Azja

nie tylko Szkoci noszą spódniczki – Birma, akt I: okolice Mandalay

Promocje z natury się lubi. Więc kiedy Grzesiek, kumpel z pracy, wraz żoną, wytropili tanie bilety lotnicze do Myanmaru (Birma) na długi weekend, nie pozostało nam nic innego jak do nich dołączyć. Jako, że Sue pochodzi z Birmy, dawało nam to cień szansy komunikacyjnej z lokalną społecznością, co okazało się niezmiernie pomocne już na samym początku podróży. Później oni zostali u rodziny, a my pojechałyśmy w głąb kraju. Birma (czy też Myanmar, w spolszczonej wersji: Mjanma, która wygląda mi trochę dziwnie) to przede wszystkim kraj o ogromnych problemach ekonomicznych i politycznych, jednen z najbiedniejszych na świecie. Nieustannie boryka się z brakiem płynności w dostawie prądu, słabą infrastrukturą czy opieką medyczną. Wiele rejonów jest zamkniętych dla turystów, do innych trzeba mieć specjalną wizę (oprócz ogólnej wizy wjazdowej do kraju). Zapomnij o roamingu, internet czasem jest, czasem nie ma. Z drugiej strony niezwykle przyjazny i inspirujący kraj, w którym ilość mnichów i świątyń poświęconych Buddzie, dawno przekroczyła zdrowy rozsądek. I tak jak w tytule – mężczyźni noszą tu spódnice – longyi, które wiązane są w inny sposób niż ich kobiecy odpowiednik.
Planowanie naszych 3 dni pobytu odbywało się w locie. Dosłownie. Jakoś nie było czasu wcześniej rozplanować, ani nawet kupić przewodnika, hotele też nie zarezerwowane, bo nie wiedziałyśmy jak będziemy się przemieszczać. Totalny spontan, zwykle niepolecany w krajach, w których szansa na dogadanie się czy znalezienie czegoś przypadkiem, jest raczej niska. Pierwszy punkt: znaleźć dworzec autobusowy i spróbować zorganizować nocną przeprawę z Yangon (do którego przyleciałyśmy) do Mandalay albo Bagan.
Birma przywitała nas.. brakiem prądu. W drodze z samolotu do odprawy celnej światła zgasły i tylko niewielkie lampki, wspomagane zapewne generatorem, umożliwiły nam poruszać się dalej. Dobrze się zaczęło, pomyślałyśmy. Zapowiadały się 3 dni survivalu.
Birma (Mjanma), Yangoon, welcome to Myanmar - egipskie ciemności na dobry wieczór!

Birma (Mjanma), Yangoon, welcome to Myanmar – egipskie ciemności na dobry wieczór!

Odprawa przeszła gładko, wizy załatwiałyśmy już dużo wcześniej, wymieniłyśmy też amerykańskie dolary na kiaty, chociaż obie waluty są w obiegu, jako że ta lokalna jest bardzo niestabilna. Tak w ogóle to mała porada podróżnicza: do krajów takich jak Birma czy Kambodża zaleca się przywozić USD o niskim nominale i perfekcyjnym stanie. Brudne czy pogniecione banknoty nie zostaną zaakceptowane.
Nasze pierwsze wybawienie czekało tuż za bramkami. Wujek Sue zadzwonił do przewoźnika i zarezerwował nam 2 ostatnie bilety na nocny autobus do Mandalay, (martwiąc się, że będziemy siedziały na tylnych siedzeniach, gdzie fotele się nie rozkładają, jakby miało to znaczenie), a nawet wsiadł z nami do taksówki i zahaczając o lokalną jadłodajnię, zawiózł nas na „dworzec” (?). Nie, dworcem tego nazwać nie można, ale jedno było pewne – gdybyśmy dotarły tam same to kiepsko bym nas widziała. Wszystko dogadane, wszamałyśmy na szybko naszą kolację ze styropianowych pudełek i do autobusu. Pełen luksus! Oby PKSy w Polsce tak wyglądały! Rozkładane fotele, kocyk, poduszka, woda. Pominę już lampki choinkowe obok kierowcy i telewizor, z którego przez kilka godzin leciały buddyjskie modły (zatyczki  do uszu uratowały sen).
Mandalay o poranku (5.00?) na dzień dobry zaserwowało: zapuszczony plac manewrowy dla autobusów (z ogromną ilością kałuż, kurzu i błota) z taksówkarzami, którzy jeszcze podczas parkowania autobusu oblepili szczelnie jego przednią szybę i drzwi wyjściowe, byle tylko zgarnąć klienta. Cel: ogarnąć dalszą podróż, to gdzie jesteśmy i co właściwie będziemy tu robić. Podążając za wskazówkami wujka Sue odnalazłyśmy Elite Express i na migi próbujemy się dogadać. Tu przychodzi wybawienie numer dwa: Aung Aung, który okazuje się płynnie posługiwać angielskim, a przy okazji być organizatorem wycieczek (mam kontakt do gościa, gdyby ktoś był zainteresowany!). Elite nie posiadało wieczornych autobusów do Bagan (naszego następnego celu), ale ten pan nie tylko pomógł nam odnaleźć odpowiedniego przewoźnika, ale także zadzwonił do swojego znajomego w Bagan, by ten zarezerwował nam bilety powrotne do stolicy (które potrzebowałyśmy na nocny autobus po jednodniowym pobycie w Bagan) i rozwiązał nam problem co począć w Mandalay – zadzwonił po znajomego taksówkarza (?), który za absolutnie przystępną cenę obwoził nas cały dzień po lokalnych atrakcjach i dodatkowo posługiwał się podstawowym angielskim. Birma bardzo mocno opiera się na znajomościach, ale nikt nie próbuje Ci niczego wcisnąć i ludzie wciąż będą Ci pomagać, nawet jeśli czegoś odmówisz. Oczywiście, że w takich sytuacjach „pomocy” wypada dać napiwek, który jest bardzo chętnie przyjmowany, ale nie oszukujmy się, stawki jakie zwykle daje się w Birmie za często nieocenioną pomoc, nie należą do wygórowanych. I chociaż objazdowe wycieczki to nie jest moja ulubiona forma zwiedzania, to w przypadku Mandalay sprawdziła się bez dwóch zdań.
Birma (Mjanma), Mandalay, dworzec autobusowy

Birma (Mjanma), Mandalay, dworzec autobusowy

Zupełnie spokojne o nasze przetrwanie wsiadłyśmy do klimatyzowanego samochodu (uff.. upał i plecaki zaczynały już doskwierać) i zaczął się nasz rajd po świątyniach. Tak, Birma to kraj niezliczonej ilości świątyń. Mój po-japoński przesyt dzielnie to znosił, ale jedno jest pewne – następna podróż – żadnych świątyń! Ale, ale, kiedy tylko kierowca ruszył na drogę nastąpiła lekka konsternacja – czy aby wszystko jest w porządku? Zagadka na filmie poniżej (polecam nie szukać odpowiedzi w internetach, ale samemu się zastanowić co jest nie tak :) )

Zaczęłyśmy w Mingun, położonym niedaleko Mandalay. Turystów brak – pierwszy plus. Tuż u podnóża świątyni Mingun Pahtodawgyi obskoczyła nas grupka dzieciaków, proponując, a to kwiatki, a to wachlarze, a to inne cuda dla Buddy. W końcu większość odpuściła, widząc nasz brak zainteresowania, jednak dwóch chłopców o niezłym angielskim zostało jako nasi „przewodnicy”. Szybkie porozumienie – nie spławiamy ich, mądrze mówią, a my nic nie wiemy, odpali im się coś na końcu i gitara. Większość tych dzieciaków deklaruje, że zbiera na szkołę. Fakt, że niektóre z nich całkiem nieźle sobie radziły po angielsku, pozwalał mi wierzyć, że rzeczywiście do tej szkoły chodzą.
Mingun Pahtodawgyi to wielki.. klocek, powstały rękami więźniów i niewolników jakieś 200 lat temu. Celowo niedokończona stupa (jej ukończenie miało jakoby oznaczać upadek państwa albo śmierć króla), do której właściwie nie da się wejść (brama prowadzi tylko do figurki Buddy, a do około ściany). Wrażenie robią jej pęknięte, na skutek trzęsienia ziemi, masywne ściany.
Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Pahtodawgyi

Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Pahtodawgyi

Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Pahtodawgyi, krokodylek odprowadzający wodę

Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Pahtodawgyi, krokodylek odprowadzający wodę

Birma (Mjanma), Mingun, widok na Mingun Pahtodawgyi z Hsinbyume Pagoda

Birma (Mjanma), Mingun, widok na Mingun Pahtodawgyi z Hsinbyume Pagoda

Dalej zaprowadzono nas do Hsinbyume Pagoda drogą pomiędzy lokalnymi chatkami i domostwami. Zaintrygowane żółtymi śladami na twarzach chłopaków, dowiedziałyśmy się o Thanaka – żółtawym kosmetyku o bardzo intensywnym i przyjemnym zapachu, który używany jest do rytualnego makijażu. U progu chatki, w której chłopcy mieszkali, Kasia oddała się w ręce lokalnego wizażysty, proces przygotowania i nakładania specyfiku na filmiku poniżej.
Birma (Mjanma), Mingun, lokalne gospodarstwa

Birma (Mjanma), Mingun, lokalne gospodarstwa

Birma (Mjanma), Mingun, Kasia podczas nakładania Thanaki na progu lokalnej chatki

Birma (Mjanma), Mingun, Kasia podczas nakładania Thanaki na progu lokalnej chatki

Hsinbyume Pagoda wymalowana na biało, zgodnie z opisem mitologicznej góry buddyjskiej Mount Meru.
Birma (Mjanma), Mingun, Hsinbyume Pagoda

Birma (Mjanma), Mingun, Hsinbyume Pagoda

Birma (Mjanma), Mingun, Hsinbyume Pagoda

Birma (Mjanma), Mingun, Hsinbyume Pagoda

Nieopodal znajduje się słynny Mingun Bell – pod względem wielkości, drugi na świecie dzwon. I zapewne znaczniej mniej chroniony niż ten pierwszy. Turystom pozwala się na przykład zadzwonić (patrz filmik poniżej), a nawet zachęca się ich do wejścia do środka dzwonu i podpisania się na jego wewnętrznej ścianie.

Birma (Mjanma), Mingun, budynek, w którym znajduje się Mingun Bell

Birma (Mjanma), Mingun, budynek, w którym znajduje się Mingun Bell

Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Bell - selfie w dzwonie!

Birma (Mjanma), Mingun, Mingun Bell – selfie w dzwonie!

Drogą w stronę rzeki obejrzałyśmy jeszcze jedną mniejszą świątynię, a także, kompletnie zniszczone przez trzęsienie ziemi, pomniki lwów. Irrawadda (Ayeyarwada) na swoim brzegu skrywała jeszcze dwie lokalne ciekawostki. Pierwszą były.. bydło-taksówki. Jeśli ktoś z lokalnej ludności chce się dostać do miasta, to może wynająć taki właśnie transport. Nieopodal moje oko wypatrzyło także kobiety, które prały w rzece ubrania.

Birma (Mjanma), Mingun, bydło-taksówka

Birma (Mjanma), Mingun, bydło-taksówka

Birma (Mjanma), Mingun, pranie w rzece

Birma (Mjanma), Mingun, pranie w rzece

Birma (Mjanma), Mingun, co w trawie piszczy?

Birma (Mjanma), Mingun, co w trawie piszczy?

Birma (Mjanma), Mingun, lokalne sklepy

Birma (Mjanma), Mingun, lokalne sklepy

Następny punkt naszej wycieczki to Sagaing, a właściwie słynne Sagaing Hill – wzgórze, z potężną ilością świątyń, które wg legendy birmańskiej, odwiedził sam Budda (wzgórze, nie świątynie). Pierwszą, którą my odwiedziłyśmy była International Buddhist Academy, a chwilę później skierowaliśmy się do U Min Thonze (świątynia 30 grot) oferującą, oprócz niezliczonej ilości figur Buddy, tarasy z widokiem na okolicę.
Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, International Buddhist Academy

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze

Birma (Mjanma), Sagaing Hill

Birma (Mjanma), Sagaing Hill

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze, zasady dotyczące ubioru w świątyni

Birma (Mjanma), Sagaing, U Min Thonze, zasady dotyczące ubioru w świątyni

Wciąż pozostając w Sagaing udałyśmy się jeszcze do najstarszej świątyni na wzgórzu – Soon U Ponya Shin, do której prowadzi niezliczona ilość schodów (zapewne z racji położenia na samym szczycie Sagaing Hill). Wnętrze mieniło się lusterkową mozaiką, a widok z tarasów był niesamowity. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, pośród zieleni i niskiej zabudowy mieszkalnej, wystają złote szczyty świątyń, pagód i stup.
Birma (Mjanma), Sagaing, Budda w Soon U Ponya Shin

Birma (Mjanma), Sagaing, Budda w Soon U Ponya Shin

Birma (Mjanma), Sagaing, Soon U Ponya Shin

Birma (Mjanma), Sagaing, Soon U Ponya Shin

Birma (Mjanma), Sagaing, Budda w Soon U Ponya Shin, różowe wafelki do lodów!

Birma (Mjanma), Sagaing, Budda w Soon U Ponya Shin, różowe wafelki do lodów!

Po wyczekiwanym lunchu i dość pochmurnym przedpołudniu przyszedł na czas na (nie, nie, nie na kolejną świątynię ;) ) spokojny spacer po U Bein Bridge w promieniach przygrzewającego słońca. Wybudowany w 1850 roku most o długości 1.2 km, jest znany jest jako najstarsza i najdłuższa tego typu konstrukcja z drewna tekowego na świecie. Nie byłam przekonana co do jego stabilności, ale spisuje się dzielnie, mimo swojego wieku. Sam most przechodzi przez jezioro Taungthaman, niedaleko Amarapury (miasta wydzielonego tuż obok Mandalay).
Birma, Amarapura, U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, lokalne czółenka przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, lokalne czółenka przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, przekąski przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, przekąski przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, kuchnia bardziej polowa przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, kuchnia bardziej polowa przy U-Bein Bridge

Birma, Amarapura, okolice U-Bein Bridge - może drinka pod parasolem?

Birma, Amarapura, okolice U-Bein Bridge – może drinka pod parasolem?

Birma, Amarapura, U-Bein Bridge, lokalny souvenir – torebki i biżuteria zrobione z pestek arbuza

Birma, Amarapura, U-Bein Bridge, lokalny souvenir – torebki i biżuteria zrobione z pestek arbuza

Na deser, świątynia Kyaw Aung San w Amarapurze, z ogromnym posągiem leżącego Buddy, a także świątynią z mnóstwem kolumn, przy których siedziały kolejne posążki Buddy. Budda wszędzie, tunele z Buddą, aż można się zakręcić.

Birma, Amarapura, Kyaw Aung San, budda na każdym rogu

Birma, Amarapura, Kyaw Aung San, budda na każdym rogu

Nasz dzień w Mandalay i okolicy dobiegał końca, zostałyśmy odwiezione na dworzec autobusowy i czekałyśmy już na nasz autokar, a właściwie busa do Bagan. Trochę przeraził mnie fakt, że mój plecak będzie podróżował na dachu, przykryty plandeką, ale wyszedł z tego bez szwanku, mimo upiornej ulewy po drodze. W Bagan kolega pana Aung Aung już na nas czekał (właściwie to kierowca busa wiedział, żeby wysadzić nas pod jego hostelem). Nie zamierzałyśmy tam jednak spać, bo miałyśmy upatrzony hotel (z dostępem do internetu!). Pan uprzejmie przyjął naszą rezygnację i mimo, że na nas nie zarobi (nie licząc napiwku) to wciąż pomagał nam z biletami na transport do stolicy na następny dzień, a nawet odstawił nas pod wybrany przez nas hotel. Birmańczycy mogą dawać lekcje serdeczności.

Birma, Mandalay, poczekalnia autobusowa

Birma, Mandalay, poczekalnia autobusowa

Z radością przywitałyśmy prysznic, internet i jedyną przez cały wyjazd, noc spędzoną w łóżku. Po pierwszym dniu nie udało nam się znaleźć tego pierwiastka Birmy, który sprawia, że ludzie tak ją chwalą i chcą do niej wracać jeszcze i jeszcze. Wiele obrazów przywodziło nam na myśl wcześniej odwiedzoną Kambodżę. Bagan zmieniło nasze podejście, ale o tym już później.

JP na 100% – Japonia, akt IV: Japonia i Japończycy

Tak jak wspomniałam w poprzedniej notce, Japonia jako całość kultury, kuchni, wynalazków i ludzi, zasługuje na osobną notkę. Japończycy są znani z dwóch rzeczy: niezwykłej kultury bycia z jednej strony i skrajnych dziwactw z drugiej. Oba obrazy udało nam się zaobserwować.
Zacząć i skończyć trzeba od ukłonów. Wydawałoby się, że takie rytuały w dzisiejszych czasach odchodzą do lamusa. Nie w Japonii. Absolutne rekordy biją kasjerki w supermarketach, które ukłonią Ci się gdy:
– dołączysz do kolejki
– dojdziesz do taśmy
– zaczniesz wykładać produkty na taśmę
– nadejdzie Twoja kolej do kasowania
– zaczniesz ogarniać siatki, żeby wygodniej się pakowało
– mówi Ci cenę (chociaż i tak nie rozumiesz)
– kładziesz pieniądze na tackę (w Japonii nie podaje się pieniędzy kasjerowi do rąk)
– odbierasz resztę i paragon
– i na do widzenia jeszcze ze 2 razy dla pewności
Największe zaskoczenie związane z ukłonami spotkało nas w Kyoto, jako że częściej mieliśmy okazję podróżować autobusami. Normą jest, że kierowca autobusu (wysiada się tylko przodem), żegna Cię gdy wysiadasz. Jedna z naszych podróży zaliczyła postój na zmianę kierowcy. Pan wysiadł, odwrócił się przodem do pasażerów, pokłonił się nisko, powiedział ze 2 zdania pożegnania, po czym wysiadł. Chwilę później nowy kierowca wsiadł, odłożył swoje rzeczy za kierownicę i znów, szeroki ukłon i zapewne równie serdecznie werbalne powitanie. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce? Mnie się to bardzo podobało, sprawia, że ludzie mają do siebie niesamowity szacunek. Co do samych kierowców to prowadzą w rękawiczkach i mają zestaw z mikrofonem na głowie, który umożliwia im na bieżąco komentować trasę dla podróżnych (zapewne coś w stylu „Przepraszam, że tak wolno, ale na Asakusa korki jak zawsze..”). Wypucowane taksówki i kierowcy w garniturach również sprawiają niesamowite wrażenie. Chociaż nigdy nimi nie jeździliśmy, to udało nam się zaobserwować śnieżnobiałe wnętrza i drzwi otwierane automatycznie, gdy pasażer chce wsiąść/wysiąść. Denerwowało Was kiedyś, że pierwszy stopień do wejścia do autokaru jest czasem dość wysoko i trzeba się skrobać? (No dobra, takie doświadczenie mają najczęściej osoby mojego wzrostu i niżej :D ) W Japonii kierowca wyciąga specjalny schodek-podest żeby było łatwiej.
Japonia, Kyoto, mężczyzna w tradycyjnym stroju

Japonia, Kyoto, mężczyzna w tradycyjnym stroju

Japonia, Kyoto, mężczyzna kłania się w stronę odjeżdżającego samochodu swoich gości

Japonia, Kyoto, mężczyzna kłania się w stronę odjeżdżającego samochodu swoich gości

Zwykli Japończycy, stale gdzieś pędzą, metro o poranku szczelnie wypełnia się bielą i czernią koszul i garniturów. Nikt w tym chaosie na siebie nie wpada, wszystko jest na czas, pod linijkę, dokładnie, na miejsce i zorganizowane. Lubują się też w reklamach, które zagracają każdą możliwą przestrzeń publiczną (łącznie z poręczą schodów ruchomych)

Japonia, Tokio, reklamy w metrze

Japonia, Tokio, reklamy w metrze

Japonia, Tokio, reklamy na poręczach ruchomych schodów

Japonia, Tokio, reklamy na poręczach ruchomych schodów

Przede wszystkim w Tokio do głosu dochodzą młodzi ze swoimi kolorowymi włosami, makijażami, soczewkami powiększającymi źrenicę, naklejkami na powieki (aby się załamywały), sztucznymi rzęsami i barwnymi strojami. Buszują często w ogromnych księgarniach z komiksami, w których ja dostawałam zawrotów głowy ;)

Japonia, księgarnia z komiksami

Japonia, księgarnia z komiksami

Japonia, więcej komiksów

Japonia, więcej komiksów

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, Tokio, młodzież w parku przy Miraikan

Japonia, japońskie uczennice

Japonia, japońskie uczennice

Automaty z produktami to chyba kolejna wielka miłość. Większość sprzedaje napoje, ale nam udało się trafić na maszyny oferujące lody na patyku, części do kolejki czy banany.

Japonia, dostawmy jeszcze jeden - tak dla pewności!

Japonia, dostawmy jeszcze jeden – tak dla pewności!

Japonia, napój Boss'a

Japonia, napój Boss’a

Japonia, automat z bananami!

Japonia, automat z bananami!

Japonia, automat z elementami kolejki

Japonia, automat z elementami kolejki

Jeśli już o automatach mowa to świetnie sprawdzają się w restauracjach szybkiej obsługi. Przed wejściem wywieszone jest menu i stoi automat. Wybiera się przycisk odpowiadający zamówionemu daniu, wrzuca pieniądze i odbiera bilecik, który przekazywany jest kelnerce tuż po wejściu do jadłodajni. Nie ma problemu z wydawaniem reszty czy nieporozumieniami przy zamówieniach. Pierwszy raz, gdy skorzystaliśmy z takiego miejsca, nie wiedzieliśmy o automatach, ale pani kelnerka cierpliwe obsłużyła nas w tradycyjny sposób. Później już byliśmy mądrzejsi. Samo jedzenie – wyśmienite. Kuchnia japońska bardzo mi odpowiada. Zanim jednak napełnialiśmy brzuchy sushi, skosztowaliśmy ramenów (japońska zupa z makaronem) i gyozy (japońskich pierożków) – omniom mniom mniom.
Japonia, automaty przed restauracją

Japonia, automaty przed restauracją

Japonia, Maćkowy zestaw o nazwie nieznanej

Japonia, Maćkowy zestaw o nazwie nieznanej

Japonia, gyoza

Japonia, gyoza

Japonia, ramen!

Japonia, ramen!

Japonia, wciągaj zupę pałeczkami! :)

Japonia, wciągaj zupę pałeczkami! :)

Japonia, a na deser: chipsy w czekoladzie i..

Japonia, a na deser: chipsy w czekoladzie i..

Japonia, .. ciacho z kremem z zielonej herbaty!

Japonia, .. ciacho z kremem z zielonej herbaty!

Sushi z taśmy zostało naszym faworytem. Polecam szczególnie to przy stacji kolejowej w Kyoto. Tam każdy talerzyk na taśmie miał taką samą cenę. Siada się przy stoliku będącym okręgiem, po jego wewnętrznej stronie jeździ taśma z sushi, a zupełnie w środku panowie na oczach klientów przygotowują wszystkie smakołyki. Są też specjalne kraniki z ciepłą wodą na stole, aby przygotować sobie matcha – japońską herbatę. Dodatkowo buteleczki z sosami i pudełko z imbirem. Wasabi dodane jest już do samego sushi i wcale nie potrzeba go więcej. W Narze, niedaleko jednego z marketów byliśmy na podobno najdłuższej taśmie sushi na świecie. Tutaj różne kolory talerzyków miały różne ceny. A gdy już ilość zjedzonych maki i nigiri przekroczy zdrowy rozsądek, przyjdzie kelner, policzy talerzyki i wystawi rachunek, oczywiście dużo niższy niż można by oczekiwać za taki posiłek w innych częściach świata.
Japonia, sushi - omnom mnom!

Japonia, sushi – omnom mnom!

Japonia, sushi maki czekają na pocięcie

Japonia, sushi maki czekają na pocięcie

Japonia, sushi na taśmie

Japonia, sushi na taśmie

Japonia, matcha

Japonia, matcha

Japonia, podobno najdłuższa taśma sushi na świecie

Japonia, podobno najdłuższa taśma sushi na świecie

Zostając przy jedzeniu nie sposób pominąć najróżniejszych smaków, które można znaleźć w japońskich marketach. Znane i nieznane marki oferujące zestawienia, o których się nie śniło. KitKaty z wasabi? Proszę bardzo. Lody dyniowe albo herbaciane? Nie ma sprawy. A do tego najdziwniejsze owoce morza, które wolałam jednak podziwiać zza lodówkowej szyby.
Japonia, m&m'sy malinowe

Japonia, m&m’sy malinowe

Japonia, KitKaty o smaku herbaty z prażonym ryżem

Japonia, KitKaty o smaku herbaty z prażonym ryżem

Japonia, małe rybki, dodawane często jako posypka do zup

Japonia, małe rybki, dodawane często jako posypka do zup

Japonia, makaron Hello Kitty

Japonia, makaron Hello Kitty

Japonia, sake, setka od razu w literatce

Japonia, sake, setka od razu w literatce

Japonia, herbata o smaku złotego kiwi

Japonia, herbata o smaku złotego kiwi

Japonia, chipsy o smaku ramenu (zupy)

Japonia, chipsy o smaku ramenu (zupy)

Japonia, lody: dyniowe, różane, zielona herbata, kwiat wiśni

Japonia, lody: dyniowe, różane, zielona herbata, kwiat wiśni

Japonia, Fanta gruszkowa

Japonia, Fanta gruszkowa

Japonia, napój o smaku soli z liczi

Japonia, napój o smaku soli z liczi

Japonia, macki ośmiornicy

Japonia, macki ośmiornicy

Japonia, raj KitKatowy: kwiat wiśni, wasabi, sernik, czerwona fasolka, truskawka, pudding i co tylko

Japonia, raj KitKatowy: kwiat wiśni, wasabi, sernik, czerwona fasolka, truskawka, pudding i co tylko

Japonia, zielona herbata z muscatem - mój faworyt!

Japonia, zielona herbata z muscatem – mój faworyt!

Japonia, mocne piwo owocowe, które okazało się drinkiem w puszce ;)

Japonia, mocne piwo owocowe, które okazało się drinkiem w puszce ;)

Japonia to również kraj niesamowitych toalet z milionem funkcji, które są na porządku dziennym do tego stopnia, że nawet publiczne toalety (notabene – zawsze darmowe) mają jakieś bajery. I chociaż już w pierwszym hotelu w Tokio wydawało mi się, że toaleta z funkcją mycia z przodu i z tyłu to jest high-tech to szybko zostałam wyprowadzona z błędu. Najbardziej rozwinięta posiadała nawet funkcję odtwarzania dźwięku spuszczanej wody (bez fizycznego jej spuszczania) o 3 (!) stopniach głośności. Zastanawiało mnie po co właściwie, ale odpowiedź czekała w jednej z toalet wyposażonej w instrukcje po angielsku. Otóż dźwięk spuszczonej wody ma maskować wszystkie inne wydawane przez człowieka dźwięki podczas posiedzenia. Czy muszę dodawać, że przetestowałam wszystkie funkcje? :D moją ulubioną pozostaje podgrzewana deska!

Japonia, magiczny tron z podgrzewaną deską

Japonia, magiczny tron z podgrzewaną deską

Japonia, panel sterowania tronem

Japonia, panel sterowania tronem

Japonia, krótka instrukcja jak obsłużyć toaletę, poziom: Japonia

Japonia, krótka instrukcja jak obsłużyć toaletę, poziom: Japonia

Jako, że Japończyków dużo, a przestrzeni mało to kompaktowość jest w cenie. Na przykład kompaktowe wanny, w których absolutnie nie da się wygodnie poleżeć, ale można obejrzeć telewizję (!).
Japonia, :D

Japonia, :D

Patenty są wszędzie, a pomysłowości nie można im odmówić. Niekiedy bez obrazkowej instrukcji ani rusz.

Japonia, cewka do usuwania włosów z twarzy

Japonia, cewka do usuwania włosów z twarzy

Japonia, stempelki do parówek

Japonia, stempelki do parówek

Japonia, gustowne opakowanie sznurka do mięsa

Japonia, gustowne opakowanie sznurka do mięsa

Tak naprawdę nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby odkryć coś niezwykłego i niecodziennego. Coś, co pozwala zachwycić się Japonią i rozpalić marzenia o powrocie tam któregoś pięknego dnia.
Japonia, salon dla dzieci, w ofercie między innymi trwała i makijaż

Japonia, salon dla dzieci, w ofercie między innymi trwała i makijaż

Japonia, lody o smaku zielonej herbaty, kwiatu wiśni i.. sake!

Japonia, lody o smaku zielonej herbaty, kwiatu wiśni i.. sake!

Japonia, przydrożny przysmak - schłodzone ogórki na patyku

Japonia, przydrożny przysmak – schłodzone ogórki na patyku

Japonia, a może wachlarz z "idolem"?

Japonia, a może wachlarz z „idolem”?

Japonia, kostiumy bohaterów!

Japonia, kostiumy bohaterów!

Japonia, do mnie mówisz?!

Japonia, do mnie mówisz?!

Japonia, książeczka: origami z papieru toaletowego (muszę dodawać, że ją kupiłam? :D)

Japonia, książeczka: origami z papieru toaletowego (muszę dodawać, że ją kupiłam? :D)

Japonia, McDonalds otwarty do 25-tej!

Japonia, McDonalds otwarty do 25-tej!

Można by pisać i pisać, ale już wystarczy, resztę zostawiam do samodzielnego odkrycia. Powiem tylko, że na milion procent warto spłukać się finansowo, byle tylko tam pojechać. Ja na nowo zaczynam odkładać pieniądze do przysłowiowej skarpety, aby kiedyś być tam znów.
Póki co, niedługo po powrocie z Japonii do Singapuru, wykorzystałyśmy z Kasią długi weekend na wypad w stronę północno-zachodnią, o tym jednak kiedy indziej.