wesele

I niech nam curry lekkim będzie! – Indie, Irinjalakuda – wesele

Czas przerwać tę ciszę – wracamy do Indii, gdzie mój serdeczny kolega z pracy za chwilę przestanie być kawalerem!

Poranne śniadanie hotelu o podwyższonym standardzie przypomniało nam skąd jesteśmy. Chociaż obydwoje uwielbiamy hinduskie jadło, to pierwszy od ponad tygodnia posiłek w europejskim stylu – chleb, masło, płatki z mlekiem – przywitaliśmy z radością. Nie było czasu zbyt długo go jednak celebrować, bo czas ruszać na imprezę!

Indie, Kerala, Kochi (Koczin), książki w szufladzie pokoju hotelowego

Ślub i wesele odbywało się jakieś 40km od lotniska, czyli ponad 70km od centrum Kochi – w 50-tysięcznej mieścinie Irinjalakuda. Wesoły autobus naszej międzynarodowej grupki gości dowiózł nas przed południem do domu Pana Młodego – Cecila.

Przy wąskiej uliczce przywitał nas dom o soczyście różowej elewacji z bramą tonącą pod girlandą z balonów. Pierwszy raz miałam okazję przekroczyć próg domu w Indiach, więc oczy musiałam mieć jak pięć złotych. Moją uwagę przykuł od razu mini-ołtarz, znajdujący się na centralnej ścianie salonu. W Polsce swą religijność w wierze katolickiej zaznacza się raczej krzyżem nad drzwiami, czasem jakimś małym bibelotem lub obrazkiem ze świętym. Tutaj był to pokaźnych rozmiarów obraz, otoczony masywną ramą z półką pod spodem, na której stało mnóstwo chrześcijańskich artefaktów. Ślub i wesele, chociaż Indie kojarzą się raczej z chaotycznymi obrządkami religii hinduistycznej, odbywał się zgodnie z rytuałem rzymskokatolickim – mimo pewnych podobieństw do analogicznych ceremonii w Polsce – było całe mnóstwo lokalnych smaczków.

Indie, Kerala, Irinjalakuda, salon w domu Pana Młodego

Przywitała nas rodzina głównego bohatera wieczoru – on sam był jeszcze w proszku. Dotarliśmy wcześniej niż się spodziewali, o dziwo nie zatrzymały nas żadne większe korki. Mimo to migiem na stole zaroiło się od lokalnych przekąsek, a my mieliśmy czas rozgościć się i dowiedzieć więcej o organizacji dnia. Przypadło nam nie byle jakie zadanie – byliśmy świtą Pana Młodego. Oprócz najbliższej rodziny (jakieś 30-40 osób), podążaliśmy za Panem Młodym w orszaku przez wszystkie części rytuału.

Po dobrej godzinie rozmów i śmiechów, czas było rozpocząć przygotowania! Panowie przywdziali lokalne, bogato zdobione koszule lub mundu (rodzaj męskiej spódnicy), panie zaś udały się zrobić makijaż. Z ubraniem się było więcej zachodu, bo.. jak tu się ubrać w sari, które jest po prostu długą, ogromną płachtą materiału?! Moje poprzednie próby spełzły na niczym. Z opresji wybawiła nas siostra Cecila, która zawiozła nas do kogoś w rodzaju garderobianej, żeby nas owinęła. Mały salon był jednocześnie zakładem fryzjerskim i kosmetycznym. Nie mogłam wyjść z podziwu jak sprawnie cała operacja została przeprowadzona. Chwila moment (dobra, ciut dłuższa chwila) i wyglądałyśmy jak księżniczki. Dla mnie hinduskie stroje dla kobiet zawsze kojarzą się bardzo arystokratyczne. Tak przygotowane ruszyłyśmy w drogę powrotną, próbując nie przydepnąć ciągnącej się do ziemi sukni (jest nawet specjalny sposób podnoszenia przedniej jej części podczas stawiania kroków!), nie odwinąć (tutaj komfort psychiczny zapewniały agrafki), a także zakryć wychylające się tu i ówdzie wałeczki. Pod sari zakłada się jedynie króciutki top, kończący się praktycznie pod biustem i, zaczynającą się w pasie, gładką halkę. Wszystko co człowiek ma pomiędzy, przykrywają jedynie skrawki górnej części sari – nie do końca czułam się komfortowo, ale przy odrobinie wprawy da się kontrolować to zawiniątko, by nie świecić brzuchem.

Indie, Kerala, Irinjalakuda, „księżniczka Radżastanu” ;) (zdjęcie wykonane przez Happily Ever After)

Po naszym powrocie dom Pana Młodego wypełniał gwar w lokalnym języku, przeplatany strzępkami angielskiego – najbliższa rodzina dotarła na pierwszy ślubny rytuał. Podobnie jak u nas jest nim błogosławieństwo. Każde z przyszłych małżonków otrzymuje je osobno w swoim domu rodzinnym. Po dłuższej modlitwie przed domowym ołtarzem, Pan Młody otrzymał łaskę z rąk rodziców, a także siostry z mężem i synem, najbliższych ciotek, wujków, kuzynek i kuzynów oraz nas – swojej świty. Jeszcze kilka zdjęć i szybki obiad, który niepostrzeżenie został rozstawiony na tarasie, i można ruszać do kościoła.

Indie, Kerala, Irinjalakuda, w tradycyjnych strojach

Narzeczeni pod kościół zajechali osobnymi samochodami. Świątynia była dość mała i bardzo kolorowa, a na wejściu trzeba było zostawić buty. Zasiedliśmy w ławkach i chwilę później, ku naszemu zaskoczeniu, przy ołtarzu pojawiły się.. 3 pary młode! Niektórzy nie chcą czekać 2 lat na wolny termin, dlatego śluby udzielane są grupowo.

Indie, Kerala, Irinjalakuda, przed Katedrą św. Tomasza

Indie, Kerala, Irinjalakuda, w Katedrze św. Tomasza (zdjęcie wykonane przez Happily Ever After)

Msza odbywała się w lokalnym języku, ale wiele elementów dało się skojarzyć z analogicznymi tego samego obrządku w Polsce. Były czytania, kazanie, przysięga małżeńska, ofiarowanie darów i komunia. Oprócz tradycyjnej wymiany obrączek, małżonka otrzymuje od swego męża złotą biżuterię i piękne sari – na znak, że będzie o nią dbał.

Indie, Kerala, Irinjalakuda, ksiądz podczas nabożeństwa (zdjęcie wykonane przez Happily Ever After)

Indie, Kerala, Irinjalakuda, :) (zdjęcie wykonane przez Happily Ever After)

Gdy wszystkim rytuałom nadszedł kres, Państwo Młodzi zostali podpisać papiery, a my udaliśmy się z powrotem do domu Cecila przygotować kolejny punkt programu – przywitanie, a właściwie przyjęcie małżonki w domu męża. Gdy młoda para podjechała pod dom (tym razem już jednym samochodem) rodzice Cecila, najbliższa rodzina i my czekaliśmy już przy bramie. Ogromne naszyjniki z kwiatów zawisły na szyi męża i żony, wręczono im także bukiety (bo kwiatów nigdy za mało!). I kiedy w naszej kulturze pan młody musi wykazać się tężyzną fizyczną i przenieść małżonkę przez próg, tutaj rytuał jest zgoła inny – to jego matka odgrywa główną rolę. Na wejściu domu podaje zapaloną świecę synowej, by ta przeniosła ją przez próg. Jest to wyraz akceptacji i błogosławieństwa ze strony teściowej.

Chwilę później Vinaya zniknęła, by przebrać się z białego sari w czerwono-złote (to otrzymane od męża w czasie mszy) i przypudrować nosek. Mieliśmy więc wystarczająco dużo czasu na sesję zdjęciową z Panem Młodym!

Indie, Kerala, Irinjalakuda, z Panem Młodym (zdjęcie wykonane przez Happily Ever After)

Zdecydowanie spóźnieni wyjeżdżaliśmy do sali weselnej. Przed salą przywitał wszystkich zespół bębniarzy i krótki pokaz sztucznych ogni.

Jak myślicie – na ile osób było wesele? 100? 200? Otóż nie, ok. 800 (!) osób! Pomieszczenie było salą konferencyjną, ze sceną (na której siedzieli małżonkowie z rodzicami i rodzeństwem) i kilkoma stanowiskami serwującymi jedzenie. Przygotowując się do wesela Cecil wyjaśnił mi kiedyś metodologię zapraszania gości – zgubiłam się już na początku. Zaprasza się rodzinę aż do piątej wody po kisielu, a także rodzinę niespokrewnionych członków rodziny (na przykład teściów kuzynki), znajomych rodziców z pracy wraz z rodzinami, wszystkich znajomych ze szkół z rodzinami, znajomych z byłej i obecnej pracy, podwórka, wakacji…

Indie, Kerala, Irinjalakuda, sala weselna (zdjęcie wykonane przez Happily Ever After)

I wśród tych setek osób, oprócz pary młodej, atrakcją wieczoru.. byliśmy my. Miejsca w pierwszych rzędach już na nas czekały, mimo że gdy przyjechaliśmy, sala była już zapełniona. Rozsiedliśmy się, a chwilę później muzyka oznajmiła nadejście młodej pary. Po krótkim przemówieniu ze strony prowadzącej, weszli na scenę wraz z rodzicami i rodzeństwem. Największą część imprezy (oprócz zdjęć, o czym za chwilę) zajęły przemówienia. Ojciec Pana Młodego, ojciec Panny Młodej, ksiądz, częściowo po angielsku, częściowo po lokalnemu. Nasza obecność znów została zauważona i kilkukrotnie złożono nam ze sceny podziękowania za przybycie, łącznie z wymienieniem krajów, z których pochodzimy. Po tym bardzo oficjalnym początku nastąpił pokaz slajdów zdjęć młodych – głównie z ich młodości i pracy, wspólnych było niewiele, w końcu odkąd się poznali, widzieli się tylko kilka razy (tak, tak, aranżowane małżeństwa wciąż mają się świetnie, ale wbrew powszechnej opinii – nie wszyscy podchodzą do nich jak na skazanie). Na kolejne obrządki złożyły się: wręczenie kwiatów nowożeńcom przez rodziców, wymianę kwiatowymi girlandami-naszyjnikami przez młodych, rodzinne odpalenie świec wspólnie trzymając źródło ognia. Po chwili zaczęło robić się bardziej znajomo – jako mąż i żona rozpoczęli krojenie tortu weselnego. Rozpoczęli.. i zakończyli. Wykroili po kawałku, obdarowali gryzem siebie nawzajem, a także swoich teściów, bratową, szwagra i.. tyle. Cały tort stał na scenie aż do końca imprezy – nie był przeznaczony dla gości (wątpię czy w ogóle był zjedzony później). Tańców też było jak na lekarstwo – dokładnie jeden. Pod sceną pojawiła się grupa tancerzy, którzy pląsali iście bolliwoodzko. W połowie utworu zeszła do nich Para Młoda i gestem zachęcili nas do dołączenia. Dwa razy nie trzeba powtarzać – bujaliśmy się razem z nimi, na całe 2 minuty stając się kolejnym elementem atrakcji weselnej. Wróciliśmy na krzesła, a młodzi na scenę wypić brudzia (tłuczenia kieliszków nie było).

Indie, Kerala, Irinjalakuda, wesele! (zdjęcie wykonane przez Happily Ever After)

To by było na tyle. Ludzie rozeszli się do bufetowego kateringu lub w kolejkę, by zrobić sobie na scenie zdjęcia z młodymi i złożyć im życzenia. Ta sesja fotograficzna trwała dobre 3h (!), podczas których nowożeńcy musieli wciąż się uśmiechać. Podziwiam ich, bo nie licząc gryza ciasta i łyka wina, ostatni raz jedli wcześnie rano.

Tłum zelżał, przyszła więc pora na nasze zdjęcia, by po kilku ujęciach, zapakować się do wesołego autobusu, który zawiózł nas do hotelu. Dla Nas dzień dobiegał końca, można było się odwinąć z sari. Młodzi wciąż mieli przed sobą dalsze zdjęcia z gośćmi oraz własną sesję zdjęciową – podziwiam ich wytrzymałość i chyba rozumiem dlaczego Panna Młoda potrzebowała takiej tony makijażu na twarzy.

Jadąc na wesele, nie wiedzieliśmy czego oczekiwać, i chociaż wiele elementów nas zaskoczyło – bawiliśmy się przednio. A za zdrowie młodych wypiliśmy w hotelu! :)

Reklamy

Happy Merry Christmas – Kambodża, akt I: Phnom Penh

Święta w tym roku znów przyszło mi spędzić inaczej. Kambodża była wyborem dosyć przypadkowym, jednak trafionym, jak się okazało. Wybrałyśmy się na 5 dni, trafiając całkiem przyzwoity cenowo lot z Singapuru do Phnom Penh – stolicy Kambodży. Pierwsze dwa dni i ostatnie godziny przed powrotem spędziłyśmy właśnie tam. Doleciałyśmy wieczorem w Wigilię, ale o świętach przypominały nam tylko pojedyncze ozdoby, rozwieszone na ulicach z myślą o turystach. Temperatura 25+ stopni też nie przywodziła na myśl skojarzeń z typowym Bożym Narodzeniem. Pierwsze wrażenie całkiem pozytywne, hotel czysty, a ulice widziane z taksówki przypominały trochę Indonezję albo Tajlandię. Następnego dnia rano, gdy wszystko oświetliły promienie słoneczne, przywitał nas prawdziwy obraz Kambodży – dosyć biednego i niezbyt rozwiniętego gospodarczo kraju. I chociaż stolica ta ma jedną dzielnicę, gdzie zaczynają rosnąć budynki ze szkła i stali, to w pozostałych dominują sklecone z byle czego budki, rozpadające się budynki i uliczne stragany. W Kambodży obowiązują dwie waluty – dolar amerykański i riel kambodżański. Ulice w większości zamiast nazw posiadają numery, tylko główne ulice posiadają imię.

Kambodża, Phnom Penh, sklep z ryżem

Kambodża, Phnom Penh, sklep z ryżem

Kambodża, Phnom Penh, sklep z materacami i sofami

Kambodża, Phnom Penh, sklep z materacami i sofami

Kambodża, Phnom Penh, lumpeks - wersja kambodżańska

Kambodża, Phnom Penh, lumpeks – wersja kambodżańska

Kambodża, Phnom Penh, lód do Twojego wieczornego drinka już jedzie!

Kambodża, Phnom Penh, lód do Twojego wieczornego drinka już jedzie!

Kambodża, Phnom Penh, mięsko, świeżo suszone

Kambodża, Phnom Penh, mięsko, świeżo suszone

Ludzie w większości życzliwi, chociaż znajdzie się sporo takich, którzy próbują wydoić turystę. Przyjezdni są ciągle nagabywani przez kierowców tuk tuków – budek na kółkach ciągniętych przez motor – jedna z najtańszych opcji przemieszczania się po mieście. Ulice zdominowane są przez wszelkiego rodzaju motory, motorynki, skutery i tuk tuki właśnie, znacznie przewyższające liczbę samochodów. Ruch pieszy praktycznie nie istnieje, chodniki (jeśli już są) służą jako parking, wystawa sklepu, tudzież miejsce pod budkę z ulicznymi przekąskami. Odganiając kilku natarczywych tuk tukarzy dotarłyśmy do pierwszej główniejszej ulicy, a mapa wskazała, że musimy przejść na drugą stronę. Sygnalizacji świetlnej brak, podobnie jak znaków drogowych czy przejść dla pieszych. Z resztą nawet jeśli są to nikt nie zwraca uwagi. Khmerowie (etniczni mieszkańcy Kambodży) wyznają na drodze jedną zasadę – brak zasad. W porównaniu do Kambodży, Indonezyjczycy, opisywani przy okazji notki o wulkanach, przestrzegają zasad ruchu drogowego. Próbowałyśmy w 3 miejscach, w końcu się udało. Nie ma innej drogi, trzeba lawirować między pojazdami i mieć nadzieję że nikt Cię nie zahaczy.

Kambodża, Phnom Penh, korki..

Kambodża, Phnom Penh, korki..

Kambodża, Phnom Penh, "Ja nie zmieszczę?!", odsłona pierwsza

Kambodża, Phnom Penh, „Ja nie zmieszczę?!”, odsłona pierwsza

Kambodża, Phnom Penh, "Ja nie zmieszczę?!", odsłona druga

Kambodża, Phnom Penh, „Ja nie zmieszczę?!”, odsłona druga

Kambodża, Phnom Penh, "Ja nie zmieszczę?!", odsłona trzecia

Kambodża, Phnom Penh, „Ja nie zmieszczę?!”, odsłona trzecia

Kambodża, Phnom Penh, centrum miasta

Kambodża, Phnom Penh, centrum miasta

Kambodża, Phnom Penh, stragan z owocami

Kambodża, Phnom Penh, stragan z owocami

Kambodża, Phnom Penh, kuchnia polowa, wersja kambodżańska

Kambodża, Phnom Penh, kuchnia polowa, wersja kambodżańska

Kambodża, Phnom Penh, lokalny przysmak - muszle pieczone z przyprawami

Kambodża, Phnom Penh, lokalny przysmak – muszle pieczone z przyprawami

Dzień spędziłyśmy głównie na odwiedzaniu miejsc poświęconych czasom Czerwonych Khmerów, kambodżańskiego komunizmu połączonego z nacjonalizmem, który w ciągu 4 lat pozbawił życia co 4 osobę w kraju. Jeszcze straszniejsze wydaje się to, gdy spojrzeć na daty – masakra zakończyła się w 1979 roku, na 10 lat przed moim urodzeniem.. Nie sposób uniknąć porównań z bliższym nam Oświęcimiem i wydarzeniami w Katyniu. W Kambodży dramatu dodaje fakt, że rodacy zabijali rodaków. W 3 dni po rozpoczęciu rewolucji Czerwoni Khmerzy, którzy, o ironio, zmienili nazwę kraju na Demokratyczna Kampucza, wygonili z miast wszystkich ludzi. Wysiedlili ich na wieś i kazali pracować przy uprawie ryżu po 12 i więcej godzin dziennie. Racje żywnościowe wynosiły 3 łyżki kleiku ryżowego, w którym ziarna ryżu można było policzyć, serwowane 2 razy dziennie. Zamknięto wszystkie szkoły, transport publiczny, zlikwidowano pieniądze, nie wolno było wyjechać po za granicę kraju ani okazywać uczuć. Jeśli nie ginęli w więzieniach z rąk rewolucjonistów, to głód wykończył wiele istnień. Tuol Sleng, nazywane Więzieniem Bezpieczeństwa S-21, to obecnie Muzeum Ludobójstwa. W czasach reżimu lokalną szkołę zamieniono na przerażające więzienie, z którego nikt nie uciekł, a przeżyło jedynie 7 osób (dalsze 4 osoby, które również przeżyły, pełniły w więzieniu funkcje malarzy i mechaników). Klasy szkolne przerobiono na cele więzienne, przyrządy gimnastyczne na narzędzia tortur. Każdy osadzony był najczęściej oskarżony o zachowania przeciw rewolucji, a także szpiegostwo jako członek CIA lub KGB. To oficjalny status. Mordowano pod byle pretekstem inteligencję i całe rodziny, głównie członków rewolucji, oskarżonych o zdradę. W zamyśle lud mieli stanowić tylko prości i niewyedukowani ludzie, którymi łatwiej będzie sterować.
Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, zasady obowiązujące w więzieniu

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, zasady obowiązujące w więzieniu

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, "luksusowa" cela dla więźniów z wyższych stołków

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, „luksusowa” cela dla więźniów z wyższych stołków

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, budynek A, klasy szkolne przerobione na cele więzienne

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, budynek A, klasy szkolne przerobione na cele więzienne

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, budynek C, cele dla zwykłych więźniów

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, budynek C, cele dla zwykłych więźniów

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, cela przeciętnego więźnia

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, cela przeciętnego więźnia

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, klasa szkolna przerobiona na cele więzienne

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, klasa szkolna przerobiona na cele więzienne

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, siedmiu ocalonych więźnió

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, siedmiu ocalonych więźnió

Reżim oficjalnie upadł w 1979 roku po najeździe sił wietnamskich, ale komunistyczna partyzantka siała spustoszenie do 1998(!) roku. Jeszcze przez długie lata po oficjalnym upadku przywódcy reżimu reprezentowali kraj na arenie międzynarodowej. Wielu z nich zmarło śmiercią naturalną, zanim zostali osadzeni. Dopiero w 2007 roku zatrzymano żyjących przywódców, obecnie 65+ latków i odsiadują karę w więzieniach.

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, portret jednego z przywódców reżimu

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, portret jednego z przywódców reżimu

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, narzędzie tortur

Kambodża, Phnom Penh, muzeum ludobójstwa Tuol Sleng, narzędzie tortur

Z muzeum udałyśmy się na północ od Phnom Penh – na Killing Fields, które jak sama nazwa wskazuje, służy jako miejsce masowej zagłady. Nie było tam już więzienia. Ktokolwiek tam dotarł  nigdy nie wrócił. Ofiary, które podpisały już obciążające siebie zeznania, zabijano tylko w nocy, zagłuszając ich krzyki nagraniami partyjnych przemówień. Z racji oszczędności, nie marnowano kul, ale używano młotków, łopat, czy innych narzędzi będących pod ręką. Tuż za płotem toczyło się normalne życie mieszkańców wioski.
Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, doły, w których znajdowały się masowe groby

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, doły, w których znajdowały się masowe groby

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, drzewo, o które zabijano dzieci

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, drzewo, o które zabijano dzieci

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, po ulewnych deszczach ziemia wciąż ujawnia szczątki pomordowanych

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, po ulewnych deszczach ziemia wciąż ujawnia szczątki pomordowanych

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, stupa (buddyjska budowla sakralna), w której złożono szczątki pomordowanych

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, stupa (buddyjska budowla sakralna), w której złożono szczątki pomordowanych

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, czaszki wypełniają wiele pięter stupy

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, czaszki wypełniają wiele pięter stupy

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, a tuż za płotem ludzie uprawiają ryż

Kambodża, Phnom Penh, Killing Fields, a tuż za płotem ludzie uprawiają ryż

Następny dzień zaczęłyśmy od wzgórza, które wg legendy zostało usypane, aby wznieść na nim świątynię Wat Phnom, stanowiącą dom dla figurek Buddy, które Lady Penh znalazła w rzece. Phnom, w języku khmerskim oznacza wzgórze, a razem z nazwiskiem owej kobiety, dało początek nazwie obecnej stolicy.
Kambodża, Phnom Penh, świątynia Wat Phnom

Kambodża, Phnom Penh, świątynia Wat Phnom

Kolejnym punktem był brzeg rzeki i ulokowane tam siedziby firm transportowych – następnego dnia rano, chciałyśmy udać się do Siem Reap. Zanim jednak nasz wybór, z pomocą uczynnego pana tuk tukarza, padł na ten nieszczęsny autobus, o którym mowa będzie później, wpadłyśmy na wesele. Wg przewodników jest to nawet pożądane w niektórych kręgach, aby biały człowiek pojawił się na weselu. Ma to zwiastować nadchodzące szczęście. W każdym razie, para młoda na najszczęśliwszych nie wyglądała, więc nie wiem czy nasza obecność mogła pomóc.

Kambodża, Phnom Penh, kapela weselna

Kambodża, Phnom Penh, kapela weselna

Kambodża, Phnom Penh, "szczęśliwi" nowożeńcy podczas rytuału

Kambodża, Phnom Penh, „szczęśliwi” nowożeńcy podczas rytuału

Popołudnie zaplanowałyśmy na zwiedzanie terenów Pałacu Królewskiego (Kambodża jest obecnie królestwem), ociekającego złotem i przepychem. Odwiedziny u króla możliwe są tylko w wybranych godzinach, brama wejściowa nie jest jakoś szczególnie oznaczona, ale udało nam się ogarnąć. Większość miejsc jest niedostępna dla zwiedzających. W środku znajduje się też słynna Silver Pagoda, ale jakoś nie udało nam się jej zlokalizować.
Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, brama

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, brama

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, widok z sali tronowej

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, widok z sali tronowej

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, Budda na 4 strony świata

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, Budda na 4 strony świata

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, malowidło ciągnące się wzdłuż murów pałacu

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, malowidło ciągnące się wzdłuż murów pałacu

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, jedna z wielu stup

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, jedna z wielu stup

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, dość osobliwa kaplica

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, dość osobliwa kaplica

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, modlitwy wypisane na liściach

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, modlitwy wypisane na liściach

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, a tak się wsiada na słonia!

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, a tak się wsiada na słonia!

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, z mnichami

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, z mnichami

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, manufaktura

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, manufaktura

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, prawdziwy hand-made

Kambodża, Phnom Penh, kompleks Pałacu Królewskiego, prawdziwy hand-made

Zanim udałyśmy się do hotelu znalazł się czas na jedzenie! Poniżej amok, jedna z najbardziej znanych kambodżańskich potraw, rodzaj rybnego curry z sosem kokosowym, zapiekanego w liściu bananowca, o mniom mniom mniom.
Kambodża, Phnom Penh, amok

Kambodża, Phnom Penh, amok

Kambodża, Phnom Penh, świeży kokos

Kambodża, Phnom Penh, świeży kokos

Spacerkiem w drodze powrotnej zahaczyłyśmy o pomnik niepodległości..
Kambodża, Phnom Penh, pomnik Niepodległości

Kambodża, Phnom Penh, pomnik Niepodległości

Kambodża, Phnom Penh, pomnik Niepodległości

Kambodża, Phnom Penh, pomnik Niepodległości

.. oraz statuę wspomnianej już Lady Penh
Kambodża, Phnom Penh, statua Lady Penh

Kambodża, Phnom Penh, statua Lady Penh

Ostatnie zdjęcia z dachu naszego hotelu na nocną stolicę i już szykowałyśmy się na poranną przeprawę do Siem Reap, ale o tym w akcie II.

Kambodża, Phnom Penh, widok na stolicę, w niewielu mieszkaniach pali się światło , mimo że nie ma nawet 21.00

Kambodża, Phnom Penh, widok na stolicę, w niewielu mieszkaniach pali się światło , mimo że nie ma nawet 21.00

W ciągu naszego pobytu w Phnom Penh, 2 razy mijałyśmy demonstracje na ulicy. Jadąc na lotnisko, próbowałyśmy podpytać lokalną kobietę, mówiącą mniej więcej po angielsku, co się dzieje, ale nie umiała nam wytłumaczyć nic, oprócz tego, że rząd ciągnie Kambodżę na dno. Wyjaśniło się po powrocie – kilka dni później  światowe wiadomości obiegła informacja, że w miejscach, w których byłyśmy, policja otworzyła ogień do demonstrantów, zabijając przynajmniej 3 osoby. Robotnicy z fabryk odzieżowych domagają się podwyżek płacy minimalnej z 80 do 160 dolarów.. Protesty trwają codziennie od wielu tygodni.