zwiedzanie

na bani na Bali – Indonezja, wyspa Bali

Ten blog prowadzi tryb życia dokładnie odwrotny do mojego – przez większość czasu odpoczywa, aby później zerwać się do pracy na godzinkę miesięcznie lub rzadziej. Mój wolny czas kurczy się niemożliwie. Ostatnie 2,5 miesiąca minęło ekspresem, nawet nie wiem kiedy. Ciągle w rozjazdach, zaczęło się od wypadu do Polski, chwilowy powrót do Singapuru i już pakowałam się w delegację do Niemiec, by po 2,5 tygodnia ciężkiej pracy wrócić i w ciągu 24h odbić się znów od singapurskiej ziemi, tym razem podążając w kierunku Indonezji.

Pomysł na weekendowy wypad na Bali zrodził się już kilka miesięcy wcześniej. Maciek i Aneta – para znajomych, którzy kilka miesięcy wcześniej wyruszyli w niesamowitą podróż dookoła świata, otwierała rozdział pod tytułem „Azja południowo-wschodnia” właśnie na Bali. Indonezyjska wyspa znajduje się przysłowiowy żabi skok od Singapuru, więc nie sposób było nie skorzystać z możliwości spotkania się z nimi i na własne oczy zobaczenia tej rzekomo rajskiej wyspy, tak często promowanej w kolorowych magazynach biur podróży.
Zatrzymaliśmy się w Kucie, miejscowości najbliżej lotniska. Lądowałam w nocy, ale gdy tylko dotarłam do centrum miasteczka ono wcale nie układało się do snu. Wręcz przeciwnie, wszystkie budynki zdawały się drżeć w rytm muzyki wylewającej się z każdego klubu i klubiku, stojących jeden obok drugiego. My jednak grzecznie, późna kolacja, po szklaneczce drinku na bazie lokalnego araku (Arak Madu, mniom mniom) i do łóżka, nadrabiać sen zgubiony gdzieś między strefami czasowymi.

Nie jestem wielką fanką wylegiwania się na plaży, więc dobrze się złożyło, że na sobotę Aneta z Maćkiem zaplanowali wycieczkę objazdową. W Indonezji praktycznie nie istnieje transport publiczny. Przemieszczanie się odbywa się głównie albo na skuterku albo w wynajętym samochodzie z kierowcą. Druga opcja wydawała się bezpieczniejsza i przystępna cenowo, więc pan kierowca obwiózł nas zgodnie ze wskazówkami po kilku lokalnych atrakcjach.

Pierwszą z nich okazało się bardzo dziwne przedstawienie, Barong and Kris dance, prezentujące walkę dobra ze złem. Mimo angielskiego streszczenia, które dostaliśmy na wejściu, nie udało mi się do końca zrozumieć o co chodzi w całej tej historii, tym bardziej szacunek dla Anety, której całkiem nieźle szło identyfikowanie bohaterów. Trochę za mało tańca, jak na fakt, że mieliśmy zobaczyć jeden z najbardziej znanych ludowych pląsów, ale stroje były niesamowite. Gesty i mimika tancerek również bezbłędna. I muzyka. Dla mnie chyba najważniejsza w takich miejscach. Mimo, że prosta i miejscami wydawać by się mogło monotonna, to jednak hipnotyzująca i kompletnie orientalna. Szkoda, że mikrofon wbudowany w aparat nie ma zbyt wielkich możliwości, chętnie bym się podzieliła tymi brzmieniami.
Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance, ten potwór kojarzy mi się ze Slipknotem

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance, ten potwór kojarzy mi się ze Slipknotem

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Bali i chyba większa część Indonezji także, to miejsce małych manufaktur. Kolejnym przystankiem była wytwórnia srebrnej biżuterii i innego rękodzieła. Podziwiam tych ludzi, którzy całą tą misterną i precyzyjną robotę muszą wykonywać pod wścibskim okiem, co rusz przyjeżdżających, gapiów. W środku znajduje się oczywiście sklep, w którym można zakupić wyroby.
Indonezja, wyspa Bali, manufaktura biżuterii ze srebra

Indonezja, wyspa Bali, manufaktura biżuterii ze srebra

Następny stop to świątynia Pura Puseh Batuan, reprezentująca balijski styl budownictwa sakralnego. Na wejściu otrzymaliśmy sarongi – rodzaj długiej spódnicy, którą należy założyć poruszając się po świątyni. Do wnętrza prowadzi „przecięta” na pół brama. Jednym ze sposobów oddawania czci bóstwu są kwiaty, stawiane przed pomnikami/rzeźbami/kapliczkami, w małych, roślinnych koszyczkach. Trzeba patrzeć pod nogi, bardzo łatwo można je przypadkiem stratować.
Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan (photo by Maciek)

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan (photo by Maciek)

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Niektóre rzeźby są dosyć intrygujące.
Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Dalsza część wycieczki nastawiona była bardziej na kontakt z naturą – na początek las małp o nazwie Padangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary ;) te całkiem ludzko wyglądające stworzenia są wszędzie i wystarczy chwila nieuwagi, aby skoczyły na plecak, próbując skraść butelkę wodę. Podobno potrafią być całkiem agresywne, więc dla własnego bezpieczeństwa odradza się jedzenia czegokolwiek na terenie lasu.
Indonezja, wyspa Bali, adangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpie figle

Indonezja, wyspa Bali, Padangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpie figle

Indonezja, wyspa Bali, adangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpie figle

Indonezja, wyspa Bali, Padangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpie figle

Indonezja, wyspa Bali, adangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpia złodziejka

Indonezja, wyspa Bali, Padangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpia złodziejka

Indonezja, wyspa Bali, adangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, maluchy

Indonezja, wyspa Bali, Padangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, maluchy

Chociaż ciemne chmury zaczynały pojawiać się na horyzoncie to my wciąż jechaliśmy dalej, przed nami słynne tarasy ryżowe. Miałam już okazje obserwować pola ryżowe w Kambodży, ale nie w tak niecodziennym ułożeniu. Takie pola ryżowe powstają najczęściej na zboczu stromych wzgórz.
Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe (photo by Maciek)

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe (photo by Maciek)

Postanowiliśmy zatrzymać się tam na lunch – szamka z taaakim widokiem!
Indonezja, wyspa Bali, obiad z widokiem na tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, obiad z widokiem na tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, obiad z widokiem na tarasy ryżowe (photo by Maciek)

Indonezja, wyspa Bali, obiad z widokiem na tarasy ryżowe (photo by Maciek)

Do ostatniego miejsca jechaliśmy już w strugach ulewy, ale przejaśniło się jak tylko dotarliśmy na miejsce. Laksmi Bali Agro Tourism słynie przede wszystkim z Kopi Luwak. Tak, to ta ekstremalnie droga kawa wyciągana z odchodów łasicopodobnego zwierza. Lokalnie nie jest już tak ekstremalnie droga, za kilka dolarów można skosztować filiżankę. W Laksmi nie zajmują się jednak tylko kawą, hodują tam wiele roślin, z których wytwarzane są później smakowe kawy i herbaty. Najpierw przewodnik z bardzo dobrym angielskim oprowadza po terenie, wyjaśnia etapy powstania Kopi Luwak (karmienie zwierza, później zbieranie kupy, mycie, suszenie, a dalej to jak z normalną kawą), pokazuje wszystkie rośliny, a następnie jest degustacja. Herbaty i kawy smakowe testuje się za darmo, jedynie kopi luwak jest płatny. Maciek z Anetą skusili się, a ja, mimo że nie znoszę kawy, również umoczyłam usta, dla samego faktu (nie, nie smakuje mi, tak samo jak wszystkie inne kawy tego świata, łącznie ze zbożową). Podobno jest bardzo dobra. Moje serce podbiła herbata cynamonowa i taką też zakupiłam w sklepiku przy wyjściu. Miejsce naprawdę godne polecenia, bardzo serdeczna atmosfera, nie ma też, często spotykanego, wciskania czy przymuszania do zakupy. Ich produkty bronią się same, aż żałujesz że przyleciałeś tylko z bagażem podręcznym.
Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, luwak wcinający ziarno kawy

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, luwak wcinający ziarno kawy

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, palenie oczyszczonych ziaren kawy

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, palenie oczyszczonych ziaren kawy

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, marakuja

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, marakuja

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, degustacja kawy i herbaty

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, degustacja kawy i herbaty

Wróciliśmy do hostelu, a później nadszedł czas na zasmakowanie nocnego życia na Bali. Popląsaliśmy trochę po oszałamiająco głośnych klubach, wypijając kilka drinków o niezwykle wywindowanych (jak na Indonezję) cenach i nadszedł czas na objęcia Morfeusza. Nie przekonały mnie te imprezy, ale to podobno sztandarowa rzecz do zrobienia na Bali, więc było nie było – mam odhaczone :)
Kolejny obowiązkowy cel przebywając na tej indonezyjskiej wyspie – plaża! Gdy tylko zbliżyć się w stronę wybrzeża, zaczyna robić się gęsto od surferów. Zanim jednak daliśmy nura do słonawej wody, odwiedziliśmy Uluwatu – świątynię na klifie.
Indonezja, wyspa Bali, Uluwatu - świątynia na klifie

Indonezja, wyspa Bali, Uluwatu – świątynia na klifie

Indonezja, wyspa Bali, widok z klifu w okolicy Uluwatu

Indonezja, wyspa Bali, widok z klifu w okolicy Uluwatu

Indonezja, wyspa Bali, widok z klifu w okolicy Uluwatu

Indonezja, wyspa Bali, widok z klifu w okolicy Uluwatu

Później już tylko plaża, jedna za drugą, klif dookoła był całkiem wysoki, więc oceniając z góry, że pierwsza plaża nie jest tego warta, zatrzymaliśmy się w połowie drogi na zimne piwko i naleśniki z widokiem na surferów.
Indonezja, wyspa Bali, jedna z wielu plaż

Indonezja, wyspa Bali, jedna z wielu plaż

Ostatecznie, mała plaża, do której schodzi się przez ciekawie wyglądające przejście między skałami (Maciek, Aneta, pamiętacie nazwę plaży?!), filtr 50+ i hop do wody!
Indonezja, wyspa Bali, jedna z wielu plaż - cień!

Indonezja, wyspa Bali, jedna z wielu plaż – cień!

Później jeszcze owoce morza w mieście, zamiast w przereklamowanych restauracjach przy plaży i Bali zaliczone, można wracać do domu!
A tak serio, to na pewno Bali jest całkiem atrakcyjną bazą dla surferów, nurków i plażo-wylegiwaczo-imprezowiczów. Ja podróżując zwykle szukam czegoś innego, ale kto wie, może jeszcze kiedyś mi się odmieni i zacznę jeździć na wakacje, aby wypocząć? W każdym razie Bali i relaks zdaje się pasować. Być może jeszcze tam wrócę, ale tylko dla rafy koralowej. Jeśli w końcu znajdę czas, by nauczyć się nurkowania z butlą.
Podziękowania dla państwa Stodolnych za zaplanowanie wycieczki i za ich wizytę w Singapurze, którą mam nadzieję, będą miło wspominać. Bawcie się dobrze dalej i do szybkiego zobaczenia, gdziekolwiek w świecie :)
Teraz odliczam dni do wizyty najważniejszego z możliwych gości :)))
Znajdzie się też czas na urlop – razem wybieramy się do ojczyzny tych panów:

Jest nawet cień szansy, że uda się usłyszeć ich na żywo, ale póki co nie mogę się za bardzo ogarnąć na stronach pełnych krzaczków.. ;)

Happy Merry Christmas – Kambodża, akt II: Siem Reap

Jak już wspomniałam wcześniej, podróż autobusem z Phnom Penh do Siem Reap należała do tych niezapomnianych, niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Zależało nam by pokonać trasę jak najszybciej. Dzięki fatalnym drogom, przewodniki deklarują że te 320 km da się pokonać w zawrotne 6 h.. Dlaczego nam zajęło to prawie 8h? Ponieważ nie wiedziałyśmy, że autobus nie jeździ „od-do” ustaloną trasą. Wszystko zależy od lokalnych pasażerów, jeśli zażyczą sobie dojechać do wioski gdzieś obok głównej trasy, to właśnie tamtędy autobus pojedzie. Po drodze zatrzyma się też wiele razy, by zgarnąć kolejnych pasażerów, gdy tylko machną ręką. Klimatyzacja w autobusie oczywiście dawała jak szalona, a sam pojazd z resztą czasy świetności miał już dawno za sobą. Wrażenia z trasy? Jeszcze większy drogowy dramat niż w stolicy – samowolka przy większych prędkościach. Widoki za oknem, to jedna wioska za drugą, ogromna ilość ludzi pracująca w polu, przydrożne sklepiki/stoiska, czasem domki na palach i świątynie – całkiem niezły rzut okiem na życie po za miastem.

Kambodża, Siem Reap, przydrożna stacja paliw

Kambodża, Siem Reap, przydrożna stacja paliw

Gdy udało nam się dotrzeć do hotelu w Siem Reap, została tylko godzina do zachodu słońca. Postanowiłyśmy wykorzystać te ostatnie promienie i mimo wszystko podjechać do świątyń Angor Wat – głównego celu wyprawy w tę okolicę. Niestety, gdy tylko dotarłyśmy, ochrona wypraszała już turystów. Udało nam się chwilę jeszcze pokręcić po okolicy i już tuk tuk zabierał nas z powrotem. Jedno było pewne – wracamy rano eksplorować ten teren!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście pierwsze

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście pierwsze

W mieście, które przypomina trochę współczesne Zakopane (wszystko zrobione dla i pod turystów), nie ma prawdziwej Kambodży. Jest to, czego zdaje się oczekiwać turysta – bazary z suvenirami, „salony” masażu (masaż stop za dolara!), bary, kluby i jadłodajnie. Pomimo tysięcy i milionów zostawianych tu rocznie przez turystów, region jest wciąż deklarowany jako jeden z najbiedniejszych w kraju. Pytanie do czyjej kieszeni idą te pieniądze, pozostaje bez odpowiedzi. W poleconej przez znajomą knajpce „Red Piano” spróbowałyśmy drinka Tomb Raider, podobno zaprojektowanego przez samą Angeline Jolie, w torbie wylądowały pierwsze pamiątki i dzień dobiegł końca.

Kambodża, Siem Reap, night market

Kambodża, Siem Reap, night market

Kambodża, Siem Reap, Pub Street

Kambodża, Siem Reap, Pub Street

Kambodża, Siem Reap, drink Tomb Raider

Kambodża, Siem Reap, drink Tomb Raider

Poranek, wczesna pobudka (no prawie ;) ), wypożyczalnia rowerów i już przenosiłyśmy się w czasie o 9-10 wieków do tyłu. Angkor to olbrzymi kompleks łączący mniejsze kompleksy składające się z budowli miejskich, świątyń, obszarów leśnych i wodnych, który funkcjonował w czasach królestwa Khmerów ok. XI – do początków XII wieku. Opuszczony i zapomniany, niszczał przez prawie 800 lat, a to co zostało, zapiera dech w piersiach współcześnie. To nie tylko kunszt budowniczych tamtych czasów, ale także świetny obraz natury walczącej o „swoje” tereny, zajęte przez człowieka.
Kambodża, Siem Reap, rowerem przez Angkor Wat

Kambodża, Siem Reap, rowerem przez Angkor Wat

Jako środek transportu postawiłyśmy na rowery. Pieszo jest zdecydowanie daleko. Aby odwiedzić jak najwięcej pedałowałyśmy w sumie prawie 30 km. Tuk-tuk jest może i wygodny, ale zdecydowanie wolę sama ustalać sobie trasę wycieczki, patrzeć co jest za rogiem i dać się ponieść nogom. Tuk tukarze mają z resztą zaprogramowane trasy, zawsze jeżdżą od pierwszego kompleksu do następnego. Rano w tych najbliższych miastu, ilość ludzi na metr kwadratowy przewyższa zdrowy rozsądek. My sprytne, pedałowałyśmy ile się da, by zacząć od jak najdalszej części. Przez cały dzień zwiedziłyśmy 3 z 4 głównych kompleksów położonych najbliżej Siem Reap. Dalsze są oddalone o przynajmniej 30 km od miasta. Czwarty kompleks był w zasięgu naszych nóg i czasu, ale co za dużo to nie zdrowo, nie chciałyśmy skończyć z zakwasami.

Zaczęłyśmy od najdalszego Preah Khan, ku uciesze obserwując już po drodze, że liczba busów, busików i tuk-tuków zmniejsza się z każdym kolejnym kilometrem. W Preah Khan, mieście będącym w tamtych czasach ośrodkiem naukowym i medycznym, najbardziej było widać, jak natura dopomina się o swoje. Gdzie jeszcze X wieków temu stały majestatyczne budowle i domy mieszkalne, dziś zostały ruiny w objęciach korzeni, konarów i narośli. Widok jest niesamowity. Szczególnie dla tych, którzy tak jak ja, kilkanaście lat wstecz spędzali długie godziny grając w Tomb Raider.
Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan, prawie jak Lara Croft

Kambodża, Siem Reap, ruiny w Preah Khan, prawie jak Lara Croft

Kolejny kompleks to Angkor Thom, niegdyś największe miasto i stolica Angkoru, otoczone murami tworzącymi idealny kwadrat. Podobnie jak do innych kompleksów, monumentalnej bramy wjazdowej strzegą „boscy strażnicy”.
Kambodża, Siem Reap, brama wjazdowa do Angkor Thom

Kambodża, Siem Reap, brama wjazdowa do Angkor Thom

Kambodża, Siem Reap, boscy strażnicy, wjazd od strony Angkor War

Kambodża, Siem Reap, boscy strażnicy, wjazd od strony Angkor War

W obrębie kompleksu znajduje się wiele budowli, losowo udało nam się zobaczyć Terrace of Elephants (taras słoni), dawny plac przeznaczony do parad i ceremonii, otoczony murem z niezliczoną ilością rzeźb słoni.
Kambodża, Siem Reap, taras słoni

Kambodża, Siem Reap, taras słoni

Kambodża, Siem Reap, rzeźby wzdłuż tarasu słoni

Kambodża, Siem Reap, rzeźby wzdłuż tarasu słoni

Następnie świątynia Baphoun, częściowo zniszczona, ponieważ inżynieria dawnych Khmerów nie podołała wymaganiom architektonicznym – pod ciężarem galerii i wież świątynia zaczęła się zapadać. Obecnie jest zabezpieczona (tak przynajmniej wygląda) i można wdrapać się na górę, podziwiając widok na Angkor Thom. Jedna ze ścian została także wykończona w niesamowity sposób. Tutaj, podobnie jak we wszystkich buddyjskich świątyniach, trzeba pamiętać o spodniach/spódnicy zakrywającej kolana i koszulce posiadającej chociaż krótkie rękawki. Inaczej nie wolno będzie wejść na teren świątyni.

Kambodża, Siem Reap, Baphoun

Kambodża, Siem Reap, Baphoun

Kambodża, Siem Reap, mnisi na szczycie świątyni Baphoun

Kambodża, Siem Reap, mnisi na szczycie świątyni Baphoun

Kambodża, Siem Reap, świątynia Baphoun - i gdzie Cię nogi poniosą!

Kambodża, Siem Reap, świątynia Baphoun – i gdzie Cię nogi poniosą!

Kambodża, Siem Reap, co widać na obrazku? (oprócz tego, że ścianę)

Kambodża, Siem Reap, co widać na obrazku? (oprócz tego, że ścianę)

Ostatnim odwiedzonym przez nas miejscem w „mieście” Angkor Thom był Bayon, zostawiony trochę na deser. Niesamowita i fascynująca świątynia (oczywiście w stanie rozkładu), w której zewsząd patrzy na człowieka budda. 216 kamiennych twarzy od których emanuje spokój i tajemnica. Budda na 4 strony świata. Fajnie tak sobie pomyśleć, że te wszystkie figury były świadkami tego, co działo się tysiąc lat temu.
Kambodża, Siem Reap, Bayon, spokój i cisza

Kambodża, Siem Reap, Bayon, spokój i cisza

Kambodża, Siem Reap, Bayon, Budda na 4 strony świata

Kambodża, Siem Reap, Bayon, Budda na 4 strony świata

Kambodża, Siem Reap, Bayon, Budda, wszędzie Budda

Kambodża, Siem Reap, Bayon, Budda, wszędzie Budda

I na koniec Angkor Wat. Świątynia znajdująca się najbliżej miasta, którą widziałyśmy już częściowo dzień wcześniej. Znów zatłoczona. Nie wchodziłyśmy więc do środka, ale obeszłyśmy dookoła. Większość krótkich wycieczek dla turystów przyjeżdża właśnie tutaj. Szczerze? Dla mnie nie jest warta więcej uwagi, niż Bayon czy Preah Khan. Owszem, jest charakterystyczna i majestatyczna, ale ja wolę to co dzikie i trochę nieokiełznane, jak w innych kompleksach.
Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście drugie - w tył zwrot!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście drugie – w tył zwrot!

Wschód słońca nad Angor Wat, czyli nasze trzecie podejście, aby zwiedzić pierwszy z kompleksów, w mniej zatłoczonej atmosferze. Już po drodze tuk tukiem, pozbawiłam się złudzeń, że będzie luźniej. 
Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, czekając na wschód słońca

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, czekając na wschód słońca

Tu znów triumfy święcił spryt. Gdy całe to towarzystwo czekało, aż słońce pojawi się nad wieżami, my udałyśmy się do środka, gdzie jeszcze praktycznie nikogo nie było, ale zrobiło się na tyle jasno, że człowiek nie potykał się o własne nogi. A wschód słońca, który tego dnia nie był zbyt imponujący, obejrzałyśmy u podnóża wież – podobał mi się bardziej niż to, co oferowało stanie w tłumie przed budowlą.
Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście trzecie - sukces!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, podejście trzecie – sukces!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, pamiętam to miejsce z gry!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, pamiętam to miejsce z gry!

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat w pełnej krasie

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat w pełnej krasie

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, tuk tuk

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, tuk tuk

W drodze do Kambodży zabrałyśmy małą siatkę słodyczy, które zostały po firmowej imprezie w pracy. Woziłyśmy ją cały czas z sobą, z zamysłem podzielenia się z kambodżańskimi dziećmi. I choć część zapasów zjadły te polskie dzieci, to udało nam się uszczęśliwić kilka maluchów, które przyszły z wszechobecną mantrą „łandola” (one dolar). Zdaje się, że ten jeden dolar o który prosiły, nie wywołałby uśmiechu na ich twarzy tak, jak mogły to zrobić lizaki.
Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, :)

Kambodża, Siem Reap, Angkor Wat, :)

Niestety, ta sympatyczna grupka to nie jedyny taki przypadek dzieci wałęsających się z prośbą o pieniądze.. Ostatecznie, to co zostało w siatce ze słodyczami, podarowałyśmy wieczorem innym maluchom, które szukały skarbów w koszach na śmieci niedaleko naszego hotelu. Nie wyglądało, aby była to dla nich część zabawy. Oczywiście, że słodycze nie ratują ich z problemów, z którymi oni i wiele osób w ich kraju boryka się na co dzień, ale lizak czy cukierek daje prostą i czystą radość z małych rzeczy, która zanika w dzisiejszym świecie goniącym za pieniądzem.
 
Nasz minivan w drogę powrotną do stolicy okazał się tańszy i szybszy, niż ten przeklęty autobus wcześniej. Dla własnego spokoju ducha przez większą część tych niecałych 6h jechałam z zamkniętymi oczami.

 
I jak to zwykle bywa tuż przed powrotem – obiad i jazda na lotnisko, która tym razem ciągnęła się w nieskończoność, ze względu na uliczne protesty, które musieliśmy kilkukrotnie omijać. Po drodze do naszego tuk-tuka zgodziłyśmy się przygarnąć też lokalną kobietę, którą syn wiózł na skuterze w tą samą stronę – łamanym angielskim opowiedziała nam, że w Kambodży wciąż źle się dzieje i ludzie muszą walczyć o przetrwanie. 
 
Lotnisko małe, ale całkiem przyzwoite, spokojny lot i powrót do rzeczywistości, który był już jakby nie patrzeć, prawie 2 miesiące temu. W międzyczasie zdążyłam wyskoczyć na chwilę do Polski, odczuć na własnej skórze -11 stopni, przy których miałam wrażenie, że zamarza mi mózg, odwiedzić mnóstwo miejsc i spotkać wielu ludzi, za którymi już na powrót tęsknię. Dzięki, że wciąż o mnie pamiętacie :) Tobie dziękuję przede wszystkim :*
 
Lubię planować, lubię wiedzieć co się wydarzy i móc to kształtować, a że już powstał zarys na najbliższe miesiące to czas odkurzyć świnkę-skarbonkę i ahoj przygodo, będą nowe treści na bloga! Ale póki co praca, praca i praca, bo prosiak z dziurą na plecach sam się nie napełnia. Wszystkiego Najlepszego z okazji Roku Konia! :)