózek z kawo-herbatą, są palarnie. Oczywiście, że nie jest to najtańsza opcja podróżowania, ale zdecydowanie najszybsza.
Japonia, przedział pociągu Shinkansen

Japonia, przedział pociągu Shinkansen

Japonia, bilety na pociąg :)

Japonia, bilety na pociąg :)

Japonia, Kyoto, tablica przyjazdów Nozomi (ten żółty!), średnio co 10 minut

Japonia, Kyoto, tablica przyjazdów Nozomi (ten żółty!), średnio co 10 minut

Kyoto, dawna stolica Japonii otoczona górami, przywitało nas deszczowym nastrojem, który utrzymywał się jeszcze do dnia następnego. Rozejrzeliśmy się porządnie po okolicy naszego hotelu, przyszedł też czas na zakupy, ustaliliśmy plan akcji na następne dni i daliśmy za wygraną zmęczeniu. Na głównej stacji kolejowej jest galeria handlowa, w której można znaleźć bardzo ciekawą fontannę – do zobaczenia na filmiku w następnym poście.
Mimo strug wody lejących się z nieba, następny dzień zaczęliśmy zwiedzając tradycyjną Japonię. Na początek wybraliśmy się na południe. Fushimi Inari-taisha to kompleks świątyń, znajdujących się na górze Inari, poświęconych bogom ryżu i sake. Na szczyt wiodą niezliczone ilości torii – japońskich bram wprowadzających do szintoistycznych świątyń, wyznaczając symboliczną granicę między sacrum i profanum. Na Inari czerwone torii tworzą niesamowite tunele, w których z przyjemnością można się gubić. Do samej świątyni nie podeszliśmy, ale wystarczyło kilka odcinków we wszechobecnej czerwieni, by zafascynować się Japonią jeszcze bardziej i wybaczyć jej ten padający deszcz.
Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, więcej torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, więcej torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, ja i podwójny tunel z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, ja i podwójny tunel z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Maciek w tunelu z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Maciek w tunelu z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, M: parz, przerobili grille na świeczniki! :)

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, M: parz, przerobili grille na świeczniki! :)

Aby dać sobie trochę wytchnienia od deszczu podjechaliśmy na Nishiki Market, gdzie absolutnie wszystkie japońskie dziwactwa kulinarne można nabyć albo chociaż zobaczyć (tak jak w naszym przypadku).
Japonia, Kyoto, Nishiki Market, warzywa w panierce/posypce z czegokolwiek

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, warzywa w panierce/posypce z czegokolwiek

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, chrzan wasabi

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, chrzan wasabi

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, ośmiorniczki z małym jajkiem w środku, chyba nie chcę wiedzieć więcej

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, ośmiorniczki z małym jajkiem w środku, chyba nie chcę wiedzieć więcej

Trzymając się wschodniej ściany Kyoto udaliśmy się w stronę Kiyomizu-dera, a zła aura zdawała się powoli odpuszczać. Niesamowita buddyjska świątynia, której pierwowzór powstał w tym miejscu już w 8. wieku, dumnie wystająca spośród japońskiego lasu na zboczu góry Otowa, tętniła życiem i turystami. Po za samą świątynią, której dach pokryty jest drewnem drzewa cyprysowego, i punktem widokowym warto udać się trochę dalej, aby odkryć małą, czerwoną pagodę czy japoński cmentarz. Przy samej świątyni, za pomocą specjalnych nabieraków, można napić się wody przelewającej się wodospadem Otowa-no-taki, co ma zapewnić zdrowie i długowieczność. Dookoła bardzo często można dostrzec kobiety i mężczyzn ubranych w tradycyjne kimona.
Japonia, Kyoto, Kiyomizu-dera

Japonia, Kyoto, Kiyomizu-dera

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, pagoda

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, pagoda

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, kobieta w tradycyjnym kimonie obok pagody

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, kobieta w tradycyjnym kimonie obok pagody

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, cmentarz

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, cmentarz

Niestety, ulewa wróciła, więc i my (zahaczając oczywiście o jedzenie i zakupy), potulnie udaliśmy się w stronę hotelu, bo chlupało już w butach.
Środę poświęciliśmy na wypad do pobliskiej Nary, która została mi polecona przez jednego z profesorów. Wspaniałe miasto, o którym w następnej notce.
Ostatni dzień w Kyoto spędziliśmy bardzo intensywnie. Zaczęliśmy od zamku, właściwie kompleksu zamkowego, ale raczej mało zamkowego. W sumie to miałam nadzieję na coś więcej, widząc zdjęcia japońskich twierdz w internetach. Ale Nijo-jo pozwolił nam odkryć trochę historii o szogunach i japońskich pomysłach. Zbudowany w 1603 roku zamek miał specjalne skonstruowane podłogi, które intencjonalnie skrzypiały, gdy tylko ktoś się na nich pojawił. Miało to zaalarmować w nocy ochronę, na wypadek pojawienia się intruza. Podobnie jak i w innych miejscach, zamek otoczony jest niesamowicie wypielęgnowaną zielenią.
Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, fosa

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, fosa

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, brama prowadząca do Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, brama prowadząca do Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, patent na skrzypiącą podłogę

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, patent na skrzypiącą podłogę

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, ogród zamkowy

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, ogród zamkowy

1 maja rozpoczynał się sezon artystyczny w Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, w którym można podziwiać Kamogawa Odori, taniec znad rzeki Kamo (przepływającej przez Kyoto) – tradycyjny dwuczęściowy występ, w którym najpierw jest się widzem przedstawienia, później grupowego tańca gejsz i maiko (kandydatek na gejsze). Jako, że od dziecka jestem związana i z teatrem i z muzyką to takie wizyty są dla mnie jednym z punktów kulminacyjnych każdej podróży. Niestety przedstawienie odbywało się po japońsku, bez dostępnego tłumaczenia, więc pozostało nam słuchać bez zrozumienia i obserwować wspaniałe stroje, mimikę, gestykulację, co właściwie z zupełności wystarcza, nawet bez wiedzy o co chodzi w całej historii. W teatrze obowiązywał zakaz filmowania, cyknęłam tylko kilka fotek z ukrycia.
Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, orkiestra

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, orkiestra

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona pierwsza przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona pierwsza przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona druga przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona druga przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, taniec gejsz

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, taniec gejsz

Dalej skierowaliśmy się na zachodnią stronę Kyoto – do dzielnicy Arashiyama. Chociaż dzielnica to chyba nie jest najszczęśliwsze określenie, bo nie ma nic wspólnego z miejskim gwarem. Podnóże gór skrywa w sobie wiele świątyń i cudów natury. Naszym celem był Bamboo Grove – czyli bambusowy gaj. Najpierw jednak udaliśmy się do świątyni Tenryu-ji, będącej jedną z głównych szkół Zen, otoczonej wspaniałym ogrodem Zen.
Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, jedno z pomieszczeń

Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, jedno z pomieszczeń

Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, ogród Zen

Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, ogród Zen

Japonia, Kyoto, Arashiyama

Japonia, Kyoto, Arashiyama

Północna brama prowadzi wprost w bambusy las, a dokładnie w odcinek (zatłoczony turystami), w którym tych drzewek najgęściej. Chciałabym się tam znaleźć, kiedy nie ma zbyt wielu ludzi i można sobie w ciszy przejść, bo miejsce jest magiczne.
Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Słońce powoli chowało się za horyzont, ale my nie chcieliśmy jeszcze kończyć. Odstawiliśmy zakupione pamiątki do hotelu i uderzyliśmy na Gion, jedną z dzielnic gejsz. Zamiast jednak wypatrywań pań w kimonach z misternymi fryzurami i makijażami, postanowiliśmy zaznać trochę współczesnej, japońskiej kultury rozrywkowej – centra gier i rozrywki. 7 pięter automatów, automacików, symulatorów, mini kasyn i co tylko można sobie wyobrazić. Błyskająco-błyszcząco-głośno. Pamiętacie takie maszyny, które po wrzuceniu pieniążka steruje się joystickiem, a po upływie czasu łapka się obniża i próbuje chwycić maskotkę, którą nam wyrzuci jeśli dobrze wycyrklowaliśmy położenie? W Japonii w takich automatach można łowić dosłownie wszystko, od zdalnie sterowanych samochodów po.. lody w pudełkach. My jednak wybraliśmy 3 piętro i gry muzyczne, najpierw szaleliśmy na symulatorze perkusji a później  na specjalnych podestach, które zmuszały nas do dziwacznych tańców, aby tylko poprawnie nadepnąć strzałki, próbka poniżej, poziom: niższy amator. 2 godziny zleciały nam jak z bicza strzelił i pochłonięci zabawą prawie spóźniliśmy się na ostatni autobus pod nasz hotel. Następnego dnia wróciliśmy do Tokio, gdzie niewiele już było czasu na zwiedzanie, bo w założeniu nasz samolot powrotny odlatywał po południu. Nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie próbowali upchnąć zbyt wielu rzeczy w tym samym czasie. Na koniec podróży do Japonii dostaliśmy lekcję, że nie tędy droga, ale wybrnęliśmy i w nocy wylądowaliśmy w Singapurze. To jednak nie koniec japońskich opowieści, reszta następnym razem.

JP na 100% – Japonia, akt I: Tokio

Urlop w końcu nadszedł, choć z perspektywy czasu wydaje się, jakby go nie było. Jakby go nie było, ponieważ przydałby się następny, aby odpocząć po urlopie. Ten kwietniowo-majowy był jednak, dostarczając niezapomnianych wrażeń.
Zacznę od tego, że nigdy specjalnie nie fascynowała mnie Japonia. Najbardziej rozpowszechnione elementy japońskiej kultury współczesnej – manga i wszelakie komiksy – to raczej nie mój świat. Jedno co zawsze chciałam mieć, w związku z Japonią, to ich kolorowe farby do włosów, bo są lepsze niż te, które można kupić w Europie.
(Nie)wystarczył tydzień, aby absolutnie wpaść po uszy. Japonia zaczarowała i już od pierwszych dni trafiła na nieistniejącą listę miejsc „do odwiedzenia ponownie”, bo nim wyjechaliśmy już wiedziałam, że będzie mi mało.
Zaczęliśmy i skończyliśmy w Tokio, ale zanim na dobre stanęliśmy na japońskiej ziemi nasz samolot zaliczył (planowane) międzylądowanie na Tajwanie. Przeszliśmy się terminalem odkrywając prywatną bramkę należącą do Hello Kitty Airlines.
Tajwan, lotnisko podczas międzylądowania w drodze do Japonii, szaleństwo Hello Kitty

Tajwan, lotnisko podczas międzylądowania w drodze do Japonii, szaleństwo Hello Kitty

Tajwan, lotnisko podczas międzylądowania w drodze do Japonii, toaleta dla najmłodszych (najniższych?)

Tajwan, lotnisko podczas międzylądowania w drodze do Japonii, toaleta dla najmłodszych (najniższych?)

Udało nam się przespać obie części lotu, co było wskazane, zważywszy na fakt, że lecieliśmy całkiem długą trasę tanimi liniami, a więc brak wygód i uczciwej przestrzeni na nogi. Japońskie lotnisko Narita, jak i wszystkie szlaki komunikacyjne na jakie trafiliśmy, są świetnie oznakowane. Bez problemu udało nam się kupić bilety na dojazd do miasta (lotnisko jest całkiem spory kawałek od Tokio), 2-dniowe bilety obowiązujące na liniach metra i Toei oraz bilety na Shinkansena do Kyoto. Przewodniki zalecają zakup Japan Rail Pass przed przyjazdem do Japonii, żeby nie męczyć się z kupowaniem biletów na miejscu. Nam jednak taniej i szybciej pod względem przemieszczania się (JR Pass nie obowiązuje na najszybsze ekspresy ani na linie nienależące do JR) wyszło kupując bilety na miejscu. Absolutnie nie ma się czego obawiać, poszło sprawnie, nawet jeśli kasjerzy nie znali angielskiego. Dużą uwagę trzeba przykładać na jakie linie kupuje się bilety. Bilet na metro w Japonii nie obowiązuje na wszystkie pociągi jadące pod ziemią. Trzeba mieć oczy otwarte i sprawdzać kto jest operatorem linii, w którą chcemy wsiąść, bo komunikacja w Japonii wygląda tak (i to wciąż tylko wycinek..). Za sprawą rewelacyjnego oznakowania i intuicyjnych automatów na bilety nigdy nam się nie zdarzyło, żebyśmy kupili zły bilet, albo próbowali wsiąść do złego pociągu. Jak wspomniałam, my kupiliśmy 2-dniowe bilety na Metro i Toei, wystarczyło na dojazd do 90% miejsc, które odwiedziliśmy.
Japonia, Tokio, metro - zdecydowanie po godzinach szczytu

Japonia, Tokio, metro – zdecydowanie po godzinach szczytu

Japonia, Tokio, metro - postępowanie w przypadku gdy ktoś rzuci się na tory

Japonia, Tokio, metro – postępowanie w przypadku gdy ktoś rzuci się na tory

Zatrzymaliśmy się w hotelu w pobliżu stacji Mitsukoshimae. Chociaż nie mieliśmy jeszcze planu zwiedzania podczas rezerwowania hotelu, to jego położenie było całkiem dobrym wyborem, do wielu miejsc mogliśmy dojechać bezpośrednio. W ramach oszczędności zarezerwowaliśmy mały pokój dwuosobowy. Znaczenie ma tu słowo „mały” czytaj: łóżko będzie węższe niż standardowe dwuosobowe (w naszym hotelu znaczyło to 120cm szerokości). Pokoik raczej klaustrofobiczny, ale przyjemny i czysty.
Nasz pobyt w stolicy zaplanowaliśmy na niecałe 2 dni. Oczywiście, że jest to za mało, aby zwiedzić porządnie, ale mnie bardziej ciągnęła tradycyjna Japonia, niż nowoczesna stolica z niezliczoną ilością ludzi. Po krótkiej drzemce na rozprostowanie nóg ruszyliśmy do parku Ueno-koen z nadzieją złapania ostatnich kwitnących wiśni. Najlepszy czas na uchwycenie symbolu Japonii przypadał na kilka tygodni przed naszym przyjazdem. Udało nam się jednak znaleźć kilka drzewek. W ogóle kraj przywitał nas pełną wiosną, a ja co chwilę zachwycałam się kwiatkami, klombami i innymi kolorowymi przybytkami roślinnymi. Zdecydowanie nie mam tego w Singapurze (tu nawet kwiatki w doniczkach mają ciężkie życie..). Spacerkiem dookoła odwiedziliśmy jeszcze Benten-do – świątynie na wysepce i kierowaliśmy się dalej w stronę Senso-ji.
Japonia, Tokio, park Ueno-koen, kwitnąca wiśnia - jedna z ostatnich w tym sezonie!

Japonia, Tokio, park Ueno-koen, kwitnąca wiśnia – jedna z ostatnich w tym sezonie!

Japonia, Tokio, świątynia Benten-do

Japonia, Tokio, świątynia Benten-do

Japonia, Tokio, park Ueno-koen, klon japoński, fantastyczne, czerwone liście

Japonia, Tokio, park Ueno-koen, klon japoński, fantastyczne, czerwone liście

Senso-ji to jedna z najpopularniejszych tokijskich świątyń, w której kult wyznacza obraz Kannona – buddyjskiego boga miłosierdzia. Do samej świątyni prowadzi Hozomon (Treasure-House Gate) czerwona brama z ogromnym lampionem, a jeszcze wcześniej – rzędy straganów. Jako że przyszliśmy po zmroku, wszystko było już zamknięte (łącznie z główną świątynią), ale absolutnie nie stanowiło to dla nas problemu (świątynie w ilości niezliczonej udało nam się odwiedzić później). Zwiedziliśmy cały kompleks (co dziwne i świetne zarazem, turyści kłębili się pod główną świątynią, ale niewielu ich było pod pozostałymi, równie ciekawymi budowlami w kompleksie). Na koniec uchwyciliśmy jeszcze 5-piętrową pagodę w japońskim stylu i kierowaliśmy się w stronę hotelu, nie odmawiając sobie japońskich smakołyków po drodze.
Japonia, Tokio, okolice świątyni Senso-ji, figurka gejszy na dachu straganu

Japonia, Tokio, okolice świątyni Senso-ji, figurka gejszy na dachu straganu

Japonia, Tokio, świątynia Senso-ji, Main Hall

Japonia, Tokio, świątynia Senso-ji, Main Hall

Japonia, Tokio, Hozomon

Japonia, Tokio, Hozomon

Japonia, Tokio, Senso-ji, 5-piętrowa pagoda

Japonia, Tokio, Senso-ji, 5-piętrowa pagoda

Drugi dzień w stolicy rozpoczęliśmy od odwiedzenia Mirai-kan (co można przetłumaczyć jako: „hall of the future – sala przyszłości”) – National Museum of Emerging Science and Innovation (Narodowe Muzeum Wschodzącej Nauki i Innowacji). Mamy już z Maćkiem taki zwyczaj, który wykiełkował na bazie naszego przywiązania do wydziału Fizyki, że wszędzie gdzie to możliwe odwiedzamy Centra Nauki. Japońskie może wyznaczać standardy. Kilka pięter zabawy dla dużych i małych dzieci, całkiem sporo bardziej zaawansowanej nauki, podanej w przystępny sposób. Przede wszystkim w muzeum znajduje się niesamowity globus zwisający z sufitu – pierwszy na świecie ekran w kształcie kuli złożony z organicznych paneli LED. Wyświetla zdjęcia satelitarne danego obszaru, odzwierciedlające całą dobę.

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), ogromny globus-ekran

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), ogromny globus-ekran

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), cząstki i cząsteczki

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), cząstki i cząsteczki

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), rakietowa toaleta

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), rakietowa toaleta

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), wystawa „Śmiałkowie w kosmosie” – rok po roku, zdjęcia wszystkich ludzi i żywych organizmów wysłanych w kosmos

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), wystawa „Śmiałkowie w kosmosie” – rok po roku, zdjęcia wszystkich ludzi i żywych organizmów wysłanych w kosmos

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), rozbrajam struktury DNA

Japonia, Tokio, Mirai-kan (Centrum Nauki), rozbrajam struktury DNA

Zwiedzanie kontynuowaliśmy w okolicy Pałacu Cesarskiego (dokładniej jego ogrody, aby dostać się do samego pałacu trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem), przechodząc przez mały park niezliczonych fontann – Wadakura. Pałac znajdujący się samym sercu Tokio pozwala uchwycić kontrast, między dawną a nowoczesną architekturą. Mnie po raz kolejny zachwyciła roślinność, zieleń i kwitnące wszystko dookoła.
Japonia, Tokio, Wadakura, park fontann

Japonia, Tokio, Wadakura, park fontann

Japonia, Tokio, budynki Pałacu Cesarskiego, a w tle nowoczesne Tokio

Japonia, Tokio, budynki Pałacu Cesarskiego, a w tle nowoczesne Tokio

Japonia, Tokio, budynek Pałacu Cesarskiego

Japonia, Tokio, budynek Pałacu Cesarskiego

Japonia, Tokio, taras widokowy w ogrodach Pałacu Cesarskiego

Japonia, Tokio, taras widokowy w ogrodach Pałacu Cesarskiego

Pod wieczór skierowaliśmy swoje kroki na Shibuyę, jedną z nowoczesnych, handlowych dzielnic Tokio. Niezliczone galerie handlowe, neony i reklamy rzuciły się na nas już po wyjściu ze stacji. Pokusiliśmy się o wejście do jednego z tych domów handlowych i ja, w trampkach, spodenkach i t-shircie, poczułam się jak z innej planety. Każda sprzedawczyni (i większość klientek) wyglądała jak lalka świeżo wyjęta z pudełka. Z ilością makijażu dawno przekraczającą zdrowy rozsądek, sztucznymi rzęsami, tipsami, oczami (znaczy soczewki powiększające źrenicę) i absolutnie perfekcyjnie dobranymi ubranio-kostiumami wyglądały jak postacie z komiksów.
Tym co przyciągnęło nas w tamte rejony była jednak chęć zobaczenia najbardziej zatłoczonego i zapracowanego przejścia dla pieszych na świecie. Shibuya crossing przy jednej, trwającej minutę, zmianie zielonego światła pozwala przejść na drugą stronę (we wszystkich możliwych kierunkach, w tym na skos) około.. 2500 ludziom. Wygląda to mniej więcej tak:

Japonia, Tokio, Shibuya

Japonia, Tokio, Shibuya

Japonia, Tokio, sklepy w dzielnicy Shibuya

Japonia, Tokio, sklepy w dzielnicy Shibuya

Japonia, Tokio, skrzyżowanie w dzielnicy Shibuya

Japonia, Tokio, skrzyżowanie w dzielnicy Shibuya

Małe zakupy kolejnych japońskich smaków, na które aż świeciły się oczy i już mieliśmy wracać do hotelu, ale postanowiliśmy skoczyć jeszcze na drinka. W tak szalonym miejscu jak Japonia nie było mowy o przeciętnym pubie. Alcatraz E.R. – stylizowany na więzienny oddział psychiatryczny wydawał się wyborem całkiem na miejscu. Stolik w celi, drink z kroplówki albo strzykawy, gasnące światła, krzyki, metalowy pręt do dzwonienia w kratę, aby przywołać kelnera, a wszędzie czerwonawo i upiornie – bawiliśmy się przednio :)
Japonia, Tokio, korytarz w pubie korytarz w Alcatraz E.R.

Japonia, Tokio, korytarz w pubie korytarz w Alcatraz E.R.

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., menu niecodziennych drinków w równie oryginalnych naczyniach

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., menu niecodziennych drinków w równie oryginalnych naczyniach

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., drink-kroplówka

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., drink-kroplówka

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., no to chlup!

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R., no to chlup!

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R. :)

Japonia, Tokio, Alcatraz E.R. :)

Zdecydowanie czas do spania, zwłaszcza że rano czekała nas przejażdżka super-hiper-ekstra-szybkim shinkansenem. O tym jednak następnym razem.