zwiedzanie

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Aurangabad i okolice: part II

Budzimy się w 2016 roku, niezwykle wypoczęci. Nasz kierowca również nie zabalował, dlatego po śniadaniu wyjeżdżamy w kierunku jaskiń Ajanta (Adźanta – nijak nie podobają mi się polskie tłumaczenia miejsc w Indiach). Przed nami niecałe 100km do podnóża wzniesień, na których znajdują się pochodzące z II w.p.n.e. (!) i powstające aż do V/VII w.n.e groty. Abstrakcyjne wydaje się dotarcie do miejsca, gdzie ogromny ślad działalności zostawili ludzie, żyjący wcześniej niż początek naszego obecnego kalendarz – skoro teraz mamy rok 2017, to logicznie był kiedyś rok 1, a jaskinio-świątynie Ajanta, zaczęły powstawać pracą ludzkich rąk prawie 200 lat przed nim! Wciąż ciężko mi to sobie wyobrazić.

Dojeżdżamy na parking, skąd przesiadamy się w autobus podwożący ostatnie 4km do samych jaskiń. Bilety w cenie 250 rupii (~5.30 SGD, ~14PLN) od osoby kupujemy tuż przy wejściu i, gdy tylko przekroczymy bramę, nasze twarze zastygają w niemożliwym do opisania wyrazie zachwytu i niedowierzania jednocześnie. Klif na planie półkola z wyżłobionymi w połowie wysokości świątyniami, niewiarygodny widok.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Podobnie jak w jaskiniach Ellora, o których pisałam o tutaj, Ajanta są równie dobrze oznaczone i opatrzone tablicami informującymi o historii i funkcji danego miejsca. Skrupulatnie odwiedzamy każdą z nich, nie mogąc się nadziwić, w jak dobrym stanie zachowały się chociażby malowidła na ścianach. Lekko tajemniczy mrok w ich wnętrzach chroni nasze oczy przed palącym słońcem na zewnątrz. Przyjemnie jest też postawić bose stopy na chłodniejszych posadzkach – świątynie należą do kultu buddyjskiego, dlatego obowiązuje zakaz noszenia obuwia wewnątrz. Polecam sandały lub klapki, bo chociaż wydaje się, że łatwiej byłoby po prostu permanentnie zdjąć buty, to paląca od słońca ścieżka szybko zweryfikuje racjonalność tego pomysłu.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, malowidła na ścianie w jaskini numer 1

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, freski i zdobiona kolumna w jaskini numer 2

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, freski w jaskini numer 16

Jak przystało na ręcznie ciosane groty, rzeźb jest co niemiara. Mnóstwo detali zachowało się po dziś dzień, są nawet całe nawy, ołtarze i stupy!

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, posąg Buddy w jaskini numer 1

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby w jaskini numer 6 lub 7

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, stupa w jaskini numer 9

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby pod sufitem w jaskini numer 16

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźby w jaskini numer 19

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźba Buddy w jaskini numer 26

Wejścia do poszczególnych jaskinio-świątyń  zostały również starannie ozdobione. Nie wiedzieć czemu, w niektóre otwory postanowiono wstawić drzwi lub okna, chcę wierzyć że to tylko ze względu na ochronę zabytku. Mówiąc o tym ostatnim, zarówno w Ajantcie jak i Ellorze, wejść można było wszędzie i wszystko można było dotknąć. Chociaż w niektórych grotach znajdował się kustosz-ochroniarz i wszechobecne są znaki zakazujące fotografii z lampą błyskową (dla dobra malowideł) i przypominające o zdjęciu butów, to nie brakuje turystów, którzy nijak się mają do szacunku dla zabytków.

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, rzeźba słonia na wejściu do jaskini numer 16

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta, zdobione wejście do jaskini numer 19

Indie, Maharasztra, okolice Aurangabad, jaskinie Ajanta

Podobnie jak dzień wcześniej, tutaj również wiele zakamarków odwiedzaliśmy w samotności. Być może 1 stycznia nie jest preferowanym dniem na wycieczki. Na całe szczęście jaskinie były otwarte, a dla mnie im mniej ludzi tym lepiej. Spędziliśmy tu długie godziny. Również tutaj nasza „odmienność” stała się powodem do rozlicznych zapytań o wspólne zdjęcia ze strony „lokalnych” turystów, którym staraliśmy się nie odmawiać – niech żyje nasze celebryckie 5 minut!

Późnym popołudniem byliśmy z powrotem w Aurangabad. Po kolacji przyszedł czas na przymiarkę mojej bluzki do sari, którą przywiózł nasz kierowca. Była tak bardzo krótka jak powinna. Wszystkie fałdy, a mam tego trochę, na wierzchu. Moja umiejętność oplatania się w sari pozostawiała wiele do życzenia, więc szanse na szczelne ukrycie się za materiałem, wydawały się minimalne. Choć w Indiach widoczne „schaby” są na porządku dziennym, to ja absolutnie nie czuję się z tym komfortowo. Cóż, zobaczymy jak będzie.. Kładziemy się spać, bo przed świtem czeka na nas samolot do Kochi, z przesiadką w Mumbaju (dawniej Bombaju) – czas na Indie południowe!

(bez)Kac (bez)Vegas w Bangkoku – Tajlandia, Bangkok, akt II

Kontynuując poprzedni wpis z Bangkoku – jest późne popołudnie, a my właśnie wsiadamy do poniższej łódki, aby przepłynąć główną rzekę w mieście – Chao Phraya. Naszym celem jest, znajdująca się niemal naprzeciwko pałacu królewskiego, świątynia Wat Arun – Temple of Dawn, czyli świątynia świtu.

Tajlandia, Bangkok, łódka na rzece Chao Phraya

Tajlandia, Bangkok, łódka na rzece Chao Phraya

Niestety, potwierdziły się nasze obserwacje z przeciwnego brzegu – główny, ogromny prang był w remoncie, owinięty szczelnie zieloną siatką, z robotnikami krzątającymi się dookoła. Trudno się mówi, przynajmniej nie było zbyt wielu turystów. Weszłyśmy więc zobaczyć to co się dało, w końcu 50 bahtów (~5,75zł, 2$SGD) za bilet to nie majątek. Mówiąc o pieniądzach – na tajskich monetach po jednej stronie zobaczymy wizerunek króla, a po drugiej, w zależności od nominału – jedną z sześciu tajskich świątyń. Wat Arun umieszczona jest na monecie 10 bahtowej.

2 z 4 mniejszych prangów pozostały odkryte i miałyśmy szansę zobaczyć chociaż namiastkę tej ciekawej świątyni. Jej najbardziej charakterystyczne budowle zdobione są porcelaną i muszlami, używając metody inkrustacji (a że człowiek uczy się przez całe życie, to ciocia Wikipedia podpowiada, że to technika zdobienia polegająca na wykonaniu wgłębień w podłożu i wklejaniu w nie odpowiednio przyciętych płytek z różnych materiałów). Porcelana pochodzi z samiućkich Chin i była używana jako balast dla łodzi przybywających z tego kraju do Bangkoku.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, jedna z czterech prang

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, jedna z czterech prang

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Chociaż świątynia nazwą nawiązuje do poranka, to jej majestat najczęściej uwieczniany jest podczas i po zachodzie słońca, kiedy, wspaniale podświetlona, odznacza się nad brzegiem rzeki. Mam nadzieję wrócić jeszcze kiedyś do Bangkoku, żeby to zobaczyć. Póki co pozostają malownicze zdjęcia w internecie.

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Tajlandia, Bangkok, świątynia Wat Arun, posąg Buddy

Dzień był tak intensywny, że kolejnego poranka budzik, z którym miałyśmy wstać i jechać na pływający market, został zignorowany i nastąpiła ekspresowa zmiana planów. Przede wszystkim postanowiłyśmy skorzystać z uroków naszego hotelu i bynajmniej nie mam tu na myśli gnicia w łóżku do późnego popołudnia.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel

Baiyoke Sky Hotel to 88(!)-piętrowy budynek z pokojami dla gości dostępnymi aż do 74 piętra! Nasz pokój w tzw. strefie Sky Zone wymagał wdrapania się (na szczęście windą ;) ) na 54-te z nich. Niesamowity widok za oknem i niezapomniane wrażenie, gdyż po raz pierwszy miałam okazję spać na takiej wysokości (pomijam oczywiście te wszystkie drzemki w samolotach). W uszach czuć było zmianę ciśnienia, a czasem miało się wrażenie, że budynek lekko drga. W czasie naszego pobytu hotel był najwyższym budynkiem w Bangkoku. W sierpniu 2016 został zdetronizowany, wciąż pozostając najwyższym hotelem w Azji Południowo-Wschodniej, a 7-mym na świecie.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, widok z okna

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, widok z okna

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, nocny widok z pokoju

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, nocny widok z pokoju

Na 84-tym piętrze znajduje się nie byle jaki, bo obrotowy taras widokowy! Tak, tak, nie trzeba nawet chodzić dookoła, by obejrzeć całą panoramę Bangkoku. Wysokości zawsze mnie fascynowały, więc spędziłyśmy przynajmniej dwie rundki na górze. Goście hotelowi mogą korzystać z tarasu za darmo, ale jest on również udostępniany innym odwiedzającym za opłatą.

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, panorama z tarasu widokowego

Tajlandia, Bangkok, Baiyoke Sky Hotel, panorama z tarasu widokowego

Nacieszone widokiem, poświęciłyśmy ostatnie godziny na odwiedzenie sklepów, sklepików, bazarów i straganów oraz podglądanie smaczków (nie tylko kulinarnych) tajskiej codzienności.

Tajlandia, Bangkok, sztuka współczesna napotkana na ulicy

Tajlandia, Bangkok, rzeźba napotkana na ulicy

Tajlandia, Bangkok, tuk-tuki!

Tajlandia, Bangkok, tuk-tuki!

Tajlandia, Bangkok, marzenia porzucone pod mostem..

Tajlandia, Bangkok, marzenia porzucone pod mostem..

Tajlandia, Bangkok, koszmar elektryka

Tajlandia, Bangkok, koszmar elektryka

Niedaleko świątyń można kupić zestawy upominkowe dla mnichów, koniecznie w pomarańczowym kolorze, zawierające miks środków czystości i artykułów spożywczych. Zgodnie z religijnymi zasadami, mnisi prowadzą ubogie życie, a wszystko co posiadają, włączając w to przedmioty użytku codziennego, kosmetyki czy jedzenie, musi być ofiarowane im w prezencie. Wierni obdarowują ich na przykład takimi wiaderkami, aby podziękować im za ich służbę.

Tajlandia, Bangkok, zestawy podarunkowe dla mnichów

Tajlandia, Bangkok, zestawy podarunkowe dla mnichów

Tajlandia, Bangkok, czy jedzie z nami Budda?

Tajlandia, Bangkok, czy jedzie z nami Budda?

Jak widać da się w Bangkoku spędzić czas inaczej niż imprezując, wszystko zależy czego się szuka :) Myślę, że stolica Tajlandii ma wystarczająco atrakcji, aby na spokojnie spędzić w niej nawet 3-4 dni. Później organizm (przynajmniej mój) będzie wołał, aby wydostać go z tego przesytu świątyń, straganów i miejskiego zgiełku, najlepiej gdzieś do lasu lub dżungli. Zabrać tylko ze sobą tajski masaż i jedzenie.