Zaczęliśmy od kompleksu buddyjskich świątyń Todai-ji. Główny budynek – Daibutsu-den hall skrywa w sobie ogromny posąg buddy, który jest jednym z największych posągów z brązu na świecie (przewodnik podaje, że ma 15m wysokości i zużyto ponad 437 ton brązu do jej wykonania). Sam budynek dzierży tytuł największego drewnianego budynku na świecie. Nad wejściem można zauważyć zamknięte okiennice. Od święta okno jest otwierane, a budda wygląda sobie na zewnątrz, bo na tym samym poziomie znajduje się jego głowa. Jedna z kolumn po prawej stronie od buddy jest wydrążona u podstawy na długość równą jednemu z nozdrzy (!) buddy. Wg lokalnych wierzeń, ktokolwiek jest w stanie przecisnąć się przez dziurę – dozna oświecenia. My nie próbowaliśmy, zdaje się, że europejskie rozmiary bioder nie mają szans ;)
Japonia
Nara, położona od Kyoto w odległości ok 40km, była najmniejszym japońskim miastem, jakie odwiedziliśmy. I absolutnie szczerze przyznaję – im mniejsze miasto, tym bardziej urokliwe. Podjechaliśmy pociągiem w pół godzinki (tu już nie ma shinkansenów, a zwykła kolej) i spacerkiem ze stacji, wzdłuż ulicy pełnej sklepów i sklepików, udaliśmy się na wschód do Nara Park. Właściwie park to nie jest dobre określenie, bo teren jest ogromny i, co charakterystyczne, usiany świątyniami. Cały teren zdominowany jest przez hasające dookoła.. jelenie. Wg legendy, gdy zbudowano jedną ze świątyń bóg przybył do niej na białym jeleniu. Od tego czasu zwierzęta te są respektowane i chronione w okolicy. Przechadzając się po ogromnych terenach zielonych udało nam się uchwycić jeszcze kilka drzewek kwitnących wiśni.
Spacerkiem dalej kierowaliśmy się na południe, mijając Nigatsu-do Hall i wzgórze Wakakusayama, na które Maciek pokusił się wspiąć. Ja wykorzystałam moment na zakupy ;)
Naszym ostatnim celem, do obejrzenia już tylko z zewnątrz, bo zdecydowanie zaczynaliśmy czuć przesyt świątyniami, była Kasuga Taisha. Pierwotnie powstała w VIII wieku i aż do wieku XIX była przebudowywana co 20 (!) lat, zgodnie z szintoistyczną tradycją. Do samej świątyni prowadzą setki charakterystycznych, japońskich latarni.
Nara to ostatnie miejsce, które zostało mi do opisania z japońskich miast przez nas odwiedzonych. Nie koniec jednak japońskich wrażeń. Nie brakowało czegoś w poprzednich notkach? Nie było prawie nic o Japończykach, japońskiej kuchni, wynalazkach, patentach i cudach z supermarketów. Wszystko to zasługuje na osobną notkę, która wkrótce, a na deser filmik z Kyoto i Nary! :)
JP na 100% – Japonia, akt II: Kyoto
Pobudka wczesnym rankiem nie należała do najłatwiejszych, a tu jeszcze trzeba było się spakować i mieć oczy szeroko otwarte, aby nie zamotać się w metrze i dotrzeć na pociąg na czas. Nie można było liczyć, że pociąg będzie miał opóźnienie, gdyż japońskie shinkanseny odnotowują maksymalne opóźnienie rzędu 36 sekund (!). Strasznie byliśmy ciekawi podróży tym super szybkim pociągiem na poduszce magnetycznej. Chociaż spory kawałek przespaliśmy, to jednak 476 km w 2 godz 18 minut robi wrażenie (to praktycznie jak z Poznania do Rzeszowa w linii prostej). Nozomi, którym jechaliśmy, odjeżdża z Tokyo do Kyoto (i jeszcze dalej) średnio co 9-10 minut (!) i jest najszybszym z shinkansenów na tej trasie (nie zatrzymuje się prawie wcale na stacjach pośrednich). Po drodze rozwija prędkość do 300 km/h. Sam pociąg, obok futurystycznego wyglądu to cud-miód-malina. W środku lepiej niż w niejednym samolocie, ogromna przestrzeń na nogi, fotele rozkładane do pół-leżenia, czysto i zorganizowanie. Wagony oznakowane po kolei (zawsze mnie to dziwiło w Polsce, że pociągi z rezerwacją miejsc mają absolutnie bezsensowny rozkład numerowania wagonów), podjeżdżają na peronie pod wyznaczone wejścia. W środku jest restauracja, jeździ wózek z kawo-herbatą, są palarnie. Oczywiście, że nie jest to najtańsza opcja podróżowania, ale zdecydowanie najszybsza.
Kyoto, dawna stolica Japonii otoczona górami, przywitało nas deszczowym nastrojem, który utrzymywał się jeszcze do dnia następnego. Rozejrzeliśmy się porządnie po okolicy naszego hotelu, przyszedł też czas na zakupy, ustaliliśmy plan akcji na następne dni i daliśmy za wygraną zmęczeniu. Na głównej stacji kolejowej jest galeria handlowa, w której można znaleźć bardzo ciekawą fontannę – do zobaczenia na filmiku w następnym poście.
Mimo strug wody lejących się z nieba, następny dzień zaczęliśmy zwiedzając tradycyjną Japonię. Na początek wybraliśmy się na południe. Fushimi Inari-taisha to kompleks świątyń, znajdujących się na górze Inari, poświęconych bogom ryżu i sake. Na szczyt wiodą niezliczone ilości torii – japońskich bram wprowadzających do szintoistycznych świątyń, wyznaczając symboliczną granicę między sacrum i profanum. Na Inari czerwone torii tworzą niesamowite tunele, w których z przyjemnością można się gubić. Do samej świątyni nie podeszliśmy, ale wystarczyło kilka odcinków we wszechobecnej czerwieni, by zafascynować się Japonią jeszcze bardziej i wybaczyć jej ten padający deszcz.
Aby dać sobie trochę wytchnienia od deszczu podjechaliśmy na Nishiki Market, gdzie absolutnie wszystkie japońskie dziwactwa kulinarne można nabyć albo chociaż zobaczyć (tak jak w naszym przypadku).
Trzymając się wschodniej ściany Kyoto udaliśmy się w stronę Kiyomizu-dera, a zła aura zdawała się powoli odpuszczać. Niesamowita buddyjska świątynia, której pierwowzór powstał w tym miejscu już w 8. wieku, dumnie wystająca spośród japońskiego lasu na zboczu góry Otowa, tętniła życiem i turystami. Po za samą świątynią, której dach pokryty jest drewnem drzewa cyprysowego, i punktem widokowym warto udać się trochę dalej, aby odkryć małą, czerwoną pagodę czy japoński cmentarz. Przy samej świątyni, za pomocą specjalnych nabieraków, można napić się wody przelewającej się wodospadem Otowa-no-taki, co ma zapewnić zdrowie i długowieczność. Dookoła bardzo często można dostrzec kobiety i mężczyzn ubranych w tradycyjne kimona.
Niestety, ulewa wróciła, więc i my (zahaczając oczywiście o jedzenie i zakupy), potulnie udaliśmy się w stronę hotelu, bo chlupało już w butach.
Środę poświęciliśmy na wypad do pobliskiej Nary, która została mi polecona przez jednego z profesorów. Wspaniałe miasto, o którym w następnej notce.
Ostatni dzień w Kyoto spędziliśmy bardzo intensywnie. Zaczęliśmy od zamku, właściwie kompleksu zamkowego, ale raczej mało zamkowego. W sumie to miałam nadzieję na coś więcej, widząc zdjęcia japońskich twierdz w internetach. Ale Nijo-jo pozwolił nam odkryć trochę historii o szogunach i japońskich pomysłach. Zbudowany w 1603 roku zamek miał specjalne skonstruowane podłogi, które intencjonalnie skrzypiały, gdy tylko ktoś się na nich pojawił. Miało to zaalarmować w nocy ochronę, na wypadek pojawienia się intruza. Podobnie jak i w innych miejscach, zamek otoczony jest niesamowicie wypielęgnowaną zielenią.
1 maja rozpoczynał się sezon artystyczny w Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, w którym można podziwiać Kamogawa Odori, taniec znad rzeki Kamo (przepływającej przez Kyoto) – tradycyjny dwuczęściowy występ, w którym najpierw jest się widzem przedstawienia, później grupowego tańca gejsz i maiko (kandydatek na gejsze). Jako, że od dziecka jestem związana i z teatrem i z muzyką to takie wizyty są dla mnie jednym z punktów kulminacyjnych każdej podróży. Niestety przedstawienie odbywało się po japońsku, bez dostępnego tłumaczenia, więc pozostało nam słuchać bez zrozumienia i obserwować wspaniałe stroje, mimikę, gestykulację, co właściwie z zupełności wystarcza, nawet bez wiedzy o co chodzi w całej historii. W teatrze obowiązywał zakaz filmowania, cyknęłam tylko kilka fotek z ukrycia.
Dalej skierowaliśmy się na zachodnią stronę Kyoto – do dzielnicy Arashiyama. Chociaż dzielnica to chyba nie jest najszczęśliwsze określenie, bo nie ma nic wspólnego z miejskim gwarem. Podnóże gór skrywa w sobie wiele świątyń i cudów natury. Naszym celem był Bamboo Grove – czyli bambusowy gaj. Najpierw jednak udaliśmy się do świątyni Tenryu-ji, będącej jedną z głównych szkół Zen, otoczonej wspaniałym ogrodem Zen.
Północna brama prowadzi wprost w bambusy las, a dokładnie w odcinek (zatłoczony turystami), w którym tych drzewek najgęściej. Chciałabym się tam znaleźć, kiedy nie ma zbyt wielu ludzi i można sobie w ciszy przejść, bo miejsce jest magiczne.
Słońce powoli chowało się za horyzont, ale my nie chcieliśmy jeszcze kończyć. Odstawiliśmy zakupione pamiątki do hotelu i uderzyliśmy na Gion, jedną z dzielnic gejsz. Zamiast jednak wypatrywań pań w kimonach z misternymi fryzurami i makijażami, postanowiliśmy zaznać trochę współczesnej, japońskiej kultury rozrywkowej – centra gier i rozrywki. 7 pięter automatów, automacików, symulatorów, mini kasyn i co tylko można sobie wyobrazić. Błyskająco-błyszcząco-głośno. Pamiętacie takie maszyny, które po wrzuceniu pieniążka steruje się joystickiem, a po upływie czasu łapka się obniża i próbuje chwycić maskotkę, którą nam wyrzuci jeśli dobrze wycyrklowaliśmy położenie? W Japonii w takich automatach można łowić dosłownie wszystko, od zdalnie sterowanych samochodów po.. lody w pudełkach. My jednak wybraliśmy 3 piętro i gry muzyczne, najpierw szaleliśmy na symulatorze perkusji a później na specjalnych podestach, które zmuszały nas do dziwacznych tańców, aby tylko poprawnie nadepnąć strzałki, próbka poniżej, poziom: niższy amator. 2 godziny zleciały nam jak z bicza strzelił i pochłonięci zabawą prawie spóźniliśmy się na ostatni autobus pod nasz hotel. Następnego dnia wróciliśmy do Tokio, gdzie niewiele już było czasu na zwiedzanie, bo w założeniu nasz samolot powrotny odlatywał po południu. Nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie próbowali upchnąć zbyt wielu rzeczy w tym samym czasie. Na koniec podróży do Japonii dostaliśmy lekcję, że nie tędy droga, ale wybrnęliśmy i w nocy wylądowaliśmy w Singapurze. To jednak nie koniec japońskich opowieści, reszta następnym razem.















































