miejscowe zwyczaje

piekło-niebo – Japonia, wyspa Kiusiu, akt I: Fukuoka i Kawachi

Jednym z problemów emigracji na przysłowiowy drugi kraniec świata, jest oczywiście ta fizyczna odległość od rodziny i znajomych, która nie pozwala spędzać zbyt wiele czasu razem. Kiedy więc ktoś wybiera się do Azji i nie będzie zahaczał o Singapur, staramy się umówić „po drodze”. Z Justyną udało mi się to już drugi raz – za pierwszym razem zwiedziłyśmy razem malezyjskie pola herbaty, a później odwiedziła mnie w państwie-mieście Merliona. Gdy organizowała swoją podróż do Japonii, nie musiała długo mnie namawiać, byśmy spotkały się na przysłowiową kawę właśnie tam. Wraz z Magdą wyruszyłyśmy więc ostatniego dnia kwietnia (2019), z przesiadką w Kuala Lumpur, do Fukuoki – głównego miasta wyspy Kiusiu, trzeciej pod względem wielkości w archipelagu Wysp Japońskich.

Wczesnym rankiem pierwszego dnia nowej ery japońskiego kalendarza – Reiwa (Piękna Harmonia), wylądowałyśmy na międzynarodowym lotnisku w Fukuoce. Wieczorem naszą uwagę zwróciły jakieś dekoracje na ulicach, porozstawiane barierki, głośniki, ale aż do teraz nie miałam świadomości, że dotarłyśmy tam w dniu, w którym panowanie obejmował cesarz Naruhito, w wyniku abdykacji swojego ojca Akihito dzień wcześniej.

JP_I_01_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Fukuoka, doleciały!

Dosyć sprawnie zlokalizowałyśmy przystanek autobusowy przy terminalu i bez problemu udało nam się w automacie kupić bilet (260 jenów, ~9 PLN, ~3 SGD – w automacie można wybrać język angielski) na autobus do głównego dworca kolejowego Hakata Station. Tę stację będziemy odwiedzać codziennie, na początek by zostawić tam bagaże (duża szafka w przechowalni bagażu, których pełno na dworcu, kosztowała 700 jenów (~24 PLN, ~8.5 SGD) za całą dobę). Tam też spotykamy się z Justyną. Zwarte i gotowe wyruszamy na.. śniadanie! Było dość wcześnie i wiele restauracji przy dworcu wyglądało na zamknięte, ale zachęcił nas ogonek stojący przed Tanya Hakata. Rosół, ryż, ozory wołowe, a dla spragnionych poranne piwo!

JP_I_02_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Fukuoka, poranne piwko? Dlaczego nie!

JP_I_03_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Fukuoka, na śniadanie rosół i stek z ryżem, wersja japońska

Fukuoka jest ogromnym miastem biznesowym, które nie serwuje spektakularnych atrakcji turystycznych, dlatego na rzucenie okiem na jej ofertę przeznaczyłyśmy jedynie środowe przedpołudnie. Aby nie marnować czasu przejechałyśmy jeden przystanek metrem (pomarańczowa Kuko Lone) z Hakata Station do Gion Station (200 jenów, ~7PLN, ~2.5 SGD), nieopodal której znajduje się mnóstwo świątyń. Poruszanie się komunikacją miejską nie przysparza większy problemów, wszystko jest dobrze oznaczone, tablice informacyjne po angielsku widziałam znacznie częściej niż podczas poprzedniej wizyty w Kraju Kwitnącej Wiśni. Może to już pokłosie przygotowań do Olimpiady?

Zajrzałyśmy najpierw, zupełnie przypadkowo, do świątyni Tochoji, należącej do buddyjskiego nurtu Shingon. Ufundowana w IX wieku uznawana jest za najstarszy dla tego nurtu obiekt na wyspie Kiusiu. Oryginalnie znajdowała się jednak bliżej linii brzegowej, gdzie spłonęła w XVI wieku, po czym została usytuowana w obecnym miejscu. Wnętrza można zobaczyć jedynie w konkretne dni lub święta, dlatego pozostało nam rzucenie okiem na budynki z zewnątrz (chociaż do sali Wielkiego Buddy – z jego ogromną statuą, można wejść również w zwykłe dni, ale tam nie zawędrowałyśmy). Pod dachem, na wejściu do głównego z nich, zawieszony jest sporych rozmiarów buddyjski różaniec. Wzrok przykuwa też  czerwona pagoda (Gojunoto).

JP_I_04_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Fukuoka, główny budynek świątyni Tochoji (Tochoji Temple)

JP_I_05_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Fukuoka, 5-cio piętrowa pagoda (Gojunoto) na terenie świątyni Tochoji (Tochoji Temple)

Spacerem udałyśmy się do Shofukuji – najstarszej świątyni buddyjskiego nurtu Zen w Japonii. Podobnie jak w Tochoji, większość budynków otwarta jest tylko w wybrane święta, jednak nawet bez wchodzenia do środka daje się tu poczuć medytacyjną (sielankową!) atmosferę, z którą nurt ten jest głównie kojarzony. Uwagę zwraca Sanmon, najważniejsza brama/wrota świątyni Zen. Co ciekawe, sanmon bardzo często nie jest bramą/wrotami wejściową/ymi (nie jest tą pierwszą, którą się przekracza). Zarówno Tochoji jak i Shofukuji można zwiedzić za darmo.

JP_I_06_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Fukuoka, najważniejsza brama/wrota (sanmon) świątyni Shofukuji (Shofukuji Temple)

Postanowiłyśmy zrezygnować z zaplanowanej jeszcze świątyni szintoistycznej Kushida, aby na czas wrócić na dworzec kolejowy Hakata i udać się w naszą pierwszą podróż pociągiem. Zanim jednak wsiądziemy do Sonic Limited Express, kursującego na trasie Oita – lotnisko Miyazaki, odbieramy nasz bilet okresowy na przejazdy kolejowe (Japan Rail Pass). Tym razem można było zarezerwować go online bez pośredników i samodzielnie odebrać. Istnieją różne warianty JR Pass, nas w pełni satysfakcjonował 5-dniowy Northern Kyushu Area JR Kyushu Rail Pass, ważny w pociągach północnej części wyspy Kiusiu (10 000 jenów, ~340 PLN, ~120 SGD). Podróżując, trzeba okazać bilet w okienku – nie odbija się go w żaden sposób na bramkach. Upoważnia on też do zarezerwowania określonej ilości miejscówek, i można to zrobić zaraz przy odbiorze. Ma to dużo sensu, zwłaszcza jeśli odwiedza się Japonię w środku tzw Złotego Tygodnia, kiedy przypada sporo świąt państwowych i wielu Japończyków podróżuje po kraju. Większość interesujących nas pociągów jeździła jednak dość często i uznałyśmy, że skorzystamy z rezerwacji jeśli pojawią się problemy ze skorzystaniem z 2-3 pod rząd (tak się jednak nie stało i zawsze znalazło się miejsce w wybranym przez nas pociągu).

JP_I_07_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Fukuoka, tablice informacyjna na pociągu

Wagony dla podróżnych bez rezerwacji oznaczone są jak powyżej. Najpierw nieco ponad 40 minut z Hakata do Kokura, kolejne 20 minut pociągiem Kagoshima Line z Kokura do Yahata i przed nami jedyne pół godziny w autobusie wahadłowym (shuttle bus) do Kawachi. Taka kombinacja wyszła nam najszybciej, nie uwzględniając opcji z Shinkansenem, którego bilet okresowy nie obejmuje. Przystanek autobusowy znajduje się po lewej stronie od wyjścia ze stacji, jest darmowy dla posiadaczy biletu do Wisteria Kawachi Garden i odjeżdża średnio co pół godziny.

Tyle zachodu, żeby pojechać do ogrodu?! Oczywiście! Jak to czasem ze mną bywa, jedno zdjęcie w otchłani Internetu wystarczy, by zaplanować podróż. Te fascynujące tunele fioletowych kwiatów wyglądały magicznie już na zdjęciach, więc koniecznie chciałam zobaczyć je na własne oczy.

JP_I_08_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Kitakiusiu, Ogród Wisterii Kawachi (Kawachi Wisteria Garden)

JP_I_09_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Kitakiusiu, Ogród Wisterii Kawachi (Kawachi Wisteria Garden)

JP_I_10_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Kitakiusiu, Ogród Wisterii Kawachi (Kawachi Wisteria Garden)

Wisteria, po polsku nazywana również glicynia lub słodlin, a właściwie jej 22 rodzaje, kwitną tutaj od końca kwietnia do początku maja (!). Ogród otwarty jest jedynie 2-3 tygodnie w roku i miałyśmy szczęście załapać się na ten okres. Przez internet udało nam się kupić bilety – obowiązują one na określony przedział czasowy i umożliwiają pobyt w parku przez 2 godziny. Co ciekawe, ten bilet-rezerwacja kosztuje 500 jenów od osoby (~17 PLN, ~6 SGD), ale możliwe, że na miejscu będzie trzeba dopłacić nawet 1000 jenów – cena zależna jest od stopnia rozkwitu wisterii, im piękniejszy widok tym drożej. Od nas nie zawołali dodatkowej opłaty, co sugerowało, że nie jesteśmy tam w optymalnym momencie, ale i tak było magicznie!

JP_I_11_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Kitakiusiu, w Ogrodzie Wisterii Kawachi (Kawachi Wisteria Garden)

JP_I_12_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Kitakiusiu, Ogród Wisterii Kawachi (Kawachi Wisteria Garden)

JP_I_13_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Kitakiusiu, Ogród Wisterii Kawachi (Kawachi Wisteria Garden)

Skąd właściwie wziął się ten ogród? Jest spełnieniem chłopięcego marzenia Masao Higuchi, zwykłego Japończyka, który na zboczu góry Gongen w Kawachi, rejonie jednej z dzielnic (kiedyś wioski), Yahatahigashi, miasta Kitakiasiu, rozpoczął pod koniec lat 70. kultywację wisterii i tworzenie tuneli. Obecnie kolejne już pokolenie dba o rośliny. W okolicy można pochodzić sobie po niskich górach lub wybrać się na tamę, my jednak wracałyśmy prosto do Fukuoki.

JP_I_14_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Kitakiusiu, klony japońskie w Ogród Wisterii Kawachi (Kawachi Wisteria Garden)

Ulokowałyśmy się w końcu w hostelu i po krótkiej przerwie na odświeżenie, wyruszyłyśmy jeszcze na miasto. Naszym celem były Yatai – budki z jedzeniem, znajdujące się wzdłuż rzeki, które są swego rodzaju symbolem miasta. Budka nie jest też doskonałym określeniem, bo to takie mikro-restauracje na świeżym powietrzu, dookoła każdej z nich można usiąść „przy barze” i cieszyć się jedzeniem. Ślinka ciekła na sam widok niektórych specjałów, ale miejsce pełne było klienteli, zarówno konsumującej jak i czekającej. Nam burczało w brzuchach zdecydowanie za głośno, żeby czekać, więc odbiłyśmy z promenady i nieopodal uraczyłyśmy się ramenem i piwem w bardziej klasycznej, malutkiej japońskiej baro-restauracji Mendokoro Kyoya.

JP_I_15_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Fukuoka, Mendokoro Kyoya, Nakasu ramen!

JP_I_16_50_size_watermark

Japonia, wyspa Kiusi, Fukuoka, wejście do Mendokoro Kyoya

Czasu na sen nie zostało zbyt wiele, bo następnego dnia rano czekał na nas kolejny epizod o trzech takich, co jeździły po Japonii koleją. Gdzie to piekło, wyjaśni się następnym razem.

dwa w jednym – Turcja, Stambuł

Delegacją do Turcji i Niemiec, zakończoną krótkim urlopem w Polsce, rozpoczął się dla mnie szalenie intensywny rok (mowa tu o 2019). Comiesięczne, głównie służbowe, podróże do Europy, przeplecione trzema krótkimi urlopami po Azji, zmęczyły mnie fizycznie i psychicznie bardziej, niż sądziłam podczas planowania. Pamiętam jak z ulgą przywitałam październik, pierwszy miesiąc od stycznia, w którym nie musiałam nigdzie lecieć ani jechać – co za ulga pobyć dłuższą chwilę w domu! Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, prawda? Teraz wiele bym dała by móc swobodnie polecieć za Singapur i spokojnie do niego wrócić. Jednak za szaleństwem z 2019 nie tęsknię, bo chociaż nie sądziłam, że to w ogóle możliwe w moim przypadku, zaczynałam mieć dosyć latania, lotnisk, statków, hoteli i bagaży..

Praca w międzynarodowej firmie otwiera wiele możliwości podróżowania służbowego. Najczęściej latałam jednak do Niemiec (a tuż przed COVIDem do Danii), dlatego ucieszyła mnie prośba współpracowników z tureckiego oddziału o wygłoszenie referatu na sponsorowanej przez firmę konferencji w Ankarze. Biuro firmy znajduje się jednak w Stambule i to tam miałam skierować się najpierw, by następnego dnia wraz z resztą delegacji udać się do miasta docelowego. Patrząc z perspektywy czasu, ten przystanek w stolicy wcale nie był, z punktu widzenia biznesowego, potrzebny, ale gościnni koledzy chcieli koniecznie mi ją pokazać i sprawić, że podróż do Turcji będę miło wspominać.

O to nie musieli się martwić, bo chociaż ich kraju nie wymieniłabym pewnie w pierwszej grupie miejsc, które chcę odwiedzić, to podobnie jak w przypadku Indii – w momencie, w którym dojrzałam jego wspaniałości naocznie, miałam ochotę na zdecydowanie więcej. Dlatego też nie kupiłam praktycznie żadnych trwałych pamiątek z tej podróży, tak jak bym tam nie byłam, więc trzeba koniecznie wrócić!

Zaczynamy więc w Stambule, na lotnisku, nieświadomie otwierając kulinarne szaleństwo tradycyjnym tureckim zestawem: Simit i Çay czyli obwarzanek i herbata. To chyba pierwszy wyjazd, w którym zdjęć jedzenia mam prawie tyle co zdjęć ze zwiedzania.

Stambuł_01_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Simit i Çay

Miło się zaczęło, wyciągnęłam zimowe ciuchy i się przebrałam (luty!), ogarnęłam adres hotelu i dałam znać Ahmetowi (kolega z firmy), że wylądowałam – planowałam chwilę odpocząć i mieliśmy spotkać się wczesnym popołudniem. Pierwszy etap niestety się opóźniał, bo taksówkarz co rusz ładował nas w nowy korek, nie wiedząc jak zjechać, chociaż budynek hotelu 2 razy widzieliśmy już z okien. Na szczęście nie był to trik na wyciągnięcie ode mnie większej ilości pieniędzy za kurs, kiedy w końcu zatrzymaliśmy się na podjeździe, dodatkowe kilometry zostały odjęte od rachunku. Trudno się mówi, szybki prysznic, krótka drzemka na wyciągnięcie nóg po wielogodzinnym locie i czas zobaczyć co dla mnie zaplanowali. To też dla mnie nowe doświadczenie – zwykle to ja planuję i ogarniam zwiedzanie, a tutaj jak dziecko we mgle podążałam za moim kolegą, ale to najlepszy rodzaj przewodnika jaki można sobie wyobrazić – osoba lokalna! Myślę, że większości rzeczy bym nie spróbowała, gdyby mi ich nie przedstawił.

Od początku zostało mi uświadomione jak ważną częścią tureckiej kultury, oprócz gościnności, jest jedzenie i picie. Już na pokładzie promu przez cieśninę Bosfor, która rozdziela azjatycką i europejską część Stambułu został mi zaserwowany sahlep – pyszny, rozgrzewający napój na bazie mleka i mączki ze sproszkowanych bulw storczyka, z cynamonem. Mi przypominał trochę rzadki budyń. Wracałam do niego jeszcze dwa czy trzy razy podczas moich kilku dni w Turcji, a nawet zabrałam ze sobą kilka saszetek instant do przygotowania w domu.

Stambuł_02_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Sahlep na pokładzie promu przez cieśninę Bosfor

Ledwie zeszliśmy z łodzi, czas na szybki lunch i zapoznanie się z lokalnym jedzeniem ulicznym (street food): balık ekmek serwowany tuż przy brzegu, to kanapka z tureckiego pieczywa (przypominającego bagietkę), pełna cebuli i sałaty z grillowaną makrelą – o mamo, ale pyszne! Ślinotoku dostaję na same wspomnienia. Wiele osób raczyło się do tego czerwonawo-różowym napojem z kiszonymi ogórkami w środku – z uwagi na te ostatnie podarowałam sobie zapoznanie się z jego smakiem.

Stambuł_03_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Balık Ekmek nieopodal przystani

Wracając jeszcze na chwilę do faktu, że musieliśmy skorzystać z promu by dotrzeć do wielu atrakcji miasta – Stambuł jest jedyną metropolią na świecie, która leży na dwóch kontynentach. Tylko niewielki procent Turcji wchodzi w skład Europy – większość znajduje się w Azji. Zaraz, Zaraz.. Bizancjum, Konstantynopol.. Dla mnie to głównie hasła z lekcji historii, którymi nigdy nie udało się ani nauczycielom ani mojemu świętej pamięci tacie, entuzjaście historii starożytnej, wzbudzić we mnie ciekawości. A przecież to wszystko działo się tutaj! Może gdyby kiedyś zestawiano taką odległą historię z czasami nowożytnymi i współczesną geografią, to moja wiedza byłaby w lepszym stanie? Cóż, na szczęście czego nie nauczyłam się w szkole, wraca do mnie wraz z podróżami, a najczęściej już po nich, kiedy doczytuję, gdzie ja właściwie byłam, by zgrabnie ująć to w notce.

Spacer zaczęliśmy od Mısır Çarşısı – Bazaru Egipskiego, sprzedającego mydło i powidło, pamiątki i przekąski. Zwłaszcza od tych ostatnich nie mogłam oderwać wzroku, jednak warto było skierować go do góry – sufit jest pięknie zdobiony i nadaje niesamowitego charakteru. 

Stambuł_04_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Mısır Çarşısı (Bazar Egipski)

Stambuł_05_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Mısır Çarşısı (Bazar Egipski), przysmaki

Jedną z najpopularniejszych atrakcji jest Ayasofya czyli Hagia Sophia, monumentalny budynek, który pokazuje, że nie zawsze trzeba burzyć i tworzyć od zera, żeby zmienić jego funkcję. Jego główna bryła przyjęła swój kształt już w VI wieku, będąc przez lata otaczana innymi konstrukcjami i poddawana niekończącym się zmianom wystroju wnętrza, będąc najpierw kościołem (wliczając dwie pierwsze wersje, które spłonęły w tym miejscu w V i VI wieku), później meczetem (z dobudowanymi minaretami), by ostatecznie stać się muzeum – a przynajmniej w momencie, w którym tam byłam, bo od 2020 roku, został przywrócony mu status meczetu, co wzbudza ogromne kontrowersje, a za wszystkim stoi klasyczne mieszanie polityki i religii. Mnie zastanawia co stanie się ze zdecydowanie chrześcijańskimi malowidłami i mozaikami na ścianach? Znów zostaną przykryte tak jak zachowały się przez setki lat? Po raz kolejny mogą tego nie przetrwać.

Stambuł_06_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Ayasofya (Hagia Sophia)

Stambuł_07_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, główny ołtarz Ayasofya (Hagia Sophia)

Stambuł_08_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, mozaika Deesis w Ayasofya (Hagia Sophia)

Stambuł_09_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, z Ahmetem przed Ayasofya (Hagia Sophia)

Meczetów w pobliżu nie brakuje, na czele z charakterystycznym Sultan Ahmed Camii – Meczetem Sultana Ahmeda, zwanym Błękitnym Meczetem. Ta XVII wieczna budowla jest jednym z ostatnich, ale umieszczanych w gronie najwspanialszych, przykładów okresu klasycznego sztuki islamskiej w Turcji. Niestety czas nie pozwolił nam zobaczyć go od środka.

Stambuł_10_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Sultan Ahmet Camii (Meczet Sułtana Ahmeda zwany Błękitnym Meczetem (Blue Mosque))

Bizantyjskie pozostałości można śledzić nie tylko na powierzchni, ale i pod ziemią. Yerebatan Sarnıcı, Zatopiona Cysterna/Cysterna Bazyliki zwana też Pałacem Jerebatan, miała dostarczać wodę do pałacu cesarskiego w VI wieku, gdyby woda z bezpośrednich akweduktów (znów kłaniają się lekcje historii) została odcięta lub zatruta. Ten podziemny zbiornik na wodę, przez pewien czas uległ nawet zapomnieniu i dopiero w XVIII wieku przeszedł pierwszą restaurację, która pomogła zachować go do dnia dzisiejszego. Udostępniona dla turystów w 1987 roku komnata zalana jest tylko w niewielkiej części – pomieścić może nawet i 100 tys m³ wody (basen olimpijski mieści średnio 3-3.5 tys m³). Co ciekawe, do jej budowy wykorzystano ponad 300 kolumn pochodzących z różnych innych rozebranych lub zniszczony budowli, o czym świadczą różne rodzaje marmurów i ich styl, w ponad 2/3 dorycki, w pozostałych koryncki. Dwie z nich, mają w podstawie płaskorzeźbę Meduzy, wciąż nie wiadomo jednak skąd pochodzą, a legenda głosi, że cesarz kazał umieścić je jak najdalej od wejścia i rzeźbami do dołu, aby mieć pewność, że znajdą się pod wodą i nikt ich nie zobaczy. Wg mitologii greckiej, Meduza jest jedną z Gorgon – groźnych sióstr, której spojrzenie zamieniało w kamień i podobno w oczy rzeźby nie powinno się również patrzeć. Miejsce ma wspaniały klimat, z bardzo dobrze dobranym oświetleniem.

Stambuł_11_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Yerebatan Sarnıcı (Zatopiona Cysterna/Cysterna Bazyliki)

Stambuł_12_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Yerebatan Sarnıcı (Zatopiona Cysterna/Cysterna Bazyliki) rzeźba Meduzy

Chłód cysterny wzmógł jeszcze uczucie zimna, spotęgowane przez ogromną dla mnie zmianę temperatur w przeciągu ostatnich 24h, ale czym tu się martwić, gdy na każdym rogu i w każdej bramie można napić się herbaty?! Koniecznie w charakterystycznej szklance i ze spodeczkiem.

Stambuł_13_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Çay (herbata) na ulicy Stambułu (koniecznie w szklance ze spodkiem!)

Nieubłaganie zbliżał się czas powrotu do azjatyckiej części miasta, dlatego kierowaliśmy się na prom, przecinając jeszcze Plac Sułtana Ahmeda, z charakterystycznymi Obeliskami, w tym najstarsze dzieło sztuki w Stambule – pochodzący z XV w.p.n.e. a ustawiony w tej lokalizacji w wieku IV n.e. Obelisk Teodozjusza (Dikilitaş). W swej podróży z Egiptu stracił około 40% swojej długości, gdzie oryginalnie został wybudowany na pamiątkę zwycięstwa faraona Totmesa III w Mezopotamii (wciąż niewyobrażalne jak dawno to było..), ustawiono go więc na podstawach z brązu, a cokół przedstawia sceny z życia na hipodromie, który dawniej znajdował się w tym miejscu.

Stambuł_14_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Theodosius Dikilitaşı (Obelisk Teodozjusza)

Stambuł_15_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, zbieżność językowa (Zabıta to po turecku Policja)

Z nieustającą myślą, że mój ojciec byłyby tu w siódmym niebie, odbiliśmy od brzegu, by po odstaniu swojego w korkach (już w samochodzie) zaczerpnąć innej części sztuki – sztuki kulinarnej! Mam wrażenie, że w Turcji nie tylko nie byłam głodna, ale byłam pełna po korek 24 na dobę, a w 3 dni zjadłam ilość mięsa, którą normalnie zjadam pewnie w miesiąc. Odmówić po pierwsze nie wypadało, po drugie ciężko było, bo ślinka ciekła na sam widok lub zapach. Talerz najróżniejszych kebabów i grillowanego mięsiwa (na szczęście do podziału!), a na deser niesamowity katmer z lodami – ciasto filo (cieniutkie płaty zrobione z mąki, wody i odrobiny oleju) wypełnione kaymakiem (gęstą śmietaną na bazie kremówki i mleka bawołu domowego) i pistacjami, serwowane z lodami waniliowymi! Raj dla podniebienia to mało..

Stambuł_16_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Kebap

Stambuł_17_50_size_watermark

Turcja, Stambuł, Katmer

Tym telegraficznym wręcz skrótem mój czas w Stambule dobiegł niestety końca – cieszę się, że chociaż tyle mogłam zobaczyć. To jeszcze nie koniec wyprawy, następnego dnia rano wylecieliśmy do Ankary. O tym jednak w następnym poście.