jedzenie

JP na 100% – Japonia, akt II: Kyoto

Pobudka wczesnym rankiem nie należała do najłatwiejszych, a tu jeszcze trzeba było się spakować i mieć oczy szeroko otwarte, aby nie zamotać się w metrze i dotrzeć na pociąg na czas. Nie można było liczyć, że pociąg będzie miał opóźnienie, gdyż japońskie shinkanseny odnotowują maksymalne opóźnienie rzędu 36 sekund (!). Strasznie byliśmy ciekawi podróży tym super szybkim pociągiem na poduszce magnetycznej. Chociaż spory kawałek przespaliśmy, to jednak 476 km w 2 godz 18 minut robi wrażenie (to praktycznie jak z Poznania do Rzeszowa w linii prostej). Nozomi, którym jechaliśmy, odjeżdża z Tokyo do Kyoto (i jeszcze dalej) średnio co 9-10 minut (!) i jest najszybszym z shinkansenów na tej trasie (nie zatrzymuje się prawie wcale na stacjach pośrednich). Po drodze rozwija prędkość do 300 km/h. Sam pociąg, obok futurystycznego wyglądu to cud-miód-malina. W środku lepiej niż w niejednym samolocie, ogromna przestrzeń na nogi, fotele rozkładane do pół-leżenia, czysto i zorganizowanie. Wagony oznakowane po kolei (zawsze mnie to dziwiło w Polsce, że pociągi z rezerwacją miejsc mają absolutnie bezsensowny rozkład numerowania wagonów), podjeżdżają na peronie pod wyznaczone wejścia. W środku jest restauracja, jeździ wózek z kawo-herbatą, są palarnie. Oczywiście, że nie jest to najtańsza opcja podróżowania, ale zdecydowanie najszybsza.
Japonia, przedział pociągu Shinkansen

Japonia, przedział pociągu Shinkansen

Japonia, bilety na pociąg :)

Japonia, bilety na pociąg :)

Japonia, Kyoto, tablica przyjazdów Nozomi (ten żółty!), średnio co 10 minut

Japonia, Kyoto, tablica przyjazdów Nozomi (ten żółty!), średnio co 10 minut

Kyoto, dawna stolica Japonii otoczona górami, przywitało nas deszczowym nastrojem, który utrzymywał się jeszcze do dnia następnego. Rozejrzeliśmy się porządnie po okolicy naszego hotelu, przyszedł też czas na zakupy, ustaliliśmy plan akcji na następne dni i daliśmy za wygraną zmęczeniu. Na głównej stacji kolejowej jest galeria handlowa, w której można znaleźć bardzo ciekawą fontannę – do zobaczenia na filmiku w następnym poście.
Mimo strug wody lejących się z nieba, następny dzień zaczęliśmy zwiedzając tradycyjną Japonię. Na początek wybraliśmy się na południe. Fushimi Inari-taisha to kompleks świątyń, znajdujących się na górze Inari, poświęconych bogom ryżu i sake. Na szczyt wiodą niezliczone ilości torii – japońskich bram wprowadzających do szintoistycznych świątyń, wyznaczając symboliczną granicę między sacrum i profanum. Na Inari czerwone torii tworzą niesamowite tunele, w których z przyjemnością można się gubić. Do samej świątyni nie podeszliśmy, ale wystarczyło kilka odcinków we wszechobecnej czerwieni, by zafascynować się Japonią jeszcze bardziej i wybaczyć jej ten padający deszcz.
Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, więcej torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, więcej torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, ja i podwójny tunel z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, ja i podwójny tunel z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Maciek w tunelu z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, Maciek w tunelu z torii

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, M: parz, przerobili grille na świeczniki! :)

Japonia, Kyoto, Fushimi Inari-taisha, M: parz, przerobili grille na świeczniki! :)

Aby dać sobie trochę wytchnienia od deszczu podjechaliśmy na Nishiki Market, gdzie absolutnie wszystkie japońskie dziwactwa kulinarne można nabyć albo chociaż zobaczyć (tak jak w naszym przypadku).
Japonia, Kyoto, Nishiki Market, warzywa w panierce/posypce z czegokolwiek

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, warzywa w panierce/posypce z czegokolwiek

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, chrzan wasabi

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, chrzan wasabi

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, ośmiorniczki z małym jajkiem w środku, chyba nie chcę wiedzieć więcej

Japonia, Kyoto, Nishiki Market, ośmiorniczki z małym jajkiem w środku, chyba nie chcę wiedzieć więcej

Trzymając się wschodniej ściany Kyoto udaliśmy się w stronę Kiyomizu-dera, a zła aura zdawała się powoli odpuszczać. Niesamowita buddyjska świątynia, której pierwowzór powstał w tym miejscu już w 8. wieku, dumnie wystająca spośród japońskiego lasu na zboczu góry Otowa, tętniła życiem i turystami. Po za samą świątynią, której dach pokryty jest drewnem drzewa cyprysowego, i punktem widokowym warto udać się trochę dalej, aby odkryć małą, czerwoną pagodę czy japoński cmentarz. Przy samej świątyni, za pomocą specjalnych nabieraków, można napić się wody przelewającej się wodospadem Otowa-no-taki, co ma zapewnić zdrowie i długowieczność. Dookoła bardzo często można dostrzec kobiety i mężczyzn ubranych w tradycyjne kimona.
Japonia, Kyoto, Kiyomizu-dera

Japonia, Kyoto, Kiyomizu-dera

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, pagoda

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, pagoda

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, kobieta w tradycyjnym kimonie obok pagody

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, kobieta w tradycyjnym kimonie obok pagody

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, cmentarz

Japonia, Kyoto, kompleks Kiyomizu, cmentarz

Niestety, ulewa wróciła, więc i my (zahaczając oczywiście o jedzenie i zakupy), potulnie udaliśmy się w stronę hotelu, bo chlupało już w butach.
Środę poświęciliśmy na wypad do pobliskiej Nary, która została mi polecona przez jednego z profesorów. Wspaniałe miasto, o którym w następnej notce.
Ostatni dzień w Kyoto spędziliśmy bardzo intensywnie. Zaczęliśmy od zamku, właściwie kompleksu zamkowego, ale raczej mało zamkowego. W sumie to miałam nadzieję na coś więcej, widząc zdjęcia japońskich twierdz w internetach. Ale Nijo-jo pozwolił nam odkryć trochę historii o szogunach i japońskich pomysłach. Zbudowany w 1603 roku zamek miał specjalne skonstruowane podłogi, które intencjonalnie skrzypiały, gdy tylko ktoś się na nich pojawił. Miało to zaalarmować w nocy ochronę, na wypadek pojawienia się intruza. Podobnie jak i w innych miejscach, zamek otoczony jest niesamowicie wypielęgnowaną zielenią.
Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, fosa

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, fosa

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, brama prowadząca do Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, brama prowadząca do Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, patent na skrzypiącą podłogę

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, patent na skrzypiącą podłogę

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, Ninomaru Palace

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, ogród zamkowy

Japonia, Kyoto, kompleks zamkowy Ninjo-jo, ogród zamkowy

1 maja rozpoczynał się sezon artystyczny w Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, w którym można podziwiać Kamogawa Odori, taniec znad rzeki Kamo (przepływającej przez Kyoto) – tradycyjny dwuczęściowy występ, w którym najpierw jest się widzem przedstawienia, później grupowego tańca gejsz i maiko (kandydatek na gejsze). Jako, że od dziecka jestem związana i z teatrem i z muzyką to takie wizyty są dla mnie jednym z punktów kulminacyjnych każdej podróży. Niestety przedstawienie odbywało się po japońsku, bez dostępnego tłumaczenia, więc pozostało nam słuchać bez zrozumienia i obserwować wspaniałe stroje, mimikę, gestykulację, co właściwie z zupełności wystarcza, nawet bez wiedzy o co chodzi w całej historii. W teatrze obowiązywał zakaz filmowania, cyknęłam tylko kilka fotek z ukrycia.
Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, orkiestra

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, orkiestra

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona pierwsza przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona pierwsza przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona druga przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, odsłona druga przedstawienia

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, taniec gejsz

Japonia, Kyoto, Ponto-cho Kaburen-jo Theatre, taniec gejsz

Dalej skierowaliśmy się na zachodnią stronę Kyoto – do dzielnicy Arashiyama. Chociaż dzielnica to chyba nie jest najszczęśliwsze określenie, bo nie ma nic wspólnego z miejskim gwarem. Podnóże gór skrywa w sobie wiele świątyń i cudów natury. Naszym celem był Bamboo Grove – czyli bambusowy gaj. Najpierw jednak udaliśmy się do świątyni Tenryu-ji, będącej jedną z głównych szkół Zen, otoczonej wspaniałym ogrodem Zen.
Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, jedno z pomieszczeń

Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, jedno z pomieszczeń

Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, ogród Zen

Japonia, Kyoto, Arashiyama, kompleks Tenryu-ji, ogród Zen

Japonia, Kyoto, Arashiyama

Japonia, Kyoto, Arashiyama

Północna brama prowadzi wprost w bambusy las, a dokładnie w odcinek (zatłoczony turystami), w którym tych drzewek najgęściej. Chciałabym się tam znaleźć, kiedy nie ma zbyt wielu ludzi i można sobie w ciszy przejść, bo miejsce jest magiczne.
Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Japonia, Kyoto, Arashiyama, bambusowy gaj

Słońce powoli chowało się za horyzont, ale my nie chcieliśmy jeszcze kończyć. Odstawiliśmy zakupione pamiątki do hotelu i uderzyliśmy na Gion, jedną z dzielnic gejsz. Zamiast jednak wypatrywań pań w kimonach z misternymi fryzurami i makijażami, postanowiliśmy zaznać trochę współczesnej, japońskiej kultury rozrywkowej – centra gier i rozrywki. 7 pięter automatów, automacików, symulatorów, mini kasyn i co tylko można sobie wyobrazić. Błyskająco-błyszcząco-głośno. Pamiętacie takie maszyny, które po wrzuceniu pieniążka steruje się joystickiem, a po upływie czasu łapka się obniża i próbuje chwycić maskotkę, którą nam wyrzuci jeśli dobrze wycyrklowaliśmy położenie? W Japonii w takich automatach można łowić dosłownie wszystko, od zdalnie sterowanych samochodów po.. lody w pudełkach. My jednak wybraliśmy 3 piętro i gry muzyczne, najpierw szaleliśmy na symulatorze perkusji a później  na specjalnych podestach, które zmuszały nas do dziwacznych tańców, aby tylko poprawnie nadepnąć strzałki, próbka poniżej, poziom: niższy amator. 2 godziny zleciały nam jak z bicza strzelił i pochłonięci zabawą prawie spóźniliśmy się na ostatni autobus pod nasz hotel. Następnego dnia wróciliśmy do Tokio, gdzie niewiele już było czasu na zwiedzanie, bo w założeniu nasz samolot powrotny odlatywał po południu. Nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie próbowali upchnąć zbyt wielu rzeczy w tym samym czasie. Na koniec podróży do Japonii dostaliśmy lekcję, że nie tędy droga, ale wybrnęliśmy i w nocy wylądowaliśmy w Singapurze. To jednak nie koniec japońskich opowieści, reszta następnym razem.

na bani na Bali – Indonezja, wyspa Bali

Ten blog prowadzi tryb życia dokładnie odwrotny do mojego – przez większość czasu odpoczywa, aby później zerwać się do pracy na godzinkę miesięcznie lub rzadziej. Mój wolny czas kurczy się niemożliwie. Ostatnie 2,5 miesiąca minęło ekspresem, nawet nie wiem kiedy. Ciągle w rozjazdach, zaczęło się od wypadu do Polski, chwilowy powrót do Singapuru i już pakowałam się w delegację do Niemiec, by po 2,5 tygodnia ciężkiej pracy wrócić i w ciągu 24h odbić się znów od singapurskiej ziemi, tym razem podążając w kierunku Indonezji.

Pomysł na weekendowy wypad na Bali zrodził się już kilka miesięcy wcześniej. Maciek i Aneta – para znajomych, którzy kilka miesięcy wcześniej wyruszyli w niesamowitą podróż dookoła świata, otwierała rozdział pod tytułem „Azja południowo-wschodnia” właśnie na Bali. Indonezyjska wyspa znajduje się przysłowiowy żabi skok od Singapuru, więc nie sposób było nie skorzystać z możliwości spotkania się z nimi i na własne oczy zobaczenia tej rzekomo rajskiej wyspy, tak często promowanej w kolorowych magazynach biur podróży.
Zatrzymaliśmy się w Kucie, miejscowości najbliżej lotniska. Lądowałam w nocy, ale gdy tylko dotarłam do centrum miasteczka ono wcale nie układało się do snu. Wręcz przeciwnie, wszystkie budynki zdawały się drżeć w rytm muzyki wylewającej się z każdego klubu i klubiku, stojących jeden obok drugiego. My jednak grzecznie, późna kolacja, po szklaneczce drinku na bazie lokalnego araku (Arak Madu, mniom mniom) i do łóżka, nadrabiać sen zgubiony gdzieś między strefami czasowymi.

Nie jestem wielką fanką wylegiwania się na plaży, więc dobrze się złożyło, że na sobotę Aneta z Maćkiem zaplanowali wycieczkę objazdową. W Indonezji praktycznie nie istnieje transport publiczny. Przemieszczanie się odbywa się głównie albo na skuterku albo w wynajętym samochodzie z kierowcą. Druga opcja wydawała się bezpieczniejsza i przystępna cenowo, więc pan kierowca obwiózł nas zgodnie ze wskazówkami po kilku lokalnych atrakcjach.

Pierwszą z nich okazało się bardzo dziwne przedstawienie, Barong and Kris dance, prezentujące walkę dobra ze złem. Mimo angielskiego streszczenia, które dostaliśmy na wejściu, nie udało mi się do końca zrozumieć o co chodzi w całej tej historii, tym bardziej szacunek dla Anety, której całkiem nieźle szło identyfikowanie bohaterów. Trochę za mało tańca, jak na fakt, że mieliśmy zobaczyć jeden z najbardziej znanych ludowych pląsów, ale stroje były niesamowite. Gesty i mimika tancerek również bezbłędna. I muzyka. Dla mnie chyba najważniejsza w takich miejscach. Mimo, że prosta i miejscami wydawać by się mogło monotonna, to jednak hipnotyzująca i kompletnie orientalna. Szkoda, że mikrofon wbudowany w aparat nie ma zbyt wielkich możliwości, chętnie bym się podzieliła tymi brzmieniami.
Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance, ten potwór kojarzy mi się ze Slipknotem

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance, ten potwór kojarzy mi się ze Slipknotem

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Indonezja, wyspa Bali, Barong and Kris dance

Bali i chyba większa część Indonezji także, to miejsce małych manufaktur. Kolejnym przystankiem była wytwórnia srebrnej biżuterii i innego rękodzieła. Podziwiam tych ludzi, którzy całą tą misterną i precyzyjną robotę muszą wykonywać pod wścibskim okiem, co rusz przyjeżdżających, gapiów. W środku znajduje się oczywiście sklep, w którym można zakupić wyroby.
Indonezja, wyspa Bali, manufaktura biżuterii ze srebra

Indonezja, wyspa Bali, manufaktura biżuterii ze srebra

Następny stop to świątynia Pura Puseh Batuan, reprezentująca balijski styl budownictwa sakralnego. Na wejściu otrzymaliśmy sarongi – rodzaj długiej spódnicy, którą należy założyć poruszając się po świątyni. Do wnętrza prowadzi „przecięta” na pół brama. Jednym ze sposobów oddawania czci bóstwu są kwiaty, stawiane przed pomnikami/rzeźbami/kapliczkami, w małych, roślinnych koszyczkach. Trzeba patrzeć pod nogi, bardzo łatwo można je przypadkiem stratować.
Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan (photo by Maciek)

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan (photo by Maciek)

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Niektóre rzeźby są dosyć intrygujące.
Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Indonezja, wyspa Bali, świątynia Pura Puseh Batuan

Dalsza część wycieczki nastawiona była bardziej na kontakt z naturą – na początek las małp o nazwie Padangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary ;) te całkiem ludzko wyglądające stworzenia są wszędzie i wystarczy chwila nieuwagi, aby skoczyły na plecak, próbując skraść butelkę wodę. Podobno potrafią być całkiem agresywne, więc dla własnego bezpieczeństwa odradza się jedzenia czegokolwiek na terenie lasu.
Indonezja, wyspa Bali, adangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpie figle

Indonezja, wyspa Bali, Padangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpie figle

Indonezja, wyspa Bali, adangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpie figle

Indonezja, wyspa Bali, Padangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpie figle

Indonezja, wyspa Bali, adangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpia złodziejka

Indonezja, wyspa Bali, Padangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, małpia złodziejka

Indonezja, wyspa Bali, adangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, maluchy

Indonezja, wyspa Bali, Padangtegal Mandala Wisata Wenara Wana Sacred Monkey Forest Sanctuary, maluchy

Chociaż ciemne chmury zaczynały pojawiać się na horyzoncie to my wciąż jechaliśmy dalej, przed nami słynne tarasy ryżowe. Miałam już okazje obserwować pola ryżowe w Kambodży, ale nie w tak niecodziennym ułożeniu. Takie pola ryżowe powstają najczęściej na zboczu stromych wzgórz.
Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe (photo by Maciek)

Indonezja, wyspa Bali, tarasy ryżowe (photo by Maciek)

Postanowiliśmy zatrzymać się tam na lunch – szamka z taaakim widokiem!
Indonezja, wyspa Bali, obiad z widokiem na tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, obiad z widokiem na tarasy ryżowe

Indonezja, wyspa Bali, obiad z widokiem na tarasy ryżowe (photo by Maciek)

Indonezja, wyspa Bali, obiad z widokiem na tarasy ryżowe (photo by Maciek)

Do ostatniego miejsca jechaliśmy już w strugach ulewy, ale przejaśniło się jak tylko dotarliśmy na miejsce. Laksmi Bali Agro Tourism słynie przede wszystkim z Kopi Luwak. Tak, to ta ekstremalnie droga kawa wyciągana z odchodów łasicopodobnego zwierza. Lokalnie nie jest już tak ekstremalnie droga, za kilka dolarów można skosztować filiżankę. W Laksmi nie zajmują się jednak tylko kawą, hodują tam wiele roślin, z których wytwarzane są później smakowe kawy i herbaty. Najpierw przewodnik z bardzo dobrym angielskim oprowadza po terenie, wyjaśnia etapy powstania Kopi Luwak (karmienie zwierza, później zbieranie kupy, mycie, suszenie, a dalej to jak z normalną kawą), pokazuje wszystkie rośliny, a następnie jest degustacja. Herbaty i kawy smakowe testuje się za darmo, jedynie kopi luwak jest płatny. Maciek z Anetą skusili się, a ja, mimo że nie znoszę kawy, również umoczyłam usta, dla samego faktu (nie, nie smakuje mi, tak samo jak wszystkie inne kawy tego świata, łącznie ze zbożową). Podobno jest bardzo dobra. Moje serce podbiła herbata cynamonowa i taką też zakupiłam w sklepiku przy wyjściu. Miejsce naprawdę godne polecenia, bardzo serdeczna atmosfera, nie ma też, często spotykanego, wciskania czy przymuszania do zakupy. Ich produkty bronią się same, aż żałujesz że przyleciałeś tylko z bagażem podręcznym.
Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, luwak wcinający ziarno kawy

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, luwak wcinający ziarno kawy

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, palenie oczyszczonych ziaren kawy

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, palenie oczyszczonych ziaren kawy

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, marakuja

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, marakuja

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, degustacja kawy i herbaty

Indonezja, wyspa Bali, Laksmi Bali Agro Tourism, degustacja kawy i herbaty

Wróciliśmy do hostelu, a później nadszedł czas na zasmakowanie nocnego życia na Bali. Popląsaliśmy trochę po oszałamiająco głośnych klubach, wypijając kilka drinków o niezwykle wywindowanych (jak na Indonezję) cenach i nadszedł czas na objęcia Morfeusza. Nie przekonały mnie te imprezy, ale to podobno sztandarowa rzecz do zrobienia na Bali, więc było nie było – mam odhaczone :)
Kolejny obowiązkowy cel przebywając na tej indonezyjskiej wyspie – plaża! Gdy tylko zbliżyć się w stronę wybrzeża, zaczyna robić się gęsto od surferów. Zanim jednak daliśmy nura do słonawej wody, odwiedziliśmy Uluwatu – świątynię na klifie.
Indonezja, wyspa Bali, Uluwatu - świątynia na klifie

Indonezja, wyspa Bali, Uluwatu – świątynia na klifie

Indonezja, wyspa Bali, widok z klifu w okolicy Uluwatu

Indonezja, wyspa Bali, widok z klifu w okolicy Uluwatu

Indonezja, wyspa Bali, widok z klifu w okolicy Uluwatu

Indonezja, wyspa Bali, widok z klifu w okolicy Uluwatu

Później już tylko plaża, jedna za drugą, klif dookoła był całkiem wysoki, więc oceniając z góry, że pierwsza plaża nie jest tego warta, zatrzymaliśmy się w połowie drogi na zimne piwko i naleśniki z widokiem na surferów.
Indonezja, wyspa Bali, jedna z wielu plaż

Indonezja, wyspa Bali, jedna z wielu plaż

Ostatecznie, mała plaża, do której schodzi się przez ciekawie wyglądające przejście między skałami (Maciek, Aneta, pamiętacie nazwę plaży?!), filtr 50+ i hop do wody!
Indonezja, wyspa Bali, jedna z wielu plaż - cień!

Indonezja, wyspa Bali, jedna z wielu plaż – cień!

Później jeszcze owoce morza w mieście, zamiast w przereklamowanych restauracjach przy plaży i Bali zaliczone, można wracać do domu!
A tak serio, to na pewno Bali jest całkiem atrakcyjną bazą dla surferów, nurków i plażo-wylegiwaczo-imprezowiczów. Ja podróżując zwykle szukam czegoś innego, ale kto wie, może jeszcze kiedyś mi się odmieni i zacznę jeździć na wakacje, aby wypocząć? W każdym razie Bali i relaks zdaje się pasować. Być może jeszcze tam wrócę, ale tylko dla rafy koralowej. Jeśli w końcu znajdę czas, by nauczyć się nurkowania z butlą.
Podziękowania dla państwa Stodolnych za zaplanowanie wycieczki i za ich wizytę w Singapurze, którą mam nadzieję, będą miło wspominać. Bawcie się dobrze dalej i do szybkiego zobaczenia, gdziekolwiek w świecie :)
Teraz odliczam dni do wizyty najważniejszego z możliwych gości :)))
Znajdzie się też czas na urlop – razem wybieramy się do ojczyzny tych panów:
Jest nawet cień szansy, że uda się usłyszeć ich na żywo, ale póki co nie mogę się za bardzo ogarnąć na stronach pełnych krzaczków.. ;)